sobota, 4 stycznia 2020

Od Morgana "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 5

- Kończymy! - zawołała nagle Yuki.
Wzdrygnąłem się i zerknąłem w stronę, z której nadszedł jej głos. Wilczyca mrużyła oczy, poganiając nas spojrzeniem. Szybko wykopałem z piasku małże, które znalazłem. Trzy muszle ledwo mieściły się w moim pysku. Kiedy niosłem je do nauczycielki, nieustannie mi wypadały. Parsknąłem niezadowolony, zdając sobie sprawę, że czekało mnie jeszcze kilka takich wypraw.
Minąłem Eunice. Samica była w znacznie gorszej sytuacji. Nie wspominając o Kaiju! W tej chwili ucieszyłem się, że nie zebrałem tysiąca, ani tym bardziej stu małży.
- Szybciej - warknęła nauczycielka.
Opuściłem uszy i posłusznie przyspieszyłem. Teraz biegałem w kółko tak szybko, że ciągle potykałem się o własne łapki. Na szczęście ani razu nie upadłem. Tata byłby bardzo zmartwiony, gdybym coś sobie zrobił... Nie chciałem, żeby się martwił. Z drugiej strony, Yuko była zbyt straszna, żeby zignorować jej polecenie.
Kiedy skończyłem, usiadłem obok moich małży. Przez chwilę przypatrywałem się Kaiju i Eunice, jednak szybko mi się to znudziło. Moje spojrzenie przyciągnął Gorn. Starszy basior nadal stał w wodzie. Nieustannie nurkował, co jakiś czas wyrzucając na brzeg ryby, których łuski lśniły w słońcu. Samiec radził sobie świetnie. Byłem ciekaw, czy pewnego dnia też będę łapać ryby z taką łatwością... Zerknąłem ponownie na małże. Przy tym, co wyprawiał starszy uczeń, zbieranie ich wydawało się zabawą dla maluchów... Którymi właściwie byliśmy, ale to nie miało najmniejszego znaczenia!
- To wszystko?
Z zamyślenia wyrwał mnie głos nauczycielki. Potrząsnąłem główką i zdałem sobie sprawę, że moi przyjaciele skończyli. Przyjrzałem się ich kupkom. Były ogromne!
Eunice pokiwała głową. Kaiju mruknął coś na potwierdzenie.
Yuki przyglądała się małżom, mrużąc oczy. W końcu skinęła głową. Odetchnąłem z ulgą. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że wstrzymywałem oddech.
Nie mówiąc ani słowa, wilczyca przymknęła oczy. Niespodziewanie jej łapy zaczęły się wydłużać, a futro znikać. Na jego miejsce pojawiało się coś kremowego, co było dziwnie... Łyse. Wyglądała naprawdę dziwacznie i - jeśli to było w ogóle możliwe - jeszcze straszniej. Szybko odskoczyłem od niej i schowałem się za Kaiju. Liczyłem, że basiorek zdoła mnie obronić, gdyby Yuki chciała mnie pochwycić i...
Pokręciłem pyszczkiem. Nie, to była nadal nauczycielka. Nie mogła nam nic zrobić. Przyjrzałem się uważniej jej sylwetce. Naszła mnie myśl, że może potrzebowała pomocy. Niepewnie wychyliłem główkę zza przyjaciela.
- Wszy... Wszystko w porządku?
Nauczycielka otworzyła oczy i utkwiła we mnie spojrzenie. Jeszcze bardziej przyparłem do Kaiju. Wyszczerzyła zęby w mrożącym krew w żyłach uśmiechu.
- Oczywiście.
Uniosła swoją łysą łapę i sięgnęła po ostrze. Pokręciła nim przez moment, sprawiając, że moje serce zabiło szybciej. To już z pewnością było niebezpieczne! Nim zdążyłem się odezwać, przestała. Westchnąłem z ulgą. Liczyłem, że odłoży nóż na miejsce, jednak zamiast tego tylko chwyciła go pewniej. Drugą łapą wzięła jedną z małży.
- Żeby dostać się do mięsa, należy wbić nóż i przesunąć ostrzem po krawędzi. W środku jest mięsień, który trzeba przeciąć - mówiła, powoli demonstrując. Przyglądałem się z uwagą jej ruchom. Nie wyobrażałem sobie, jak mógłbym coś takiego zrobić z pomocą swoich łap. - Jak mówiłam, w środku znajduje się mięso. Nie jest tego wiele, ale jest to najprostszy sposób na zdobycie pożywnego posiłku. Poza tym czasem można tam znaleźć perły. 
- Mogę spróbować? - powiedział nagle Kaiju.
Wilczyca zmierzyła go spojrzeniem.
- Nie.
- Dlaczego?
Wilczyca zamiast odpowiedzieć, spytała:
- Potrafisz zmieniać się w człowieka?
Przekręciłem główkę.
- Co to człowieka? - wtrąciłem.
- Człowiek - prychnęła Yuko - Tak nazywa się postać, w której właśnie się znajduję.
Wróciła spojrzeniem do Kaiju, który niechętnie pokręcił głową.
- Z pomocą wilczych łap nie dasz rady utrzymać noża. Małże powinniście przynosić do wilków, które potrafią zmienić swoją postać na ludzką - wyjaśniła nauczycielka. Pokiwałem gorliwie głową, jednak Kaiju nadal nie wyglądał na przekonanego. Otworzył pyszczek, jednak nim zdążył cokolwiek powiedzieć, Yuki go uprzedziła. - Nie, nie możesz trzymać noża w pysku. No chyba, że chcesz się zranić. Chętnie bym to zobaczyła.
Eunice pisnęła.
- Jak pani może tak mówić? - spytała, jednak jej słowa zagłuszyło jękniecie Kaiju.
- Skąd pani wiedziała, że chciałem o to zapytać?
Nauczycielka uśmiechnęła się chłodno.
- Nie jesteście pierwszymi uczniami, którzy mają tak debilne pomysły.
- Co to znaczy debilne? - spytałem cicho. Tego słowa też nie znałem. Niestety, nauczycielka zignorowała mnie i zamiast tego zarządziła koniec lekcji. Już miała odejść do Gorna, jednak zatrzymała ją Eunice.
- A co z małżami?
Yuki nawet się nie odwróciła.
- Możecie je sobie wziąć.
Wyszczerzyłem ząbki. Będę mógł pochwalić się tacie, jak dużo nazbierałem!
Kaiju szturchnął mnie łapką.
- Idziemy?
Wytrzeszczyłem oczy i otworzyłem pyszczek. Miałem wrażenie, że się przesłyszałem.
- Ale... Sami?
Basiorek pokiwał głową.
- No tak. Przecież jesteśmy tuż obok miejsc przeznaczonych na sen - powiedział i wskazał łapą na skraj dżungli, gdzie zwykle skrywaliśmy się przed deszczem i słońcem.
Przejechałem nerwowo językiem po nosie.
- Nie możemy.
Eunice przekręciła łeb.
- Dlaczego nie?
- Jesteśmy zbyt mali. To niebezpieczne! - stwierdziłem.
Kaiju i Eunice wymienili spojrzenia.
- Morgan, kilka chwil i jesteśmy na miejscu - powiedziała powoli Eunice.
- Poza tym, sam chodziłeś na znacznie dalsze spacerki - dodał Kaiju.
- Tak, ale... - Zamilkłem. Niby mieli rację, lecz z drugiej strony... - Obiecałem tacie, że na niego poczekamy.
Kaiju westchnął przeciągle.
- A ja obiecałem rodzicom, że wrócę od razu po zajęciach. Nie mogę czekać na twojego tatę.
Spuściłem wzrok. Mogłem się tego spodziewać. Kaiju nie mógł być niegrzeczny. Musiał iść, bo inaczej jego rodzice będą się martwić. Pokiwałem powoli głową.
- Ja z tobą zostanę, Morgan - powiedziała nagle Eunice.
Uniosłem wzrok.
- Serio?
- Tak - Uśmiechnęła się. - Do jutra, Kaiju.
- Do jutra! - odpowiedział i pobiegł jak szalony.
- Uważaj na siebie! - zawołałem za nim, ale chyba mnie już nie usłyszał.
Czekaliśmy na tatę jeszcze przez jakiś czas, wymieniając uwagi odnośnie lekcji. Kiedy przyszedł i zapytał jak nam się podobały lekcje, Eunice stwierdziła, że szczeniaki miały rację. Nauczycielka była okropna i nie chciała już nigdy przychodzić na dodatkowe lekcje. Ja - przeciwnie. Nie mogłem się doczekać kolejnych zajęć, niezależnie od tego, jak bardzo Yuko mnie przerażała. W końcu tak długo marzyłem o nauce! Kiedy tylko to powiedziałem, Eunice westchnęła z ulgą.
- Już się bałam, że będę tam sama.
Zmarszczyłem brwi.
- Przecież powiedziałaś, że nie chcesz więcej chodzić na polowania.
- Mama i tata chcą, żebym na nie chodziła. Wiesz, są w grupie polowań.
Podszedłem do niej i pocieszająco otarłem się o jej bok. Nie rozumiałem w pełni jak mogła nie chcieć się czegoś uczyć, ale widocznie potrzebowała jakiegoś wsparcia. Eunice odpowiedziała wdzięcznym uśmiechem. 

<c.d.n.>

piątek, 3 stycznia 2020

Od Dante "Tydzień lub dwa w dziczy" cz. 3 (cd. Asgrim lub Leah)

Grudzień 2024 r.
– Widzicie? – Krzyknął ostentacyjnie Zev – Nie ma powodu do obaw. Wszyscy są szczęśliwi i zadowoleni, a ja zobaczyłem małpę. Jakie atrakcje mamy dalej w planie?
Wtedy liście drzewa tuż obok niego gwałtownie zaszurały. Nim zdołał zareagować, rzuciła się na niego z dzikim wrzaskiem jakaś brązowa istota. Kiedy obie sylwetki zaczęły kotłować w powietrzu, krzyk Zeva całkowicie zlał się z dźwiękami wydawanymi przez małpę. Gdy byli w połowie drogi do ziemi, na basiora skoczyła kolejna małpa.
Cała ekipa zwiadowcza patrzyła na to z szeroko otwartymi oczami. Zev próbował odpychać je zębami, skrzydłami, łapami, a nawet ogonem. Bezskutecznie. Szarpały za jego futro, uwieszały się na łapach i ciągnęły za uszy.
– Pomocy, durnie! Pomóżcie mi! – krzyknął w końcu.
Dopiero wtedy Gayle zareagował, aby zakończyć to widowisko. Z konaru najbliższego drzewa wystrzeliła gałąź, na którą Zev mógł posadzić łapy i zejść na ziemię po powoli powstającymi drewnianymi schodami. Basiorowi jednak omsknęła się łapa nim uformowały się do końca.
Małpy pospiesznie wróciły na drzewo, wciąż bojowo krzycząc, lecz Zev mało zgrabnie upadł prosto na pysk.
– I kto tu jest durniem? – skomentował Gayle ironicznie.
– Byłem w opresji! – warknął Zev, podnosząc się z piachu. Cały dygotał.
Reszta ekipy zwiadowczej patrzyła na niego w milczeniu.
– Jestem ranny. Czemu nikt nie chce mi pomóc?!
– Zasłużyłeś sobie – oznajmiła nareszcie Raura.
– Że niby co? – oburzył się Zev.
– Mam z tobą do czynienia na co dzień i powiem, że w końcu doczekałam się twojego publicznego upokorzenia.
– Jak możesz...!
– Alf nie ma, więc możemy się pośmiać – powiedział nieco swobodniej Dan, próbując jakoś rozluźnić atmosferę.
– Nie powinno się śmiać z innych – warknął Zev – A takie dziady powinny służyć przykładem młodszym.
– Mentalnie nadal jestem szczeniakiem – parsknął rozbawiony Dan – Ruszajmy dalej, dobrze? Zev musi chyba wytruchtać swoją złość.
– Wytruchtać? Złość? – prychnął Zev.
– Każdy sposób jest dobry – poparła Jasmine.
– Te małpy mnie prawie zabiły! Mogłem zginąć! – krzyczał Zev, ale reszta grupy już zaczęła się oddalać. Dysząc ze wściekłości pobiegł za nimi. Nadal z trudem powstrzymywał dygotanie łap.
– Będziecie mnie tak dręczyć aż do samego końca?
– Być może – odpowiedziała lekko Raura.
– Jak tak, to ja chcę się wycofać.
– Zev, musisz się pogodzić z tym, że karma wraca. – Zaczęła Janey. Dana czując, że jego partnerka zaraz zacznie prawić morały, przeszedł specyficzny dreszczyk emocji. – Jak zrobisz coś złego, możesz się spodziewać, że jakoś to się zwróci. Niekoniecznie będzie to przyjemne. Taki jest już nasz los. Raz jest dobrze, raz jest źle, ale jak narobisz sobie wrogów, to musisz zacisnąć zęby i to przetrzymać. Lub się zmienić.
– Nie zrobiłem niczego złego, a los nie istnieje. Ani karma.
– Zaczynamy rozmyślania egzystencjalne? – wtrącił Asgrim, nagle rozbudzony – Jeśli tak, to ja też chcę się pobawić.
– Nie zaczynamy – odwarknął Zev.
– Dlaczego według ciebie karma nie istnieje? – drążyła Janey.
– Bo nie.
– Właściwie to tym tokiem rozumowania nic by się nie mogło złego stać Kai'emu. A stało. Ani większości wilków z watahy – oznajmił Asgrim w zadumie.
– A co się stało Kai'emu? – zapytała zatroskana Janey.
– Podobno partnerka od niego odeszła, i dzieci też. Tori coś mi wspominała.
Dana na wspomnienie Astrid przeszedł nieprzyjemny dreszcz. W momencie, kiedy zniknęła i nigdy nie wróciła, poczuł większą więź z Kai'm. Rozumieli się doskonale pod tym względem.
– Może wcześniej zrobił coś złego? Może to po prostu kara po latach?
Asgrim wzruszył ramionami.
– Tak naprawdę to nie wiem zbyt wiele na jego temat. Może masz rację, może nie. Chyba nigdy się nie dowiemy.
– Zawsze można się modlić do bogów... – zaczęła Janey.
Raura zareagowała przeciągłym westchnięciem.
– Ktoś jeszcze w ogóle w nich wierzy?
– Więc bawimy się w rozważania egzystencjalne i teologiczne? – zaśmiał się Dan. Sam wciąż był w środku odrętwiały przez ten temat rozmowy, ale starał się tego po sobie nie pokazać.
– Najwyraźniej – podsumowała Janey – Musimy sobie jakoś umilić drogę.
– Mogę zawsze zacząć śpiewać. Znam kilka szant – zaproponowała Raura.
– Szanty! – Ucieszył się Joel – Miałem kilka na studiach. Chciałem się kilku nauczyć, ale jakoś nigdy nie było okazji. Możemy pośpiewać szanty. Nauczysz nas jakichś.

<Asgrim? Leah? Popiszcie się swoją znajomością pirackich pieśni lub kontynuujcie jakże pasjonującą rozkminę o karmie (na pewno psiej)>

czwartek, 2 stycznia 2020

Białe Królestwo: "Wątpliwość" cz. 1

Czerwiec 2025 r.
W karczmie panował zamęt. Kufle piwa lawirowały po ladzie, talerze były ciskane o stół podczas podawania klientom na tyle mocno, że porcelana groziła pęknięciem. Wszystko odbywało się w mgnieniu oka. Jedni klienci przychodzili, inni odchodzili. Panował ruch zupełnie niepodobny do tego sprzed roku. Uwijali się jak stado much, wędrując z miejsca na miejsca. Jedli nie tylko przy stołach, ale i również na stojąco. Zarobione pieniądze już dawno przestały się mieścić w sakwach. Nie było co z nimi robić, więc zatrudniano tylko coraz więcej i więcej obsługi. To wciąż okazywało się zbyt mało.
Elvin siedział na zapleczu, zerkając ostrożnie przez cienki przesmyk w płachcie, będący tam jedynym źródłem światła. Siedział na drewnianej skrzyni, od której zdrętwiały mu już pośladki. Już dawno powinien ją nakryć czymś miękkim, ale jakoś zawsze brakło mu czasu... i odwagi, by kupić cokolwiek.
– Dasz sobie radę – wyszeptała Amira, ostrożnie chwytając go za dłoń. Elvin najpierw się wzdrygnął, ale zaraz potem jego lęk przeszedł. Zamiast tego zagryzł wargę. Wciąż niespokojnie wyglądał do wnętrza karczmy.
– Nie dam. Jestem paskudny.
– Dla niej na pewno wciąż jesteś przystojnym i inteligentnym basiorem. Nie wyglądasz wcale źle. Nawet włosy ci zaczęły odrastać... Jesteś prawie jak nowy – mówiąc to, głaskała go kciukiem po dłoni.
– Widać co się stało. Z daleka. Nie jestem już tą samą osobą.
– Nikt po upływie roku nie jest dokładnie taki sam... – Zawiesiła głos – Elvin, wszyscy chcemy dla ciebie dobrze. Wszyscy ciężko pracujemy, abyś poczuł się na tyle pewny siebie, by wrócić do normalnego życia. Żebyś przestał się bać. Brakuje nam do przejścia kolejnego etapu tylko tego, abyś sam w siebie uwierzył. Spotkanie z Cess może być przełomowym momentem w naszej terapii, wiesz? Wystarczy, że się przełamiesz.
Elvin lekko uderzył tyłem głowy w drewnianą ścianę. Wyglądał na naprawdę nieszczęśliwego.
– Nie wiem, czy chcę się z nią spotkać.
– Dlaczego?
– Nie chcę, by mnie zapamiętała, takim jakim jestem teraz.
– Sądzisz, że to byłoby dla niej najważniejsze? Że nie chciałaby ci pomóc?
– Nie wiem.
Na twarz Amiry wkradło się pewne zmieszanie, połączone jednocześnie ze smutkiem i rozczarowaniem.
– Cess jest hybrydą, nie odczuwa aż tak silnej empatii. Raczej nie byłaby mi w stanie pomóc.
W Amirę na nowo wstąpiła nadzieja.
– A gdybyś jej opowiedział, jak powinna postępować? I jak mogłaby ci pomóc?
– Możliwe, że to byłoby dla niej zbyt wiele lub zupełnie by to zignorowała.
Amirze opadły ramiona.
– Kochasz ją?
– Tak. Sądzę, że tak.
– Sądzisz? Czyli nie jesteś pewien?
Elvin spuścił wzrok. Zagryzł jeszcze bardziej wargę.
Zaraz potem poczuł spływającą po brodzie gorącą ciecz. Amira wydała z siebie stłumiony okrzyk i pobiegła po kawałek czystego materiału.
Tępym wzrokiem popatrzył na swoją koszulę, na której  bez pośpiechu wykwitała czerwona plama. Ślad po poprzednym rozgryzieniu sobie ust wciąż nie sprał się do końca, a już będzie musiał ponownie z tym walczyć... Nie myśląc zbyt wiele, otarł nadgarstkiem usta.

<C.D.N.>

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Od Exana "Przestańcie się wreszcie kłócić!" cz. 2

Czerwiec 2025 r.
Patrzyli na siebie przez chwilę z rezygnacją. Wokół słychać było rozmowy innych par. Naida wyglądała na smutną, ale Exan nie zamierzał jej pocieszać. Mogłaby znowu wzniecić jakąś kłótnię.
– Może zaczniemy myśleć nad rozwiązaniem problemu?
Waderka spojrzała na niego z lekką niechęcią.
– No dobra... – zgodziła się.
– Więc, według mnie powinniśmy pójść po kogoś dorosłego – stwierdził Exan.
– Nie powinniśmy najpierw sprawdzić, kim jest ten wilk i co tu robi?
– Ale przecież on jest nieprzytomny!
– To żaden problem! – zaśmiała się Naida. – Możemy rzucić w niego krabem!
– Dlaczego krabem? – zapytał niepewnie Exan.
– Mógłby go uszczypnąć i wtedy by się obudził – odpowiedziała spokojnie.
– Lepiej go nie budzić... Ale możemy sprawdzić, czy tylko nie udaje nieprzytomnego.
– Rzucając czymś w niego.
– Nie!
Exan miał już powoli dosyć towarzystwa waderki. A dopiero zaczęła się lekcja! Basiorka przeszył dreszcz na myśl, co zazwyczaj musi przeżywać Morti. Z jednej strony musi znosić irytującą Naidę, a z drugiej Elanor, która nie odstępowała od niego ani na krok.
– Myślałem raczej, aby go czymś szturchnąć – westchnął.
– Może Stickym?
– Kim?
– Patykiem Glücka!
– Kijem tego białego basiora? – upewnił się Exan.
– Tak, Stickym – Naida z uśmiechem pokiwała głową.
– Czyli najpierw sprawdzamy za pomocą patyka, czy wilk jest przytomny. Jeśli nie, to idziemy po kogoś dorosłego. A jeśli jest przytomny? – Exan zamyślił się na chwilę.
– To uciekamy i wołamy kogoś dorosłego! Może być niebezpieczny! – zapiszczała Naida. – Ale jeśli jest ranny... Nie lepiej, żeby jedno z nas z nim zostało i go pilnowało?
Exan spojrzał na waderkę z podziwem. Może i była irytująca, ale dobrze sobie radziła w rozwiązywaniu zagadek logicznych. Nie chciał jednak pozwolić jej rozwiązać całego problemu.
– Jeśli będzie nieprzytomny, musimy też sprawdzić czy jeszcze oddycha. Może być ranny, co będzie oznaczało, że w pobliżu może ukrywać się jakieś niebezpieczeństwo – powiedział z namysłem.
– Masz rację! – potaknęła Naida.
– Kończymy! – zawołał Hitam.
Basior zaczął krążyć od pary do pary słuchając odpowiedzi. Exan podążał za nim czujnym wzrokiem. Z tego, co zaobserwował, większość par zaliczyła zadanie bezproblemowo. Elanor i Infinite mieli chyba lekkie problemy. Zapewne nie mogli się ze sobą dogadać.
– Na co tak patrzysz? – zapytała Naida.
Exan aż podskoczył. Zamyślił się i zapomniał, że waderka siedzi obok niego. Chyba naprawdę potrzebował tego snu.
– Co? Nie, na nikogo nie patrzę! – zaczął się nerwowo tłumaczyć. – Po prostu trochę się zamyśliłem...
– Zakochałeś się w kimś czy jak? – zaśmiała się. – W kim? Powiedz!
– W nikim się nie zakochałem!
– Może w Elanor? Trochę kiepski wybór, ale widziałam jak się na nią patrzyłeś! – spojrzała na niego z uśmieszkiem.
– Nie kocham jej! – zaprotestował.
Naida chciała jeszcze coś dodać, ale w ostatnim momencie zrezygnowała. Powolnym krokiem zmierzał w ich stronę Hitam.
– I jak? Co wymyśliliście? – zapytał.
– No więc my... – zaczął niepewnie Exan. – Pomyśleliśmy, że najpierw należy sprawdzić, czy wilk jest ranny.
– I czy nie tylko nie udaje nieprzytomnego! – dodała Naida.
– Więc można go... czymś szturchnąć...
– Na przykład patykiem! – zawołała waderka.
– Tak... – westchnął lekko zirytowany Exan. – Jeśli tylko udawał, należy uciec i sprowadzić jakiegoś dorosłego. Jeśli jednak coś mu jest, jeden z nas powinien przy nim zostać...
– A drugi pobiec po kogoś dorosłego! – przeszkodziła mu Naida.
Exan spojrzał na nią lekko zdenerwowany. Ciągle mu przerywała i nie pozwalała dokończyć zdania. Rozumiał, że chciała dodać coś od siebie, ale musiała przy tym tak krzyczeć.
– Dobrze, zaliczyliście zadanie. Możecie teraz iść na przerwę – odezwał się Hitam i odszedł do innej pary.
– Super! Idę poszukać Mortiego! – ucieszyła się waderka.
Exan patrzył jak biega pomiędzy szczeniakami szukając swojego Romeo. Basior wstał i ruszył w stronę drzew. Nie miał już ochoty na rozmowy. Marzył o chwili spokoju. Usiadł wygodnie w cieniu i zamknął oczy.
– Słyszałem, że poradziliście sobie z zadaniem.
Exan podskoczył. Tuż przed nim stał Morti wraz ze swoją świtą.
– Znalazłam Mortiego! – zawołała radośnie Naida.
– Jakoś daliśmy radę – odpowiedział basiorowi.
Naida spojrzała na Exana z chytrym uśmieszkiem, po czym odwróciła się w stronę Elanor. Basior z przerażeniem uświadomił sobie, co zamierza zrobić.
– Naida, nie...
– Exan zakochał się w Elanor! – wykrzyknęła głośno.
Wszystkie oczy zwróciły się na niego.


<C.D.N.>


Uwagi: "Nie" z czasownikami piszemy oddzielnie.

sobota, 28 grudnia 2019

Od Glücka "Pali się!" cz. 1

Kwiecień 2025
Glück od dłuższego czasu próbował odkryć swoją moc. Nie szło mu to jednak najlepiej. Najpierw spróbował zrobić coś z wodą, ale nie zadziałało. Następnie miał zamiar czytać w myślach Aresowi, jednakże i tu nie odniósł sukcesu. Ostatecznie usiadł na piasku i ze skupieniem wpatrywał się w drzewa z nadzieją, że zdoła chociaż lekko poruszyć liście za pomocą wiatru.
– Nic z tego, Sticky – Glück spojrzał z rozczarowaniem na przyjaciela. – Już nigdy nie uda mi się odkryć żadnej mocy.
Basior rozejrzał się dookoła siebie. Wiele szczeniaków już odkryło swoją moc. Niestety Glück nie należał do tego grona.
– Wiem, że muszę w siebie uwierzyć, Sticky. Setny raz mi to powtarzasz... – westchnął szczeniak.
Siedział tak przez chwilę zastanawiając się nad tą całą sytuacją.
– W takim razie spróbuję zrobić coś z ziemią. – postanowił szczeniak.
Glück stanął na piasku i patrzył na niego w oczekiwaniu. Tak jak się spodziewał - nic się nie wydarzyło. Po chwili bezsensownego wpatrywania się w piasek, znowu zdenerwował się, że nigdy nie odkryje swojej mocy.
– To nie działa! – krzyknął oburzony Glück.
Niespodziewanie stanął za nim Gerrant. Szczeniak aż podskoczył na jego widok.
– Może spróbuj inaczej. Nie wystarczy patrzeć i liczyć na to, że coś się stanie – doradził nauczyciel.
– Łał mówi pan dokładnie tak jak Sticky.
Nauczyciel spojrzał ze zdziwieniem na patyk i odszedł. Glück zastanawiał się jak inaczej ma to zrobić. Tupnął łapą w nadziei że ziemia się zatrzęsie czy coś. Znowu się nic nie stało. Basiorowi została tylko jedna moc jaką znał. Glück sprężył się i całym wysiłkiem spróbował wzniecić ogień. Po kilku sekundach poczuł ciepło na łapach. Wyleciała z nich malutka iskierka. Glück uradowany zaczął skakać i się cieszyć.
– Widziałeś to Sticky? Wyczarowałem iskrę! – wykrzyknął Glück. – Udało mi się! Mam moc ognia!
Słysząc radosne wołanie szczeniaka, na miejsce przyszedł Gerrant. Nauczyciel spojrzał na rozemocjonowanego basiorka.
– Brawo – powiedział z lekkim uśmiechem. – A teraz spróbuj jeszcze raz.
Glück znowu skupił się na wyczarowaniu choćby najmniejszego płomienia. Po chwili pojawiło się kilka iskier.
– Dobrze, ale postaraj się wyczarować coś więcej niż kilka marnych iskier – rzekł nauczyciel.
Gerrant odwrócił się i odszedł. Basior skupił teraz całą swoją uwagę na tym, żeby wyczarować płomień. Poleciało kilka iskier. Było ich coraz więcej. Prawe oko Glücka zaczęło migać na kolor ognia. Basior uśmiechnął się radośnie. Pojawił się mały płomień, ale od razu zgasł, a wraz z tym oko przestało migać. Z twarzy Glücka znikł uśmiech.
– Czemu to zgasło? – zapytał Sticky'ego Glück. – Muszę mieć coś, żeby ogień się utrzymał – powiedział sam do siebie.
Rozejrzał się dookoła, ale jedyne co mógł by zapalić był Sticky i drzewo. Przez chwilę wpatrywał się w swojego przyjaciela, po czym podszedł do drzewa, żeby je spalić. Stanął tuż przed nim i skupił się na podpaleniu go. Poleciało pełno iskier. Oko basiora zamigało. Pojawił się płomień, który poleciał na drzewo. Ogień zaczął się po nim rozprzestrzeniać. Uradowany Glück przestał podpalać, ale drzewo nie zgasło. Glück zadowolony ze swojego osiągnięcia pobiegł do Gerranta.
– Proszę pana, udało mi się. Podpaliłem drzewo! – zawołał z uśmiechem.
Gerrant spojrzał na niego ze zdziwieniem.


<C.D.N.>



Uwagi: Przecinki.