sobota, 14 grudnia 2019

Od Morgana "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 3

Delikatnie uderzyłem Helgę łapką, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. Wilczyca odwróciła się i spojrzała na mnie jakoś tak dziwnie. Jakby była zaskoczona.
- Morgan? - spytała. Przekręciłem łebek. Chyba powinna wiedzieć jak mam na imię, prawda? - Czegoś potrzebujesz?
Pokiwałem poważnie główką.
- Kiedy jest wieczór?
Helga zmarszczyła brwi i zerknęła na niebo. Podążyłem za nią spojrzeniem. Słońce znajdowało się bardzo wysoko na niebie. Żeby spojrzeć w jego stronę, musiałem odchylić głowę tak, że prawie upadłem. Pisnąłem cichutko i szybko przechyliłem się do przodu, żeby odzyskać równowagę.
- Kiedy słońce będzie znikać za wodą.
Spojrzałem na opiekunkę. Minęła chwila, nim zrozumiałem o czym mówiła. Pokręciłem głową.
- To wiem - stwierdziłem z pewną dumą - ale ile trzeba czekać? Długo czy krótko?
Ponowne zerknięcie na niebo. Niecierpliwie przestąpiłem z łapki na łapkę.
- Długo.
Jęknąłem. Nie chciałem czekać. Chciałem zacząć lekcję już teraz, natychmiast. Miałem już odwrócić się i pobiec do reszty szczeniaków, które też musiały zostać pod opieką Helgi i Peggy, kiedy przypomniałem sobie o słowie, które powinienem powiedzieć do wilczycy. Tacie byłoby przykro, gdyby dowiedział się, że o nim zapomniałem.
- Dziękuję.
Helga uśmiechnęła się i skinęła głową. Odpowiedziałem tym samym i pobiegłem do Eunice i Kaiju. Byli jedynymi maluchami oprócz mnie. Reszta szczeniaków odkąd pamiętam była wystarczająco duża, by się uczyć, więc nie miałem śmiałości, żeby do nich podejść. Poza tym Eunice i Kaiju byli fajni. Lubiłem się z nimi bawić.
Kiedy tylko znalazłem się obok, wilki przerwały zapasy i wbiły we mnie wyczekujące spojrzenie.
- I? Ile zostało do wieczora? - spytała Eunice.
- Dużo.
Kaiju zmarszczył brwi niezadowolony z uzyskanej odpowiedzi.
- Spytałeś ile dokładnie?
Spuściłem wzrok i powoli pokręciłem głową. Basiorek westchnął.
- Nie wpadłem na to - przyznałem.
Poczułem jak ktoś szturcha mnie w bok. Od razu poderwałem głowę, by zobaczyć, że to Eunice. Strząsnąłem jej łapkę z siebie. Nie miałem ochoty na przepychanki. Wilczyca spojrzała mi w oczy i niemal od razu odwróciła wzrok. Nim zdążyłem się nad tym zastanowić, odskoczyła ode mnie, wołając:
- Berek!
Zaśmiałem się. Spryciara.
Skoczyłem w stronę Kaiju, jednak basiorek był szybszy. Goniłem za nimi, omal nie wpadając na starsze szczeniaki. Krzycząc "przepraszam", nie przerywałem biegu. Rozpoczęła się walka, w której atakujący zmieniał się w chwili dotknięcia. Lubiłem tę zabawę.

W końcu nadszedł wieczór. Tata przyszedł po mnie, Kaiju i Eunice. Miał nas zaprowadzić na lekcję polowań. Skakałem wokół niego, nie mogąc się tego doczekać. Byłem ciekaw tego, czy nauczycielka była naprawdę taka straszna, jak mówiły niektóre starsze szczeniaki. No i ciekawiło mnie jak będzie wyglądać sama lekcja. Kaiju i Eunice również nie mogli opanować podekscytowania.
W końcu, po tym jak obiecałem tacie, że będę uważać na siebie, zostaliśmy sami. Oprócz nas na zajęcia przyszedł Gorn. Kiedy tylko przywitał się z nauczycielką, ta wstała.
- W porządku. Gorn, postaraj się tym razem upolować coś, co wystarczy na więcej niż dwa gryzy. Unikaj żółwi. Pracujesz dzisiaj bez mojego nadzoru, bo muszę zająć się tymi gówniarzami - Wskazała na nas. Zmarszczyłem brwi.
- Co to znaczy gówniarzami? - spytałem szeptem Eunice.
Wzruszyła ramionami.
- To chyba inaczej uczniowie.
Pokiwałem ze zrozumieniem głową. Zrobiło mi się trochę wstyd, że nie wpadłem na coś tak oczywistego.
- Cisza! - krzyknęła nagle nauczycielka.
Nim zdążyłem pomyśleć, już stałem skulony za Kaiju. Basiorek spojrzał na mnie z mieszaniną strachu i rozbawienia. W odpowiedzi zerknąłem na czarną waderę, która wpatrywała się w nas z pełnym zadowolenia uśmiechem.
- Wyjaśnijmy sobie jedno. Nie obchodzi mnie jak mali nie jesteście. Przyszliście tutaj się czegoś nauczyć i oczekuję, że będziecie pracować, a nie się bawić. To już nie jest przedszkole u tych dwóch przygłupich opiekunek. Jeśli wam się nie podoba, nikt nie każe wam przychodzić - Każde słowo było osobnym, mrożącym krew w żyłach warknięciem. - Jednak nie radzę wam opuszczać w przyszłości obowiązkowych zajęć - dodała, uśmiechając się nieco szerzej. Idealnie białe kły błysnęły. - Rozumiecie?
Skuliłem się jeszcze bardziej.
- Spytałam czy rozumiecie - warknęła.
Gorliwie pokiwałem głową.
- T-tak - powiedział słabo Kaiju.
Eunice podobnie jak ja ograniczyła się jedynie do skinięcia łbem.
- Świetnie. To skoro uprzejmości mamy za sobą, czas zabrać się do roboty.
Uważnie obserwowałem, jak wilczyca podnosi z piasku brązową muszlę. Ruchem łapy wskazała nam, żebyśmy podeszli. Niepewnie wyminąłem Kaiju'ego i przyjrzałem się muszelce. Nauczycielka postawiła ją ponownie na ziemi. Nic z tego nie rozumiałem. Tata zakazywał mi bawienia się muszlami. Podobno można było tak sobie zranić pyszczek... Czemu samica wzięła ją do pyska? Czemu w ogóle nam ją pokazywała?
- To są małże. Przeważnie żyją w wodzie, jednak fale wynoszą je czasem na brzeg. Waszym zadaniem jest znaleźć ich jak najwięcej. Potem powiem wam, jak dostać się do mięsa - wyjaśniła nauczycielka.
- Tam jest mięso? - spytał nieprzekonany Kaiju.
- Masz problemy ze słuchem? 
- Nie, ale... - zaczął ponownie basiorek.
- Żadnego ale. Znikajcie stąd - poleciła wadera.
Położyłem łapę na łapie przyjaciela.
- Chodź już - szepnąłem. 
Basiorek mrużył jeszcze przez moment zaciekle oczy, jednak szybko się zreflektował i posłusznie odszedł. Odetchnąłem z ulgą. Ostatnie czego potrzebowaliśmy to, wykłócający się z tą przerażającą wilczycą Kaiju...

czwartek, 12 grudnia 2019

Od Asgrima "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 2

Wbiłem wzrok w skuloną sylwetkę szczeniaka. Ciężko było określić, w którym miejscu kończyła się jego sierść, a zaczynał złocisty piasek. Maluch nie miał zbyt trudnego zadania, jeśli chodzi o zakradnięcie się tutaj. Powstrzymałem smutny uśmiech. Jego zachowanie w tej chwili tak bardzo przypominało mi jego matkę. Edel też kilka razy zdarzyło się nielegalnie odwiedzić zajęcia dla starszych uczniów. Oczywiście ze mną jako fenomenalnym towarzyszem.
Odepchnąłem od siebie te myśli. Od śmierci Edel minęło kilka dobrych miesięcy. To nie był dobry moment na wspominki.
- Morgan, co ty tutaj robisz?
Szczeniak drgnął i uniósł na mnie niepewne spojrzenie brązowych oczu. Nie odpowiedział.
- Crane wie, że tutaj jesteś?
Powoli pokręcił łebkiem.
- Tata pracuje - powiedział cicho. Jego głos zadrżał chyba przy każdej samogłosce.
Miałem wrażenie, że w jego oczkach błysnęły łzy. Ktoś zaśmiał się cicho. Uniosłem łeb i posłałem groźne spojrzenie swoim uczniom, próbując dociec, który z nich to był. Wszyscy mieli miny prawdziwych niewiniątek. Pokręciłem głową i ponownie wbiłem wzrok w malucha.
- Nie powinieneś oddalać się od opiekunek.
Opuścił uszy.
- Chciałem tylko zobaczyć... Przepraszam... 
Westchnąłem i zerknąłem na słońce. Lekcja dobiegała końca. Ponownie uniosłem wzrok na pozostałe szczeniaki.
- To na tyle na dziś. Jesteście wolni - powiedziałem.
Wilki jeszcze przez moment się przepychały i wymieniały ciche uwagi odnośnie niespodziewanego gościa. Kilkoro z nich nawet po odejściu, zerkało w naszą stronę. Eliksiry zaskakująco rzadko wzbudzały większe zainteresowanie szczeniąt. Starałem się za wszystkich sił, jednak fakt pozostawał faktem - połowa grupy była tu jedynie z obowiązku. Wystarczył jednak jeden maluch, by wybudzić tę zgraję z półsnu, w którym czasem była przez całą lekcję.
- Tata będzie zły?
Potrząsnąłem głową, wybudzając się z rozmyślań. Morgan uniósł na mnie niepewny wzrok. W jego oczach naprawdę lśniły łzy. Uśmiechnąłem się pokrzepiająco.
- Nie sądzę, ale nie możesz więcej uciekać.
- Nie uciekłem - mruknął szczeniak. Uniosłem brwi - Może trochę... Ale chciałem tylko zobaczyć jak wygląda lekcja... I jak pachnie to coś.
Wskazał łapą na naczynie.
- Jeśli chcesz, możesz powąchać, ale bardzo ostrożnie.
Morgan pokiwał główką i zbliżył się do naczynia. Obserwowałem, jak porusza nozdrzami, wdychając ostry zapach. Na pysk szczeniaka wstąpił standardowy grymas. Szybko odszedł na bezpieczną odległość.
- Śmierdzi - stwierdził - Co to?
Wyszczerzyłem zęby.
- Eliksir Życia.
Morgan przekrzywił główkę i zerknął w stronę mikstury.
- I co to robi?
- Potrafi ożywić martwego wilka - powiedziałem. Widząc niezrozumienie na pyszczku basiorka, dodałem - Ożywić czyli sprawić, że znowu będzie żyć.
- Na inne zwierzęta też to działa?
Skinąłem łbem. Oczy szczeniaka zalśniły ekscytacją.
- Możemy tym polać kolację? - spytał z nadzieją.
Parsknąłem śmiechem.
- A chciałbyś ponownie ją upolować?
Mina momentalnie mu zrzedła. 
- Nie - przyznał. - Nawet nie umiem polować...
Zmrużyłem oczy. Zdawało mi się, że Morgan był już w takim wieku, że powinien chodzić na lekcje u Yuki. Podobno wilczyca zaskakująco szybko potrafiła nauczyć swoich uczniów chociażby podstaw. Może niedawno zaczął?
- Ile masz właściwie miesięcy?
Szczeniak zmarszczył brwi i przekrzywił główkę.
- Miesięcy? A co to?
Na mój pysk mimowolnie wkradł się uśmiech. Rządna wiedzy natura Morgana była całkiem rozczulająca. Nie był to jednak ani czas, ani miejsce na tłumaczenie mu czegoś takiego jak miesiące. Podjąłem inną strategię.
- Rozpocząłeś naukę?
Pokręcił głową. W jednej chwili wszystko stało się jasne.
- Chodź, zaprowadzę cię do taty, dobrze? - Wskazałem za siebie. Byłem pewien, że przez tę naszą rozmowę, Crane zdążył zajść do Helgi i Peggy, a tym samym dowiedzieć się o braku Morgana. Musiał umierać z niepokoju.
Morgan skinął głową i posłusznie poszedł za mną. Nie musieliśmy długo szukać. Crane wyszedł nam na przeciw. Od razu przypadł do swojego synka. Obejrzał go z każdej strony. Nie wiedziałem, czego właściwie szukał. Ran, ubytków w futrze, pcheł? Może wszystkiego jednocześnie? 
- Randall powiedział mi, że przyszedłeś na lekcję eliksirów - powiedział. W jego głosie było słychać zmęczenie - Dlaczego musisz się ciągle wymykać? To niebezpieczne. 
- Chciałem tylko zobaczyć... - mruknął Morgan. - Eliksiry są ciekawe.
Uśmiechnąłem się.
- Przykro mi, mały, ale musisz jeszcze trochę poczekać, zanim będziesz mógł wziąć udział w moich lekcjach.
Crane chyba dopiero teraz zauważył moją obecność. Podniósł na mnie wzrok i już otwierał pysk, jednak Morgan go uprzedził.
- Długo?
Przytaknąłem. Morgan westchnął i opuścił uszy.
- Szkoda. Chciałbym się już uczyć... Czegokolwiek.
- Jesteś zbyt mały. Jeszcze coś ci się stanie - mruknął Crane. Uniosłem brwi. Czy aż tak pomyliłem się w obliczeniach?
- Ile on już ma? - Wskazałem na Morgana, jednak patrzyłem prosto na Crane'a.
- Pół roku.
W mojej głowie zrodził się pomysł. Tylko musiałem teraz przedstawić go lekko przewrażliwionemu ojcowi w taki sposób, żeby się zgodził. Mogło to być znacznie trudniejsze, niż kiedykolwiek wcześniej bym pomyślał.
- Crane, mogę cię prosić na moment? - spytałem, zerkając wymownie na Morgana. Szczeniak patrzył to na mnie, to na swojego tatę. Na jego pyszczku wyraźnie widniało niezrozumienie. Crane podążył za moim spojrzeniem. Widziałem jak się waha. - To zajmie dosłownie chwilę.
Nadal nie był przekonany. Na moje szczęście na plaży mignęła mi kocia sylwetka. 
- Redian! - zawołałem.
Kot obrócił łeb w moją stronę. Kilka susów i znalazł się tuż przy nas. Nieufnym spojrzeniem mierzył Crane'a. Pomimo upływającego czasu, nadal mu nie ufał. Był przy tym jeszcze bardziej uparty niż Torance. Stwierdził, że basior zawiódł zaufanie Edel i nie był godzien jej wybaczenia ani wychowywania ich synka. Nie miałem mocy, która zmusiłaby go do zmiany zdania.
- Zajmiesz się przez moment Morganem? - poprosiłem.
Kociak zerknął w stronę szczeniaka, który merdał ogonkiem, wpatrując się w kolegę. Następnie spojrzał prosto na Crane'a. Jego spojrzenie momentalnie stwardniało.
- O ile pewien osobnik nie ma nic przeciwko - syknął.
Crane westchnął.
- Niech będzie.
Wyszczerzyłem zęby. Redian od razu dopadł do Morgana. Szczeniak głośno się zaśmiał. Wraz z Cranem obserwowaliśmy przez moment jak bawią się w berka. Redian widocznie dawał fory maluchowi.
- Jakiś miesiąc temu Hitam zarządził wprowadzenie dodatkowych lekcji. Mogą na nie chodzić szczeniaki młodsze, niż zakłada system. Morgan akurat kwalifikuje się na lekcje z polowań - zacząłem, nie odwracając wzroku od tamtej dwójki. 
- Jest zbyt młody - wtrącił Crane.
Pokręciłem łbem.
- Jest bystry i rządny wiedzy. Wolisz, żeby ciągle uciekał i podpatrywał nielegalnie lekcje, na których już zdecydowanie nie powinien być? - Zerknąłem na Crane'a. Zaciskał szczękę. Milczeliśmy przez kilka długich chwil.
- Martwię się o niego. Nadal jest taki mały... - przyznał w końcu.
- To tylko raz w tygodniu. Pierwsze zajęcia są za trzy dni. Pomyśl nad tym, proszę. Eliksiry to jeszcze pół biedy, ale sztuki walki... Tam faktycznie może coś mu się stać. Jeśli rozpocznie naukę, to może trochę się uspokoi.
- Zobaczę...
Kiedy to powiedział, nie patrzył na mnie. Wzrok miał utkwiony w puchatej kuleczce, która co rusz ginęła na tle złocistego piasku.

niedziela, 8 grudnia 2019

Od Asgrima "Zawirowanie liczb" cz. 3

Marzec 2025
Kilka kolejnych dni minęło stosunkowo spokojnie. Wiedziałem jednak, że to tylko kwestia czasu, aż tortury powrócą. Moja partnerka potrafiła być czasem okrutna, zwłaszcza jeśli ubzdurała sobie, że robi coś dla mojego dobra. Drżałem ze strachu na samą myśl o powrocie najgorszego, co mogło spotkać myślącą istotę - lekcji matematyki.
No dobra, w rzeczywistości byłem jej naprawdę wdzięczny. Codziennie próbowałem liczyć przypadkowe rzeczy, a gdy coś wykraczało poza moje umiejętności, dopytywałem jej lub innych wilków, które posiadały zdolność liczenia. Starałem się ze wszystkich sił, chociaż musiałem przyznać jedno - przyswajanie wiedzy było trudniejsze z wiekiem. Miałem wrażenie, że mój umysł porządnie zardzewiał i nie wiedziałem, co powinienem z tym zrobić. Prawdopodobnie uratowało mnie to, że wszystkie te tajemnicze liczby znałem w ten swój dziwny i pokrętny sposób. Gdyby nie to... Marny byłby mój los.
W każdym razie moje przewidywania były jak najbardziej słuszne. Może jednak miałem zadatki na jakiegoś szamana czy coś w tym stylu. Matematyka wracała i miała uderzyć ze zdwojoną siłą.
Którejś nocy przebudziłem się, leżąc na plecach. Łapy miałem wyciągnięte w stronę nieba. Czarna przestrzeń była przyozdobiona srebrnymi gwiazdami. Dziesiątki jasnych punkcików mrugało do mnie, jakby chcąc przekazać mi swoje najskrytsze tajemnice. W tej chwili tak bardzo żałowałem, że nie miałem żadnych zdolności, które mogłyby pomóc mi zrozumieć ich mowę. Z braku lepszego pomysłu zacząłem je przeliczać. Mój głos mieszał się z szumem fal, więc nie spodziewałem się, że ktokolwiek zwróci na mnie uwagę. Torance miała jednak znacznie płytszy sen, niż sądziłem.
- Nie śpisz - stwierdziła.
Przerwałem liczenie. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć na to odkrywcze stwierdzenie, więc milczałem. Usłyszałem cichy szmer piasku, by zaledwie kilka sekund później poczuć ciepło jej ciało tuż przy sobie. Obróciłem się na bok i ułożyłem głowę na jej szyi. Wzrok nadal wlepiałem w usiane gwiazdami niebo.
- Ile ich jest?
- Słucham?
- Gwiazd. Ile ich jest?
Torance milczała przez moment.
- Nie wiem... Dużo.
Westchnąłem.
- Nie damy rady ich wszystkich policzyć, prawda?
Poczułem jak kręci delikatnie głową. Mimowolnie opuściłem uszy.
- Chciałbym wiedzieć... - mruknąłem, wtulając się w jej sierść. Zwróciłem uwagę, że woń suchego drewna, którą przesiąkła w Białym Królestwie, całkiem zanikła. Jej futro pachniało teraz solą i tymi dziwnymi owocami, które czasem zbierała ze swoją grupą. Wziąłem głęboki wdech.
Między nami zapadła cisza. Fale miarowo rozbijały się o brzeg. Wiatr poruszał liśćmi w dżungli. Yvar mruczał coś przez sen. Przymknąłem oczy i wyrównałem oddech. Już zasypiałem, kiedy usłyszałem głos Tori.
- Do ilu potrafisz liczyć?
- Nie wiem, co jest po sto dziewięćdziesiąt dziewięć - mruknąłem.
- Dwieście. Kolejne setki to trzysta, czterysta, pięćset, sześćset, siedemset, osiemset, dziewięćset. Dalej jest tysiąc i od niego setki idą od nowa.
- Mhm.
Nie wiedziałem, czy coś jeszcze mówiła. Zaspanym umysłem przyjąłem tę całkiem logiczną wiedzę i zasnąłem. Gdzieś na granicy świadomości poczułem, że wilczyca położyła łapę na mojej. Dalej była już tylko pustka.

Następnego dnia, kiedy tylko ja i Torance mieliśmy wolną chwilę, rozpoczęła się lekcja. Wadera powiedziała, że skoro opanowałem już liczenie, to czas nadszedł na coś znacznie trudniejszego - dodawanie i odejmowanie. Pobiegła w miejsce, gdzie trzymałem zasuszone kwiaty rumianku. Zmieniła postać i wzięła w dłonie wszystkie, jakie tylko znalazła. Po chwili położyła przede mną sześć. Kawałek dalej znalazły się jeszcze cztery.
- Ile kwiatów jest łącznie?
Szybko policzyłem w głowie tamte cztery jako kwiat siódmy, ósmy, dziewiąty i dziesiąty. Podałem odpowiedź, na co samica pokiwała głową zadowolona. Jeszcze kilka razy układała kwiaty w różnej wielkości kupki. Im większą liczbę musiałem dodać, tym dłużej zajmowało mi doliczenie do niej. Kilka razy się gubiłem. W gruncie rzeczy nie było jednak tak źle... Do momentu, aż Torance porzuciła kwiaty na rzecz samych liczb, które nie miały odwzorowania w rzeczywistych przedmiotach.
- Szesnaście dodać pięćdziesiąt cztery.
Zmrużyłem oczy.
- Osobno dodawaj dziesiątki i jedności - przypomniała mi Tor, kiedy cisza się przeciągała.
- A, no jasne. Oczywiście, że pamiętałem - powiedziałem i szybko zrobiłem tak, jak poleciła mi samica - Sześćdzie... Nie, siedemdziesiąt.
- Sześćdziesiąt osiem dodać osiemdziesiąt cztery.
Uśmiech samozadowolenia w jednej chwili zniknął z mojego pyska.
- To... Będzie powyżej stu, prawda?
Tor skinęła łbem. Westchnąłem głośno.
- Sześć i osiem to... Czternaście. Osiem i cztery to dwanaście. Dwieście sześćdziesiąt?
- Zastanów się jeszcze.
- Czyli źle - jęknąłem i zacząłem jeszcze raz powoli liczyć. Wspierałem się trochę pazurkami. - Sto czterdzieści dwanaście. Nie, sto pięćdziesiąt dwa.
Wilczyca wyszczerzyła zęby. Odwzajemniłem uśmiech, nieświadomy, że poprawna odpowiedź była przypieczętowaniem mojego losu. Od tego momentu pytania Torance były coraz bardziej podchwytliwe. Po kilkunastu przykładach miałem wrażenie, że mój mózg za moment eksploduje. A to był dopiero początek...
- Teraz przejdziemy do odejmowania. Jest to odwrotność dodawania - powiedziała i wróciła do tłumaczenia na kwiatach.
Jeszcze trochę i będę potrzebował porządnego naparu z tego rumianku. 

<c.d.n.>

piątek, 6 grudnia 2019

Od Theodore'a "Jesteś ładna jak kokos" cz. 2

Marzec 2023
- Logika jest do kitu - oznajmiłem, podchodząc do Exana i Mortimera. Bracia spojrzeli na mnie zaskoczeni.
- Ja ją lubię. Można się wiele nauczyć - powiedział Morti.
W pierwszej chwili chciałem przyznać mu rację, jednak szybko przypomniałem sobie o mojej przedłużonej lekcji oraz całkowicie nieprzydatnej partnerce.
- Nie podoba ci się, bo sam jesteś nielogiczny - skomentował Exan.
- Jak to nielogiczny? - Zmarszczyłem brwi.
Wilk wzruszył ramionami.
- Normalnie.
Znieruchomiałem, zastanawiając się moment nad jego słowami. W końcu doszedłem do wniosku, że chyba mnie obraził.
- Ty za to jesteś wredny - stwierdziłem.
- Nieprawda.
- Prawda.
- Tak.
- Nie.
Morti westchnął.
- Możecie się nie kłócić?
- To on zaczął - jęknąłem - Jest niemiły.
Exan prychnął. Wystawiłem do niego język, na co z kolei przewrócił oczami. Morti pokręcił głową.
- Gdybyś uważał, nie musiałbyś zostawać po lekcjach - zauważył Exan.
- To Ruby zasnęła, nie ja - burknąłem.
- Ale nie uważałeś.
- Nieprawda.
- Prawda.
- Naida, pomóż! - jęknął Morti.
Momentalnie straciłem zainteresowanie kłótnią z Exanem. Zastrzygłem uszami i rozejrzałem się w poszukiwaniu wilczycy. Faktycznie siedziała kawałek dalej i zawzięcie dyskutowała o czymś z Sino. Gdyby nie ona, pewnie bym do niej podszedł. Jednak nieprzewidywalność Sino skutecznie mnie odstraszała. Za bardzo obawiałem się, że wydrapie mi oczy podczas pogawędki o pogodzie, by dobrowolnie do niej podejść. Nawet Naida nie rekompensowałaby moich strat.
Słysząc swoje imię, wilczyca podniosła łeb. Kiedy nas zauważyła, zamerdała ogonkiem. Na jej pyszczek wstąpił uśmiech. Wskazała ruchem łapy, żeby Morti do niej podszedł. Brat ostatni raz na nas zerknął i poszedł. Westchnąłem z frustracji. Znowu to samo.
Na naszym odcinku plaży ponownie pojawiały się szczeniaki. Skład pozostał ten sam; wszystkie szczeniaki biorące udział w lekcji logiki, przyszły i na te zajęcia. Mimowolnie podążyłem wzrokiem za Ruby. Biegła z uśmiechem na pysku. Jej ogon poruszał się z zawrotną prędkością. Nie sprawiała już wrażenia zmęczonej. Widocznie drzemka na logice dobrze jej zrobiła.
Do naszej grupy podeszło zwyczajowo dwóch nauczycieli. Nie zwrócili na nas zbyt dużej uwagi. Za bardzo pochłonęła ich jakaś rozmowa. Gwar podniósł się ponownie. Mimowolnie zerknąłem w stronę Naidy. Bok wilczycy niemal stykał się z jedną z łap Mortimera. Szybkim ruchem odwróciłem głowę. Na to akurat nie chciałem patrzeć.
- Jesteś żałosny - parsknął Exan.
- Czemu tym razem? - burknąłem.
Samiec wskazał ogonem na Mortiego i Naidę. Chcąc, nie chcąc spojrzałem w tamtą stronę. Grupka akurat zaśmiewała się z czegoś głośno.
- Nie masz szans.
Zacisnąłem ząbki. Chciałem jakoś mu się odciąć, ale to krótkie stwierdzenie całkiem pozbawiło mnie zdolności szybkiej odpowiedzi. Skamieniałem, zdolny jedynie obserwować brata wraz z wilczycami. W mojej głowie kłębiło się wiele myśli naraz. W końcu podjąłem decyzję.
Bez słowa podniosłem się z ziemi i ruszyłem w tamtą stronę. Za sobą usłyszałem jeszcze pełne politowania westchnięcie Exana.
Miałem wrażenie, że nie minął moment, a już stałem za Sino. Zdecydowane spojrzenie utkwiłem w błękitnych oczach Naidy.
- Cześć - powiedziałem.
Wilczyca musiała poczuć na sobie moje spojrzenie, bo uniosła wzrok.
- Hej, Theo.
W chwili, gdy się odezwała, Sino odwróciła łeb w taki sposób, że nasze pyski dzieliła zdecydowanie zbyt mała odległość. Z jej gardła nadeszło miarowe warczenie. Odskoczyłem najszybciej jak umiałem. Niebezpiecznie było tak zbliżać się do tej samicy.
- Co ty wyprawiasz?
- Chciałeś ją pocałować? -  pisnęła Naida. Zerknąłem w jej stronę. Merdała radośnie ogonem, a jej oczy błyszczały podekscytowaniem.
- Tylko spróbuj.
Sino skoczyła w moją stronę z groźnym warknięciem. Podpierając się łapami o mój tułów, spróbowała wbić zęby w bark. Wzdrygnąłem się i szybko wyzwoliłem spod jej objęcia. Wilczyca upadła na ziemię, a ja odskoczyłem, zapobiegawczo zbliżając się do Naidy.
- Ja... Nie! - Minęła chwila nim, zdołałem uspokoić oddech wystarczająco, by dopowiedzieć bez zająknięcia: - Nie chciałem cię całować, Sino.
Nieustający warkot był chyba jawnym znakiem, że wilczyca mi nie uwierzyła. Tak jakbym nie marzył o niczym innym jak pocałowanie akurat jej.
- Nie kłam! Sama widziałam!
Naida, nie pomagasz.
Sino wydała z siebie coś, co podejrzanie przypominało szczeknięcie. W innym przypadku może bym się zaśmiał i rzucić jakąś żartobliwą uwagą. Jednak to była Sino. Znacznie lepszym wyborem było opuszczenie uszu oraz powolne przysunięcie się do Naidy.
- Nigdy bym cię nie pocałował.
- ZNOWU SINO KOGOŚ BIJE?
W tym samym czasie, kiedy się odezwałem, z oddali nadszedł wrzask Isy. Oczywiście, że samica nie mogła siedzieć cicho. Miałem wrażenie, że ona i Sinope ciągle dążyły do kłótni. Nieważne było czy świadomie, czy nie. Efekt zawsze był taki sam. Kiedy tylko zaczynał się jakiś spór między kimś a Sino, to starsza samica nie potrafiła siedzieć cicho.
- STUL PYSK, SUKO!
Skuliłem się jeszcze bardziej. Mogłem przewidzieć, że Sino nie zignoruje swojej siostrzenicy i odpowie jej głośniejszym wrzaskiem.
- Tylko całuje się z Sino! - odkrzyknęła Naida.
Krzyki zainteresowały w końcu jednego z nauczycieli. Biegiem pokonał dzielącą nas odległość i stanął nad nami. Przeleciał nasze sylwetki groźnym spojrzeniem.
- Co tu się znowu dzieje?!
- Nic takiego! - Mnie też udzielił się nastrój na krzyczenie. - Z nikim się nie całowałem!
Dennen uniósł brwi. Nim zdążył jakkolwiek skomentować moje oświadczenie, wmieszała się Sino.
- Kłamiesz!
Jedna chwila i już stał przede mną Mortimer. Przysłonił mi całkiem widok swoim ciałem. Do moich uszu dotarło "bum". Schyliłem się i spomiędzy nóg brata zobaczyłem jak Sino wstaje z ziemi i przygotowuje się do kolejnego skoku.
- Przesuń się, grubasie!
Mortimer nie ruszył się nawet o odległość najmniejszego kraba.
- Nie lizałem cię! - podjąłem kolejną próbę przekonania Sino. Czy ona naprawdę nie wiedziała jak wygląda pocałunek, że samo zbliżenie pyska do pyska tak nazywała?
- Pocałujecie się w końcu? - spytała Naida. W jej głosie na szczęście nie było już wyczekiwania.
- Nie - odparłem szybko.
Sino spróbowała ominąć Mortiego i wykonała kolejny skok. Basior - na moje szczęście - zdążył przesunąć się w taki sposób, że wilczyca ponownie odbiła się od jego boku. Głośne warknięcie było jasnym znakiem, że nie miała zamiaru odpuścić. Nim zdążyła przepuścić kolejny atak, nauczyciel walki wykonał ruch łapą. Samica została zmuszona do wycofania. Mortimer odetchnął z ulgą.
- Macie zakaz zbliżania się do siebie do końca lekcji!
Przekrzywiłem łebek, wychylając się zza ciała brata.
- Sino i kto? - spytałem, jednak mój głos zatonął w dzikich wrzaskach Sinope. Wilczyca wyrywała się jak oszalała, lecz nie miała szans ze znacznie starszym i silniejszym nauczycielem. Na dodatek odpowiedzialnym za nauczenie nas walki. Dennen odciągnął ją z dala od grupy.
- ...Arza! - zawołał jeszcze nauczyciel. On też został zagłuszony przez krzyki i warknięcia samicy.
Z oddali nadszedł głośny wybuch śmiechu. Zerknąłem w tamtą stronę. Isa kręciła głową z rozbawieniem. Jeden moment i dostała w tę głowę łapą Infinite'a. Samica od razu zamilkła i oddała mu szturchnięciem w bark.
Odetchnąłem z ulgą. Zagrożenie zniknęło.

<c.d.n.>



środa, 4 grudnia 2019

Od Asgrima "Zawirowanie liczb" cz. 2

Marzec 2025
Wilczyca zaczęła znowu przesuwać agrest, tworząc jeszcze mniejsze kupeczki. Kilka kuleczek było szczególnie opornych, przez co samica warczała podirytowana.
- Czemu nie zmienisz formy na ludzką?
Zamarła.
- Nie wpadłam na to.
Odsunęła się od miejsca naszej nauki i już po chwili stała przede mną młoda kobieta. Założyła niesforne loki za uszy i usiadła, krzyżując nogi. Ludzie chyba nazywali ten sposób boreckim, aczkolwiek nie miałem pewności.
Szczeniaki wyraziły nagłe zainteresowanie nienaturalnie wysoką postacią, która zastąpiła ich matkę. Chyba pierwszy raz widziały ją w tej postaci. Przybiegły i zaczęły obwąchiwać gołe nogi Torance, na co ta zachichotała. Po chwili podniosła po kolei każde z nich. Yngvi polizała ją po twarzy.
- Pachniesz jak mama - stwierdził Yvar.
Roześmiałem się. Basiorek przeniósł na mnie skołowane spojrzenie.
- Gdzie mama? - spytał.
Wskazałem ruchem głowy na kobietę. Yvar zmarszczył brwi, po czym niepewnie wtulił się w koszulkę swojej matki.
- Dziwne - mruknął.
- Mama się wydłużyła! - zawołała nagle Yngvi. Ponownie przejechała noskiem po skórze Tori - I wyłysiała.
Torance nie powstrzymała wybuchu śmiechu. Yngvi wyszczerzyła ząbki zadowolona, że znalazła się w centrum uwagi. Yvar mruczał coś pod nosem, trąc pyszczkiem brzuch Tor. Z mojego pyska nie schodził uśmiech. Uwielbiałem takie chwile. Ukochana przechwyciła moje spojrzenie i wskazała dłonią na porzucony agrest.
- Nie licz, że uciekniesz od lekcji. Musisz dzisiaj załapać chociażby podstawy.
- A szczeniaki?
- Nie stanowią problemu.
Nachyliła się, żeby skończyć ustawiać kupki. Włosy wypadły zza jej uszu, co natychmiastowo wykorzystała Yngvi i złapała je w pyszczek. Tor pisnęła głośno. Yvar uciekł z jej brzucha, potykając się o własne łapy. Vi zrobiła wielkie oczy, nadal trzymając w ząbkach rudy lok. Szybko zmieniłem postać i wyciągnąłem go z jej pyszczka.
- Nic nie mów - syknęła Torance.
Uniosłem dłonie w poddańczym geście, uśmiechając się przy tym szeroko.
- Jakżebym śmiał? - Zerknąłem w stronę Yngvi, która właśnie próbowała się cichutko wymknąć. Delikatnie uniosłem kosmyk włosów. - Vi, nie wolno gryźć sierści mamusi, kiedy tak wygląda.
Wilczyca pokiwała energicznie główką i zerknęła w stronę ziemi. Skinąłem, a wtedy zeskoczyła i od razu pobiegła w stronę brata.
- Atak z zaskoczenia! - krzyknęła, powalając go na ziemię.
- Kiedy krzyczysz, nie jest z zaskoczenia - zauważył Yvar, szybko uwalniając się spod łap waderki.
Obserwowałem ich przez moment, kiedy nagle poczułem, że ktoś stuka mnie w ramię. Odwróciłem się tak gwałtownie, że niemal uderzyłem głową o czoło Torance. Kobieta pisnęła cicho i wycofała na bezpieczną odległość.
- Uważaj trochę, co?
W odpowiedzi jedynie wyszczerzyłem kiełki. Tor westchnęła głośno. Wlepiła wzrok w kuleczki i przez chwilę przyglądała się im w skupieniu.
- Zapomniałam, co chciałam z nimi zrobić - stwierdziła w końcu.
Nie zdołałem powstrzymać parsknięcia śmiechem. Tak właściwie to nawet nie próbowałem.
- To nie jest zabawne - mruknęła. Uniosłem brwi. Na twarz Torance wkroczył uśmiech - Dobra, może trochę.
Jeszcze przez moment wpatrywała się w agrest, aż w końcu coś zaskoczyło w jej małej główce.
- Patrz uważnie - nakazała i zaczęła przesuwać kuleczki. Przy każdej z nich głośno mówiła jakąś liczbę. - Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć.
Przerwała. Poczułem na sobie jej spojrzenie, więc niepewnie uniosłem wzrok. Na razie nie było w tym nic trudnego. Miałem jednak przeczucie, że wystarczy kilka chwil, by wszystko się skomplikowało.
Czemu dałem się na to namówić?
Tori wskazała palcem na powstałą kupkę.
- Tutaj jest dziesięć kulek. Domyśliłeś się raczej, że z każdą kuleczką rosła ich liczba - powiedziała, a ja pokiwałem energicznie głową - Spróbuj to wszystko powtórzyć, dobrze?
Westchnąłem i tak jak przed chwilą Tor zacząłem przesuwać agrest. Początek był dobry, co do tego nie miałem wątpliwości. Biorąc jednak pod uwagę ciężkie westchnięcie Tor, gdy dotarłem do "osiemiu", koniec nie był taki piękny.
- Przed ósemką jest jeszcze siedem.
Złapała mnie za dłoń i z pomocą moich palców zaczęła ponownie przesuwać owoce, odliczając przy tym głośno. Zmarszczyłem czoło, próbując zapamiętać prawidłową kolejność.
Ćwiczyliśmy tak całą wieczność. Otrzeźwiła nas dopiero Yngvi, która przypadła do nas, narzekając, że jest głodna. Yvar stał kawałek dalej i gorliwie kiwał głową, potwierdzając słowa siostry. Wobec tego oświadczenia nie mieliśmy wyboru. Musieliśmy przerwać lekcję liczenia. Nawet nie miałem sił udawać, że mnie to nie cieszy. Posiadanie dzieci bywało czasem prawdziwym wybawieniem.

<c.d.n.>