niedziela, 3 listopada 2019

Od Morgana "Zostali sami" cz. 2 (cd. Crane)

Styczeń 2025
Tata mnie zostawił. Znowu.
Od jakiegoś czasu porzucał mnie każdego dnia. Zostawałem wówczas pod opieką jakichś wilczyc. Wokół było wiele różnych szczeniaków, które na przemian spały i wdawały w walki, na które nikt nie zwracał uwagi. Ich zapachy mieszały się ze sobą, tworząc mieszankę od której kichałem. Większe ode mnie szczeniaki nieustannie próbowały mnie zaatakować.
Nie lubiłem tego miejsca.
Przez większość czasu piszczałem z utęsknieniem wyczekując powrotu taty. Nie rozumiałem dlaczego mnie tu zostawiał. Znacznie bardziej wolałem być obok niego i tulić się do jego puszystej sierści. Ewentualnie ciągnąć go za uszka. Zawsze mi na to pozwalał. No i w porównaniu do tych małych wilków nie próbował mi oddać ze znacznie większą siłą.
Pisnąłem głośniej. Jedna z dużych wilczyc zerknęła na mnie z niepokojem i podeszła, mówiąc coś miłym głosem. To nie pomogło. Nie była tatą. W końcu samica dała za wygraną i zostałem sam. Z mojego pyszczka ciągle nadchodził cichy skowyt.
Po jakimś czasie wpadłem na świetny pomysł. Mogłem przecież poszukać taty! Z pewnością ucieszyłby się, gdyby mnie zobaczył.
Zerknąłem w stronę reszty grupy. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Przyparłem do piasku i zacząłem powoli sunąć w stronę, w którą zawsze szedł tata.
Złocisty piasek był miły i ciepły. Słoneczko dodatkowo ogrzewało mój grzbiet. Powieki stawały się ciężkie, jednak nie mogłem zasnąć. Najpierw musiałem go znaleźć.
Podróż ciągnęła się w nieskończoność, a jego nadal nie było widać. W moich oczkach stanęły łezki. Zaczynałem żałować swojej lekkomyślnej podróży. Mogłem zostać wraz z innymi szczeniaczkami i po prostu spać. Tata w końcu by wrócił. Przecież zawsze wracał...
Poza tym przyjemne ciepełko zaczynało powoli palić. Coraz ciężej było mi wykonać kolejny krok. Potrzebowałem ciemniejszego piasku, który znajdował się zawsze obok wielkich i grubych patyków. Próbowałem kiedyś złapać takiego patyka i się nim pobawić. Niestety miałem za mały pyszczek żeby go złapać.
Może teraz by się udało?
Z nową energią ruszyłem w stronę patyków. Dopadłem do najbliższego z nich i otworzyłem pyszczek najszerzej jak mogłem. Wbiłem ząbki w drewno i spróbowałem się cofnąć. Patyk jednak nie ustąpił. Niedobry patyk.
Poświęciłem jeszcze trochę czasu na taką walkę, ale oczywistym było, że nie miałem szans. Muszę urosnąć jeszcze odrobinkę i wtedy z pewnością mi się uda! Wywaliłem jęzor i zacząłem szukać jakiegoś miejsca, w którym mógłbym odpocząć. Mój wzrok jednak nieustannie wracał do badyli. Nie zauważyłem, kiedy ziemia skończyła mi się pod łapami. Wpadłem do jakiejś dziury, piszcząc bardziej z zaskoczenia, niż z bólu. Chociaż, kiedy uderzyłem o grunt, jedna z łapek zabolała. I to całkiem mocno.
Odczekałem, aż przestanie boleć. Dopiero wówczas spróbowałem skoczyć i wydostać się z tej dziury. Nie udało mi się. Skakałem jeszcze wielokrotnie, jednak za każdym razem trafiałem łapkami ledwo w połowę wysokości. Moje pazurki szurały po ubitej ziemi, tworząc długie szramy. Nic więcej. Nie miałem szans na samodzielne wydostanie się.
Zwinąłem się w kłębek i zacząłem piszczeć. Może tata mnie usłyszy i przyjdzie tutaj? Zawsze mnie znajdywał... Tym razem też tak powinno być.
Mijały chwile, a nikt nie przychodził. Piszczenie było męczące, ale za bardzo bałem się, że kiedy przestanę, zostanę już tutaj na zawsze. Z tego, co wiedziałem, zawsze jest długie. Czyli mogło trwać nawet aż do ciemnej pory, a nie chciałem tu być, kiedy zapadnie mrok...
W końcu nade mną pojawiła się rozczochrana biała postać. Światło zagrało na jej pysku, upodobniając ją do potwora. Przyparłem zadkiem do tylnej ściany nory.
- Morgan - szepnęła postać. Zastrzygłem uszkami. Monstrum znało moje imię? Zmrużyłem oczka. To chyba oznaczało, że nie było złe. - Nie ma się czego bać. To ja, Lind. Pamiętasz mnie?
Wyciągnęła w moją stronę łapę. Niepewnie do niej podszedłem i zaciągnąłem jej zapachem. Pachniała jak wilk. Trochę inaczej niż tata oraz większość znanych mi wilków, ale raczej mogłem jej zaufać. Przestałem piszczeć aż tak natarczywie.
- Zabiorę cię stąd, dobrze?
Wadera spojrzała mi prosto w oczy. Zastrzygłem uszami, słysząc pytającą nutę w jej głosie. Nie odwracając spojrzenia, położyła się na ziemi i włożyła łeb w moją norę. Zęby zacisnęły się na mojej skórze. W pierwszej chwili nie zrozumiałem, co się dzieje i zaskomlałem nieznacznie głośniej. Jednak w chwili, kiedy znalazłem się na powierzchni, strach zaczął powoli mijać. Uratowała mnie! Dzięki niej nie zostałem tam na zawsze, a na zaledwie... Część zawsze. I tak zbyt długą część, ale nie zamierzałem narzekać.
Samica postawiła mnie na jasnym piasku. Przyjrzałem się jej rozwichrzonej sierści oraz kolorowym piórkom. Chciałem wiedzieć, jak o niej myśleć.  Już jakiś czas temu zauważyłem, że wiele stworzeń miało specyficzne dla nich słowa, na które reagowali. Te słowa ogólnie były imionami. Ja miałem na imię Morgan. Tatę nazywali czasem Crane, co nie miało sensu, skoro był tatą. Duże wilki bywały tak dziwne!
Miałem wrażenie, że samica wspomniała już swoje. Minęło jednak kilka chwil, nim wygrzebałem je z pamięci.
Ma na imię Li - stwierdziłem niezmiernie dumny z siebie.
- Zaczekamy na twojego tatę - powiedziała Li.
Ożywiłem się, słysząc tą wiadomość. To musiało oznaczać, że tata wróci do mnie i Li. Przyjdzie i mnie zabierze. A tymczasem...
Skierowałem ponownie uwagę na kolorowe piórka. Były takie śliczne! Podkradłem się w ich stronę i delikatnie tknąłem je łapką. Li to zauważyła i poruszyła swoją. Wraz z nią wprawiła w ruch piórka. Uśmiechnąłem się i zacząłem się nimi bawić znacznie pewniej. Mając z tyłu głowy wielkie patyki, doskoczyłem do pierza. Z łatwością wziąłem je w pyszczek. Nie było jednak takie smaczne, jak sądziłem. Szybko je wyplułem.
Zabawa była przednia. Mógłbym się tak bawić naprawdę długo, gdyby nie zmęczenie. W końcu przeżyłem tego dnia naprawdę wiele przygód. Miałem prawo być odrobinkę zmęczony. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiegoś milutkiego posłanka. W końcu zwróciłem uwagę na niezmiernie puszysty ogon Li. Wydawał się mięciutki. Bez dłuższego namysłu położyłem się na nim i zasnąłem. Tak po prostu.
***
Obudziło mnie dopiero mocne szarpnięcie. Pisnąłem, schodząc na piasek. Zdezorientowany rozejrzałem się po okolicy. Byłem na plaży wraz z Li oraz tatą... Tata trącił mnie noskiem, na co pisnąłem i wtuliłem się w jego łapkę. Tak mi go brakowało!
- Byłem na patrolu - mruknął basior. - Jak zawsze, zostawiłem Morgana u Helgi... Jak wróciłem, były z nią inne szczenięta, ale nie Morgan. Do mojego przyjścia nie zauważyła, że zniknął.
Zastrzygłem uszkami, słysząc swoje imię. Podniosłem wzrok na samca, jednak on nie patrzył na mnie. Przekrzywiłem główkę, również zerkając na Li.
- Li, tata wrócił - zauważyłem, wskazując łebkiem na tatusia.
- Tak, tak.
Nie usłyszałem w jej głosie najsłabszej nuty radości. Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc, czemu się nie cieszyła. W końcu tata był fajny... Powinna być zadowolona, prawda? Potrząsnąłem pyszczkiem i przeniosłem spojrzenie na samca. On też nie wyglądał zbyt wesoło. Dziwne...
Zacząłem myśleć nad tym, w jaki sposób mógłbym sprawić, że na ich pyszczkach pojawiłyby się uśmiechy. Wyglądali z nimi o wiele ładniej. W końcu w mojej głowie stanęło niedawne wspomnienie zabawy piórkami Li. Była naprawdę fajna, a i jej zdawała się podobać. Może tata chciałby do niej dołączyć?
- Tata, patrz! - poleciłem i doskoczyłem do łapki Li. Szybkim ruchem wziąłem kilka piórek w pyszczek i pociągnąłem delikatnie, spoglądając na dorosłych. Czekałem, aż dołączą do zabawy, jednak wszystko wskazywało na to, że nie mieli na to ochoty...
Li westchnęła głośno i popchnęła mnie nosem w stronę tatusia.
- Na was już chyba pora - powiedziała. Jej głos był przerażająco lodowaty. Mimowolnie się skuliłem.
- Ta... Masz rację.
Przekrzywiłem główkę, wpatrując się w dorosłych. Nie rozumiałem dlaczego byli tak smutni. To nie było fajne. Ani trochę. Do moich oczu cisnęły się łzy. Spojrzałem na Li. Moja łapka zadrgała. Nie wiedziałem, czy powinienem do niej podejść czy właśnie odejść jak najdalej.
- Li... - pisnąłem.
Odwróciła wzrok.
- Nie. Idźcie już.
Z mojego oka poleciała łezka. Coś było nie tak...
Tata wziął mnie do pyszczka i poszliśmy w stronę miejsca, gdzie zwykle spaliśmy. Z dala od Li. Pisnąłem kilka razy. Czemu musieliśmy iść tak szybko? 
- Tata...? 
- Wszystko dobrze, Morgan. Nie martw się.
Jego głos całkowicie zaprzeczał wypowiadanym słowom. Mimowolnie zaskamlałem. Tata zaczął mnie uspokajać. Przestałem piszczeć tak głośno, jednak nie potrafiłem powstrzymać się w pełni. Liczyłem w końcu na cudowną część zawsze z tatą i Li. A teraz szliśmy sami. Dlaczego?
- Ciocia Lind jest pewnie zmęczona - wyjaśnił tata. Chyba wyczytał to z mojej główki. To nie było niemożliwe. Był w końcu niesamowity.
Skupiłem się na tym, jak określił Li.
- Cio... Ciocia Li? - powtórzyłem, próbując przyswoić dodatkowe imię Li.
Tata mruknął coś na potwierdzenie i głośno westchnął.
- Pójdziemy do niej później? - spytałem z nadzieją. Chciałem jeszcze pobawić się jej piórkami! - Ciocia Li jest fajna.
- Um... Nie wiem.
- Ma piórka - przypomniałem tacie, próbując go przekonać. To musiało zadziałać. Pierze było zbyt fantastyczne, żeby tak zwyczajnie je ignorować. Zwłaszcza to kolorowe.
Tata powiedział coś, czego nie zrozumiałem. Następnie odstawił mnie na ziemię. Dotarliśmy na miejsce. 
Po łebku ciągle tłukła mi się myśl, że powiedziałem lub zrobiłem coś nie tak. Nie potrafiłem jednak wskazać, co takiego. Musiało to być coś bardzo złego, bo tata był naprawdę smutny. Przekrzywiłem główkę w zamyśleniu.
- Nie chcesz wykopać dołka albo coś?
- Może... - mruknąłem, zerkając na piasek. Zwykle uwielbiałem się nim bawić, lecz teraz... Nie miałem ochoty. Nie był tak interesujący jak na przykład takie piórka... Jejku, tak bardzo chciałem się nimi jeszcze pobawić!
Ewentualnie mógłbym wykopać dołek, ale nie samemu. Z tatą byłoby znacznie ciekawiej. Podniosłem na niego wzrok i zauważyłem, że miał naprawdę smutną minkę. Zachciałem go jakoś rozweselić.
Zacząłem niepewnie skradać się w stronę samca. Nie zwrócił na mnie większej uwagi, więc z łatwością doskoczyłem do niego i wtuliłem w jego sierść. Zaledwie kilka później tata położył się na ziemi i objął mnie łapką. Jeszcze bardziej przyparłem do jego piersi i nasłuchiwałem głośnego bicia serduszka.
Bum, bum, bum.
Było mi tak cieplutko... Mimowolnie ziewnąłem.
Bum, bum, bum.
Moje powieki stały się jakoś dziwnie ciężkie. Chwilę z nimi walczyłem, aż w końcu opadły. Z zamkniętymi oczkami jeszcze przyjemniej słuchało się tych głośnych uderzeń.
Bum, bum, bum.
Cudowna kołysanka - pomyślałem jeszcze, nim zmorzył mnie sen.

<Crane?>

sobota, 2 listopada 2019

Od Glücka "Nie taka nudna szkoła" cz.2 (Cd. Naida)

Luty 2025 r.
Glück razem ze Sticky'm przyszedł na lekcję logiki. Usiadł wygodnie w cieniu. Zajęcia prowadziła Adora. Glück zastanawiał się o czym będzie mówiła waderka.
- Dziś zadam wam do rozwiązania problem. Na początek może coś łatwego. Ponieważ jesteśmy na nieznanym nam jeszcze terytorium to zadanie może wam się przydać...
Naida usiadła obok Glücka.
- Załóżmy że zabłądziliście w dżungli. Musicie wrócić do watahy - Adora rozejrzała się po uczniach. - Podzielę was teraz na grupy.
- Mogę być z Glückiem? -zapytała Naida.
Basior spojrzał na nią zdziwiony.
- No dobrze... ale weźcie jeszcze jego - powiedziała Adora wskazując na jakiegoś szczeniaka.
Glück zobaczył jak w ich kierunku idzie basior wskazany przez nauczycielkę. Wyglądał na fajnego wilka.
- Cześć - powiedział przybyły.
- Hej - odpowiedział Glück.
- Jak masz na imię? - zapytała waderka.
- Mam na imię Ares, a wy?
- Ja jestem Glück, a to jest Naida.
- Jesteście tu nowi, prawda? - zapytał Ares.
- Tak, jesteśmy nowi - odpowiedział.
- Cisza! - uciszyła ich Adora. - Dam wam kilka minut na omówienie planu. Pamiętajcie, że nie wolno wam używać mocy!
- Dobrze! - krzyknęły chórem szczeniaki.
- Można to sprawdzić idąc się zgubić? - zapytał Glück.
- Niestety nie. Zostajecie tutaj - odpowiedziała Adora.
- Czemu?
Nauczycielka zignorowała jego pytanie.
- Musimy coś wymyślić! - powiedziała Naida.
- Czyli... jesteśmy w dżungli... I nie wiemy jak wrócić... - powiedział Ares.
Glück zaczął się zastanawiać. Myślał i myślał, ale nic. Nie miał żadnego pomysłu. Po chwili namysłu coś przyszło mu do głowy. Gdyby tak biec przed siebie, mógłbym wrócić do watahy.
- Mam pomysł - powiedział Glück.
- Mów! - krzyknęła Naida.
- Można biec przed siebie.
- Jak dla mnie to głupi plan - odpowiedział Ares.
- A gdybyś wybiegł z drugiej strony dżungli? - zapytała.
Glück pomyślał.
- To pobiegłbym w drugą stronę.
- Nadal mi się to nie podoba - odpowiedział Ares.
Basior zastanawiał się dalej. Spojrzał na jakiegoś szczeniaka i powiedział.
- Spytam kogoś o drogę.
- Niby kogo? - spytał Ares.
Naida spojrzała na wulkan.
- Wulkan! Moglibyśmy iść w jego kierunku - powiedziała.
- Ale wulkan jest tak daleko stąd. Wciąż musiałabyś iść przez dżunglę.
- Racja.
Glück spojrzał na ziemię i zobaczył odciski łap, wpadł na genialny pomysł.
- Można iść po śladach.
- Hm... W sumie - powiedział Ares.
- Nie zgadzam się! W lasach nie zawsze widać ślady... Może akurat szlibyśmy po mchu? - odpowiedziała Naida.
Glück rozejrzał się dookoła. Jego wzrok zatrzymał się na drzewie.
Musiał coś wymyślić, a czasu było coraz mniej.

<Naida?>

Uwagi: Czasowniki z cząstką "-by" zapisujemy łącznie.

piątek, 1 listopada 2019

Od Sileenthar "Nie odchodź" cz. 2

Początek stycznia 2024 r.
- Coraz bardziej się niepokoję. Nie powinna już otworzyć oczu?
Szemranie, szumy i dziwaczne szuranie, to wszystko zaczynało znikać. Dźwięki i głosy były już czyste i przestały tak intensywnie zajmować moje myśli. Przyzwyczaiłam się do nich. Do nich i dziwacznego wrażenia upływu czasu. Zaczęłam zauważać, że dźwięk to nie jedyna rzecz, która dzieli go na coraz mniejsze kawałeczki.
- Pojęcia nie mam, kiedy wasze młode otwierają oczy.
Były dwa największe odcinki – wtedy, kiedy jest bardzo ciepło i wtedy gdy robi się chłodniej. Kiedy trwał ten pierwszy, było głośno od chrzęszczenia podłoża i rozmów, a Ciepło gdzieś znikało. Zazwyczaj gdzieś niedaleko był wtedy Dziwny. Prawie się nie odzywał, czasami leżał nieruchomo w chłodniejszych miejscach i oddychał spokojnie. Raz nawet udało mi się go dotknąć. Był suchy i chropowaty, ale też ciepły!
W czasie chłodnej pory wraca Ciepło. Czasami miałam wrażenie, że czas jest wtedy krótszy! Z jakiegoś powodu jego kawałek zawsze mi wtedy umykał...
I pojawiło się coś nowego – ona. Kto to ona? Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to tajemnicze słowo znaczy coś bardzo ważnego. Nie dawało mi spokoju!
Tak pojawiło się „ja". Ja jestem. Jestem Silee. Ciężko mi to było zrozumieć. Zawsze miałam wrażenie, że po prostu istnieję, aż nagle okazało się, że jestem, w dodatku ona i jakaś Silee! To takie dziwne!
- Nawet w drugim tygodniu. Powinna już chodzić, a ledwo trzyma się na łapkach...
Tak w sumie to miło było posłuchać jak Ciepło rozmawia z Dziwnym, nawet jeśli Dziwny był... dziwny. Czasami Ciepło rozmawiało też z innymi ciepłymi. Część była straszna, ale niektórzy pięknie pachnęli. Ku mojej uciesze, oni przychodzili najczęściej i pozwalali najeść mi się tym czymś, co tak ładnie pachniało (Ciepło czasem wymawiało jego nazwę, ale nie udało mi się jej zapamiętać).
Fajnie słucha się rozmów, ale w końcu mi się to znudziło. Uniosłam się na łapkach i niemal natychmiast znowu upadłam na brzuszek. Nie zniechęciłam się i zaczęłam pełznąć po miękkim kłębie, aż do ścianki, takiej falowanej w dotyku. Naparłam na nią, aż się przechyliła. Ostrożnie przesunęłam się i sięgnęłam łapką w dół, ale natychmiast ją cofnęłam, gdy wyczułam te paskudne drobinki. Nawet warknęłam na sypką masę.
Nagle głosy ucichły. Zadrżałam mimowolnie.
- Powiedziała coś? – mruknął Dziwny.
- Chyba nie – odparło mu Ciepło po chwili ciszy.
Nadstawiłam uszu, bo to zabrzmiało jakoś ciekawie. Mówią o mnie! Dziwny wychylił się w moją stronę tak, że poczułam gorące chuchnięcie.
- Hej Silee, powtórzysz? – powiedział, tylko jakoś tak miło!
Tylko o co mu chodziło? To na pewno było do mnie! Musiałam mu odpowiedzieć, w końcu był miły! Spróbowałam powtórzyć coś co mówił, ale język mi się zaplątał. Skupiłam się na samym brzmieniu i wyszło coś tam lepiej.
- Silee, jak ładnie – Ciepło było zadowolone!
Tym razem powtórzyłam ją. Wyszedł mi taki fajny skowyt, prawie słowo.
Trochę tak się bawiliśmy – Ciepło i Dziwny coś mówili, a ja po nich powtarzałam. Dowiedziałam się, że rzeczywiście mają imiona, ale jeszcze ich nie zapamiętałam. To było takie fajne!

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

niedziela, 27 października 2019

Od Lind „Jak można spędzać czas na plaży” cz. 4

Luty 2025
Z jakiegoś powodu Lind nie mogła zapomnieć o słowach Magnusa. Po krótkiej rozmowie ze wspomnianym wilkołakiem, myśl o zmianach formy, uporczywie wracała do umysłu wadery. Do zachodu słońca Lind jakoś dawała radę ją tłumić; odwracać swoją własną uwagę jakimikolwiek zajęciami; głównie rozmowami z przyjaciółmi. Natomiast kiedy zapadła noc, Lind nie mogła już w żaden sposób uciec od tematu przechodzenia z wilka w człowieka. Nie była w stanie zasnąć; myślała tylko i wyłącznie o tym.
Nadal bała się bólu. Był to jedyny ból, którego Medalion Nieśmiertelności nie był w stanie stłumić. Lind nurtowało pytanie, dlaczego tak jest. Zastanawiała się, czy wiele wilków to spotyka.
Wilczyca podniosła się do siadu. Przypomniała sobie, jak powiedziano jej, że może z czasem ból zniknie. Pomyślała, czy jest możliwość, że sytuacja już uległa zmianie. Jednak jedynym sposobem, by się o tym przekonać...
– Dlaczego nie śpisz, Pierzasta?
Wilczyca drgnęła i odwróciła się w stronę źródła głosu. Była święcie przekonana, że jeszcze chwilę temu sylwetka odmieńca również spoczywała na ziemi. Mogłaby przysiąc, że spał.
– Myślałam... – odparła Lind.
– O czym? – kontynuował odmieniec.
– Musisz wiedzieć? – W jednej chwili znów zdjął ją paniczny strach. W jej głowie zawrzała myśl, że z całą pewnością skończy się to tak samo - tylko i wyłącznie bólem. Wilczyca mimowolnie przyspieszyła oddech.
– Tak mi się wydaje – mruknął Ting. – Jak mi powiesz, co chcesz zrobić, będę wiedział, dokąd biec, jak będziesz potrzebować mojej pomocy – wyjaśnił.
– Dzięki za troskę – westchnęła Lind. – I tak już straciłam ochotę.
– Hm, coś zbyt szybko zmieniłaś zdanie – podsumował Strażnik Wichury. Po tych słowach zmierzył ją dokładnie wzrokiem, jakby czegoś szukał.
– O co ci chodzi? – spytała wadera.
Odmieniec nie odpowiedział nic. Usiadł tylko z powrotem na piasku, oparł się o pień palmy i spojrzał w górę. Wadera zrobiła coś zupełnie odwrotnego; spuściła smętnie wzrok. Po chwili Ting to zauważył.
– Nie przyłączysz się? – spytał. Miał teraz na myśli oglądanie gwiazd. – Wolisz całą noc skupić się tylko i wyłącznie na piasku i swoich przygnębiających myślach?
Lind uznała, że jego wypowiedź nie była pozbawiona sensu. Szurając nogami, podeszła bliżej i usiadła obok swojego towarzysza.
Podniosła wzrok na nocne niebo. Fakt faktem, nadal trudno było jej wyjść z podziwu, jak bardzo różniło się ono od tego, które widywali podczas podróży. Konstelacje nadal były zawieszone w tych samych miejscach, a jednak tutaj sklepienie nieba miało w sobie jakieś nowe piękno. Ten widok pozwolił wkrótce Lind ochłonąć nieco i zebrać się w sobie, by wyjaśnić Tingowi, co ją dręczyło:
– Chciałam znów zmienić się w człowieka – oznajmiła cicho wadera. – Ale boję się, że znów będzie temu towarzyszył ten straszny ból...
– Boisz się bólu? Tylko i wyłącznie tego? – spytał odmieniec, nie spuszczając wzroku z nieba.
– W zaistniałej sytuacji; tak – przyznała z ciężkim sercem Lind. – Dziwisz mi się? Odkąd mam Medalion Nieśmiertelności nie musiałam w ogóle go odczuwać. Jest to...
– Wygodne – dokończył za nią Ting.
– N... nie to chciałam powiedzieć – oznajmiła Właścicielka Wichury, nieco zmieszana.
– Ale taka jest prawda. Wytęż ślepia i spójrz jej w oczy, Pierzasta – rzucił odmieniec. – Próbujesz uniknąć czegoś, co i tak zawsze będzie częścią twojego życia.
– Przecież...
Ting znów jej przerwał:
– Odzwyczajasz się od bólu, a potem boisz się go znów doświadczyć – oznajmił jednym tchem. –Nie jest tak?
Lind nie odpowiedziała nic. Sama nie wiedziała, czy chce przyznać rację towarzyszowi.
– Robisz się słabsza przez ten Medalion, Pierzasta – westchnął odmieniec. – Gorzej znosisz ból fizyczny, a co za tym idzie, psychiczny.
– Myślisz...? – mruknęła cicho wadera.
– Takie odnoszę wrażenie, obserwując cię – odparł Ting. – Ale nie będę cię nakłaniał, żebyś go zdjęła – dodał. – W prawdziwie kryzysowej sytuacji, jest naprawdę przydatny. Czasem masz wyjątkowe szczęście do takich... „przygód”.
Lind zmarszczyła czoło. Nie miała pewności, co należałoby odpowiedzieć. Czuła, że odmieniec ma swoje racje, ale z drugiej strony, chciała je negować. Tak właściwie nie podobały jej się obserwacje Tinga.
Wilczyca spróbowała skupić myśli z powrotem na rozgwieżdżonym niebie. Niestety już nie zdołała. Narastała w niej potrzeba ruszenia z miejsca. Wreszcie, pozwoliła sobie ulec temu napięciu i wstała
– Jesteś strasznie niezdecydowana – stwierdził odmieniec.
– Idę tylko na mały spacer. Może potem będę w stanie zasnąć – rzuciła sucho Lind i oddaliła się od drzewa, pod którym dotychczas siedzieli.
Liczyła, że Ting nie pójdzie za nią; nie miała ochoty na kolejne rozmowy. Sama nie wiedziała, czego konkretnie teraz potrzebowała, żeby być znów spokojna. Miała jedynie nadzieję, że idąc przed siebie po plaży, znajdzie to.
***
Lind wędrowała prawie pół godziny. Poruszała się przy samym brzegu, pozwalając falom raz po raz podmyć swoje łapy. Nocą woda zdawała się być znacznie zimniejsza, niż za dnia.
Wadera wsłuchała się w odgłosy nocy. Poza szumem morza i liści, czułe uszy Lind wyłapały także odległe krzyki ptaków. Słysząc nawoływania tych stworzeń, wilczyca przystanęła i spojrzała na czarną ścianę lasu. Zupełnie jakby wierzyła, że dostrzeże chociaż jednego z właścicieli głosów. Wkrótce jednak zrozumiała, że to na nic. Ptaki nie zamierzały opuścić bezpiecznego, znanego sobie terytorium. Lind ruszyła więc dalej.
W pewnym momencie wilczyca poczuła pod łapami coś ostrego; prawie skaleczyła sobie poduszki. Cofnęła się, by sprawdzić, co fale mogły odsłonić spod piasku. Okazało się, że na brzegu leżała połyskująca, kanciasta bryłka. Już na pierwszy rzut oka oczywistym było, iż to skrawek jakiegoś metalu. W pierwszej chwili Lind pomyślała, że znów ma do czynienia ze srebrem. Jednak pod osłoną nocy trudno było określić dokładniej.
Kiedy wadera podniosła odłamek za pomocą wiatru, w oczy rzucił jej się kolejny; bardzo podobny. Nie zastanawiając się wiele, zdecydowała, że spakuje oba do torby i zabierze ze sobą. Jej nawyk zbieractwa trwał już dosyć długo i nic nie wskazywało, że szybko zniknie.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

piątek, 25 października 2019

Od Lind „Jak można spędzać czas na plaży” cz. 3

Luty 2025
Ktokolwiek czytał poprzednią część tej serii, zapewne już wie, że zbieranie kokosów nie pozwoliło Lind zaspokoić głodu. Tak więc, zdecydowała poszukać lepszego źródła pożywienia nad wodą. Ting już wiele razy dawał jej do zrozumienia, że nie podejdzie do brzegu, więc w tym momencie się rozdzielili. Odmieniec zabrał ze sobą oba kokosy (jednego całego i jednego w kawałkach), po czym poszedł odszukać Baldora. Zapewne nie sprawiło mu to problemów, skoro jego „kuzyn” nie miał w zwyczaju często włóczyć się po okolicy.
W tak zwanym międzyczasie, Lind wybrała sobie miejsce, gdzie zacznie połów ryb. Przejrzystość wody po raz kolejny pozwoliła wilczycy szybko namierzyć wzrokiem kilku przedstawicieli tego gatunku. Próbowała się zbliżyć, ale fale powstałe z każdego kolejnego kroku, skutecznie odstraszały łuskowate stworzenia. Za każdym razem instynkt podpowiadał rybom ucieczkę, zanim Lind znalazła się dostatecznie blisko, by faktycznie zaatakować.
Wadera zatrzymała się, kiedy woda sięgnęła jej brzucha. Po raz kolejny nie wiedziała, jak powinna wyglądać jej strategia. Największe doświadczenie miała w łapaniu ryb w potokach. Warto jednak wspomnieć, że wówczas siedziała na brzegu. Nie pamiętała, kiedy ostatnio próbowała podejść zdobycz w wodzie. Podawała w wątpliwość, czy kiedykolwiek miało to w ogóle miejsce.
Mam tutaj stać aż ryba sama do mnie podpłynie? - pomyślała Lind.
Nie można powiedzieć, że wilczycy bardzo podobała się taka perspektywa. Jednak po krótkim namyśle, uznała, że na razie to jedyna opcja. Westchnęła i postawiła jeszcze kilka kroków ku głębszej wodzie. Odczekała jedną minutę, potem drugą. Wreszcie dostrzegła parę metrów od siebie kilka większych ryb. Zaczęła prosić je w myślach, by podpłynęły nieco bliżej. Łuskowate stworzenia nie paliły się jednak do spełniania żądań Lind. Przynajmniej nie od razu. Tymczasem wadera czuła, jak jej żołądek coraz bardziej uciążliwie domagał się pożywienia.
Wilczyca czekała kolejne minuty. Nareszcie jedna ryba popłynęła w tę stronę. Lind miała już absolutną pewność, że lada chwila będzie mogła zaatakować.
Wtem czułych uszu wadery dobiegły miarowe pluśnięcia. Ich właścicielka ze zgrozą zauważyła, że kolejne uderzenia o taflę były coraz głośniejsze. Chwilę później, pod wodą niedaleko od Lind śmignęła Cess. Pół-wilk z szerokim uśmiechem raz po raz wynurzał się, po czym nurkował z powrotem. Sama obecność tej wadery nie byłaby wielkim problemem. To znaczy, nie byłaby, gdyby każde wystawienie rogatej głowy nad wzburzoną taflę, nie skutkowało rozchlapywaniem wody na wszystkie strony. To zamieszanie ostatecznie wypłoszyło z okolicy wszystkie ryby, które chciała upolować Lind.
Opierzona wadera myślała, że zaraz wybuchnie ze złości. Zaszurała zębami i zawróciła w kierunku brzegu. Chociaż nie miała tego w zwyczaju; odpuściła. Tę sytuację uznała za wystarczający wyjątek. Była zbyt głodna, by tracić kolejne minuty na wyczekiwanie w wodzie. Zdecydowała poszukać czegoś innego do zaspokojenia głodu.
Zobaczyła, jak dwie grupki szczeniąt ganiały coś po plaży. Dostrzegła, że w obu przypadkach maluchy próbowały schwytać stworzenie, które wyglądało, jak jakiś czerwonawy owad. Lind przez chwilę pomyślała o poszukaniu innego osobnika tego dziwnego gatunku. Potem jednak uznała, że nie jest na tyle zdesperowana. Sam wygląd stworzenia dostatecznie ją odpychał.
Wilczyca skierowała wzrok na pogranicze plaży z lasem. Dokładnie naprzeciwko niej, wyrastały inne odmiany „plam” (tak Lind zapamiętała podaną przez Tinga nazwę); nie-kokosowe.
Co ciekawsze, przy jednym z tych drzew, wadera wypatrzyła Magnusa w formie ludzkiej. Wilkołak akurat sięgał do jednej z niżej zawieszonych, żółtych kiści owoców. Lind rozpoznała, że jej kolega zbierał te żółte, zakrzywione przedmioty; one również zaliczały się do przysmaków, które ekipa polowań zaserwowała watasze pierwszego dnia. Wilczyca podbiegła bliżej.
– Cześć Magnus – zaczęła. – Czy to są te... te jadalne? – nieudolnie ułożyła pytanie odnośnie interesującego jej pożywienia. Zbyt cieszyła się wizją zaspokojenia tego długotrwałego głodu, by skupić myśli.
Wilkołak spojrzał na znajomą wilczycę. Potem, zerknął na trzymany w dłoni owoc, następnie znów na koleżankę.
– Masz na myśli banany, tak...?
– Um... tak myślę – odparła Lind. – To jest to samo, co przyniosła nam niegdyś ekipa polowań, tak? – powtórzyła pytanie, licząc, że tym razem zabrzmiało zrozumiale.
– Mhm – przytaknął Magnus. Złapał długimi palcami czubek banana i zaczął obierać go ze skórki.
W międzyczasie Lind wspięła się na tylne łapy i spróbowała dosięgnąć owoców. Niestety w formie wilczej była na to za niska. Opadła z powrotem na cztery nogi, po czym odsunęła się odrobinę od pnia. Następnie, podskoczyła, pomagając sobie wichrem. W ten sposób zdołała złapać w zęby jeden owoc i oderwać go od kiści. Rzuciła zdobycz na ziemię i spróbowała rozerwać zębami. Udała jej się ta sztuka, chociaż efektem ubocznym takiej taktyki, było zmiażdżenie większości słodkiego wnętrza na papkę. Lind jednak nie zraziła się tym i zaczęła jeść.
Magnus przyglądał się wszystkiemu z boku. Po chwili mruknął:
– Byłoby ci łatwiej, gdybyś zmieniła formę na ludzką. Słyszałem, że to potrafisz.
Lind zastygła w bezruchu. Miesiącami nie wykorzystywała tej umiejętności. Pamiętając, jak straszny ból jej to sprawiało, po prostu zrezygnowała. Co więcej, nie myślała już nawet o wykorzystaniu owej zdolności. To jest, do teraz.
– Lind? – odezwał się znów Magnus, widząc, że jego koleżanka nie odpowiada.
– Bardzo to smaczne... – oznajmiła, kiwając na skórkę po bananie.
– Coś nie tak? – spytał wilkołak.
– Nie, skądże. Co mogłoby być nie tak? – mruknęła wadera.
Po tych słowach, zerwała w ten sam sposób, jak poprzednio, kolejny owoc. Powtórzyła to jeszcze parę razy, dopóki nie poczuła, że w miarę zaspokoiła dokuczający jej od jakiegoś czasu głód.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.