piątek, 23 sierpnia 2019

Od Lind "Znajdziemy gryfa. Co dalej?" cz. 4

Listopad 2023
Niespecjalnie wiedziałam, w jaki konkretnie sposób zakończę to zadanie. Kiedy przede mną zabrakło już budynków, wzbiłam się w powietrze. Zatoczyłam pełne koło przed dziobem goniącego mnie gryfa i wleciałam przez okno na piętro opustoszałej kamienicy. Profogus był oczywiście tuż za mną. Ganiałam tak naprawdę bez celu, ale wtedy przez emocje nie zdawałam sobie z tego sprawy. Biegłam ile sił w nogach, rzucając raz po raz w przeciwnika czymś, co trafiło mi pod łapy; głównie odłamkami wyniszczonych ścian. Po raz kolejny, moje wysiłki nie wywarły na gryfie wrażenia. Jedynie pył, który leciał mu w oczy, coraz bardziej go drażnił. 
Wtem dostrzegłam przed sobą dziurę w podłodze. Ewidentnie prowadziła na parter. Bez namysłu skoczyłam w tamtą stronę, amortyzując upadek dwoma uderzeniami skrzydeł. Nie przemyślałam tej decyzji zbyt dobrze. Znalazłam się teraz pod gryfem, którego ciężar był odrobinę zbyt dużym wyzwaniem dla tych stosunkowo cienkich ścian. Stąd dostrzegłam, że sufit przecinały coraz głębsze pęknięcia. W pewnym momencie kawał betonu tuż nade mną odłamał się. Nie zdołałam uskoczyć. Fragment budowli przygniótł mi tylną łapę i ogon. Bardzo prawdopodobnym było, że złamał też parę kości, ale dzięki Medalionowi Nieśmiertelności nie poczułam tego. Szczęście w nieszczęściu. 
Kiedy szarpanie się nie przyniosło żadnego efektu, spróbowałam schwycić odłamek wiatrem i unieść. Wtedy zobaczyłam, że gryf już wyłamał sobie odpowiednio duże przejście, by dostać się za mną na to piętro. To uniemożliwiło mi zebranie myśli w tej sytuacji. Nie mogłam się skupić, więc wiatr przestał być mi posłuszny. A Profogus był coraz bliżej. 
Nagle znad mojej głowy wyskoczyła Torance. Wiele ryzykując, uczepiła się uniesionej łapy gryfa. Zanim ten zdążył się zamachnąć, by ją zrzucić, już moc wadery wprowadziła go po raz kolejny w ten sam stan absolutnego wyciszenia. Zatrzymał się niedaleko mnie, przymknął oczy i opuścił łeb. 
Patrzyłam na to w szoku. Stwór zatrzymał się tuż nade mną. Po chwili usłyszałam głos Asgrima, mówiący mi, żebym teraz spróbowała jeszcze raz użyć mocy wiatru do uniesienia bloku betonu. Posłuchałam. Gdyby nie wkład basiora w tę pracę, nadal trwające rozkojarzenie nie pozwoliłoby mi się uwolnić samej. 
- Mamy trochę czasu. Wynośmy się stąd - oznajmiła Torance, znów widocznie zmęczona przez użycie mocy na tak wielkim stworzeniu. I tak byłam pod wrażeniem, że zdołała powtórzyć tę sztuczkę dwa razy jednego popołudnia. 
W towarzystwie przyjaciół pokuśtykałam do wyjścia z budynku. Nigdy w życiu nie cieszyłam się bardziej, że byli tutaj ze mną. Nie powinnam była podawać w ogóle w wątpliwość, że nie odejdą zbyt daleko. Naprawdę miałam wiele szczęścia tego dnia. 
Niestety to nadal nie był koniec użerania się z gryfem. Lada moment miał "obudzić się" i ponownie ruszyć za nami. 
I co dalej? - pomyślałam. Nie możemy tak ganiać się z nim w nieskończoność. 
Uznałam, że tutaj przydałby się Medalion Siły. Żadne z nas jednak go nie posiadało. Tak więc prędzej czy później będziemy zbyt zmęczeni by walczyć lub uciekać i gryf rozszarpie wszystkich uczestników tego przedsięwzięcia. Bez żadnej litości. 
Dotarliśmy do kolejnej chwilowej kryjówki, by zaczekać, aż moja noga chociaż częściowo wydobrzeje. Wtedy, korzystając z okazji, zakomunikowałam przyjaciołom, że podjęłam decyzję o zabiciu gryfa. Nie mogę powiedzieć, że odpowiedzieli specjalnym entuzjazmem. Ja sama nie czułam się bardzo komfortowo, mówiąc im o tym. Niemniej jednak nie usłyszałam żadnej opozycji, nawet biorąc pod uwagę fakt, że wcześniej wspólnie ustaliliśmy co innego.
- Pozostaje bezpośrednia konfrontacja. Wykorzystanie wichru. 
- Znów brakuje w twoim planie szczegółów, Lind - westchnęła Tori. - Wiemy, jak to się skończyło ostatnim razem. 
- Nie potrafię obmyślać szczegółowych planów, okej?! - podniosłam głos. Nadal drżałam z emocji, a ta uwaga zdenerwowała mnie jeszcze bardziej. 
- Ciszej, ciszej - rzucił As, oglądając się za siebie. Po chwili wstał i wyjrzał za róg. - No i Profogus już tu idzie. 
Nie mieliśmy wyboru, nie mogliśmy dłużej tutaj siedzieć.
- Jak z twoją nogą, Lind? - spytała Torance. 
- Dam sobie radę, idziemy.
Z początku unikałam opierania większego ciężaru na tej urażonej kończynie. Wkrótce jednak przyspieszyłam do swobodnego biegu. Oczywiście przyjaciele podążali za mną. 
Już po paru zakrętach przekonaliśmy się, że drogę, którą wybraliśmy tym razem, kończył placyk otoczony ze wszystkich stron budynkami. Słowem; trafiliśmy na ślepy zaułek. Na domiar złego z jakiegoś powodu był zadaszony. Nikt z nas nie znał dobrze tych konkretnych ulic. Tak więc, nie mogliśmy wiedzieć, co nas tu czeka.
Odwróciłam się, w nadziei, że jeszcze mamy czas się wycofać, ale w przejściu już stanął gryf. Warknął nisko na nasz widok. Wykonaliśmy parę kroków w tył. Tymczasem Profogus skoczył w naszą stronę. Nie obrał jednak żadnego wilka za konkretny cel, dlatego, kiedy rozbiegliśmy się na boki, żeby uniknąć stratowania, przez chwilę stanął naprzeciwko ściany zdezorientowany. 
Dostrzegłam, że ja i As uciekliśmy w przeciwnym kierunku, niż Torance. Właśnie na niej po chwili zatrzymał wzrok gryf. Może to przez jej najbardziej jaskrawe futro; natychmiast widoczne na tle białych budynków. Wadera spróbowała pobiec w stronę uliczki, którą się tu dostaliśmy, ale Profogus skutecznie odciął jej drogę. Próbowałam odwrócić jego uwagę, używając mocy, ale nie udało się. Gryf zagonił moją przyjaciółkę w róg placu. 
Stwór uniósł wielki dziób, gotów zadać ostateczny cios. Wtedy schwyciłam tę zakrzywioną broń wichrem. Ledwo zdołałam ją powstrzymać, przed uderzeniem Torance. Tak samo przetrzymałam jego przednie łapy, z których już wyłoniły się wielkie pazury. Chociaż przerażenie dodało mi sił, nie mogłam ich odsunąć, by Tori była w stanie uciec z potrzasku. Mogłam tylko zadbać, by oręż gryfa pozostał z dala od mojej przyjaciółki. Przynajmniej do czasu. Cała drżałam z wysiłku. Gryf nie chciał dać za wygraną, a z jego rozmiarem szła wielka siła. Dopiero teraz pojęłam co to naprawdę znaczyło. Świadomość, jak blisko jest rozprawienia się z Torance, jemu też dodawała energii.
Dostrzegłam kątem oka, że Asgrim wyglądał na równie skupionego, jak ja. Prawdopodobnie znów próbował dostać się do umysłu gryfa. Nie mogłam jednak dłużej się zastanawiać nad tym widokiem; miałam na głowie utrzymanie ścian z wichru. 
Pomimo moich starań, wkrótce lśniący dziób wkrótce znów zbliżał się do Torance. Nie tak szybko, jak na początku, ale fakt pozostawał faktem. Ogarniała mnie coraz większa groza. Nie, na pewno było jeszcze coś, co mogłam zrobić! Skupiłam wszystkie moje myśli na tym, co się teraz działo, zabrałam w sobie jeszcze trochę energii żywiołu i szarpnęłam łeb gryfa najmocniej, jak potrafiłam. 
Rozległ się głuchy trzask. Nagle przestałam czuć wszelki napór na moje ściany z wichru. Ciało wielkiego stwora rozluźniło się, a następnie osunęło na ziemie. Jego łeb opadł na bok; tuż przed Torance. Profogus był martwy. 
Usiadłam na ziemi. Gryf pokonany. Zadanie, którego się podjęliśmy, wykonane. 
Nabrałam w płuca wielki haust powietrza. Koniec - powiedziałam sama do siebie w myślach. 
Asgrim powąchał leżącą mu na drodze, wielką łapę, a następnie przeskoczył nad nią, by dotrzeć do swojej partnerki. Kiedy stanął obok niej, przytulili się mocno do siebie. Uśmiechnęłam się odrobinę na ten widok. Ciekawe, czy mnie będzie kiedyś zależało na kimś w ten sam sposób, jak tej dwójce zależy na sobie nawzajem.

Uwagi: "Niemniej" w wyrażeniu "niemniej jednak" piszemy łącznie.

środa, 21 sierpnia 2019

Od Lind "Znajdziemy gryfa. Co dalej?" cz. 3

Listopad 2023
Usłyszałam łomot, a następnie ciężkie kroki masywnych, lwich łap. Gryf wydostał się z budynku i zaczął przemierzać ulice w poszukiwaniu wilków, które chwilowo stracił z oczu. Do moich uszu dotarło jego wściekłe powarkiwanie. Oby nie wpadł na sprawdzenie dachów okolicznych budynków.
- As, mówiłeś że on powtarza w myślach jakąś frazę, tak? - spytałam.
- Ciszej, Lind - rzuciła Tori. 
- On sam albo coś w jego głowie ją powtarzało - sprecyzował basior. - Nie jestem pewien. 
- A o czym traktowała? - kontynuowałam.
- Nie mogłem zrozumieć całego sensu - westchnął As. - Dochodziła do mnie jakby przytłumiona. Do tego zdaje się, że nie była w tym języku. A może w jakimś miejscowym dialekcie... - Zamruczał coś pod nosem. Nie cieszył go fakt, że te informacje na niewiele nam się zdadzą. 
W dużej mierze podzielałam jego odczucia. Zaczęłam rozmyślać, jak jeszcze możemy dociec, o co tutaj w ogóle chodzi. Wtedy pomyślałam o moim Błękitnym Oku. Może ono pokazałoby nam inną część umysłu gryfa. Otworzyłam torbę, ale nie mogłam znaleźć wspomnianego przedmiotu. Zwróciłam uwagę, że brakowało też kilku innych. 
- No nie... - mruknęłam, opuszczając uszy. 
- Czego szukasz? - spytała Tori.
- Błękitnego Oka... Ale chyba znów grzebał tutaj Ting - odparłam zawiedziona, a także zła. - Ostatnio zdarza mu się coraz częściej grzebać w moich rzeczach.
- Mamy czas, żeby wracać do zajazdu? - spytał As. 
- Nie sądzę - powiedziała Torance. - Nie możemy po prostu odejść, skoro już rozjuszyliśmy Profogusa. Zaatakował nas, więc prawdopodobnie tak samo zareaguje na mieszkańców miasta. 
- Uch, czyli dokładnie jak obawiali się jego opiekunowie - Zamknęłam klapę torby.
- Pewnie nie wszyscy potrafiliby się obronić - zaznaczyła Tor.
- A może po prostu polecę do zajazdu i z powrotem? - Zaproponowałam, podnosząc wzrok z powrotem na przyjaciół. - Drogą powietrzną nie powinno to zająć długo...
- Oszalałaś? - rzucił As. - Jak nic to też jest tutaj zabronione! - Poruszył niespokojnie ogonem.
- Faktycznie, żaden z mieszkańców nie lata po mieście, nawet jeśli ma skrzydła - westchnęła Torance. 
Morale drużyny wciąż spadały. Przegłosowaliśmy, że spróbujemy rozwiązać ten problem pokojowo i przywrócić Profogusa do rozumu, ale nie wiedzieliśmy jak. Nie znaliśmy nawet prawdziwego źródła tego problemu.
Wtedy rozległo się głośne tąpnięcie i trzask odpadających dachówek. Jak na komendę zwróciliśmy pyski w kierunku źródła dźwięku. Paręnaście metrów od nas; na czubku jednej z wyższych kamienic, siedział gryf. Rozglądał się uważnie za trzema wilkami, o których najwyraźniej nie planował zapomnieć. Tori pierwsza zerwała się z miejsca, za nią ja, niedługo po nas As. Oczywistym było, że powinniśmy się stąd usunąć, zanim Profogus nas zauważy. 
Nie mieliśmy stąd żadnej dogodnej drogi na dół. Tak więc, znów musiałam użyć swojej mocy, by pomóc towarzyszom wrócić na brukowaną ulicę. As polecił, żebym tylko amortyzowała wiatrem upadek, kiedy oni będą skakać na dół. Stwierdził, że w ten sposób zaoszczędzę więcej energii, niż gdybym miałam każdego przenosić. W sumie miał rację. Z braku lepszego pomysłu, zrobiłam, jak chciał. 
Zleciałam z dachu jako ostatnia; po raz kolejny używając skrzydeł z wiatru. Po cichu przeszliśmy paręnaście metrów, by ukryć się w jednej z węższych ulic. Usiedliśmy jedno obok drugiego i znów zaczęliśmy debatować, jak należy teraz postąpić. Odgłosy rozbijających się o ziemię dachówek wskazywały, że Profogus nadal skacze po dachach. 
- Nie macie z Tingiem żadnego sposobu na porozumiewanie się na odległość, co nie? - spytał Asgrim. 
- Nic a nic - odparłam. - Leah potrafi się jakoś telepatycznie komunikować ze swoim towarzyszem, ja nie. 
Przyjaciele odpowiedzieli mi kolejno dwoma skinięciami głowy. Widziałam jednak, że żadne z nich nie przestawało rozmyślać, jakie jeszcze opcje nam pozostały. Próbowałam zrobić to samo, ale miałam kompletną pustkę w głowie. Tak więc, po raz kolejny otworzyłam torbę i jeszcze raz przejrzałam jej zawartość. Tym razem dokładnie analizowałam w myślach, czy te graty mają teraz jakieś dobre zastosowanie.
Dwie Lampki Motyla? Nie zgubiliśmy się. Medalion Wizji? Chyba już nawet nie pamiętam, jak działał. Ale raczej nic przydatnego. Bransoletka Snu? Bezużyteczna w tej sytuacji. Medalion Ognistych Smoków? Niewiele nam to da. 
Odgarnęłam te przedmioty na bok, żeby spojrzeć, co jeszcze miałam przy sobie. Znalazłam w torbie jeszcze lśniący kamień, który kiedyś znalazłam (dotychczas byłam święcie przekonana, że jest w plecaku Tinga), nietopniejące sople lodu i Naszyjnik Prawdy. Na samym dnie mojego skórzanego worka leżał Magiczny Flet. Też nieprzydatne. Nawet nie wiem, czy to działa na cokolwiek poza wilkami. 
Wtedy usłyszeliśmy głośny trzepot skrzydeł. Wygenerowany w ten sposób wiatr aż uniósł z ziemi dookoła nas nieco kurzu. Poderwaliśmy pyszczki ku górze. Teraz nie ulegało wątpliwości, że bystre oko orła nas tutaj wypatrzyło. Gryf runął w naszym kierunku z głośnym rykiem. Rzuciliśmy się do ucieczki. 
Jednakże nim zdążyłam pomyśleć o jakimkolwiek kontrataku z użyciem żywiołu, nagle usłyszałam przytłumione uderzenie, któremu towarzyszyło syknięcie Asgrima. Odwróciłam głowę. Basior, który został odrobinę w tyle, teraz koziołkował w powietrzu; niechybnie za sprawą uderzenia lwią łapą. Chciałam jakoś zamortyzować jego powrót na ziemię, ale nie zdążyłam. As głośno łupnął o bruk. Z jego pyska wydarło się warknięcie. A gryf był tuż-tuż za nim, gotów rozprawić się z leżącym wilkiem. 
Zebrałam całą dostępną energię i utworzyłam wysoką i szeroką barierę z powietrza. Taką, by stwór nie zdołał się zbliżyć. Kiedy Profogus spotkał się z tą prawie niewidoczną konstrukcją, ledwo zdołam utrzymać ją w całości. Wbiłam pazury w ziemię i zacisnęłam zęby; nie odpuszczałam. Gryf zaczął napierać z użyciem coraz większej siły. W międzyczasie Torance pomogła wstać swojemu partnerowi. Spięłam się i schwyciłam wiatrem jeszcze dziób potwora i zaczęłam targać mu głowę na prawo i lewo. To miało odwrócić jego uwagę od moich przyjaciół, by mogli zejść mu z oczu i się ukryć. Tori odwróciła się w moją stronę; czekała aż do nich dołączę, ale kazałam im biec dalej. Wadera całkiem długo wahała się, ale w końcu zniknęła w innej uliczce. 
Wtedy stwierdziłam, że nie powinnam była wciągać ich w to ze sobą. Niepotrzebnie namawiałam przyjaciół do nadstawiania karku. Bliskie spotkanie z rozwścieczonym gryfem tego rodzaju może mieć naprawdę straszne konsekwencje. Dla mnie to ogłoszenie brzmiało jak prosta sprawa, ale teraz docierało do mnie, że wcale tak nie jest. 
Przygotowując się do rozproszenia bariery zrozumiałam, że być może czas przestać szukać innego rozwiązania, niż zabicie gryfa. Nie potrafię mu już pomóc. Ale może uda mi się zlikwidować zagrożenie dla mieszkańców Białego Miasta i przyjezdnych. O to prosi rada. 
Przywołałam skrzydła i uniosłam się w powietrze, unikając ataku stwora. Wylądowałam z powrotem na dachu kamienicy i czekałam, aż Profogus znów zacznie mnie gonić. Gryf wspiął się z łatwością po ścianie, wbijając w nią lwie pazury. Kiedy po raz kolejny stanął na dachu budynku, nie czekał na nic; od razu rzucił się w moją stronę. Po raz kolejny wykonałam unik, po czym pobiegłam przed siebie. Skakałam z jednej kamienicy na drugą. Przeciwnik był tuż za mną, ale nie wzbijał się w powietrze. Musiał być pewny, że lada chwila mnie dorwie.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Od Lind "Znajdziemy gryfa. Co dalej?" cz. 2

Listopad 2023
Stwierdzenie, że jesteśmy na ulicy wcześniej przemierzonej przez Profogusa, nie było szczególnie trudne. Nigdzie żywej duszy, a wszelkie kamienice po obu naszych stronach zostały uprzednio pozbawione okien, drzwi i dużych partii ścian. Wnętrze każdego mijanego lokalu wyglądało mniej więcej tak samo; zasypane gruzem i pozostałościami po meblach, czy przechowywanych tutaj kiedyś towarach. W powietrzu unosił się świeży zapach dużego zwierzęcia. Nie musiałam też długo czekać, aż moich uszu sięgnie wściekłe dyszenie i odgłosy niszczonego drewna. Dzięki tym wskazówkom byłam w stanie wskazać właściwą drogę do naszego celu, kiedy trafiliśmy na rozwidlenie zdewastowanych ulic.
Dźwięki wskazujące bliską obecność gryfa były już naprawdę wyraźne. Wtem Torance oznajmiła, że jeszcze możemy wykorzystać efekt zaskoczenia. Idąc za jej radą, od tej pory unikaliśmy głośniejszych rozmów. Chciałam użyć swojej mocy, by tłumić generowane przez nas odgłosy, ale przyjaciele wybili mi to z głowy. Twierdzili, że byłaby to zbędna strata energii, której będę potrzebować później. 
Przy każdym zakręcie któreś z nas najpierw sprawdzało, czy już tam za rogiem nie czeka nasz przeciwnik. Wkrótce padło na Asgrima. Basior po wysunięciu się odrobinę za narożnik budynku, natychmiast cofnął głowę i przywarł do ściany. 
- Jest - szepnął. Na jego pysku pojawił się lekki uśmiech, zapewne na myśl, że lada chwila będzie dziać się coś ciekawego. 
- To zaczynamy - Wstałam z miejsca; gotowa podbiec do przeciwnika i zaatakować. Wtem jednak zostałam pociągnięta za ogon. Odruchowo przycupnęłam z powrotem. 
- Aż tak ci się spieszy, Lind? - rzuciła półgłosem Torance. - Może najpierw powinniśmy ustalić jak konkretnie się to wszystko odbędzie? 
- Co tu jeszcze do planowania? Ja wiem co mam zrobić, wy tak samo. Musicie tylko czekać na odpowiedni moment - Poruszyłam niespokojnie ogonem. 
- Ale zagonisz go do nas, czy mamy się gdzieś ustawić? - wtrącił As. Popierał zdanie swojej partnerki. 
- Dobra, spróbuję go zwabić bliżej was, może być? - westchnęłam. - Potem go przytrzymam wiatrem, by Tori mogła użyć swojej mocy i go uspokoić. 
- To już brzmi znacznie le... uwaga! - Ryknął Asgrim, skacząc w moją stronę. 
Odrzucił mnie dobre parę metrów, sam ledwo unikając wielkiej łapy, która leciała w moją stronę. Źle zrobiłam, zatrzymując się tak blisko narożnika. 
Oczywiście właścicielem wyposażonej w pazury kończyny był gryf. Piękny, potężny i przede wszystkim ogromny osobnik. Okazało się, że to odmiana, której wszystkie cztery łapy pochodzą od lwa, a od orła tylko głowa i skrzydła. Posiadał też charakterystyczne dla wielu jego pobratymców "uszy" i wachlarz piór na końcu długiego ogona. 
Profogus bynajmniej nie zamierzał długo zwlekać i po pierwszym nieudanym ataku, ruszył znów w kierunku małych wilczków, wysuwając pazury. Nie mieliśmy wielu lepszych opcji, także pobiegliśmy w przeciwnym kierunku. 
- Wiesz, Lind - zagadnął As w biegu. - Myślę, że to dobry moment, żeby zacząć działać.
- Racja, racja - odparłam i zaczęłam przywoływać wiatr. 
Odwróciłam głowę i wymierzyłam cios wichrem w dziób gryfa. Miało to przede wszystkim na celu zdezorientowanie go. Jednakże żadne z kolejnych uderzeń nie zrobiło na nim wrażenia. Były zwyczajnie zbyt słabe. Nie zdołałam się dostatecznie skupić. 
- Lind? - odezwał się znów Asgrim.
- Rozpraszasz mnie! - rzuciłam w odpowiedzi, po czym zderzyłam się ze ścianą budynku. Dziwne, że stało się to dopiero teraz, skoro długo już nie patrzyłam, dokąd biegnę. 
Wtem poczułam, że ktoś (mianowicie As) łapie mnie za kark i ciągnie ze sobą gdzieś w bok. Zmuszona stanąć z powrotem na nogi, ruszyłam w nowo obranym kierunku. Torance prowadziła nas do jednej z już zdemolowanych przez gryfa kamienic. Zwinnie przeskakując kolejne przeszkody, biegła ku ciasnym, dalej położonym pomieszczeniom, których wyjątkowo grube ściany trzymały się w jednym kawałku. Niewykluczone, że nawet tak duży gryf nie dałby rady ich zbyt łatwo zburzyć. 
Wspomniany stwór nie był daleko za nami. Przynajmniej do czasu. Obniżający się strop wkrótce znacznie go spowolnił. Tymczasem my przedostaliśmy się do ostatniego pomieszczenia i dotarliśmy do ściany kończącej budynek. Gryf przeciskał się dalej w naszą stronę; był coraz bliżej, a my nie mieliśmy gdzie już uciec. Jednakże ja nie widziałam tego jako szczególnie niekorzystną sytuację. 
- Tori, przygotuj się - kazałam i przywołałam znów wiatr. 
Kiedy zakrzywiony dziób Profogusa był już parę metrów od nas, użyłam wszystkich dostępnych sił, by zatrzymać go w miejscu. Schwyciłam żywiołem też jego łeb i nie pozwoliłam mu ruszyć ani do przodu, ani do tyłu. 
Wtedy moja przyjaciółka podbiegła do stwora i położyła łapę na jego skrzeczącym dziobie. Zacisnęła oczy w skupieniu. Już po paru chwilach czułam znacznie mniejszy opór ze strony gryfa. Jego ruchy stopniowo robiły się coraz mniej agresywne, by wreszcie całe jego ciało przeszło w stan spoczynku. Profogus rozluźnił się zupełnie, jego głowa opadła na ziemię, a oczy ukryły się częściowo pod górnymi powiekami. 
- As, rozmawiasz z nim? - spytałam, niepewna, czy mogę już rozgonić wiatr. 
- Próbuję - oznajmił basior. - Ale jego aura jest zupełnie inna niż te, z którymi miałem do czynienia do tej pory. 
Pokiwałam głową, udając, że rozumiem, co to znaczy. Pewnie jakieś profesjonalne nazewnictwo magii związanej z umysłem. Może kiedyś poproszę Tinga, żeby mi to wytłumaczył. Kiedyś. 
Torance sapnęła głośno i odsunęła się na bezpieczniejszą odległość. Spojrzałam na zupełnie spokojnego, niemalże śpiącego gryfa i rozgoniłam wicher. 
- On krzyczy - mruknął As. Na jego pysku widniała konsternacja. - Jakby powtarzał jakąś frazę. Tylko tyle jestem w stanie odczytać... 
- Na nic nie odpowiada? - dopytała Tori. 
- Jakby zupełnie nie było mnie w jego umyśle - odparł basior, mrużąc oczy. 
- Może w takim razie to... - wadera nie mogła jednak dokończyć zdania, bo w tym momencie przerwał jej ryk gryfa. 
Profogus ocknął się z wywołanego przez Torance stanu i był znów gotów atakować. Oczywistym było, że nie mogliśmy dłużej zostać w tym budynku. Na szczęście dookoła gryfa było wystarczająco dużo miejsca, by przejść. W tej sytuacji schwyciłam wiatrem jego dwie prawe łapy i kazałam moim przyjaciołom wyminąć go z tamtej strony. Nie trzeba było im dwa razy powtarzać. Pobiegłam za nimi, po czym wyswobodziłam gryfa z uścisku wichru. Pewnie i tak będzie potrzebował chwili by się stąd wyczołgać, albo chociaż obrócić. 
Wybiegliśmy z powrotem na ulicę. Zaczęłam się rozglądać, ale nie miałam zbytnio pomysłu, co powinniśmy teraz zrobić, ani gdzie się udać. Wtedy po raz kolejny Torance przejęła dowodzenie w tej kwestii. Kazała mi użyć wiatru; podsadzić ją i Asa, by mogli wspiąć się na dach jednej z niższych kamienic. Co jak co, ale tam raczej gryf nie będzie nas szukał. Nie od razu.
Zrobiłam tak, jak powiedziała moja przyjaciółka, po czym sama uniosłam się w powietrze i wylądowałam obok pozostałych uczestników przedsięwzięcia. Wszyscy położyliśmy się, by czasem ta wysoka bestia nie wypatrzyła nas od razu. 
- Co teraz? Ktoś ma jakieś propozycje? - mruknęłam cicho. 
- Daj mi chwilę, może ja coś wymyślę - odparł Asgrim. - Chyba, że decydujemy się na otwartą walkę. 
- Szkoda tego gryfa - wtrąciła Tori. - Podejrzewam, że to co się dzieje, to nie jego wina. 

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

sobota, 17 sierpnia 2019

Od Crane'a "Czuję tylko zagubienie" cz. 8 (Cd. Edel)

Styczeń 2024
Pośpiesznie przeszedłem przez korytarz i wróciłem do swojego pokoju. Zamaszystym ruchem zatrzasnąłem za sobą drzwi; może odrobinę zbyt głośno. Wziąłem kilka głębszych oddechów. Coś mnie paliło od środka; prawie dusiło. Zdjąłem z szyi szalik i otarłem nim pysk. Kiedy podniosłem wzrok, po raz kolejny ujrzałem swoje odbicie w lustrze. Uhonorowane dwoma naszyjnikami, kołyszącymi się jeden obok drugiego. Zasłoniłem ważniejszy z nich łapą. Tak bardzo pragnąłem powiedzieć o nim Edel. Byleby już nie czuć od niej tego lęku. Powtórzę; lęku o MOJE ŻYCIE. 
Po prostu tego nie rozumiałem. Burzył moje pojęcie o działaniu wilków w tej watasze, a tym samym moje poczucie bezpieczeństwa. Przez niego nabierałem wręcz ochoty na ucieczkę od E; zupełnie jak teraz. Chociaż na chwilę. 
Ale nie jestem w stanie uciec od niej na dłużej. Jej nieobecność byłaby znacznie gorsza, niż moje zagubienie w sytuacji, gdy jesteśmy razem. 
Czemu tak to wygląda? Czemu ta relacja z Edel musi tak wyglądać? Czym się różni od innych relacji? Czemu chciałbym traktować ją inaczej, niż pozostałe wilki w watasze? Czy ona jest wyjątkowa? Co ona jest warta? To wrak wilka. Lada dzień umrze. Nikt jej nie będzie pamiętał.
To... czemu ja chcę z nią przebywać? Czemu chcę poświęcać na nią swój czas i środki? Czemu kupiłem te bilety? Byleby mieć jakiś lepszy pretekst do dłuższych i dłuższych spotkań? Zachowuję się jakbym ją lubił. 
Spojrzałem w oczy swojego odbicia. 
Nie wiem, czy ją lubię. Ale... nie potrafię być wobec niej obojętny. Zupełnie jakbym... chciał dla niej dobrze i... i co? I chcę z nią spędzać czas. 
Co się ze mną dzieje? Nie jestem sobą. Chociaż z lustra niby patrzy na mnie ten sam wilk. Kim się w takim razie stałem? Dlaczego czuję, że nie mogę się w tym wszystkim odnaleźć?
Wtedy dostrzegłem, iż nie zachowuję spokoju. Z jakiegoś powodu dotarła do mnie dziwna mieszanka złości i... czegoś jeszcze. Byłem cały spięty. Krew szumiała mi w uszach, a bicie serca nie zwalniało. Jak do tego doszło?
Co zrobić? Co powinienem teraz zrobić? Jak wyrwać się z tej lawiny niezrozumiałych wydarzeń i sytuacji? Zerwać znajomość z Edel? Nie mogę. Nie zniosę tego. Nie zniósłbym bez niej nawet dnia. 
Pójdę z nią na koncert; ta decyzja już zapadła. A co dalej? Nie mam żadnego planu. Nigdy nie miałem. Ona pewnie myśli, że to forma randki... a może tak jest? Może gdybym naprawdę zdecydował się na związek z nią...
Nie, nie. Nie. Po prostu nie. Nie jest to żadna opcja. Jakkolwiek byłoby to... Piękne. Nie mogę. Mam zbyt wiele sekretów, których nikt nie może poznać. Edel byłaby zbyt blisko. 
Założyłem znów szalik. Parę razy sprawdziłem, czy z żadnej strony nie widać magicznych wisiorków. Słońce było już prawie sięgało horyzontu. Nie miałem już czasu na dłuższe rozmyślanie. Im dłużej próbowałem ogarnąć umysłem, co się dzieje albo ułożyć sobie jakikolwiek plan, tym bardziej bezradny się czułem. 
Odemknąłem drzwi i wróciłem an korytarz. Po raz kolejny mijając drzwi moich sąsiadów, dostrzegłem ogon Rediana. Kot przekradał się do pokoju Lind. Niestety w tym momencie nie miałem czasu na dociekanie, czego tam szukał. 
Schody zaprowadziły mnie na parter; do części budynku, w którym mieściła się właściwa karczma. Minąłem parę pustych stolików; z jakiegoś powodu dziś nie było specjalnego ruchu w lokalu. Kawałek dalej dostrzegłem karczmarza Elvina; siedział w towarzystwie paru członków Watahy Magicznych Wilków. W skład grupy wchodziła Lind, więc także i Leah, do tego też Torance z Asgrimem. Co ciekawe, obok karczmarza siedziała jeszcze Cess. Zerkała mu przez ramię, kiedy ten próbował wyjaśnić jej zasady jakiejś gry karcianej. Jak się spodziewałem, jak tylko zostałem zauważony przez Torance, wadera posłała mi straszliwie nienawistne spojrzenie i poinformowała partnera o mojej obecności. Odwróciłem wzrok i przyspieszyłem kroku, zmierzając ku wyjściu. Być może Edel już tam czekała. Nie ma czasu na przyglądanie się tej całkiem interesującej grupie. 
Pchnąłem drzwi i wydostałem się na brukowaną ulicę. E jednak jeszcze nie przyszła. Usiadłem więc nieopodal wejścia i zacząłem przyglądać się przechodniom; jakkolwiek nieliczni by oni nie byli. Po raz pierwszy widziałem tutejszy tłum tak przerzedzony. Niewykluczone, że znów pół miasta pobiegło oglądać egzekucję. 
Wtedy pomyślałem, że może podczas koncertu Edel zapomni o swoim strachu, który tak mi przeszkadza. Chwilowo go nie odczuwałem, a znajdowałem się tuż pod jej oknem. Chyba, że wadera już jest na schodach; zbyt daleko, by jej lęki do mnie dotarły. 

<Edel?>

Uwagi: brak.

środa, 14 sierpnia 2019

Od Lind "Trzecia albo piąta doba" cz. 2

Styczeń 2024
Pół leżałam, pół siedziałam, opierając się na kratach oddzielających mnie od Freeze'a. Spod napuchniętych od częstego płaczu powiek, obserwowałam ruchy sąsiada. Basior chyba czegoś szukał. Spytałabym, co to było, gdyby mi się chciało. Nigdy w życiu nie czułam się tak jak wtedy; jak wrak wilka, jak pusta skorupa bez żadnych chęci do czegokolwiek. Szaleńcza wściekłość, czy czarna rozpacz już dawno minęły. Teraz czułam tylko beznadzieję. 
Freeze widząc, że jego starania nic nie dały, westchnął głośno. Cokolwiek to było, czego szukał, zdecydował, że obejdzie się bez tego. 
- Nie mamy żadnych sensownych rekwizytów... - Spojrzał na mnie. - No nic... Może zacznę od tego - znasz jakiekolwiek liczby? - spytał. 
- Umiem liczyć do pięciu - wymamrotałam nie dbając o to, czy da się mnie w ogóle zrozumieć. Nie chciało mi się ruszać szczęką, a pół mojego pyszczka przylegało do ściany z krat. 
- No to policz - Freeze usiadł naprzeciwko mnie. 
- Jeden... dwa... trzy... pięć... - Między każdym kolejnym słowem była naprawdę duża przerwa. 
- To nie jest liczenie do pięciu - usłyszałam. - Pomijasz liczbę "cztery", która znajduje się między "trzy" i "pięć". 
Całe życie w kłamstwie... Pewnie w innych warunkach bardziej bym się tym przejęła. 
- Uhum... - westchnęłam. 
- Słuchasz mnie? - rzucił Freeze.
- Ta...
- To policz jeszcze raz.
- Jeden... dwa... trzy... Jerry.... pięć...
Basior odchrząknął. Oczywistym było, że miało to na celu powstrzymanie śmiechu. Pewnie znów się wygłupiłam... 
Do oczu napłynęły mi łzy. Uporczywie powracająca myśl, że nie chcę i nie powinnam tu być znów wyła w mojej głowie. Tak bardzo tęskniłam też za innym towarzystwem... 
- Powtórz po mnie: czte-ry - zaakcentował Freeze. 
- Cz-te-ry - rozbiłam słowo na więcej części. - Cztery. 
- Licz jeszcze raz; jeden, dwa... - Urwał i spojrzał na mnie; chciał bym to ja dokończyła.
- Trzy, cztery, pięć - mruknęłam. 
- Dobrze, to jest właśnie poprawne liczenie do pięciu. 
Przyozdobiłam pysk krzywym uśmiechem. Chociaż tyle się udało. 
- Będziesz musiała wkuć na pamięć jeszcze kilka nazw. Prawdopodobnie je już kiedyś słyszałaś. Cała reszta to będzie powtarzanie pewnego prostego schematu - zapewnił Freeze.
Skinęłam głową na znak, że rozumiem. 
- Bezpośrednio po "pięć", mamy "sześć" - kontynuował samiec. 
- Sześć... Sześć... Dobrze to wymawiam? - spytałam. Liczba brzmiała bardzo podobnie do "cześć". 
- Tak - odparł. Przez chwilę zdawało mi się, że na jego pysku mignął lekki uśmiech. 
- Cztery, pięć, sześć... Powinnam zapamiętać. 
Przez kilka następnych minut w ten sam sposób Freeze zapoznawał mnie z nazwami kolejnych liczb; aż do dziesięciu. Każdą nową kazał mi wymieniać w szeregu, zaczynającym się od czwórki. Po odrobinie treningu (którego nie ułatwiało moje rozkojarzenie i myśli o świecie zewnętrznym), potrafiłam przywołać z pamięci nazwę każdego z tych nowych numerów. 
- Kolejnym etapem będą liczby do dwudziestu - oznajmił Freeze, widząc, że wreszcie robię postępy.
- Okej... - Nie wiedziałam, co to w sumie dla nas oznaczało. 
- Dwadzieścia, to tyle samo co dwie dziesiątki. Rozumiesz? 
- Chyba tak - odparłam. Jednak wyraz mojego pyska niezbyt odzwierciedlał to, co powiedziałam. Freeze kontynuował więc wątek: 
- Wyobraź sobie udziec zająca - Zarysował łapą na ziemi kształt pysznego kawałka mięsa. Na samą myśl o dodatkowej porcji jedzenia, w moim pysku zebrała się ślina. - Powiedzmy, że jesteś w stanie ogryźć kość dziesięcioma gryzami. Jeśli będziesz mieć dwa takie same udźce...
Olbrzymia porcja, jak na standardy więzienia. Poczułam uścisk w żołądku świadczący o wielkim głodzie. 
- ... będziesz musiała odgryźć dwadzieścia kęsów - dokończył Freeze.
- Tak... - Wysilałam się, by myśleć o liczeniu, nie o jedzeniu. Niemniej jednak te wizje nie odchodziły zbyt łatwo. - Czyli... to całkiem proste... - podsumowałam, chociaż jak na razie średnio mi szło obrazowanie tego. - Chwileczkę, każda liczba ma zestaw własnych liczb, określających coś większego od niej? - spytałam.
- Um... - Tym razem basior nie był pewien co ja mam na myśli. - Stosunek liczb względem siebie jest uniwersalny. Zrozumiesz to, jak przejdziemy do rachunków. Po prostu na razie zostawmy ten temat i zajmijmy się nazewnictwem liczb.
- Niech będzie. Zatem co jest po dziesięciu? - westchnęłam. Wtedy znów przed moimi oczami pojawiły się udźce zająca.
- Jedenaście. 
- Kiedy dostaniemy coś do jedzenia? - obejrzałam się w kierunku, z którego raz dziennie przychodził strażnik z posiłkiem. 
- Co? - zdziwił się Freeze nagłą zmianą tematu. 
- Nie wydaje ci się, że już powinniśmy dostać dzisiejsze racje? - westchnęłam. Wszelkie resztki mojej uwagi powędrowały w stronę wyczekiwanego jedzenia. Liczby poszły na dalszy plan. 
- Nie... - odparł mój sąsiad. - Strażnik przyjdzie dopiero za parę godzin. Pewnie najpierw przyjdzie dowódca straży na obchód. 
- Ugh... - z wyraźnym zawodem opadłam znów na kraty. - Jestem głodna... Od kilku tygodni! - narzekałam jak szczenię. 
- Takie warunki więzienia. Sama się na to pisałaś - odparł Freeze. 
- Nieprawda. Ty mnie na to skazałeś - Opuściłam brwi.
- Jak długo jeszcze chcesz sobie to wmawiać, Lind? - Basior przejechał łapą po pysku. - To twoja własna wina - podkreślił każde słowo.
Zacisnęłam zęby. 
- Nie. Tylko i wyłącznie twoja - wysyczałam. 
Jednocześnie wstałam na równe łapy i wlepiłam mordercze spojrzenie w swojego sąsiada zza krat. Ustaliliśmy, że podczas nauki liczenia odsuniemy wszelkie zwady na bok... ale lekcja chyba się skończyła. 

<C.D.N.>

Uwagi: Piszemy "niemniej jednak", nie "nie mniej jednak". Ta spacja jest całkowicie niepotrzebna.