środa, 7 sierpnia 2019

Od Lind "Koniec koszmarów" cz. 3 (cd. Leah)

Listopad 2023
Ludzka-Leah pierwsza opuściła się po znalezionej drabinie na parter. Ciasno oplatając kolejne szczeble tymi chudymi palcami, wkrótce zniknęła pod podłogą. Ja oczywiście nie planowałam obrania podobnej strategii; nie z paskudnie bolesną zmianą formy. Tak więc odczekałam chwilę; tudzież tyle, ile uznałam będzie potrzebować moja przyjaciółka, żeby odsunąć się od zejścia. Następnie zeskoczyłam na dół, amortyzując upadek skrzydłami z wiatru. Jeszcze zanim wylądowałam, poczułam wyraźniejszy zapach tantibusów. Jesteśmy na bardzo dobrym tropie.
- Uważaj trochę! - skarciła mnie Leah szepto-krzykiem. 
Pokręciłam pyszczkiem, nie rozumiejąc jej reakcji Przecież zeskoczyłam odpowiednio daleko od niej.
Obejrzałam się za siebie. Ting dosłownie zbiegł po drabinie i stanął obok nas. Wtedy Leah wróciła do formy wilczej. Powęszyła, a potem coś zamruczała, zerkając ku górze. Prawdopodobnie myślała o tym, że Ark nadal nie miał dogodnej ścieżki, która pozwoliłaby mu dostać się z nami do kamienicy. Dla pewności, spytałam ją o to. Wadera potwierdziła skinięciem głowy. 
- Na pewno we trójkę też sobie poradzimy - mruknęłam pocieszająco, spoglądając na spowite w mroku otoczenie. Dzięki delikatnemu światłu bijącemu od sierści Leah, rozróżniłam zarysy stojących najbliżej mebli i kilku spróchniałych półek z zakurzonymi naczyniami. Zaczęłam się zastanawiać, jaki rodzaj towarów tutaj kiedyś sprzedawano. Z zamyślenia wyrwała mnie Leah. Ruszyła naprzód, przenosząc ze sobą niebieskawy blask. Poszłam za nią, wodząc wzrokiem po naszym otoczeniu. Szukałam ścieżek prowadzących do właściwego leża tantibusów. Wtem odniosłam wrażenie, że łuszcząca się farba na ścianach zafalowała. 
- Ting... - szepnęłam. Dziwne zjawisko powtórzyło się. - Zapal jedną z tych czaszek.
Odmieniec posłusznie wyjął z plecaka swoją klekoczącą broń i przywołał z niej ogień. Momentalnie rozświetlił w ten sposób całe pomieszczenie. 
Wtedy rozległ się jakby syk stada węży. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do blasku,
dostrzegłam, że w prawie każdym kącie tego długiego, nieco zagraconego pomieszczenia głównego, siedziała spowita czarną mgłą sylwetka. 
Zaskoczona, odruchowo cofnęłam się ku centrum pokoju. Zatrzymałam się dopiero, kiedy wpadłam na Leah. Towarzysząca mi wadera już szczerzyła kły, gotowa do walki.
- Mamy je - warknęła.
- My je, czy one nas? - mruknął sceptycznie Ting, wyciągając z plecaka drugą broń.
Siedzące najbliżej tantibusy bez namysłu zaatakowały intruzów, którzy zbyt wcześnie przerwali im odpoczynek. 
W ostatnim momencie zdołałam uderzyć wiatrem pierwsze monstrum. Niestety nie zdążyłam dowiedzieć się, gdzie to coś poleciało, bo już miałam przed oczami kolejnego tantibusa. Tym jednak zajęła się Leah. W locie schwyciła kłami jego łapę i rzuciła go na ziemię. W międzyczasie Ting mocował się z trzecim. Chociaż może powinnam powiedzieć, że potwór koszmaru próbował zrzucić podduszającego go Odmieńca, a nie z nim walczyć. Wtem zdawało mi się, że pośród tego zgiełku usłyszałam kłapanie paszczy smoka. Dochodziło z góry, więc mógł to być Arkan.
Na takiej defensywie upłynęło nam paręnaście następnych minut. Cały czas znikąd wyskakiwały kolejne wściekłe Tantibusy. Kto by pomyślał, że są tak wrażliwe na punkcie swojego legowiska. 
Wreszcie czarna chmara zaczęła się przerzedzać. Tak skupiłam się na walce, że jak zabrakło mi kolejnego atakującego tantibusa, przez chwilę nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Zrozumiałam, że pokonaliśmy pierwszą grupę. Nie mniej jednak na pewno nie zabiliśmy wszystkich, które tu siedziały.
Popatrzyłam po pozostałych uczestnikach przedsięwzięcia. Leah zrobiła dokładnie to samo.
- Wszyscy są cali? - spytała.
- Tak... tak... - wydusiłam, nieco zdyszana po walce. Miałam co prawda kilka mniejszych lub większych ran, ale lada chwila wszystkie się zagoją dzięki Medalionowi Nieśmiertelności.
- Tak - zawtórował mi Ting. 
- Gdzie pozostałe tantibusy? - Zaczęłam się rozglądać. - Na pewno było ich więcej. 
- Muszą mieć gdzieś tutaj drogę ucieczki - odparła Leah. - Prowadzącą w głąb leża. 
- Chyba ją znalazłem - oznajmił Ting. Wskazał ptasią czaszką dziurę w ścianie za przewróconą szafą. - Ale nie wszystkie pobiegły w tamtą stronę, Srebrzysta.
- Niech drugą grupą zajmie się Ark - zaproponowałam. - Niewykluczone, że już to zrobił - przypomniałam sobie wyłapany na początku walki dźwięk. - Leah, przekażesz mu to telepatycznie? - W końcu już parę razy używała tej techniki w mojej obecności. 
(Przyznam, trochę jej zazdrościłam tego drugiego żywiołu.)
- Jasne. Dobry plan. Będzie naszym Cerberem - uśmiechnęła się wadera. 
- Pewnie gdyby nie zbyt małe przejście nikt by o tym nawet nie pomyślał - rzucił Odmieniec. 
Czekając, aż Leah skończy przekazywać informacje Arkanowi, podeszłam bliżej przejścia tantibusów. Charakterystyczny dla nich zapach był tutaj naprawdę mocny. 
- Jeśli skargi miały być od ponad... dwu... dwu... - zacięłam się, nie mogąc przypomnieć sobie nazwy tej liczby. 
- Dwustu - dokończył za mnie Ting. 
- Dwustu obywateli... - kontynuowałam. - Więc tantibusów raczej nie będzie tutaj więcej. 
- Bardzo odkrywcze, Pierzasta - mruknął. 
- Ech, zmierzam do tego, żeby cię spytać, ile pokonaliśmy tutaj - Zgarnęłam grzywkę sprzed oczu.
- Maksymalnie trzydzieści pięć - odparł Strażnik. - Musimy wymyślić coś lepszego, niż zwykła walka wręcz, jeśli chcemy jednego wieczora pozbyć się wszystkich - Z tego zdania mogłam wywnioskować, że "trzydzierści" to raczej mała część z "dwustu".
- Chyba że jest ich znacznie mniej - skwitowałam. 
- Niewykluczone. 
- Możemy iść dalej - wtrąciła Leah. 
Nie trzeba było mi tego dwa razy powtarzać. Pierwsza ruszyłam wygryzionym przez tantibusty tunelem. Chociaż z pozoru ta misja była dosyć niebezpiecznym wyzwaniem, mnie wydawała się być raczej niezwykle interesującą przygodą. Aczkolwiek niewykluczone, że istotnym czynnikiem wpływającym na moje subiektywne odczucia, był Medalion Nieśmiertelności. Przede wszystkim; znieczulał na ból i zmniejszał moje wszelkie obawy do minimum. Nie wątpiłam też w umiejętności Leah, a co dopiero Tinga. Byłam pewna, że i oni wyjdą z tego zupełnie bez szwanku.
Tunel zaczynał się szeroko (zapewne sprzyjało to przeciskaniu się paru tantibusów naraz), jednak w kilku miejscach znacznie się zwężał. Zauważyłam, że przez to Leah zostawała trochę w tyle, ale nie na długo. Zamykający pochód Ting nie miał żadnych trudności, poza tym, że gryf jego banjo co chwila obijał się o, nazwijmy to, strop przejścia. 
Wkrótce wynurzyłam się z tunelu do nowego pomieszczenia. Poczułam niezbyt przyjemny zapach wilgoci i rozwiniętej pleśni. Byłam prawie pewna, że trafiliśmy do piwnicy. Wskazywało na to surowe, kamienne podłoże oraz wspomniany swąd. Rozprostowałam nogi i odsunęłam się, by moi przyjaciele mogli do mnie dołączyć. Po raz kolejny, jedynym źródłem światła w pomieszczeniu było futro Leah. Wadera zaczęła węszyć. Skrzywiła się i oznajmiła szeptem:
- Kiedyś przechowywano tu wino. 
- Ciekawe, czy dobre wino - Jako jedyna z towarzystwa wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
Pozostali nie byli aż tak skorzy do żartów. Widząc ich powagę, poczułam się odrobinę niezręcznie. Chrząknęłam i zgarnęłam z oczu grzywkę, jak gdyby nigdy nic.
Ting znów zapalił ptasią czaszkę w formie pochodni. Ściskając ją w długiej, chudej łapie, uniósł nad głową. W ten sposób zmusił siedzące na suficie Tantibusy do nieznacznego odsunięcia się. Warczały wściekle. Nie widziałam nawet koloru ścian; tylko czarną mgłę i świecące ślepia potworów. Czas na rundę drugą.

<Leah?>

Uwagi: "Znikąd" piszemy łącznie. "W głąb" piszemy oddzielnie. Mówi się (oraz pisze) "wymyślić", nie "wymyśleć". Literówki i sporadyczny brak polskich znaków.

wtorek, 6 sierpnia 2019

Od Edel "Czuję tylko zagubienie" cz. 7 (cd. Crane)

Styczeń 2024
Nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, że nie tylko ja mogę umrzeć tak wcześnie. Sylwetka Crane'a - choć dość drobna jak na samca - była zdrowa, a on sam wyglądał młodo. Sprawiał wrażenie pełnego sił, jednak teraz w głowie szumiały mi jego słowa. Nie wiedział, ile czasu mu zostało. Śmierć cały czas czyhała na życie jego i innych młodych wilków z watahy, powoli wyciągając w ich stronę pazury. W którymś momencie miała zaatakować i wykończyć. Tak zabójczo skutecznie, jak umiała tylko ona.
Basior opiekuńczym gestem otarł łzy, które nieproszone opuściły moje oczy. Ten niemy gest sprawił, że miałam jeszcze większą ochotę płakać. Dlaczego musiał się urodzić tutaj i tym samym być narażonym na przedwczesną śmierć?
- Nie martw się. Na razie oboje tu jesteśmy - mruknął.
- Ale każdego dnia, któreś z nas może odejść. Na zawsze.
Słowa same wyrwały się z mojego pyska. Były ciężkie od żalu i lęku, który cały czas się gdzieś we mnie tlił. Wiedziałam, że od tego momentu już zawsze będę się martwić o tego sympatycznego samca. W każdej chwili, kiedy nie będę go widzieć, w moim umyśle zalśni obraz jego martwego ciała.
Potrząsnęłam delikatnie łbem, próbując odegnać od siebie ponure myśli. Na próżno.
Crane niepewnie zmniejszył dzielący nas dystans. Zwykle to ja wykonywałam pierwszy krok, jednak w tamtym momencie nie myślałam o tym. Wdzięcznie wtuliłam się w sierść basiora. Ze swojego miejsca dokładnie słyszałam rytm, który wybijało jego serce. Skupiłam się na nim oraz cieple, które otaczało jego ciało. Były to najprostsze oznaki życia, które nadal w nim było.
Gdy łzy zaschły w moich oczach, zdobyłam się na zadanie pytania, które ciągle chodziło mi po głowie.
- Nie ma jakiegoś sposobu na pokonanie... tego?
- Jeśli pytasz o lekarstwo, to nie - odparł cicho. Kiedy mówił, jego oddech rozwiewał moją sierść.
Opuściłam uszy, jednocześnie myśląc na najwyższych obrotach. Czułam, że musiał być jakiś sposób, by zwyczajne wilki z Watahy Czarnego Kruka także mogły dożyć starości.
Nagła myśl poraziła moje ciało. Niektóre wilki nosiły na swoich szyjach medaliony, które - jak wyjaśniła mi kiedyś Tori - dawały nieśmiertelność do czasu, aż ich właściciel miał je na szyi. Nie myślałam nigdy o nich zbyt wiele. Po przeżyciach w Zakonie byłam przeciwniczką wszystkiego, co wiązało się z nieśmiertelnością, jednak Crane... On nie mógł umrzeć. Byłam gotowa poświęcić wszystkie swoje moralne zasady, a nawet - jakby zaszła taka potrzeba - swoje życie, byle tylko on dożył starości. Zasługiwał na życie.
- A medaliony?
Czułam, jak ciało Crane'a momentalnie się spięło. Basior odsunął się i spojrzał prosto w moje oczy. Przyglądał im się badawczo, jakby czegoś w nim szukając. Nie odezwałam się, grzecznie czekając na jego słowa.
- Masz na myśli Medaliony Nieśmiertelności? - mruknął.
Przytaknęłam.
- Wiem, że ktoś w stadzie przechowuje te przeznaczone na sprzedaż, ale jest ich tylko kilka; nie wystarczy dla wszystkich członków mojej watahy. Zresztą, cena też nie ułatwia sytuacji. Kogoś takiego jak ja nie stać nawet na pół medalionu.
- Nigdy nie byłam specjalnie wybitną alchemiczką - rzuciłam, myśląc na głos. - Nie dałabym rady sama go stworzyć, ale...
Crane zdawał się rozumieć do czego zmierzam, nawet jeśli ja sama nie byłam jeszcze tego pewna.
- Nie. Dam sobie radę.
- Ale... - spróbował znowu zacząć, jednak pod naporem zdecydowanego spojrzenia basiora zamilkłam.
Spuściłam wzrok na drewnianą podłogę. Bałam się, tak bardzo się o niego bałam. I najgorsze w tym strachu było, że nic nie mogłam poradzić. Dosłownie nic. Gdybym mogła oddałabym mój własny czas, byle tylko on mógł dożyć starości. Znaleźć miłość i doczekać się własnych szczeniaków (jakkolwiek by ta myśl nie była bolesna...).
Crane odchrząknął cicho, wybudzając mnie z moich rozmyślań. Patrzył w stronę okna, za którym świat zapadał się powoli w ciemności. Nie sądziłam, że nasza rozmowa trwała tak długo.
- Zanim wyjdziemy, chciałbym wziąć coś ze swojego pokoju. Spotkamy się, kiedy słońce zacznie zachodzić, dobrze?
Skinęłam głową, zmuszając się do delikatnego uśmiechu.
- Jasne. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia - powiedział i posyłając mi ostatnie spojrzenie, wyszedł.

<Crane?>

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Od Torance "Polowanie na kocura" cz. 5

Listopad 2023
Następnego dnia nie mogłam się doczekać momentu, w którym ruszymy na poszukiwania. Polowania były nieodłączną częścią mojego życia. W końcu już jako szczeniak trafiłam pod opiekę nauczycielki tego przedmiotu, by potem zostać częścią ekipy, zajmującej się zdobywaniem pożywienia. Jakiś czas temu udało mi się nawet zdobyć tytuł dowódcy.  Uwielbiałam czaić się na potencjalną ofiarę, gonić ją i w końcu zabijać. Może brzmiało to trochę niepokojąco, ale takie były fakty. Kochałam to, co robiłam i nie mogłam przeboleć tego, że w Białym Mieście nie mogłam oddać się mojej pracy i pasji.
Z tych powodów nikogo nie powinno dziwić, że już od samego rana byłam totalnie nabuzowana. Nieustannie poganiałam Asa, by ten się pospieszył, a gdy w końcu wyszliśmy na ulicę, zmuszałam się, żeby iść stosunkowo normalnym tempem. Moje ciało niemal drżało z ekscytacji na myśl o zbliżającym się z każdą chwilą polowaniem.
- Jak to możliwe, że możesz tak szybko przebierać tymi swoimi krótkimi łapkami? - spytał As, podbiegając do mnie. W którymś momencie musiałam znowu znacznie przyspieszyć, bo gdy samiec się odezwał, zwróciłam uwagę, że zaczęłam biec. Jak to możliwe, że nie zauważyłam tego wcześniej?
- Magia. Albo ćwiczenia. - odparłam, zwalniając i mierząc mojego partnera krytycznym spojrzeniem - Powinieneś kiedyś spróbować tego drugiego.
Samiec uniósł brwi.
- Wątpisz w moją kondycję? - spytał groźnie.
- Tak.
As prychnął głośno w sposób, który miał wyrażać niezadowolenie. Jednak wyczuwałam od niego raczej rozbawienie, a nie zirytowanie.
- I tak kochasz moje ciało - powiedział w końcu.
- Nie zaprzeczam - odparłam z uśmiechem.
- To nie miałoby sensu, co?
Na jego pysk wkradł się dumny uśmiech. Lubił czasem usłyszeć, że pomimo mijającego czasu nadal mi się podoba. Same gesty nie zawsze mu wystarczały. Potrzebował słów pochwały, a ja z łatwością mogłam mu je dać. Tylko najpierw musiałam się chociaż przez moment podroczyć. Pokusa była jednak zbyt wielka.
Reszta drogi minęła nam na podobnych rozmowach, jednak w momencie, kiedy nasze łapy stanęły w znajomej części miasta, zamilkliśmy. W skupieniu rozglądaliśmy się za śladami obecności jakiegokolwiek kota, a ja dodatkowo chodziłam z nosem przy ziemi. Zazwyczaj nie polowałam na demoniczne zwierzęta, więc pamięć o zapachu, które je otaczał znalazł się gdzieś na skraju pamięci. Wiedziałam mniej-więcej, czego powinnam szukać, ale to było jak poszukiwanie cienia nocą. Potrzebowałam jakiegokolwiek zapalnika, choćby najsłabszego, żeby mieć chociażby pewność, że się nie myliłam. Chociaż... W tym wypadku najmniejszy ślad był na wagę złota, bo mógłby doprowadzić mnie do leża potwora...
Czas mijał, a żadne z nas nadal nie znalazło nic. Asgrim podpytywał przechodniów, czy widzieli może tego piekielnego kocura, jednak nadaremnie. Aż w końcu, w momencie kiedy mój partner chciał już rezygnować, do mojego nosa dotarła woń. Świeża woń zwierzęcia, które pamiętałam jeszcze z czasów najniebezpieczniejszych lekcji polowań w wilczej szkole.
- Mam - zakomunikowałam głośno.
Asgrim podszedł w moją stronę i pochylił się nad ziemią. Wziął kilka wdechów, po czym odsunął się z odrazą.
- Śmierdzi - stwierdził, na co prychnęłam. On się nigdy nie nauczy...
- Znakował teren, a to nigdy nie pachnie różami.
Basior już otworzył pysk, żeby powiedzieć coś niemożliwie głupiego, jednak pod naporem mojego spojrzenia zamilkł. Przyjemnie było mieć taką władzę. Przynajmniej w takich chwilach.
Bez słowa ruszyłam za zapachem, który prowadził mnie coraz bliżej slumsów. Demoniczny kocur musiał się przenieść w tamte rejony ze względu na łatwiejszy dostęp do pożywienia. Mógł tam żerować do woli, a znajdujący się tam margines społeczny nawet nie zwróciłby na to uwagi. Sprytne.
Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że bez problemu podążałam jego tropem. Każdego dnia ulicami Białego Miasta przechodziły dziesiątki różnego rodzaju stworzeń. A i kocur przeciskał się momentami przez miejsca szczególnie trudne do przedostania się dla wilka. Byłam drobna jak na wilka, jednak nie aż tak. No i brakowało mi kociej zdolności wciskania się w najmniejsze dziury. Podążający za mną Asgrim cudem powstrzymywał się od marudzenia, kiedy znaleźliśmy się w miejscu, które musieliśmy obejść z całkiem innej strony.
W końcu, po niemożliwie długim czasie, zauważyłam go. Czarny kocur o zlepionej od brudu sierści spał zwinięty w kłębek między jakimiś deskami. Wymieniłam spojrzenia z Asem i cicho się naradziliśmy. Nie było sensu wywoływać walki, skoro mieliśmy szansę na zabicie go podczas snu. Nieważne jak niegodziwe by to było.
Okrążyłam jego legowisko w taki sposób, by znajdować się od strony jego ogona. As ze względu na swój brak umiejętności skradania się, zaszedł go od przodu. Tak jak się spodziewałam, kocur z łatwością usłyszał kroki mojego partnera. Otworzył dzikie ślepia i zrobił w głowie szybką analizę. As zaczął biec, na co mięśnie zwierzęcia zadrżały nerwowo. Z porażającą szybkością obrócił łeb w moją stronę. Następnie znowu zerknął na Asa, po czym stwierdziwszy, że on wygląda groźniej, ruszył prosto na mnie z przerażającym sykiem. Futro na jego grzbiecie się nastroszyło, a łapa z wyciągniętymi pazurami leciała prosto na mnie. Był szybki, ale stres pozbawił go celności. Z łatwością zrobiłam unik, po czym sama zamachnęłam się na niego łapą.
Kocur uderzył o deskę, przewracając ją. Wykorzystał tę okazję i zaczął uciekać. Z mojego gardła wyrwało się głośne przekleństwo, kiedy ruszyłam za nim w dziką pogoń.
Zwierzak znał teren, jednak od mocnego uderzenia był oszołomiony. Biegł szybko, lekko się zataczając, co znacznie zwiększało moje szanse. Skrupulatnie go doganiałam, by w odpowiednim momencie skoczyć. Przygwoździłam jego ciało łapami, na co ten zaczął się od razu szarpać. Panika dodała mu sił, dzięki czemu udało mu się uwolnić własne łapy. Zamachnął się na mnie pazurami i tym razem nie udało mi się uciec. Trafił mnie tuż obok oka. Czułam piekący ból - najprostszą oznakę, że przebił się przez skórę, zostawiając mi na pamiątkę krwawą szramę. Odsunęłam się z sykiem.
Kot najpewniej by uciekł, gdyby nie As, który pojawił się w idealnym momencie. Odciął mu drogę ucieczki, co prędko wykorzystałam. Krew zalewała mi prawe oko, jednak udało mi się ponownie przygwoździć zwierzaka i zacisnąć zęby na jego szyi. Kocur przez moment się jeszcze szarpał, po czym zamarł. Był martwy.
Puściłam jego szyję i odsunęłam się. Na moim pysku widniał dumny uśmiech.
- Uznaję to polowanie za zakończone - stwierdziłam głośno, odgarniając grzywkę z oczu. 

sobota, 3 sierpnia 2019

Od Alexandra „Nowa nadzieja” cz.1 (Cd.Chętny)



Marzec 2024
Minęło kilka miesięcy od kiedy moja matka wróciła do ojca i watahy. Na szczęście kończy się zima i pomału wszystko budzi się do życia. Oglądam z uwagą otaczającą mnie przyrodę. Mam nadzieje, że to jakoś odwróci moją uwagę od dokuczającego mi od kilku dni głodu. Brnę dalej do przodu, może dzisiaj uda mi się znaleźć trop jakiegoś wilczego stada. Jeśli tak dalej pójdzie, to niedługo umrę z głodu. Wzdycham i siadam na jednym z wystających z ziemi kamieni. Ptaki latają sobie nad moją głową. Niestety nie dam rady żadnego z nich złapać. Po jakimś czasie postanawiam wstać i wrócić do poszukiwań. Nadal ani śladu czyjejkolwiek obecności. Szczerze zaczyna mnie to niepokoić. Może zamiast na wschód udałem się na północ gdzie żywej duszy ze świecą trzeba szukać. Jednak staram się jak najszybciej zignorować taką ewentualność. Mam nadzieje, że nie zgubiłem się i nie chodzę teraz w kółko, to ostanie czego mi w tym momencie potrzeba.
Po dwóch godzinach bezsensownego włóczenia się, udało mi się złapać trop obcej mi watahy. Czy to prawda? A może to mój nos robi sobie ze mnie żarty? Idę dalej prosto, a zapach staje się coraz mocniejszy. Nawet nie wiem kiedy zacząłem biegnąć w kierunku z którego woń dochodziła. Wizja nowego domu była dla mnie tak silna, że nawet przestałem na jakiś czas czuć głód. Udało mi się dobiec na miejsce, niestety wyglądało na to, że wilki z jakimiś innymi stworzeniami opuściły to miejsce jakiś czas temu. Postanowiłem, że to nie moment na martwienie się o to. Muszę jak najszybciej dotrzeć do nich. Inaczej już do końca moich dni zostanę sam. Zagryzłem zęby i ruszyłem w dalszą drogę. Kiedy zauważyłem kilka nowych pysków, to schowałem się w krzakach. To idealne miejsce aby w spokoju poszukać alfy. Rozglądam się, jednak to nic nie daje. Kilka wader oraz basiorów pasuje jako przywódca stada. Chyba po prostu będę musiał podejść do kogoś i zapytać się. Na samą myśl moje ciało zaczyna się trząść. Cicho wzdycham, ten pomysł na razie nie wchodzi w grę. Muszę się z tym ogarnąć.
Wataha pomału szykuje się do snu, to chyba dobry moment aby kogoś zapytać o alfę. W końcu większość z wilków jest zmęczona, więc nawet jeśli uznają mnie za wroga, to przynajmniej nie zaczną mnie gonić. Czołgając się ruszyłem w ich stronę. Cały czas myślałem o tym co powiem przywódcy stada, że nie zauważyłem kamienia na który wpadłem. Zagryzłem zęby. Auć, na szczęście poruszałem się na tyle wolno aby sobie nic takiego z pysk nie zrobić. Wstałem, kiedy tylko to zrobiłem zobaczyłem jak blisko jakiegoś basiora się znalazłem. Uff, śpi. Jednak lepiej abym pomału się od niego odsunął. Cofając się nadepnąłem jakąś waderę na ogon, spanikowany uciekłem. Mam nadzieje, że mnie nie zauważyła. Wtedy miałbym już na starcie przewalone. Wróciłem pod mój zaufany krzak i tam spędziłem noc.
O świcie wataha zaczęła szykować się do dalszej wędrówki. Jest to ostania szansa, abym się spiął i poszedł poszukać alfy. Inaczej nie dołączę już do żadnego stada. Wstałem i z pewnością ruszyłem w ich stronę. Jednak czym bliżej nich się znajdowałem, to zaczynała ona stopniowo spadać. Wziąłem głęboki oddech. Jestem zbyt blisko celu aby się tak łatwo poddać. Nie jestem tchórzem, dam radę. Postanowiłem podejść do wadery, która stała sama i prawdopodobnie na coś czekała.
Spojrzała na mnie, a moje ciało obiegły dziwne dreszcze. Może jednak życie samotnego wilka nie jest takie złe? Co ja gadam, przecież jest ono straszne. Wziąłem się w garść i byłem coraz bliżej niej. Kiedy już byłem wystarczająco blisko niej aby zadać pytanie, to obok nas wylądowała duża bestia. Zaraz… To smok! Z nimi lepiej nie zadzierać, a najlepiej brać łapy za pas i uciekać. Tak też zrobiłem. Nie patrzyłem gdzie biegnę. Chciałem się znaleźć jak najdalej tego skrzydlatego stworzenia. Wilczyca chyba ruszyła za mną, ponieważ cały czas za sobą słyszałem czyjeś kroki.
Moją ucieczkę przerwało wpadnięcie na coś, co razem ze mną przewróciło się. Wstałem i zauważyłem, że to coś na co wpadłem okazało się być wilkiem. Nie zdążyłem się mu przyjrzeć. Kiedy wstał od razu mój skupiłem na ziemi. Usłyszałem warknięcie. Od razu postanowiłem się wytłumaczyć zanim postanowi się na mnie rzucić.
- Prze...przepraszam – zacząłem bardzo niepewnie swoją wypowiedź. - Ja, chce tylko dołączyć do watahy… i szukam alfy – to była najbardziej stresująca chwila w całym moim życiu.
Wilk dłuższą chwile milczał. Czułem na sobie jego wzrok. Chyba nie wybaczy mi tego. Podniosłem wzrok aby przyjrzeć się postaci siedzącej naprzeciw mnie. Moją uwagę przykuł delikatny, lekko szyderczy uśmiech mówiący „Mam cię”. Czyżby ten wilk czekał aż w końcu na niego spojrzę?
Kiedy chciał się odezwać, podeszła do nas wadera, którą już prędzej widziałem. W jakimś stopniu sam jej wygląd budził dość duży autorytet.
- To ja tu jestem alfą – powiedziała spokojnie miedziano-brązowa wadera. - Chodź za mną.
Spojrzałem na wilka na którego wpadłem i udałem się za alfą. Wytłumaczyła mi o co chodzi z smokami i tych tutaj nie muszę się obawiać są po to aby pomóc w przeprowadzce. Zapytała mi się czy umiem polować w grupie. Powiedziałem jej, że jedynie polowałem z matką, która po wygnaniu mnie ze stada przez ojca, opiekowała się mną. Zaciekawiła się tym tematem, więc krótko opowiedziałem jej moją historię.
Wilczyca stwierdziła, że jestem dość dobrym biegaczem i chyba mam dużą wytrzymałość. Zaproponowała mi abym w polowaniu został goniącym. Zgodziłem się, w końcu bardzo zależało mi na dołączeniu do jej watahy. Na pożegnanie rzuciła abym poćwiczył trochę polowanie, abym czasem bardziej nie przeszkadzał w łowach niż pomagał.
Usiadłem na kamieniu, który zapewniał mi najlepszy widok na okolice i znajdujące się tam wilki. Może uda mi się z kimś tutaj zawiązać chociaż znajomość. Po jakimś czasie podszedł do mnie wilk na którego wcześniej wpadłem. Wypadałoby się zapytać go o imię.
- Jak się nazywasz? - zapytałem dość niepewnie.

<Chętny?>

Uwagi: W tytułach używaj pełnego imienia postaci.

niedziela, 28 lipca 2019

Od Crane'a "Czuję tylko zagubienie" cz. 6 (cd.Edel)

Styczeń 2024
Moja opowieść dotarła do momentu starcia wojsk obu watah, w którym Suzanna zabiła Asai. Wówczas Edel nagle podstawiła kilka cichych kroków naprzód, a następnie przylgnęła do mnie. Od razu zrozumiałem, co chciała mi w ten sposób przekazać:
To nie twoja wina, że urodziłeś się w tamtej watasze. Nic między nami się nie zmieni. Nadal chcę przebywać w twoim towarzystwie.
Jak to możliwe, że z tego jednego gestu odczytałem tak wiele? Przecież E nie mogła dostać się do mojego umysłu by umieścić tam tę wiadomość. W końcu poza Medalionem Nieśmiertelności nosiłem jeszcze wisiorek odkupiony od Asgrima i Torance. Ten, który uodparniał mnie na moce wilków wpływających na umysły innych. Wspaniała właściwość.
Wyciągnąłem przed siebie łapę i objąłem Edel. Oparłem jednocześnie bok pyska na jej chudziutkiej szyi. Za każdym razem kiedy czułem ciepło i zapach tego wątłego ciała, chciałem by chwila obecna trwała jak najdłużej. Powracała myśl, że kiedy E jest tutaj obok mnie, czuję największy spokój. 
Dokończyłem historię śmiercią Fermitate'a i wybraniem Hitama na nowego władcę; tudzież partnera Suzanny. Wtedy E nieznacznie odsunęła się ode mnie i zapytała dlaczego poprzedni samiec Alfa zginął tak szybko.
- Nie został zamordowany, jeśli o to pytasz - odparłem. - Ale śmiercią naturalną też bym tego nie nazwał. 
- Więc co było przyczyną? - Edel odrobinę przekrzywiła głowę.
- Każdy wilk z mojej watahy rośnie w siłę w nadzwyczajnym tempie. Jednakże ceną tego jest szybkie wyczerpanie ciała. Żaden z nas, kto nie jest nieśmiertelny, nie dożyje starości.
Wilczyca chwilę zastanawiała się nad sensem moich słów. W końcu, gdy ten do niej dotarł, skierowała nieco uszy do tyłu i podniosła wzrok z powrotem na mnie. Poczułem, jak w jednej chwili ogarnia ją wielki strach.
- Jesteś śmiertelny...? - spytała drżącym głosem. 
Słysząc te jedno pytanie, zrozumiałem w pełni sedno jej lęku; lęku o moje życie. 
Tak, to było to. Ni mniej, ni więcej.
Miałem wrażenie, że tracę grunt pod łapami. Im dłużej przebywałem z Edel, tym mniej rozumiałem, co się dookoła mnie działo. Jakby wszystko, w co dotychczas wierzyłem, przestawało mieć sens. Wszelkie zachowania i obawy wadery przeczyły rzeczom, które utwierdziły się w moim umyśle, jako niepodważalne fakty. A teraz...? Stoi przede mną wadera, której zależy na... moim przeżyciu. 
Bo się przywiązała? Bo się przyzwyczaiła? 
Bo mnie polubiła...?
Przymknąłem powieki. 
To wszystko nie trzyma się żadnej logiki. Czy Edel jest szalona? A może to ja straciłem zmysły? Kim ona jest, że zachowuje się, jakbym ją coś obchodził. Jakbym był kimś więcej, niż członkiem watahy, do której ona przypadkiem też należy. 
Za kogo mnie więc uważa? Za coś więcej, niż za atrakcyjny przedmiot chwilowego zauroczenia? 
- Crane? - głos Edel sprowadził mnie z powrotem na ziemię. 
Wówczas zdałem sobie sprawę, że nie odpowiedziałem na jej pytanie. 
- Nie zostałem wybrany na jednego z nieśmiertelnych tej watahy - Odparłem, niewiele myśląc. W ten sposób z mojego pyska nie wypłynęło kłamstwo, a raczej częściowa prawda.
- Wiesz, ile czasu ci zostało? - Wilczyca znów zmniejszyła dystans między nami. Teraz jednak, zamiast oprzeć głowę na mojej piersi, spojrzała mi prosto w oczy.
- Nie - odparłem szczerze. 
Kiedyś znałem nazwę tej liczby, ale obecnie nie wiem, jak Medalion Nieśmiertelności ma się do tego, ile konkretnie będzie mi dane przeżyć. Gdybym go stracił za parę lat... umarłbym od razu, czy może zostałoby dokładnie tyle samo czasu, jak w momencie, w którym go założyłem? 
Edel opuściła chudy pyszczek z cichym westchnięciem. 
- Więc jest nas dwoje. 
Podniosłem uszy. Ta choroba... jest aż tak poważna? Próbowałem kiedyś wyśledzić, na co konkretnie choruje E, ale wkrótce zamiast tym zająłem się szpiegowaniem Leah, Asgrima, Torance, Cess... no i Lind. W tym momencie pożałowałem, że nie skupiłem się jednak na Edel. Niedoinformowanie od zawsze sprawiało, że czułem się nieswojo; mniej bezpieczny, nieważne o jak błahe sprawy chodziło. 
Zauważyłem, że w oczach mojej znajomej zakręciły się łzy. Wadera jednak wyglądała, jakby chciała je ukryć. Przegrała tę walkę; wkrótce jedna spłynęła na jej pyszczek. Uniosłem łapę, by ją delikatnie otrzeć. 
- Nie martw się. Na razie oboje jeszcze tu jesteśmy - mruknąłem. Jednocześnie poczułem, że chciałbym ją jakkolwiek uspokoić; pocieszyć. Jednakże jedynym odpowiednim sposobem na to, byłoby pokazanie jej Medalionu Nieśmiertelności; autentycznej gwarancji, że nie umrę dziś, ani jutro. 
Ale wiedziałem, że TEGO nie mogę dla niej zrobić. 

<Edel?>

Uwagi: brak.