środa, 11 września 2019

Od Eterny "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 3

Wrzesień 2024 r.
Eterna malując po kamieniu rozmoczonym skrawkiem węgla, cały czas zerkała na Mortimera. Praca całkowicie go pochłonęła. Stawiał zgrabne linie za pomocą łapek, raz za razem maczając koniuszek pazura w słoiczku z farbą.
Jej malunek z kolei składał się z kilkunastu krzywo nakreślonych czarnych kresek. Nie była w stanie wymyślić niczego lepszego, ani tym bardziej przelać na kamień. Nie miała głowy do typowo twórczych rzeczy. W przeciwieństwie do Mortimera... Zawsze przodował w ich całej grupie pod tym względem.
Nigdy nie potrafiła zrozumieć, jak można być tak uzdolnionym plastycznie. Znała kilka wilków, które umiały działać cuda. Ona zaś nie miała nawet bladego pojęcia, jak się za to zabrać. Kai mawiał, że trzeba mieć do tego predyspozycje i nie powinna się tym martwić, a jej specjalnym talentem pewnie jest coś zupełnie innego. Z tym, że nie odczuwała tego jako powód do kompleksów, a raczej chłodne zainteresowanie. Zupełnie, jakby w momencie obserwowania artystów wkraczała w inny, jeszcze bardziej abstrakcyjny świat.
– Jak wam idzie? – pytał Dernet, przechadzając się między uczniami i zerkając im przez ramiona. Tuż za nim dumnie kroczył Dannan, który z kolei nie wyrażał większego zainteresowania ich pracą. 
Eterna nie przepadała za żadnym z nich.
Dernet zwolnił przy jej malunku. Domyśliła się, że jak zwykle nie był usatysfakcjonowany jej dziełem. Na szczęście tym razem darował sobie komentowanie i poszedł dalej. Dannan z kolei wykazał się mniejszą dyskrecją i parsknął cicho. Dernet go skarcił, ale nie obchodziło jej to nawet. Nie czuła nigdy przywiązania do żadnej z prac plastycznych, jakie wykonała.
Ponownie przeniosła wzrok na skuloną sylwetkę Mortimera. Wciąż skubał coś pazurkiem umazanym od farby, od czasu do czasu sięgał w zęby pędzelek. Dernet mówił, że nie muszą się starać, ale on i tak jak zwykle robił po swojemu. Uśmiechnęła się pod nosem, myśląc czy powinna znowu do niego zagadać po zajęciach. Wyszło im za pierwszym razem, ale może za drugim będzie lepiej.
– Widzę, że większość z was już zakończyło pracę – Powiedział w końcu Dernet. Domyśliła się, że Dannan już zdążył się ulotnić. – Możecie kończyć swoje malunki, ale tym, którzy już skończyli powiem co dalej. Otóż... – Zrobił dramatyczną pauzę – Możecie do woli porzucać kamieniami. Jak wam się tylko podoba. O ziemię, o drzewa... Byleby nie zranić królików, ani tym bardziej siebie wzajemnie. Proszę o zachowanie ostrożności. Dannan będzie was pilnować.
Na wysoką trawę przykuł jej uwagę dopiero wodzący po niej nieobecnym wzrokiem Dernet. Sponad najwyższych, delikatnie gibiących się źdźbeł powiewał pęczek gęstych brązowych włosów. Kiedy wiatr zawiał odrobinę mocniej, dostrzegła również postawione w szpic uszy oraz skupiony wzrok Dannana. Wcale nie poszedł, jak wcześniej się jej wydawało. Dzieliło ich raptem kilka metrów... a może kilkanaście?
– Możecie zacząć się wyżywać – powiedział Dernet, wycofując się do cieni drzew.
Eterna wzięła w zęby kamień. Postąpiła kilka kroków, a następnie wykonała najmocniejszy jak tylko umiała zamach. Jej dzieło poszybowało tak wysoko ku niebu, że musiała mrużyć oczy, lecz... niezadowalająco. Zmarszczyła nos. Obserwowała jak spada z łomotem na ziemię i dopiero wtedy potruchtała naprzód. Nad nią miotały się kolejne pociski, a Dannan biegał w tą i wew tę, usiłując wydawać polecenia tak, aby nikt w nikogo nie wycelował. Kilka razy o mało na nią nie wpadł.
Chwyciła znowu kamień i tym razem wykonała prawdziwy półobrót. Wiatr zaświszczał jej w uszach, a później powietrze przeciął jej pocisk. Z trzaskiem uderzył w cudzy. Oba mało spektakularnie padły na ziemię. Warknęła z niezadowoleniem. Odczekała, aż szczeniak, którego nie znała z imienia, z przestrachem poszedł po swoją własność i dopiero potem się zbliżyła.
Spróbowała ponownie. Rozejrzała się wpierw, czy nie ma nikogo w pobliżu i cisnęła kamieniem z maksymalną siłą. Tym razem poszybował tak daleko, że straciła go z oczu. Uśmiechnęła się z satysfakcją. Pozbyła się go. Trzymając głowę nisko przy ziemi, aby nie oberwała niczym w oko, potruchtała do Derneta. Wciąż obserwował strzelaninę z bezpiecznej odległości. Widząc Eternę, na jego pysku zajaśniał szeroki uśmiech.
– Prawie jak na wojnie, prawda?
– Proszę pana, zgubiłam swój kamyk – oznajmiła, ignorując jego próbę zagadnięcia.
– Och – Wyrwało mu się – I co teraz?
Eterna obejrzała się przez ramię. Mortimer wciąż malował. Z trudem zwalczyła pokusę pójścia do niego.
– Nie wiem. Chyba wrócę do siebie.
– Jeśli chcesz... – Wzruszył ramionami.
– Dziękuję... – Skinęła głową, uśmiechając się delikatnie – Do widzenia.
– Do zobaczenia, Elanor.
Kiedy go minęła, uśmiech całkowicie opuścił jej pysk.
W duchu obiecywała sobie próbę zagadania do Mortimera następnym razem.

<C.D.N.>

wtorek, 10 września 2019

Od Lind "Ogień i wiatr" cz. 2

Wrzesień 2024
Na moment przerwałam czytanie. Podniosłam wzrok znad książki. Wszyscy nadal byli zajęci swoimi sprawami. Skierowałam wzrok z powrotem na wygniecione strony.
"...Jednak najstarszy z książąt zapragnął wykorzystać tę broń do obalenia obecnego króla. Artefakt wówczas został zniszczony przez własną energię; zabijając członka rodu, który chciał nad nim zapanować. Pozostałe artefakty zaginęły. Plan władcy zawiódł."
Przewróciłam stronę. Tu rozdział się kończył. Przeszłam więc do kolejnego, lecz w nim opisano już tylko jakieś nic nie warte historyjki. Coś o sojuszu z elfami, wojnie wybijającej wszystkie kotołaki w okolicy zamku i tak dalej... Nic więcej o artefaktach.
Zerwałam się z miejsca. Ting miał rację; to istotnie jest ciekawa informacja. Jeśli ten fragment naprawdę traktuje o TYCH magicznych przedmiotach... Gdzie jest czwarty z nich? Czy to znaczy, że istnieje... Czwarty Strażnik? Czy jest możliwość, że Freeze wie o Czwartym Artefakcie?!
"Wskazówki, potrzeba nam więcej wskazówek" - pomyślałam. 
Wtem przypomniałam sobie o materiale, którym Ting obwiązywał Wichurę. Kiedyś mi wyjaśniał, że wyszyty na nim napis jest zaszyfrowany, żeby Strażnik nie mógł go odczytać. Odmieniec zdołał więc przetłumaczyć tylko kilka słów. Niestety ja już zdążyłam zapomnieć, jakie to były słowa. Teraz jednak miałam nowy plan, jak można sprawdzić, czy są tam jakieś ważne informacje. Podbiegłam do Strażnika.
- Podaj mi materiał, którym zabezpieczasz słoik - zażądałam. 
- Po co? - zdziwił się Odmieniec. Wtedy dostrzegł leżącą na ziemi "książkę". - Dotarłaś w końcu do czwartego rozdziału?
- Tak. Chyba wiem, co może nam pomóc - rzuciłam. - Pospiesz się.
Strażnik Wichury sięgnął do swojego plecaka i wkrótce podał mi to, o co prosiłam. Wtedy podeszłam do Baldora i spytałam, czy też ma gdzieś przy sobie materiał, którym zabezpieczał Las. Kiedy dowiedziałam się, że tak, poprosiłam, by mi go na chwilę pożyczył. Ten Odmieniec wahał się trochę dłużej, ale ostatecznie również przystał na moją prośbę. 
Położyłam oba skrawki tkaniny na trawie i rozwinęłam. Napisy były prawie identyczne; z wyjątkiem paru pierwszych symboli. Tym bardziej byłam zainteresowana, co to oznaczało. 
Złapałam obie szmatki w pysk. Podbiegłam z nimi do naszego przewoźnika. 
- Passer! - zawołałam. - Potrzebuję twojej pomocy. 
Głowa smoka zawisła nade mną. Złotawe oczy zwróciły się w moją stronę. 
- O co chodzi? - spytał.
- Czy potrafisz to odczytać? - spytałam, unosząc jeden skrawek materiału za pomocą wiatru. 
Gad chwilę przyglądał się temu chwilę, a potem znów się odezwał:
- Kiedyś uczyłem się tych symboli, ale już niewiele pamiętam - przyznał z lekkim wstydem w głosie. - Musisz spytać kogoś innego. 
- Dobra. I tak dziękuję - Złapałam przedmiot z powrotem w pysk i ruszyłam w stronę pozostałych smoków. 
Czemu nie wpadłam na to wcześniej? Przecież z nietopniejącymi soplami lodu postąpiłam dokładnie tak samo. Dostrzegłam, że Ting, zainteresowany moimi poczynaniami, szedł teraz tuż obok. Pierwszym gadem, do jakiego dotarliśmy, była biała Verum. Mieliśmy dużo szczęścia; ona znała doskonale szyfr, którym zapisano wiadomość na skrawkach materiału. Dzięki pomocy smoczycy, dowiedzieliśmy się, że na tkaninie z plecaka Tinga napisano: "Pierwszy artefakt; jeden z trzech umożliwiających dostęp"; natomiast na tej, którą nosił ze sobą Baldor: "Drugi artefakt; jeden z trzech umożliwiających dostęp". 
- Coś nam to daje? - spytałam Odmieńca, kiedy już po podziękowaniach za pomoc, oddalaliśmy się od Verum. 
- To wskazówka, że artefakty mogą zostać wykorzystane do dostania się do... czegoś - westchnął Odmieniec. - Cokolwiek to jest. 
- Czyli... tak naprawdę dalej nie mamy wielu przydatnych informacji... - mruknęłam, kręcąc głową. 
- Dokładnie tak - odparł Ting. - A co myślisz o fragmencie książki, Pierzasta? 
- Myślę, że brzmi to podejrzanie podobnie do waszych trzech artefaktów. Ale kwestia tego czwartego nie daje mi spokoju. - Zatrzymałam się. - I jeszcze ten fragment o zaginięciu tych magicznych przedmiotów. Myślisz, że mogły zostać skradzione, zanim zamknięto was w komnatach? 
- Nie wiem, co powinienem myśleć - rzucił gorzko Odmieniec. 
- A jeśli... te artefakty wcale nie należą do rodziny Freeze'a? 
- Kogo? - Strażnik Wichury podniósł wzrok na mnie. 
- Nie, nieważne... - natychmiast wycofałam się z tego, co mówiłam. 
Kiedy byłam w więzieniu podjęłam decyzję, że nie wspomnę moim dwóm towarzyszom o tym basiorze. W końcu to był Złodziej, którego Baldor planował zabić. Nie chciałam narobić problemów; ten Odmieniec był nieprzewidywalny.

Uwagi: brak.

Od Asgrima "Poszukiwacze rzeczy zielonych" cz. 1 (cd. Lind/Leah)

Wrzesień 2024
Z radością przywitałem dzień, w którym przekroczyliśmy bramy Białego Królestwa. Chłodny wiatr mierzwił nasze futra. Nos drażniły przyjemne zapachy roztaczającej się wokół natury. Byliśmy wolni. Prawdziwie wolni.
Nie mogłem powstrzymać wesołego śmiechu, kiedy Passer znalazł się w powietrzu. Podmuchy nabierały na intensywności. Moje ciało podskakiwało nieznacznie z każdym kolejnym machnięciem wielkich skrzydeł. Gdzieś za nami zostało Białe Miasto wraz z całym jego szaleństwem.
Zadrżałem, wspominając ostatnie dni. Uśmiech zamarł na moim pysku. Przez myśl przeszły mi osoby, które musieliśmy tam zostawić. Stary kochany Elvin, Flora, nasi sąsiedzi spoza watahy i w końcu Suzanna... Biorąc pod uwagę sytuację w Białym Mieście... W chwili gdy my odzyskaliśmy wolność, oni ją tracili. Z każdym dniem coraz bardziej.
Ktoś przytulił się do mojego boku. Odwróciłam pysk i natknąłem się na bladoniebieskie oczy Torance.
- Już spokojnie - mruknęła, liżąc mnie delikatnie w polik.
Odpowiedziałem słabym uśmiechem i z wdzięcznością wtuliłem się w jej szyję.
- Kocham cię, wiesz? - wyszeptałem do jej ucha.
Drgnęła delikatnie.
- Wiem. Ja ciebie też.
- Ej, Ruda, Chudy, możecie przestać się tak mizdrzyć? Nie mogę na was patrzeć. - skomentował Ting.
Wywróciłem oczami. Tori parsknęła śmiechem i odsunęła się ode mnie. Nim zdołałem wymyślić sposób w jaki mógłbym okazać swoje niezadowolenie z tego powodu, wilczyca polizała mnie w nos. Mimowolnie się uśmiechnąłem i oddałem ten drobny pocałunek.
Odmieniec fuknął niezadowolony.

Miło było podróżować na grzbiecie Passera, jednak najlepszym momentem tego dnia z pewnością był ten, w którym postawiłem łapy na ziemi. Czułem pod nimi mokrą trawę. Już dawno uwolniliśmy się ze strefy dziwnych osadów. Rośliny były czyste, normalne. Światło zachodzącego słońca odbijało się w kroplach wody.
Przeciągnąłem się, czekając na moich przyjaciół. Kilka kości strzyknęło od długiego siedzenia w jednym miejscu.
- Co powiecie na małe poszukiwania? - zagadałem, kiedy w końcu współtowarzysze podróży również znaleźli się na ziemi. - Na pewno gdzieś w tych okolicach są jakieś skarby. Chociażby kilka magicznych kwiatków.
Tori skrzywiła się.
- Nie ma mowy. Ostatnim razem, kiedy pomagałam zbierać ci jakieś roślinki, skończyłam z poparzonym pyskiem.
Machnąłem łapą.
- Przestań, kiedy to było. Będę cię pilnować - zapewniłem, wypinając dumnie pierś.
Wilczyca pokręciła zdecydowanie łbem.
- Radź sobie sam. Idę szukać grupy do polowań. Hej - powiedziała i poszła sobie. Tak po prostu. Żadnego pożytku z tej wadery.
Skierowałem błagalne spojrzenie na Lind i Leah. 
- Może chociaż wy?
- Ja pójdę, co mi szkodzi - mruknęła Lind.
Wobec tego przeniosłem wzrok bezpośrednio na Leah. Czekałem na jej odpowiedź, nieznacznie przebierając łapami w miejscu. Nie mogłem się doczekać momentu, w którym rozpoczniemy poszukiwania.
Wadera już otwierała pysk, kiedy rozległo się głośne łupnięcie, a zaraz po nim przestraszony pisk Eleny. Kotka wtuliła się w moje łapy. Jej ogon poruszał się nerwowo, a futerko było nastroszone. Zerknąłem mimowolnie na Baldora, który poszedł w swoją stronę, nie przejmując się tym, że swoim zejściem przyprawił kogoś o zawał serca. Pewnie nawet tego nie zauważył.
Wróciłem spojrzeniem do Leah. Na pysku wadery widniał uśmiech.
- Czemu nie?
Odpowiedziałem uśmiechem.
- Wobec tego czas rozpocząć poszukiwania! - zawołałem. - Postarajcie nic sobie nie zrobić tak, jak niektórzy.
Zerknąłem znacząco w stronę, w którą poszła Torance.
- Mi to nie grozi.
Lind dumnie trąciła łapą swój Medalion Nieśmiertelności. Uśmiech zamarł na moim pysku. Przyglądałem się błyskotce, która dawała swojemu właścicielowi życie wieczne. Leczyła rany, dodawała energii. Chociaż wyglądał niepozornie, krył w sobie ogromną moc. Moc, która nie powinna w ogóle istnieć.
Z rozmyślań wyrwał mnie Arkan, który wylądował w pobliżu. Spodziewałem się, że do nas podejdzie, jednak smok poszedł w swoją stronę. Łapy uginały mu się pod ciężarem własnego ciała. Wyglądał na wykończonego.
- Co z Arkanem? Coś mu się stało? - spytała Lind.
- Chyba się zmęczył. Wspominał, że nie znosi dobrze tak długich lotów po przerwie - Leah zmarszczyła brwi.
Lind skinęła głową.
- Aaa... W sumie nie dziwię mu się.
- Powinien się trochę przespać, a nie biegać po terenach - wtrąciłem.
- Nie lubi spać na ziemi, zdecydowanie woli drzewa. Ale tutaj raczej nic dobrego nie znajdzie.
Leah zerknęła w stronę niewielkiego lasu, w którym zniknął jej towarzysz. Drzewa były niskie i cienkie. Nie dałyby sobie rady z utrzymaniem na sobie masywnego wilka, a co dopiero Arkana.
- Jejku, zapomniałam już o tym - mruknęła Lind.
- Pierzasta, gdzie masz Medalion Wizji?
Głos, niewątpliwie należący do Tinga, wydobywał się z grzbietu Passera. Mimowolnie spojrzałam w tamtą stronę. Odmieniec zapamiętale grzebał w rzeczach Lind.
- Nie mam teraz czasu ci go szukać, Ting! - odpowiedziała mu wadera.
- Chudy, może ty go widziałeś?
Prychnąłem głośno.
- Skąd mam wiedzieć gdzie są wasze rzeczy? - W mój głos wdarła się nuta oburzenia. - Nie grzebię w czyichś rzeczach w przeciwieństwie do niektórych.
Ostatnie słowo mocno zaintonowałem, dobitnie dając do zrozumienia, że miałem na myśli właśnie jego. Ten jednak puścił moją uwagę mimo uszu.
- Huh, dobra, nie chcesz powiedzieć to nie - mruknął i ponownie zanurkował w koszu.
Prychnąłem oburzony. Nie dość, że posądzono mnie o naruszanie czyjejś prywatności, to jeszcze zostałem parszywie olany.
- Ignoruj go - podpowiedziała Lind.
Kiedy tylko się odezwała, moje serce na moment zamarło. Co mogła sobie pomyśleć, gdy usłyszała słowa Tinga? Chyba nie uważa, że teraz kłamałem... Prawda?
- Lind, nigdy nie przeglądałem twoich rzeczy. Nie obchodzi mnie, co tam sobie trzymasz. Przysięgam - powiedziałem szybko.
- W porządku, wierzę - odparła. - Chodźmy już.
Skinąłem łbem i zacząłem wypatrywać jakiejś rośliny, która byłaby godna naszej uwagi. Nie widziałem jednak nic poza trawą i kolorowymi liśćmi przywianymi tutaj z lasku. Nuda.
Wadery podobnie jak ja rozpoczęły poszukiwania. Każdy z nas starał się znaleźć coś, cokolwiek, co mogłoby być chociaż odrobinę użyteczne.
- Hej, czujecie ten słodki zapach? - odezwała się nagle Lind.
- Nie... Ale jak zwróciłaś uwagę... - Leah przysunęła nos do ziemi.
Zmarszczyłem brwi. Nie wyczuwałem żadnego specjalnego zapachu. Wciągnąłem mocno powietrze. - Jaki słodki zapach? Nie, nic nie... - zamilkłem w chwili, gdy woń dotarła do mojego nosa. - O, faktycznie.
Zamknąłem oczy, próbując skupić się na zmyśle węchu. Z jakiegoś powodu nasłuchiwanie czy też tropienie było prostsze, kiedy zamykałem oczy. Chociażby tak krótka izolacja od zmysłu, który pochłaniał mnie najbardziej, sprawiała, że pozostałe bodźce były... Bardziej intensywne.
- Tylko teraz znaleźć źródło...
Do moich uszu dotarł głos Lind. Odwróciłem pysk w stronę, z której nadchodził i niemal natychmiast wyczułem raczej mało nieprzyjemny zapach. Odsunąłem się z głośnym parsknięciem. Otworzyłem oczy, by zobaczyć przed sobą stosunkowo świeże odchody. Prawdopodobnie jeleni. Ich zapach nadal wisiał w powietrzu.
Lind musiała dojść do tych samych wniosków, bo zaledwie chwilę później podzieliła się z nami swoim odkryciem.
- Czuję - wzdychnęła Leah. - Zgłodniałam...
- Co ty nie powiesz - mruknąłem, krzywiąc się. Zwiększyłem dystans między mną a naturalnym nawozem. - Zostawiły po sobie kilka rzeczy...
- Może pójdziemy na polowanie, jak już coś znajdziemy?
Ponownie moje słowa zostały zignorowane. Widocznie polowanie było ważniejsze.
- Pasuje - Lee wróciła do węszenia. - Co to może być? Ten słodki zapach... Kojarzy mi się z kwiatami.
- Róże Hery - odparłem.
- Właśnie... Tak myślałam - mruknęła Lind.
Posłałem wilczycy uśmiech. Już jakiś czas temu zauważyłem, że miała problem z przyznaniem się, że mogła czegoś nie wiedzieć. Kiedy podzieliłem się swoimi obserwacjami z Tori, moja partnerka stwierdziła, że kogoś jej to przypomina. Nadal nie udało mi się ustalić, kogo miała na myśli.
- Oczywiście - powiedziałem, przeciągając samogłoski dla lepszego efektu.
Samica poruszyła niespokojnie ogonem. Na jej pysku zawitał grymas. W odpowiedzi jedynie szerzej się uśmiechnąłem.
- Jak nie róża. Bardziej jaśmin - stwierdziła Leah. Nie wyraziła żadnej skruchy, że przerwała mi droczenie się z Lind. I to jeszcze zanim na dobre się zaczęło.
- Róże Hery charakteryzują się dość mocnym... - zacząłem wyjaśniać.
Przerwałem w chwili, kiedy zauważyłem jakiś błysk w trawie. Zaciekawiony podszedłem w
tamtą stronę i niemal od razu w oczy rzucił mi się srebrny medalion. Miał charakterystyczną zawieszkę, która przedstawiała kota. Mimowolnie zerknąłem w stronę Eleny, która z zaangażowaniem oddawała się próbom złapania jakiegoś owada.
- Hej, żadna z was przypadkiem nie zgubiła swojego świecidełka? - spytałem głośno.
- Raczej nie. Musiałabym sprawdzić w skrzyni.
- Pokaż, co to za wisiorek - rozkazała Lind.
Posłusznie wziąłem go do pyska. Zimny łańcuch przyjemnie ochładzał dziąsła. Metaliczny posmak uderzał w język. To z kolei nie było ani trochę smaczne. Podszedłem do wader i pozwoliłem się mu przyjrzeć. Lind zmrużyła w skupieniu oczy.
- Nie, na pewno nie mój - mruknęła po chwili.
Spojrzałem wyczekująco na drugą samicę.
- Też nie.
- No to teraz należy do ciebie, As - Lind skinęła łbem.
- Niby znalezione, nie kradzione, ale... Chyba później spytam kogoś, czy nie zgubił jakiegoś medalionu w trakcie lotu - pomyślałem na głos.
- Jak uważasz. Chodźmy po te róże.
Lind uśmiechnęła się delikatnie.
Skinąłem łbem.
- Pomożecie mi go założyć? Sam niezbyt dam radę... - mruknąłem.
- Jasne.
Medalion uniósł się z pomocą wiatru. Nie byłem pewny, która z samic zdecydowała mi się pomóc (chociaż podejrzewałem Lind). W każdym razie wisior już po chwili zawisł na mojej szyi.
- Dzięki.
Wróciliśmy do poszukiwań. Cały czas wypatrywaliśmy Róż Hery, jednak było to trudniejsze niż mogłoby się zdawać. Niesiony przez wiatr zapach zdawał się być w przypadkowych miejscach. Nie było w tym żadnego ładu i składu. Tyle dobrego, że w którymś momencie tych poszukiwań, Leah znalazła niebieski agrest. Zebraliśmy, co się dało i wróciliśmy do szukania róż, które chyba stwierdziły, że pograją z nami w chowanego. Przeklęte kwiaty.

<Leah? Lind?>

poniedziałek, 9 września 2019

Od Mortimera "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 2

Wrzesień 2024 r.
Basiorek zastrzygł uszami, słysząc, że ktoś biegnie prosto na niego. Obrócił się, a widząc że to Elanor, wytrzeszczył oczy. Nigdy nie rozmawiał z nią osobiście. Nie wyglądała mu nigdy na osobę, która stroniła od samotności. W pierwszej chwili sądził, że wadera wbiegnie prosto w niego, ale  w ostatnim momencie zgrabnie go ominęła i zrównała z nim krok.
– Cześć, Morti – uśmiechnęła się szeroko.
– Um, cześć – odwzajemnił uśmiech.
– Coś się stało, że Theo cię opuścił?
– Nie, nie bardzo – Zaśmiał się nadal niepewnie – Mama chciała w czymś pomocy. Ja jestem za duży, więc wolała Theo i Exana...
Elanor spojrzała wymownie na czubek jego głowy. Mimo znaczącej różnicy wieku, byli równego wzrostu... Przynajmniej licząc razem z jego sterczącą grzywką.
– Mama zawsze mówi, że jestem taki duży po niej – dodał.
– Twój tata też jest chyba wysoki.
– Nie aż tak. Mama jest bardzo wysoka jak na waderę – objaśnił. Elanor pokiwała głową ze zrozumieniem. Nadal czuł się w jej towarzystwie niezręcznie. Nie wiedział, o czym powinien rozmawiać, aby pociągnąć to dalej, więc zapanowała cisza. Nie lubił ciszy.
– Gorąco dzisiaj, nie?
– Tak, trochę tak – westchnęła cichutko.
Znowu cisza. Przygryzł wargę. Wodził wzrokiem po niebieskich chabrach wystających gdzieniegdzie spomiędzy trawy, starając się wymyślić jakiś sensowny temat.
– Właściwie to po co wzywali te wszystkie inne szczeniaki?
– Z Watahy Czarnego Kruka? – dopytał z błyskiem w oku.
– Kai każe tak nie mówić. Jesteśmy jednym stadem – poprawiła go Elanor.
– Sorki – Zwiesił uszy – Wydaje mi się, że chcieli by pomogli w tym samym, co Exan i Theo.
– Czyli my jesteśmy wykluczeni?
– Być może – Wzruszył ramionami.
Prychnęła z rozbawieniem.
– Ciekawe czy mają nas za ułomnych, że jako jedyni nie byliśmy wzięci do pracy...
– Nie wiem, nie wiem – odpowiedział, odbiegając wzrokiem gdzieś w bok – Wiem tyle, że mieli szczęście.
– Dlaczego? – spojrzała na niego zaintrygowana.
– Nie przyszli na zajęcia, a było nudno.
Teatralnie wywróciła oczami.
– Nauka przecież jest dość interesująca. Skąd, jak nie ze szkoły dowiesz się jak robić eliksiry?
Mortiemu na usta cisnęła się odpowiedź, że od rodziców, ale zaraz potem oprzytomniał, że ani mama, ani tata nie mieli wiedzy w tym zakresie.
– Ty masz Kai'ego... zresztą eliksiry nie są w życiu niezbędne – obruszył się.
– Ale bardzo przydatne. Tutaj masz tę wiedzę podaną na tacy, nie musisz jej daleko szukać... Po to jest szkoła. Abyś zaczął samodzielnie myśleć.
– No chyba właśnie odwrotnie – prychnął. Czując na sobie zdumiony wzrok Elanor, pospiesznie się wytłumaczył: – Tata tak zawsze mówi.
– A czy twój tata ma wybitne osiągnięcia naukowe?
Morti nie wiedział co jej odpowiedzieć. Nie mówił zbyt wiele o swoim wykształceniu, ale miał świadomość jednego – jego tata nie był ani nauczycielem, ani dowódcą, ani lekarzem... Basiorek zwiesił głowę.
– Nie – odpowiedział pokornie.
– Dlatego sądzę, że powinieneś mieć go za trochę mniejszy autorytet, niż teraz. Może osiągniesz dzięki temu coś więcej, niż on.
– Czego właściwie ode mnie chcesz? – zapytał smętnie. Wyglądała na zaskoczoną.
– Niczego. Porozmawiać. Nic ponadto. Chyba lubisz gadać.
Już na nią nie patrzył. Zauważył, że coraz więcej szczeniaków biegnie na miejsce umówionych zajęć. Na łące było niemal ciemno od nadmiaru czarnego i szarego futra reszty ich grupy. Jego znajomi biegli, krzycząc do siebie radośnie. Niektórzy bawili się w berka lub ścigali do celu. Normalnie by ich zawołał, że zaraz dołączy, ale teraz jakoś stracił nastrój.
– Wiesz... chyba powinniśmy się już zbierać na zajęcia. Wygląda na to, że zaczniemy wcześniej – powiedział. Elanor popatrzyła na szczeniaki i skinęła głową. Zawrócili.
Na miejscu już czekał na nich brązowo-beżowy basior. Uśmiechał się, licząc wzrokiem każdego nowo przybyłego ucznia. Nie wyglądało na to, aby gdziekolwiek się spieszył.
– Przynajmniej wcześniej skończymy – wymamrotał pod nosem Morti. Nie miał pewności, czy Elanor to usłyszała. Usiadła tuż obok niego. Czuł gorąco jej ciała. Niemal stykali się bokami. Przełknął ślinę nieco zaniepokojony. Chciała się zaprzyjaźnić? Czy od początku ich znajomości czekała na moment, aż zostanie sam? "Dziewczyny są dziwne", podsumował w myślach.
Wtedy zauważył, że nauczyciel zaczął się do niego zbliżać.
– Gdzie jest Theo i Exan?
– Poszli pomagać mamie. Może pan zapytać później...
Taka odpowiedź dla Derneta była jednak zadowalająca. Zaczął uciszać wciąż rozbrykaną klasę. Mortimer zastanawiał się, nad czym pozostałe szczeniaki tak zawzięcie pracowały przez ostatnie godziny. Znowu przesmyk do strumyka był zbyt mały, aby zdołał się tam przepchnąć dorosły wilk?
– Co dzisiaj chcielibyście porobić? – zapytał Dernet, kiedy już zupełnie ucichło.
– Najlepiej nic! – odkrzyknęła Kardia, a reszta grupy zawtórowała jej śmiechem. Dernet wywrócił oczami.
– Nie ma mowy. Cieszcie się, że pozwalam wam zadecydować. Gdybyście mieli innego nauczyciela pewnie mielibyście z góry narzucone co i jak, i zapewniam – pewnie nie bawilibyście się tak wyśmienicie.
– Co tak poważnie? – kpiła dalej Kardia.
– Przymknij się – warknęła niespodziewanie Elanor. Morti aż postawił uszy. Kardia posłała jej mordercze spojrzenie. Morti miał wrażenie, że jej jadowicie zielone oczy zaraz ich pożrą na odległość. Chodziły plotki, że jej żywiołem była trucizna...
–  Przeszkadzasz panu Dernetowi – powiedziała z lodowatym spokojem Elanor. Morti miał ochotę się od niej odsunąć, żeby Kardia nie rzuciła się zaraz również na niego, ale paraliżujący lęk sprawił, że wbił pazurki w miękką ziemię.
– A może chcę? – Kardia zaczęła warczeć.
– Dziewczynki, spokojnie – powiedział spanikowany nauczyciel – Możemy dzisiaj nauczyć się przelewać emocje w sztukę. Również złość. Wystarczy coś namalować... Specjalnie przyniosłem wam nawet barwniki i...
– Najpierw pokażę tej dziwce gdzie jest jej miej...
– Pilnuj słownictwa! – syknął Luger, zerkając na gromadkę skulonych szczeniąt z watahy, które wyglądały na zbliżone wiekiem do Mortiego.
– Macie zakaz zbliżania się do siebie aż do odwołania – powiedział Dernet z trudem siląc się na spokój. Elanor wyglądała na niewzruszoną. Patrzyła na Kardię, nie mrugając nawet okiem. Dernet jeszcze przez moment patrzył to na jedną waderę, to na drugą i dopiero potem kontynuował:
– Tak jak zwykle możecie wziąć sobie po kamieniu z naszej kupeczki. Każdy może dopasować jego wielkość i kształt wedle uznania. Dzisiaj nie obowiązują was żadne zasady perspektywy czy anatomii. Rysujecie cokolwiek chcecie, i czymkolwiek chcecie. Farbą, węglem, kredą... Cokolwiek, co da wam upust emocjom. Najlepiej całemu gniewowi. Wtedy będziemy mogli w pełni wykonać zadanie.
Wszyscy koledzy Mortiego natychmiast ruszyli naprzód, więc on zrobił to samo. Była to dogodna wymówka, aby znaleźć się jak najdalej od Elanor. Ta wadera powodowała na nim gęsią skórkę.
Zdołał dobiec jako jeden z pierwszych, więc porwał również najlepszy kamień. Akurat Dannan przyszedł na łąkę i ustawił koszyk ze słoiczkami pełnymi farb na ziemię, więc Morti pogalopował w tamtym kierunku. Chciał czerwoną farbę. To była jego ulubiona.
Kiedy próbował odkręcić nakrętkę tępymi ząbkami, Dannan i Dernet rozmawiali przyciszonymi głosami. Pozostałe szczeniaki z grupy zaraz potem dołączyły do przepychanek o pozostałe słoiki z farbami. Morti przysiadł wraz ze swoją zdobyczą w innym miejscu, by móc w spokoju dostać się do środka.

<C.D.N.>

niedziela, 8 września 2019

Od Crane'a "Zając za szybko chodzi"

Wrzesień 2024
Po dzisiejszej podróży, Edel była wyjątkowo zmęczona. Znów wymiotowała i ledwo trzymała się na nogach. Jak tylko zeszliśmy z grzbietu Diligitis, wadera ułożyła się do snu, obiecując, że to jej dobrze zrobi. Wtedy smoczyca zobowiązała się do osłonięcia mojej ukochanej przed wiatrem i rozłożyła nad słabą wilczycą jedno skrzydło, jak baldachim. 
Nie chciałem przeszkadzać i hałasować, także ucałowałem E i wybrałem się na spacer po okolicy. Trochę poprzyglądałem się, co robią inni członkowie watahy, a potem skręciłem do pobliskiego lasu. W pewnym momencie dostrzegłem ciemny pień, który wyróżniał się pośród pozostałych. Podszedłem bliżej i powąchałem korę drzewa. Ten zapach z czymś mi się kojarzył. Zainteresowany odmiennością okazu, obszedłem go dookoła. Wtedy zobaczyłem przy najniższej gałęzi coś, co przypominało dopiero rozwijającą się, błękitną konwalię. Zmrużyłem oczy. Bił od niej nikły blask. Wówczas rozpoznałem, że to Niebieski Świetlik. Dokładnie rok temu Lind pokazywała mi tę roślinę. Zebrała ich nieco podczas poszukiwania jajek, które zgubił ten Ara... Ara... ten królik. Później dowiedziałem się, że te kwiaty zwykle rosną na pewnym szczególnym rodzaju drzew, a one nie występują wszędzie. 
Wtedy podjąłem decyzję, że chciałbym zebrać nieco drewna tego drzewa, skoro już jedno znalazłem. Niestety nie wiedziałem, jak mógłbym się za to zabrać. Nie miałem sposobu na ułamanie nawet gałęzi; były zwyczajnie zbyt wysoko. Zmiana w człowieka też by nie wystarczyła. (Odkąd trwała przeprowadzka uznałem, że nie ma sensu już ukrywać się z faktem, że posiadam tę zdolność. Teraz już nie poślą mnie do pracy w Mieście.) 
Pomyślałem, że może gdybym miał siekierę, mógłbym ściąć całe drzewo. Obejrzałem się za siebie; w stronę miejsca postoju pozostałych. Szczerze wątpiłem, że ktokolwiek z nich posiadał ten przedmiot. Zacząłem się zastanawiać, jakie jeszcze mam opcje na pozyskanie tego drewna. 
Wtedy moich uszu dotarły miarowe uderzenia małych łapek, a potem ciężkie kroki i głośne dyszenie. Rozejrzałem się, szukając źródła dźwięków. Paręnaście metrów ode mnie śmignął zając. Po chwili w tym samym miejscu zjawił się zasapany Camus. On jednak wkrótce zatrzymał się, niezdolny do dalszego biegu. 
- Cześć, Crane! - zawołał, dostrzegłszy moją osobę. - Widziałeś może mój srebrny medalion? 
- Nie, nie widziałem - odparłem. 
Wiedziałem, że jeśli chcę z nim pogadać, będę musiał wiele się nasłuchać o srebrnym-wisiorku-który-pewnie-nigdy-nie-istniał. Nie mniej jednak ten basior mógł być rozwiązaniem mojego problemu. Podszedłem do niego bliżej i kontynuowałem rozmowę:
- Polujesz na zające? 
- Zając za szybko chodzi - Basior padł dramatycznie na ziemię. - A ja dalej nie znalazłem wisiorka. To zły znak - załkał. 
- Hej, a może chcesz żebym ci pomógł w polowaniu? - zaproponowałem. 
- Pomożesz, naprawdę? - Camus podniósł pysk i zamerdał ogonem. 
- Jasne - Skinąłem głową. - Złapię dla ciebie kilka zajęcy.
- Tak! Zapewniam, że odwdzięczę ci się, przyjacielu! - Natychmiast wstał z ziemi. - Dzięki tobie będę miał dosyć czasu, żeby znaleźć mój medalion! 
- Powodzenia w poszukiwaniach - uśmiechnąłem się, poklepując Camusa po ramieniu. - To widzimy się później. 
Z początku chciałem wrócić po swój Naszyjnik Pożywienia, ale jak tylko wyszedłem na otwartą przestrzeń, przypomniałem sobie o śpiącej Edel. Z tego co pamiętałem, wadera leżała tuż obok Diligitis, a kosz z moimi rzeczami znajdował się na grzbiecie smoczycy. Tak więc, zawróciłem z powrotem do lasu. Widać będę musiał zdobyć te zające tradycyjną metodą. 
Zacząłem węszyć. Szybko znalazłem trop wspomnianych zwierząt. Kiedy już dotarłem odpowiednio blisko, złapanie tych gryzoni nie było wyzwaniem. Zwłaszcza z moimi zdolnościami magicznymi, które umożliwiły mi utworzyć złudzenie, że z każdej strony czyha drapieżnik. W ten sposób upolowałem dla Camusa dwa zające. 
Zastałem wspomnianego basiora w tym samym miejscu, co wcześniej. Przez ten czas dookoła pojawiło się kilka świeżo wykopanych dziur. Wilk był akurat w trakcie pogłębiania kolejnej, jak rzuciłem zające na ziemię. 
- To dla mnie? Naprawdę oba są moje? - Camus ucieszył się jak szczenię. 
- Tak - odparłem. 
Basior zaczął szarpać świeże mięso. Poczekałem cierpliwe, aż się naje, po czym przeszedłem do tematu, który był powodem, dlaczego w ogóle pomogłem Camusowi w polowaniu. 
- Przyjacielu, mogę cię prosić o przysługę? - spytałem. 
- Jasne, jasne! - wykrzyknął. - Tylko oby szybką, bo zgubiłem Srebrny Medalion. To bardzo zły znak - potrząsnął głową. 
- To zajmie tylko chwilę - zapewniłem i podszedłem do grubego pnia, który wcześniej zwrócił moją uwagę. - Chciałbym zdobyć trochę drewna z tego drzewa, ale nie potrafię. Mógłbyś mi pomóc? 
- Nie ma problemu - oznajmił Camus.
Uderzył łapami w ziemię. Z głębi gleby dało się słyszeć jakby grzmot. W ostatnim momencie zdołałem uskoczyć daleko od miejsc, gdzie ziemia nagle pękała i falowała jak woda. Po chwili wskazane drzewo zostało wykorzenione od spodu przez odłamek skalny, który wystrzelił pod nim. Z głośnym hukiem pień opadł na ziemię. 
- Uff - sapnął Camus. - Wystarczy? 
- Hm... - Obejrzałem świeżo powalone drzewo. - Chyba będę musiał poprosić jakiegoś smoka o pomoc w podzieleniu tego na deski... 
- A, bo ty deski chciałeś, nie cały pień... - Basior opadł na ziemię, ciężko oddychając. - Daj mi parę minut, odsapnę i będziesz je miał. A potem biegnę po Medalion. Jego utrata to bardzo, bardzo zły znak! - powtórzył po raz kolejny. 
- W porządku - usiadłem w cieniu innych drzew. - Mnie się nie śpieszy. I tak już dużo mi pomogłeś - uśmiechnąłem się. 
- A może ty widziałeś mój medalion? - spytał Camus. 
- Nie, niestety nie.
Musiałem znieść jeszcze trochę tego jego gadania o jednym i tym samym Srebrnym Medalionie. Na szczęście wreszcie doczekałem się momentu, w którym basior wstał z ziemi i zajął się wycinaniem z pniaka desek.

Uwagi: Brak.