środa, 18 grudnia 2019

Od Morgana "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 4

- Co o niej myślicie? - spytała Eunice, kiedy oddaliliśmy się na tyle, żeby mieć chociażby nadzieję, że nauczycielka nas nie słyszy.
- Przerażająca - odpowiedziałem, nerwowo zerkając za siebie. Yuki usiadła na piasku. Ogon owinęła sobie wokół łap. Jaskrawozielone oczy wbijała w naszą grupkę. Wzdrygnąłem się. - Patrzy się.
Kaiju od razu obrócił się w jej stronę. Przez kilka chwil walczył z nią na spojrzenia. Dopiero gdy Eunice szturchnęła go w bok, ponownie spojrzał na nas.
- Noo... Straszna jest - stwierdził w końcu. - I niemiła.
Mimowolnie też ponownie zerknąłem w stronę nauczycielki. Zdawała się całkiem zastygnąć w bezruchu. Przypominała mi w tym momencie Grivinę, gdy udawała, że jest zwykłym posągiem. Z tym, że Yuko wyglądała o wiele straszniej. 
- Może... Może zaczniemy szukać tych... -  Zamilkłem. Całkiem wyleciało mi z głowy, jak to coś się nazywało. - Brązowych muszelek...?
Eunice pokiwała łbem.
- Dobry pomysł. Nie chcę jej zdenerwować - powiedziała. - Kaiju, ty pójdziesz poszukać w wodzie. Ja i Morgan zostaniemy na piasku.
- Czemu to ja muszę iść do wody? - burknął samiec. - Może wolałbym szukać w piachu?
Eunice zacisnęła ząbki. Wyraźnie widziałem jak jej mięśnie się napięły. Pusty wzrok wbiła w ocean. Przekrzywiłem łebek. Nie rozumiałem skąd ta reakcja. Zwykle zbywała w takich sytuacjach Kaiju zwykłym szturchnięciem.
- Masz najdłuższe łapy, a ja...
Urwała. Czekałem na jej dalsze słowa, lecz te nie nadeszły. Kaiju mierzył ją przez moment wzrokiem, po czym westchnął ciężko.
- Niech ci będzie, ale Morgan ma się ze mną potem zmienić.
Eunice uśmiechnęła się słabo.
- Dzięki.
Basiorek odpowiedział uśmiechem i wszedł ostrożnie do wody. Opiekunki zawsze przestrzegały nas przed wchodzeniem zbyt głęboko. Ja i Eunice przystąpiliśmy do poszukiwań w piasku. Chodziłem ze wzrokiem wbitym w ziemię. Ze wszystkich sił starałem się odnaleźć brązową muszlę. Nadaremnie. Nie miałem szczęścia. Znalazłem kilka zwykłych, białych muszelek, lecz nic poza tym. Po chwili zastanowienia zdecydowałem się zebrać je w niewielką kupkę. Od dzisiaj miały być moim skarbem. Pamiątką z pierwszej lekcji. 
Kaiju nie miał takich problemów jak ja. Samiec co jakiś czas krzykiem obwieszczał, że znalazł kolejną brązową muszlę.
- Patrzcie! Znalazłam tutaj sto małży! - zawołała nagle Eunice.
Zaciekawiony porzuciłem wodorost, który fale wyrzuciły na brzeg i podbiegłem do wilczycy. Kaiju również wyszedł z wody i z zainteresowaniem przyjrzał się znalezionym przez samicę muszlom. Było ich naprawdę mnóstwo, jednak byłem pewien, że mniej niż sto. 
- To nie jest sto - powiedziałem dumny z siebie, że wiedziałem coś, czego ona nie wiedziała.
Eunice zmarszczyła nosek i przekrzywiła łebek.
- Nie? To ile?
- Nie wiem... - przyznałem po chwili ciszy. - Ale mniej.
- Może tysiąc? - zapytał Kaiju.
Zmrużyłem oczy. Nie wiedziałem, ile to tysiąc. Właściwie to nigdy nawet nie słyszałem tego słowa.
- Tak, pewnie tak - stwierdziła wilczyca - Znalazłam tysiąc małży. Ale mam szczęście!
Na jej pysku widniał pełen samozadowolenia uśmiech.
- Ja pewnie znalazłem już sto! Jestem lepszy - powiedział Kaiju.
Eunice uderzyła go w łapę. Samiec pokazał jej język.
Nie chciałem przyznawać się, że nic jeszcze nie znalazłem, więc po cichu się wycofałem i wróciłem do poszukiwań. Szczeniaki nie zwróciły na mnie uwagi zbyt zajęte swoją przepychanką. Kiedyś może bym im przerwał, ale już dawno nauczyłem się, że w ich wypadku nie miało to sensu. Za bardzo się lubili, żeby naprawdę coś sobie zrobić. Nie musiałem się o nich obawiać.
Po niewyobrażalnie długim czasie udało mi się. Zerknąłem w stronę Kaiju i Eunice, gotowy pochwalić się ich znaleziskiem. Może nie miałem nawet tysiąca, ale nawet te kilka to już było coś, prawda?
Jak się okazało, szczeniaki zdążyły skończyć już swoją walkę i teraz każde z nich wróciło do poszukiwań. Nie chciałem im przeszkadzać, więc po prostu wziąłem swoje małże i zostawiłem przy wcześniej znalezionych muszlach.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Od Theodore'a "Jesteś ładna jak kokos" cz. 3

marzec 2025
Naida opuściła nagle wzrok i westchnęła ciężko.
- Ona ma szczęście... Mnie nikt nie chce pocałować!
Podniosła łeb i spojrzała w moją stronę. Odebrałem to jako idealny sygnał by przejść do działania.
- Ja bym chciał - powiedziałem bez większego namysłu. Naida spojrzała mi prosto w oczy i zmarszczyła brwi. Czułem jak mnie ocenia. Skuliłem się pod naporem jej spojrzenia - Znaczy... Nie ciebie, tylko...
Zamilkłem. Nie miałem najmniejszego pomysłu jak z tego wybrnąć. Spojrzałem z nadzieją na Mortimera, ale ten tylko patrzył się na mnie jak na wyjątkowo trudną zagadkę z lekcji logiki.
- Zaczynam się o ciebie martwić - powiedział.
W tej samej chwili odezwała się Naida:
- Co? Ty byś chciał?
Zaśmiałem się niepewnie.
- Coś ty. Żartowałem. Kto by chciał cię po... - Urwałem w pół słowa, zdając sobie sprawę, że mogłem ją obrazić. - To ja się zamknę.
Naida spuściła łeb.
- Nikt nie chce mnie pocałować... - poskarżyła się.
Miałem ochotę ponownie powiedzieć, że tak naprawdę chciałem. Nie miałem jednak wystarczająco odwagi. Poza tym i tak Morti patrzył na mnie jak na szaleńca. Wolałem nie pogarszać sytuacji.
Nagle z oddali nadszedł krzyk. Exan słysząc nasz spór nie mógł przepuścić okazji do pognębienia mnie.
- Prędzej zjem własne pazury niż ty pocałujesz waderę!
Tym razem miałem pewność, że to była obraza. Odwróciłem pysk w jego kierunku i pokazałem mu język.
- A kogo innego mam całować? Chyba nie ciebie! - zawołałem, krzywiąc się wymownie.
- Fuj - stwierdził Morti.
Odwróciłem pysk w jego stronę i przytaknąłem gorliwie. To byłoby bardzo fuj.
- Możesz patyk Glücka - zaproponowała Naida.
Wilczyca zdawała się mówić poważnie. Mimowolnie się wzdrygnąłem. Nie chciałem wyobrażać sobie uniesień miłosnych z patykiem basiorka.
- Nie, dzięki - odparłem, nadal się krzywiąc.
- Jeszcze się czymś zarazisz - wtrąciła nagle Elanor.
Dotychczas wilczyca stała w pełnej odległości od nas i widocznie wszystkiemu się przysłuchiwała. Teraz zdałem sobie sprawę, że stoi tuż za Mortimerem. Basiorek słysząc jej głos, odskoczył. Nie dziwiłem mu się. Na jego miejscu też bym uciekał. Elanor bywała... przerażająca.
- A ty co tu robisz? - spytała Naida. Wpatrywała się w Elanor, mrużąc oczy. Starsza samica całkiem ją zignorowała.
- To się nazywa kazirodztwo.
Morti przekręcił główkę.
- Co?
- Całowanie brata.
- A całowanie siostry? 
- Też.
- Można tak robić? - wtrąciłem. To całe "kazirodztwo" było bardzo dziwne. W końcu kto tak na poważnie chciałby całować się ze swoim rodzeństwem? To nie miało sensu!
- Nie.
Naida przestała na moment mordować wzrokiem Elanor. W jej oczach błysnęło zainteresowanie, jak zwykle kiedy spotykała się z czymś, czego nie znała.
- Kozie... rodztwo? - powtórzyła niepewnie.
- Kazirodztwo - poprawiła ją Elanor. Tym razem (jakby to była jakaś wielka odmiana...) to ona wbiła w łaciatą samicę spojrzenie, wręcz przesycone chęcią mordu.
- No przecież mówię!
Przekrzywiłem głowę w zamyśleniu. Kazirodztwo było czymś zakazanym i grzeczne szczeniaki nie powinny tego robić. Przyjrzałem się Elanor. Wilczyca nadal stała blisko Mortiego. Zawsze starała się być jak najbliżej niego... Lubiłem dokuczać samcowi, że pewnie się w nim podkochuje. Mortimer nigdy nie był z tego zbytnio zadowolony.
- Szkoda, że nie jesteś naszą siostrą... - stwierdziłem.
Elanor od razu przeniosła na mnie wzrok. Na jej pysku wymalowało się zdezorientowanie. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Naida głośno przyznała mi rację.
- Dzięki temu nie mogłabyś być z Mortim - dodał Exan.
Wilczyca przeniosła mordercze spojrzenie na mojego brata.
- I ty, Exanie, przeciwko mnie? - zapytała. Miałem wrażenie, że w jej głosie wybrzmiała ostrzegawcza nuta. Jednak Exan nic sobie z tego nie zrobił.
- Tak.
Morti spróbował odsunąć się od Elanor, jednak ta szybko udaremniła jego próby, stanowczo przyciągając go jeszcze bliżej siebie. Basiorek rozejrzał się i zajrzał w oczy każdego z nas, bezsłownie prosząc o pomoc. Biorąc pod uwagę, że chodziło o Elanor, Naida natychmiastowo zdecydowała się mu jej udzielić.
- Zostaw go!
- Bo co mi zrobisz? 
Naida warknęła ostrzegawczo. Elanor uniosła brwi z pewnego rodzaju... politowaniem? I irytacją. Och, tak. Irytacja była aż zbyt mocno widoczna.
- Tylko się o niego nie pobijcie, dziewczyny! - zawołał Exan.
- Elanor chce pocałować Mortiego! - stwierdziłem głośno.
Wilczyca uśmiechnęła się delikatnie i faktycznie nachyliła się w stronę samca. Nim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć, pocałowała go w nosek. Morti cofnął pysk najbardziej jak mógł, przez co fałdy skóry na jego szyi ułożyły się w bardzo zabawny sposób. Roześmiany wydałem z siebie głośne "uuu".
- Fuj! Zaraza! - krzyknął Exan.
- Ej!
Naida zaczęła warczeć jeszcze głośniej. Przybrała pozycję do ataku i zaczęła powoli przysuwać się do Elanor. Złapałem ją i przyciągnąłem do siebie, nim zdążyła skoczyć. Jej bliskość oszołomiła mnie do tego stopnia, że omal jej nie puściłem. Na szczęście szybko się opanowałem i wzmocniłem uścisk.
- Zostaw mnie!
- Czemu?
- Bo... Ona nie może!
Naida szarpnęła się mocniej, ciągnąc mnie do przodu. Zachwiałem się i upadłem, a wraz ze mną i ona. Nasze łapy splątały się. Dotarło do mnie, że chyba jeszcze nigdy nie znajdowałem się tak blisko niej. Zaszumiało mi w głowie. Serce zabiło odrobinę szybciej.
- Uuu! Teraz wy będziecie się całować? - spytał Exan.
- Nie, fuj! 
Naida wstała chyba najszybciej jak potrafiła. Mimowolnie opuściłem uszy. Exan parsknął z rozbawieniem i właśnie wtedy w mojej głowie narodziło się pytanie, którym idealnie mógłbym mu dokuczyć.
- Exan, a ty kogo pocałujesz?
- No właśnie! - Poparła mnie Naida.
- Ja... Ja nie całuję się z nikim!
Przekrzywiłem łeb, próbując opanować rozbawiony uśmiech, który cisnął mi się na pysk.
- Boisz się.
- Nie, ja po prostu... - zaczął Exan, ale przerwało mu warknięcie Naidy. Spojrzałem na nią. Wpatrywała się w Elanor, jednak nie sprawiała wrażenia, jakby miała ją za moment zaatakować. Wobec tego wróciłem do dokuczania bratu.
- Może z Ruby? - zaproponowałem.
- Co? Nie... Nie ma mowy! - zawołała Ruby. Albo nas podsłuchiwała, albo mówiliśmy o wiele głośniej, niż sądziłem...
Exan skulił się.
- Czemu nie robicie zadania? - zapytał nagle nauczyciel.
Podskoczyłem. Nie zauważyłem, kiedy do nas podszedł.
- A było jakieś? - spytał Morti.
Basior zrobił minę, której nawet nie potrafiłem opisać. Emocje zmieszały się na jego pysku, tworząc coś trudnego do zinterpretowania. Miałem jednak wrażenie, że przeważało coś na wzór... Zrezygnowania?
- Nic pan nie mówił o zadaniu - powiedział Exan.
- Właśnie! Chyba... - dodałem.
Dernet przymknął na moment oczy. Kiedy się odezwał, jego głos był jak zwykle spokojny.
- Mówiłem... Macie przygotować taniec.
- Ja nie umiem tańczyć! - zawołała Naida.
- Ćwiczymy - powiedziała Elanor.
Nauczyciel uniósł brwi, jakby nie mógł uwierzyć. Pokiwałem głową, starając się nie sprawiać wrażenia, że usłyszałem o tym dopiero teraz.
- W tym kroku siedzę pod łapę z Mortim - dodała.
Mortimer popatrzył na nią z niezrozumieniem. Z jego pyska wyrwało się krótkie "co?". Na szczęście nauczyciel nie zwrócił na to uwagi. Zamrugał dziwnie oczami, pokiwał głową i odszedł gnębić kogoś innego.
- To było niezłe, Elanor - przyznałem niechętnie.
- Ta... Niezłe - burknęła Naida, piorunując wilczycę wzrokiem. Ta nie zaszczyciła jej nawet spojrzeniem.

<c.d.n.>

sobota, 14 grudnia 2019

Od Morgana "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 3

Delikatnie uderzyłem Helgę łapką, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. Wilczyca odwróciła się i spojrzała na mnie jakoś tak dziwnie. Jakby była zaskoczona.
- Morgan? - spytała. Przekręciłem łebek. Chyba powinna wiedzieć jak mam na imię, prawda? - Czegoś potrzebujesz?
Pokiwałem poważnie główką.
- Kiedy jest wieczór?
Helga zmarszczyła brwi i zerknęła na niebo. Podążyłem za nią spojrzeniem. Słońce znajdowało się bardzo wysoko na niebie. Żeby spojrzeć w jego stronę, musiałem odchylić głowę tak, że prawie upadłem. Pisnąłem cichutko i szybko przechyliłem się do przodu, żeby odzyskać równowagę.
- Kiedy słońce będzie znikać za wodą.
Spojrzałem na opiekunkę. Minęła chwila, nim zrozumiałem o czym mówiła. Pokręciłem głową.
- To wiem - stwierdziłem z pewną dumą - ale ile trzeba czekać? Długo czy krótko?
Ponowne zerknięcie na niebo. Niecierpliwie przestąpiłem z łapki na łapkę.
- Długo.
Jęknąłem. Nie chciałem czekać. Chciałem zacząć lekcję już teraz, natychmiast. Miałem już odwrócić się i pobiec do reszty szczeniaków, które też musiały zostać pod opieką Helgi i Peggy, kiedy przypomniałem sobie o słowie, które powinienem powiedzieć do wilczycy. Tacie byłoby przykro, gdyby dowiedział się, że o nim zapomniałem.
- Dziękuję.
Helga uśmiechnęła się i skinęła głową. Odpowiedziałem tym samym i pobiegłem do Eunice i Kaiju. Byli jedynymi maluchami oprócz mnie. Reszta szczeniaków odkąd pamiętam była wystarczająco duża, by się uczyć, więc nie miałem śmiałości, żeby do nich podejść. Poza tym Eunice i Kaiju byli fajni. Lubiłem się z nimi bawić.
Kiedy tylko znalazłem się obok, wilki przerwały zapasy i wbiły we mnie wyczekujące spojrzenie.
- I? Ile zostało do wieczora? - spytała Eunice.
- Dużo.
Kaiju zmarszczył brwi niezadowolony z uzyskanej odpowiedzi.
- Spytałeś ile dokładnie?
Spuściłem wzrok i powoli pokręciłem głową. Basiorek westchnął.
- Nie wpadłem na to - przyznałem.
Poczułem jak ktoś szturcha mnie w bok. Od razu poderwałem głowę, by zobaczyć, że to Eunice. Strząsnąłem jej łapkę z siebie. Nie miałem ochoty na przepychanki. Wilczyca spojrzała mi w oczy i niemal od razu odwróciła wzrok. Nim zdążyłem się nad tym zastanowić, odskoczyła ode mnie, wołając:
- Berek!
Zaśmiałem się. Spryciara.
Skoczyłem w stronę Kaiju, jednak basiorek był szybszy. Goniłem za nimi, omal nie wpadając na starsze szczeniaki. Krzycząc "przepraszam", nie przerywałem biegu. Rozpoczęła się walka, w której atakujący zmieniał się w chwili dotknięcia. Lubiłem tę zabawę.

W końcu nadszedł wieczór. Tata przyszedł po mnie, Kaiju i Eunice. Miał nas zaprowadzić na lekcję polowań. Skakałem wokół niego, nie mogąc się tego doczekać. Byłem ciekaw tego, czy nauczycielka była naprawdę taka straszna, jak mówiły niektóre starsze szczeniaki. No i ciekawiło mnie jak będzie wyglądać sama lekcja. Kaiju i Eunice również nie mogli opanować podekscytowania.
W końcu, po tym jak obiecałem tacie, że będę uważać na siebie, zostaliśmy sami. Oprócz nas na zajęcia przyszedł Gorn. Kiedy tylko przywitał się z nauczycielką, ta wstała.
- W porządku. Gorn, postaraj się tym razem upolować coś, co wystarczy na więcej niż dwa gryzy. Unikaj żółwi. Pracujesz dzisiaj bez mojego nadzoru, bo muszę zająć się tymi gówniarzami - Wskazała na nas. Zmarszczyłem brwi.
- Co to znaczy gówniarzami? - spytałem szeptem Eunice.
Wzruszyła ramionami.
- To chyba inaczej uczniowie.
Pokiwałem ze zrozumieniem głową. Zrobiło mi się trochę wstyd, że nie wpadłem na coś tak oczywistego.
- Cisza! - krzyknęła nagle nauczycielka.
Nim zdążyłem pomyśleć, już stałem skulony za Kaiju. Basiorek spojrzał na mnie z mieszaniną strachu i rozbawienia. W odpowiedzi zerknąłem na czarną waderę, która wpatrywała się w nas z pełnym zadowolenia uśmiechem.
- Wyjaśnijmy sobie jedno. Nie obchodzi mnie jak mali nie jesteście. Przyszliście tutaj się czegoś nauczyć i oczekuję, że będziecie pracować, a nie się bawić. To już nie jest przedszkole u tych dwóch przygłupich opiekunek. Jeśli wam się nie podoba, nikt nie każe wam przychodzić - Każde słowo było osobnym, mrożącym krew w żyłach warknięciem. - Jednak nie radzę wam opuszczać w przyszłości obowiązkowych zajęć - dodała, uśmiechając się nieco szerzej. Idealnie białe kły błysnęły. - Rozumiecie?
Skuliłem się jeszcze bardziej.
- Spytałam czy rozumiecie - warknęła.
Gorliwie pokiwałem głową.
- T-tak - powiedział słabo Kaiju.
Eunice podobnie jak ja ograniczyła się jedynie do skinięcia łbem.
- Świetnie. To skoro uprzejmości mamy za sobą, czas zabrać się do roboty.
Uważnie obserwowałem, jak wilczyca podnosi z piasku brązową muszlę. Ruchem łapy wskazała nam, żebyśmy podeszli. Niepewnie wyminąłem Kaiju'ego i przyjrzałem się muszelce. Nauczycielka postawiła ją ponownie na ziemi. Nic z tego nie rozumiałem. Tata zakazywał mi bawienia się muszlami. Podobno można było tak sobie zranić pyszczek... Czemu samica wzięła ją do pyska? Czemu w ogóle nam ją pokazywała?
- To są małże. Przeważnie żyją w wodzie, jednak fale wynoszą je czasem na brzeg. Waszym zadaniem jest znaleźć ich jak najwięcej. Potem powiem wam, jak dostać się do mięsa - wyjaśniła nauczycielka.
- Tam jest mięso? - spytał nieprzekonany Kaiju.
- Masz problemy ze słuchem? 
- Nie, ale... - zaczął ponownie basiorek.
- Żadnego ale. Znikajcie stąd - poleciła wadera.
Położyłem łapę na łapie przyjaciela.
- Chodź już - szepnąłem. 
Basiorek mrużył jeszcze przez moment zaciekle oczy, jednak szybko się zreflektował i posłusznie odszedł. Odetchnąłem z ulgą. Ostatnie czego potrzebowaliśmy to, wykłócający się z tą przerażającą wilczycą Kaiju...

czwartek, 12 grudnia 2019

Od Asgrima "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 2

Wbiłem wzrok w skuloną sylwetkę szczeniaka. Ciężko było określić, w którym miejscu kończyła się jego sierść, a zaczynał złocisty piasek. Maluch nie miał zbyt trudnego zadania, jeśli chodzi o zakradnięcie się tutaj. Powstrzymałem smutny uśmiech. Jego zachowanie w tej chwili tak bardzo przypominało mi jego matkę. Edel też kilka razy zdarzyło się nielegalnie odwiedzić zajęcia dla starszych uczniów. Oczywiście ze mną jako fenomenalnym towarzyszem.
Odepchnąłem od siebie te myśli. Od śmierci Edel minęło kilka dobrych miesięcy. To nie był dobry moment na wspominki.
- Morgan, co ty tutaj robisz?
Szczeniak drgnął i uniósł na mnie niepewne spojrzenie brązowych oczu. Nie odpowiedział.
- Crane wie, że tutaj jesteś?
Powoli pokręcił łebkiem.
- Tata pracuje - powiedział cicho. Jego głos zadrżał chyba przy każdej samogłosce.
Miałem wrażenie, że w jego oczkach błysnęły łzy. Ktoś zaśmiał się cicho. Uniosłem łeb i posłałem groźne spojrzenie swoim uczniom, próbując dociec, który z nich to był. Wszyscy mieli miny prawdziwych niewiniątek. Pokręciłem głową i ponownie wbiłem wzrok w malucha.
- Nie powinieneś oddalać się od opiekunek.
Opuścił uszy.
- Chciałem tylko zobaczyć... Przepraszam... 
Westchnąłem i zerknąłem na słońce. Lekcja dobiegała końca. Ponownie uniosłem wzrok na pozostałe szczeniaki.
- To na tyle na dziś. Jesteście wolni - powiedziałem.
Wilki jeszcze przez moment się przepychały i wymieniały ciche uwagi odnośnie niespodziewanego gościa. Kilkoro z nich nawet po odejściu, zerkało w naszą stronę. Eliksiry zaskakująco rzadko wzbudzały większe zainteresowanie szczeniąt. Starałem się za wszystkich sił, jednak fakt pozostawał faktem - połowa grupy była tu jedynie z obowiązku. Wystarczył jednak jeden maluch, by wybudzić tę zgraję z półsnu, w którym czasem była przez całą lekcję.
- Tata będzie zły?
Potrząsnąłem głową, wybudzając się z rozmyślań. Morgan uniósł na mnie niepewny wzrok. W jego oczach naprawdę lśniły łzy. Uśmiechnąłem się pokrzepiająco.
- Nie sądzę, ale nie możesz więcej uciekać.
- Nie uciekłem - mruknął szczeniak. Uniosłem brwi - Może trochę... Ale chciałem tylko zobaczyć jak wygląda lekcja... I jak pachnie to coś.
Wskazał łapą na naczynie.
- Jeśli chcesz, możesz powąchać, ale bardzo ostrożnie.
Morgan pokiwał główką i zbliżył się do naczynia. Obserwowałem, jak porusza nozdrzami, wdychając ostry zapach. Na pysk szczeniaka wstąpił standardowy grymas. Szybko odszedł na bezpieczną odległość.
- Śmierdzi - stwierdził - Co to?
Wyszczerzyłem zęby.
- Eliksir Życia.
Morgan przekrzywił główkę i zerknął w stronę mikstury.
- I co to robi?
- Potrafi ożywić martwego wilka - powiedziałem. Widząc niezrozumienie na pyszczku basiorka, dodałem - Ożywić czyli sprawić, że znowu będzie żyć.
- Na inne zwierzęta też to działa?
Skinąłem łbem. Oczy szczeniaka zalśniły ekscytacją.
- Możemy tym polać kolację? - spytał z nadzieją.
Parsknąłem śmiechem.
- A chciałbyś ponownie ją upolować?
Mina momentalnie mu zrzedła. 
- Nie - przyznał. - Nawet nie umiem polować...
Zmrużyłem oczy. Zdawało mi się, że Morgan był już w takim wieku, że powinien chodzić na lekcje u Yuki. Podobno wilczyca zaskakująco szybko potrafiła nauczyć swoich uczniów chociażby podstaw. Może niedawno zaczął?
- Ile masz właściwie miesięcy?
Szczeniak zmarszczył brwi i przekrzywił główkę.
- Miesięcy? A co to?
Na mój pysk mimowolnie wkradł się uśmiech. Rządna wiedzy natura Morgana była całkiem rozczulająca. Nie był to jednak ani czas, ani miejsce na tłumaczenie mu czegoś takiego jak miesiące. Podjąłem inną strategię.
- Rozpocząłeś naukę?
Pokręcił głową. W jednej chwili wszystko stało się jasne.
- Chodź, zaprowadzę cię do taty, dobrze? - Wskazałem za siebie. Byłem pewien, że przez tę naszą rozmowę, Crane zdążył zajść do Helgi i Peggy, a tym samym dowiedzieć się o braku Morgana. Musiał umierać z niepokoju.
Morgan skinął głową i posłusznie poszedł za mną. Nie musieliśmy długo szukać. Crane wyszedł nam na przeciw. Od razu przypadł do swojego synka. Obejrzał go z każdej strony. Nie wiedziałem, czego właściwie szukał. Ran, ubytków w futrze, pcheł? Może wszystkiego jednocześnie? 
- Randall powiedział mi, że przyszedłeś na lekcję eliksirów - powiedział. W jego głosie było słychać zmęczenie - Dlaczego musisz się ciągle wymykać? To niebezpieczne. 
- Chciałem tylko zobaczyć... - mruknął Morgan. - Eliksiry są ciekawe.
Uśmiechnąłem się.
- Przykro mi, mały, ale musisz jeszcze trochę poczekać, zanim będziesz mógł wziąć udział w moich lekcjach.
Crane chyba dopiero teraz zauważył moją obecność. Podniósł na mnie wzrok i już otwierał pysk, jednak Morgan go uprzedził.
- Długo?
Przytaknąłem. Morgan westchnął i opuścił uszy.
- Szkoda. Chciałbym się już uczyć... Czegokolwiek.
- Jesteś zbyt mały. Jeszcze coś ci się stanie - mruknął Crane. Uniosłem brwi. Czy aż tak pomyliłem się w obliczeniach?
- Ile on już ma? - Wskazałem na Morgana, jednak patrzyłem prosto na Crane'a.
- Pół roku.
W mojej głowie zrodził się pomysł. Tylko musiałem teraz przedstawić go lekko przewrażliwionemu ojcowi w taki sposób, żeby się zgodził. Mogło to być znacznie trudniejsze, niż kiedykolwiek wcześniej bym pomyślał.
- Crane, mogę cię prosić na moment? - spytałem, zerkając wymownie na Morgana. Szczeniak patrzył to na mnie, to na swojego tatę. Na jego pyszczku wyraźnie widniało niezrozumienie. Crane podążył za moim spojrzeniem. Widziałem jak się waha. - To zajmie dosłownie chwilę.
Nadal nie był przekonany. Na moje szczęście na plaży mignęła mi kocia sylwetka. 
- Redian! - zawołałem.
Kot obrócił łeb w moją stronę. Kilka susów i znalazł się tuż przy nas. Nieufnym spojrzeniem mierzył Crane'a. Pomimo upływającego czasu, nadal mu nie ufał. Był przy tym jeszcze bardziej uparty niż Torance. Stwierdził, że basior zawiódł zaufanie Edel i nie był godzien jej wybaczenia ani wychowywania ich synka. Nie miałem mocy, która zmusiłaby go do zmiany zdania.
- Zajmiesz się przez moment Morganem? - poprosiłem.
Kociak zerknął w stronę szczeniaka, który merdał ogonkiem, wpatrując się w kolegę. Następnie spojrzał prosto na Crane'a. Jego spojrzenie momentalnie stwardniało.
- O ile pewien osobnik nie ma nic przeciwko - syknął.
Crane westchnął.
- Niech będzie.
Wyszczerzyłem zęby. Redian od razu dopadł do Morgana. Szczeniak głośno się zaśmiał. Wraz z Cranem obserwowaliśmy przez moment jak bawią się w berka. Redian widocznie dawał fory maluchowi.
- Jakiś miesiąc temu Hitam zarządził wprowadzenie dodatkowych lekcji. Mogą na nie chodzić szczeniaki młodsze, niż zakłada system. Morgan akurat kwalifikuje się na lekcje z polowań - zacząłem, nie odwracając wzroku od tamtej dwójki. 
- Jest zbyt młody - wtrącił Crane.
Pokręciłem łbem.
- Jest bystry i rządny wiedzy. Wolisz, żeby ciągle uciekał i podpatrywał nielegalnie lekcje, na których już zdecydowanie nie powinien być? - Zerknąłem na Crane'a. Zaciskał szczękę. Milczeliśmy przez kilka długich chwil.
- Martwię się o niego. Nadal jest taki mały... - przyznał w końcu.
- To tylko raz w tygodniu. Pierwsze zajęcia są za trzy dni. Pomyśl nad tym, proszę. Eliksiry to jeszcze pół biedy, ale sztuki walki... Tam faktycznie może coś mu się stać. Jeśli rozpocznie naukę, to może trochę się uspokoi.
- Zobaczę...
Kiedy to powiedział, nie patrzył na mnie. Wzrok miał utkwiony w puchatej kuleczce, która co rusz ginęła na tle złocistego piasku.

niedziela, 8 grudnia 2019

Od Asgrima "Zawirowanie liczb" cz. 3

Marzec 2025
Kilka kolejnych dni minęło stosunkowo spokojnie. Wiedziałem jednak, że to tylko kwestia czasu, aż tortury powrócą. Moja partnerka potrafiła być czasem okrutna, zwłaszcza jeśli ubzdurała sobie, że robi coś dla mojego dobra. Drżałem ze strachu na samą myśl o powrocie najgorszego, co mogło spotkać myślącą istotę - lekcji matematyki.
No dobra, w rzeczywistości byłem jej naprawdę wdzięczny. Codziennie próbowałem liczyć przypadkowe rzeczy, a gdy coś wykraczało poza moje umiejętności, dopytywałem jej lub innych wilków, które posiadały zdolność liczenia. Starałem się ze wszystkich sił, chociaż musiałem przyznać jedno - przyswajanie wiedzy było trudniejsze z wiekiem. Miałem wrażenie, że mój umysł porządnie zardzewiał i nie wiedziałem, co powinienem z tym zrobić. Prawdopodobnie uratowało mnie to, że wszystkie te tajemnicze liczby znałem w ten swój dziwny i pokrętny sposób. Gdyby nie to... Marny byłby mój los.
W każdym razie moje przewidywania były jak najbardziej słuszne. Może jednak miałem zadatki na jakiegoś szamana czy coś w tym stylu. Matematyka wracała i miała uderzyć ze zdwojoną siłą.
Którejś nocy przebudziłem się, leżąc na plecach. Łapy miałem wyciągnięte w stronę nieba. Czarna przestrzeń była przyozdobiona srebrnymi gwiazdami. Dziesiątki jasnych punkcików mrugało do mnie, jakby chcąc przekazać mi swoje najskrytsze tajemnice. W tej chwili tak bardzo żałowałem, że nie miałem żadnych zdolności, które mogłyby pomóc mi zrozumieć ich mowę. Z braku lepszego pomysłu zacząłem je przeliczać. Mój głos mieszał się z szumem fal, więc nie spodziewałem się, że ktokolwiek zwróci na mnie uwagę. Torance miała jednak znacznie płytszy sen, niż sądziłem.
- Nie śpisz - stwierdziła.
Przerwałem liczenie. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć na to odkrywcze stwierdzenie, więc milczałem. Usłyszałem cichy szmer piasku, by zaledwie kilka sekund później poczuć ciepło jej ciało tuż przy sobie. Obróciłem się na bok i ułożyłem głowę na jej szyi. Wzrok nadal wlepiałem w usiane gwiazdami niebo.
- Ile ich jest?
- Słucham?
- Gwiazd. Ile ich jest?
Torance milczała przez moment.
- Nie wiem... Dużo.
Westchnąłem.
- Nie damy rady ich wszystkich policzyć, prawda?
Poczułem jak kręci delikatnie głową. Mimowolnie opuściłem uszy.
- Chciałbym wiedzieć... - mruknąłem, wtulając się w jej sierść. Zwróciłem uwagę, że woń suchego drewna, którą przesiąkła w Białym Królestwie, całkiem zanikła. Jej futro pachniało teraz solą i tymi dziwnymi owocami, które czasem zbierała ze swoją grupą. Wziąłem głęboki wdech.
Między nami zapadła cisza. Fale miarowo rozbijały się o brzeg. Wiatr poruszał liśćmi w dżungli. Yvar mruczał coś przez sen. Przymknąłem oczy i wyrównałem oddech. Już zasypiałem, kiedy usłyszałem głos Tori.
- Do ilu potrafisz liczyć?
- Nie wiem, co jest po sto dziewięćdziesiąt dziewięć - mruknąłem.
- Dwieście. Kolejne setki to trzysta, czterysta, pięćset, sześćset, siedemset, osiemset, dziewięćset. Dalej jest tysiąc i od niego setki idą od nowa.
- Mhm.
Nie wiedziałem, czy coś jeszcze mówiła. Zaspanym umysłem przyjąłem tę całkiem logiczną wiedzę i zasnąłem. Gdzieś na granicy świadomości poczułem, że wilczyca położyła łapę na mojej. Dalej była już tylko pustka.

Następnego dnia, kiedy tylko ja i Torance mieliśmy wolną chwilę, rozpoczęła się lekcja. Wadera powiedziała, że skoro opanowałem już liczenie, to czas nadszedł na coś znacznie trudniejszego - dodawanie i odejmowanie. Pobiegła w miejsce, gdzie trzymałem zasuszone kwiaty rumianku. Zmieniła postać i wzięła w dłonie wszystkie, jakie tylko znalazła. Po chwili położyła przede mną sześć. Kawałek dalej znalazły się jeszcze cztery.
- Ile kwiatów jest łącznie?
Szybko policzyłem w głowie tamte cztery jako kwiat siódmy, ósmy, dziewiąty i dziesiąty. Podałem odpowiedź, na co samica pokiwała głową zadowolona. Jeszcze kilka razy układała kwiaty w różnej wielkości kupki. Im większą liczbę musiałem dodać, tym dłużej zajmowało mi doliczenie do niej. Kilka razy się gubiłem. W gruncie rzeczy nie było jednak tak źle... Do momentu, aż Torance porzuciła kwiaty na rzecz samych liczb, które nie miały odwzorowania w rzeczywistych przedmiotach.
- Szesnaście dodać pięćdziesiąt cztery.
Zmrużyłem oczy.
- Osobno dodawaj dziesiątki i jedności - przypomniała mi Tor, kiedy cisza się przeciągała.
- A, no jasne. Oczywiście, że pamiętałem - powiedziałem i szybko zrobiłem tak, jak poleciła mi samica - Sześćdzie... Nie, siedemdziesiąt.
- Sześćdziesiąt osiem dodać osiemdziesiąt cztery.
Uśmiech samozadowolenia w jednej chwili zniknął z mojego pyska.
- To... Będzie powyżej stu, prawda?
Tor skinęła łbem. Westchnąłem głośno.
- Sześć i osiem to... Czternaście. Osiem i cztery to dwanaście. Dwieście sześćdziesiąt?
- Zastanów się jeszcze.
- Czyli źle - jęknąłem i zacząłem jeszcze raz powoli liczyć. Wspierałem się trochę pazurkami. - Sto czterdzieści dwanaście. Nie, sto pięćdziesiąt dwa.
Wilczyca wyszczerzyła zęby. Odwzajemniłem uśmiech, nieświadomy, że poprawna odpowiedź była przypieczętowaniem mojego losu. Od tego momentu pytania Torance były coraz bardziej podchwytliwe. Po kilkunastu przykładach miałem wrażenie, że mój mózg za moment eksploduje. A to był dopiero początek...
- Teraz przejdziemy do odejmowania. Jest to odwrotność dodawania - powiedziała i wróciła do tłumaczenia na kwiatach.
Jeszcze trochę i będę potrzebował porządnego naparu z tego rumianku. 

<c.d.n.>