wtorek, 3 marca 2020

Od Magnusa "Jak to jest i jak to było"

Czerwiec 2025 r.
Od czasu gdy dowiedziałem się trochę o sobie i nękającej mnie w snach kobiecie, czułem się co najmniej źle. Paradoksalnie do tego, że w dalszym ciągu nie pamiętałem kompletnie nic, dokładnie tak, jakby to wszystko przydarzyło się mi. Pomimo to czułem do tych wydarzeń jedynie wstręt. W żaden sposób nie byłem dumny z tego, że jestem bohaterem tej historii, dalej niepełnej, bo każdy, kto mógłby mi ją opowiedzieć, porzucił mnie i wszystko co ze mną związane. Tak przynajmniej wtedy to czułem. Matka o mnie pamiętała, ale z jakiegoś powodu nie mogła albo nie chciała mnie widzieć. Ojciec najpewniej już nie żył, jak twierdził Einar.
No i oczywiście Rudy. Gdy ostatnio się widzieliśmy, ostrożnie i dość nieporadnie próbował wprowadzić mnie do moich własnych wspomnień. Długo gniewałem się na niego za to, że zrobił to tak pokrętnie i na skróty, z obawy jak to wszystko przyjmę. Byłem wściekły, ale chyba miał rację. Minęło sporo czasu zanim lepki wstyd odległych dni odpuścił.
Starałem się żyć jak najlepiej. Udzielać pomocy, gdy była potrzebna, nie wadzić nikomu i sumiennie wypełniać swoje obowiązki. Nie widziałem przed sobą żadnego celu i nawet nie starałem się szukać go i nazywać. Po prostu trwałem w tej nierealnej, wilczej społeczności. Byle żyć. Wolałem to niż pozostawienia wszystkiego i wyruszenie naprzeciw śmierci w samotności.
Gdy teraz o tym myślę, odnoszę wrażenie, że mimo wszystko byłem egoistą.
Wtedy też coś zaczęło się we mnie psuć. Nie jestem pewny do jakiej sfery - psychicznej czy fizycznej - mogę przypisać magię, ale zacząłem wyraźnie czuć, że wpływa na jedno, drugie albo oba. Zdecydowanie negatywnie. Wtedy to były nieznaczne sygnały, które najczęściej brałem za objawy zmęczenia albo stresu. Często potykałem się o własne łapy, tak jak w pierwszych miesiącach pobytu w wilczej formie, czasami ni stąd ni zowąd zupełnie odmawiały mi posłuszeństwa i po prostu upadałem na piasek. Ciężko było mi zasypiać, a jedyne co mi się śniło to czerń. Przeszedłem trzy paraliże senne. Nieraz byłem tak zmęczony, że myślenie zdawało się sprawiać ból. Duszności w zasadzie nie przechodziły. Schudłem.
Jeszcze nie do końca świadomie przypisywałem to wszystko do swojej mocy, ale niemal od samego początku czułem, że problem może tkwić właśnie w niej. Proporcjonalnie do nasilenia się objawów zacząłem zauważać, że wszystko co byłem w stanie jak dotąd robić, wykorzystując ją, zwiększało swój zasięg, czas działania i ogólną jakość. Łatwiej było mi ją kontrolować, jeszcze nie sprawiała bólu i nie mieszała tak w głowie. Jeśli spojrzeć na ten czas z tej perspektywy, byłem w swojej szczytowej formie.
Wszystko to nie sprawiało wielkiego problemu kiedy wypadały moje patrole w ramach stanowiska strażnika terenów. Za to poranne polowania nieraz wyczerpywały mnie do cna. I tak nie było tak źle jak mogłoby być - łowienie ryb czy chwytanie krabów nie były tak męczące jak pogoń za sarną, ale często nawet to wystarczało. Jak dotąd obywało się bez większych niepokoi, ale bałem się, że w końcu zasłabnę na łowach. Dziwna choroba, a wtedy po prostu przewlekłe osłabienie, krzyżowała mi plany na spokojną monotonię.
Tym razem lęk wzmógł się jeszcze bardziej, bo po nieprzespanej nocy i ostatnim patrolu, na którym musiałem powstrzymać parę wyjątkowo ruchliwych szczeniaków przed wycieczką do dżungli, nogi miałem jak z waty już po krótkim marszu. Myśli jakby przelewały mi się przed oczami i przysłaniały widok, żadnej z nich nie mogłem uchwycić ani przepędzić. Sunąłem na miejsce porannego zgromadzenia w miarę stabilnie, jak na szynach, ale jedyne o czym myślałem, to żeby wrócić już w cień palm i znowu spróbować usnąć.
W planach było łowienie ryb, ale w ostatniej chwili zadecydowaliśmy jeszcze o polowaniu na kraby. Abby, druga goniąca z naszej grupy, natrafiła po drodze na skały, gdzie wygrzewała się spora gromadka, korzystając z nieczęstego ostatnimi czasy słońca. Nie widziało mi się to najlepiej, bo już nieraz wyszedłem z konfrontacji z tymi małymi szkodnikami z irytującymi rozcięciami od szczypiec na łapach.
Udaliśmy się we wskazane miejsce. Bestyjki rzeczywiście przycupnęły na kamieniach. Zwróciły się w naszą stronę. Niektóre unosiły ostrzegawczo szczypce, ale zdecydowana większość zaczęła jak najprędzej pierzchać.
- Cess, Ophelia, biegniecie wzdłuż plaży i odgrodzicie im drogę. - zaczęła szybko Hartwell, bo skorupiaki zaczęły znikać już w wodzie. - Potem do was dołączę. Magnus i Abby, doprowadźcie je do nich. Sheik i Taria pilnują, by żaden nie uciekł do morza.
Zabijające ruszyły na swoje pozycje (Cess nieco wolniej z uwagi na swój ogon). Hartwell, Abby i atakujący skoczyli do wody i zaczęły przeganiać z niej kraby kłapnięciami szczęk. Z niewielkim opóźnieniem dołączyłem do nich. Niemal natychmiast przypadkowo nastąpiłem na blado-czerwony pancerzyk, a jego właściciel boleśnie zacisnął szczypce na mojej łapie. Odrzuciłem szkodnika na piasek. Wiedziałem, że gorzko pożałuję przeoczenia, gdy woda w której dopiero co stałem leniwie się zaczerwieniła, ale nie miałem ani czasu ani dość rozgarnięcia na oszacowanie strat. Łowcy już obskakiwali skorupiaki sunące plażą na krótkich odnóżach, a przywódczyni naszej grupy biegła ku zabijającym.
Dobicie wszystkich krabów skończyło się jeszcze paroma zacięciami, ale całe szczęście nie trwało specjalnie długo. Rana zadana przez pierwszego okazała się najbardziej przykra - rozciął niemal całą ścianę opuszki mojej lewej przedniej łapy. Ból pomógł mi skupić się na teraźniejszości. Łowienie ryb w słonej wodzie okazało się na tyle nieprzyjemne dla paru wilków z naszego zespołu, że udało nam się złapać ich zaledwie kilka.
Nie poszło najlepiej. Kilka wilków głośno wyraziło swoje niezadowolenie z marnego śniadania, ale ledwo już to do mnie docierało. Po niewielkim posiłku wróciłem na swoje ostanie miejsce pod dwiema rozłożystymi palmami. Niemal natychmiast usnąłem i nie podniosłem się już prawie do wieczora.
To zdecydowanie nie był mój dzień.

poniedziałek, 2 marca 2020

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 1

Lipiec 2025 r.
- Będę się uczyć polować? - pisnęłam zachwycona i podskoczyłam, rozchlapując wodę, w której brodziłam po kostki. - I będę umiała tak jak ty i inne wilki?
Leah na chwilę zamilkła, szurając nogami w piachu. Trochę dziwnie było tak iść obok, gdy była człowiekiem. Jest wtedy jeszcze większa i chodzi tylko na dwóch dziwacznych łapach. I w ogóle nie ma futra! Czasami dziwiłam się, że nie jest jej zimno jak pada deszcz. Mi było praktycznie bez przerwy, tak szybko przemakało mi futerko. A wtedy padało prawie bez przerwy, robiąc fatalny szum. Jedyna zaleta tej okropnej sytuacji (pory deszczowej) była taka, że mokry piasek aż tak mnie nie denerwował.
- Tak - odpowiedziała. - A nawet myślę, że będziesz lepsza. Ja jak dotąd nie polowałam na kraby.
- To co ty tu jadłaś? - parsknęłam. - Tylko ryby?
- Nie zawsze tu mieszkałam - mruknęła zamyślona.
- A gdzie mieszkałaś? - skierowałam ku niej uszy zaintrygowana.
- Opowiem ci jak wrócisz. Już prawie jesteśmy.
- No ale zdążysz!
- Później - ucięła krótko.
No niezbyt mi się to spodobało, ale już wiedziałam, że nie warto za bardzo naciskać. Bo jeszcze w ogóle nic nie powie! Poza tym nie będę się kłócić z mamą gdy widzą nas inne szczeniaki. To obciach!
Ja też już je słyszałam. Kilka waderek i basiorków, wyczułam też jakąś starszą wilczycę. Nauczycielka! Bez zastanowienia podbiegłam do grupy.
- Cześć! - wykrzyknęłam.
Szczeniaki zamilkły. Przez chwilę słyszałam tylko siekący plażę deszcz i przyciszone głosy mojej opiekunki i nauczycielki polowania.
- Cześć - odparło parę wilczków.
Dużą część z nich skojarzyłam po zapachu. Czasami mogliśmy się nawet bawić, ale jakoś się tak złożyło, że jeszcze z nikim dłużej nie rozmawiałam. No dobra, nawet nie pamiętałam jak się nazywają.
- Jestem Silee - tak na wszelki wypadek postanowiłam się przedstawić. Żeby nikomu nie było głupio, jeśli też nie pamięta. - Ktoś jeszcze ma przyjść?
- Nie ma jeszcze mojej siostry - mruknął jakiś starszy szczeniak, jeden z tych, których w ogóle nie kojarzyłam.
- Nie przychodzicie razem? - usiadłam na piasku i owinęłam ogon wokół łap, bo miałam wrażenie, że trochę drżą z zimna.
- Ostatnio nie.
Zrobiło się dziwnie cicho. Po grzbiecie przebiegł mi dreszcz, po części przed deszcz, a po części przez tę ciszę. Miałam wrażenie, że szczeniaki się na mnie gapią, no ale nie miałam jak tego stwierdzić. Spojrzenia podobno można wyczuwać, ale co jak samemu nie umie się patrzeć?
- No co jest? - zaryzykowałam.
- Co ci się stało w oczy? - spytała ostrożnie waderka, z którą chyba nawet kiedyś się przepychałam.
Poczułam jak moje przemoknięte futerko jeży się, a we mnie wzbiera złość.
- Dlaczego każdy mnie o to pyta? - fuknęłam. - Nie działają. Są z e p s u t e.
- Czyli ty mnie nie widzisz? - parsknęła z niedowierzaniem ta sama waderka.
- Niczego nie widzę - prychnęłam, zadzierając głowę.
Po tym jak to powiedziałam już jakoś łatwiej się nam wszystkim rozmawiało. W końcu poznałam ich imiona (pierwszy basiorek to Chase, razem ze swoją bliźniaczką najstarszy z naszej grupy, a waderka - Yngvi), Leah sobie poszła, a reszta grupy w końcu dotarła na miejsce. W międzyczasie deszcz trochę osłabł, za to wzmógł się wiatr i kropelki zaczęły uderzać od boku. Fale zaczęły się też głośniej przewalać po piachu. To było nawet fajne. Piasek cały czas pozostawał mokry i nie drażnił tak opuszek.
- A mieliście już lekcje z tą panią? - zapytałam, gdy pani nauczycielka zrugała jakąś spóźnialską. Coś szorstkiego jej głosie sprawiło, że poczułam się jakby to mnie pouczała. I to sto razy głośniej.
- Tak - odparła zniżonym głosem Eunice, waderka o bardzo dziwnym zapachu. - To Yuki. Jest straszna.
- Naprawdę bardzo straszna?
- Koniec pogaduszek. - Yuki podeszła do naszej grupy, głośno stąpając swoimi wielkimi łapami. - Dzisiaj łowimy ryby.
- Proszę pani? - ożywił się Chase.
- Słucham? - Yuki brzmiała na znudzoną.
- Czy nie możemy przesunąć tego na jakiś pogodniejszy dzień?
Gęsty ogon nauczycielki przesunął się po piachu. Chase drgnął i przestąpił z łapy na łapę. Yuki musi mieć naprawdę straszne patrzenie!
- Nie widzę takiej potrzeby - odparła trochę lekceważąco - Większość z was już wie jak chwytać ryby. Podzielcie się na dwie grupy i do końca lekcji spróbujcie złapać ich jak najwięcej.
Zrobiło się zamieszanie. Niezbyt wiedziałam co ze sobą zrobić, bo w końcu jeszcze nigdy nie łowiłam ryb. Pomyślałam, że zostało mi chyba zwrócić się do nauczycielki, ale na samą myśl o tym poczułam jakby coś przewróciło mi się w brzuchu. Mówili, że jest straszna, no ale coś zrobić musiałam! Zacisnęłam zęby i mimowolnie jeżąc się na całym grzbiecie, podeszłam do Yuki:
- Proszę pani, bo ja jeszcze nie umiem...
- Dołącz do którejś grupy - przerwała mi. - Pokażą ci jak łowić ryby - Troszkę zeszła z tonu. - Jeżeli pomimo to będziesz mieć jakiś problem, zgłoś się do mnie.
Mruknęłam coś na potwierdzenie i odwróciłam się do szczeniaków. Słyszałam już dwie głośne gromady, powoli oddalające się w stronę szumiącego morza. Przez chwilę nasłuchiwałam, a gdy udało mi się rozróżnić parę głosów najfajniejszych wilczków, szybkim krokiem ruszyłam w ich stronę.
- Hej! - zawołałam na nich. - Mogę iść z wami?
- Pewnie - odpowiedział Chase.
- Chodź - odparła Yngvi.
Potruchtałam do grupki, szurając pazurkami w mokrym piasku. Przeszło mi przez myśl, że taki jest naprawdę fajny.
- A-a pokażecie mi jak łowić te ryby? Yuki powiedziała, że już umiecie.
- Jeśli chcesz, mogę ci pokazać - powiedział Emerald. - O, tam jest dużo ryb. Było dużo na ostatniej lekcji.
- Tam, czyli gdzie?
Emerald mruknął coś i przestąpił z łapy na łapę, zupełnie zbity z tropu! No bo ja przecież nie widzę gdzie!
- Może po prostu chodź za mną. - burknął niepewnie i szturchnął mnie ogonem, tak jakbym nie usłyszała.
Weszliśmy do wody po kostki, niedaleko reszty naszej grupy, która teraz umilkła - może nie chcieli wystraszyć ryb. Teraz deszcz ciął nie tylko z góry, ale też od dołu, ochlapując łapy niemal po łokcie. Emerald zatrzymał się.
- Ale ty przecież nie widzisz ryb - fuknął trochę zdenerwowany.
- Nie widzę i co? - skierowałam uszy ku tyłowi.
- To jak ty chcesz je łapać, skoro ich nie widzisz?
- No... Tak jak wy... Tylko nie patrząc.
Basiorek parsknął śmiechem.
- Ale tak się nie da!
Poczułam jak zawrzała we mnie złość. Przecież on miał mi pokazać jak to robić, a od początku wiedział, że nie widzę!
- Poradzę sobie sama - prychnęłam.
Specjalnie ochlapałam wilczka i zanurzyłam się aż po szyję. Już wiele razy czułam jak rybki przepływają koło moich łap. Wystarczy je wtedy tylko docisnąć do podłoża i wyrzucić na brzeg! Znieruchomiałam i czekałam, aż jakaś podpłynie. Krople deszczu uderzające o powierzchnię wody trochę mnie rozpraszały. Trochę się bałam się, że przeoczę rybę albo pomylę z nią jakieś drgnięcie od tych kropli. Wkrótce zaczęło robić się strasznie zimno.
W końcu coś poruszyło się z mojej prawej strony. Natychmiast wyciągnęłam tam łapę, by złapać rybę, ale nie wzięłam pod uwagę tego, że woda spowolni mój ruch. Ledwie musnęłam koniec jej ogona - uciekła!
- Robisz to źle - westchnął Emerald.
- Niby co, mądralo? - warknęłam.
- Musisz łapać rybę zębami - kłapnął szczęką na potwierdzenie swoich słów. - Łapą nigdy ci się nie uda.
- Mam zanurzyć głowę? - na samą myśl o tym zmroziło mnie.
- Tak, no i co?
- Ale pod wodą nie można oddychać!
- To wstrzymaj oddech, głupia!
- Nie jestem głupia!
- Jesteś!
- Nie!
- Po prostu coś złów i tyle - parsknął. - Ja idę do reszty.
Odszedł, jak gdyby nigdy nic. Cała się trzęsłam ze złości, a może zimna? Miałam ogromną ochotę usłyszeć co będzie miał mi do powiedzenia, gdy uda mi się coś złapać po swojemu, ale każda kolejna próba kończyła się niepowodzeniem. Czułam, że jak tak dalej pójdzie, to będę musiała pójść poprosić o pomoc Yuki, ale to tak jakby przyznać się do porażki!
Postanowiłam jednak wypróbować sposób Emeralda. Poczekałam, aż zbliży się do mnie kolejna ryba. Trwało to dość długo, bo chyba już sporo ich spłoszyłam, ale w końcu jakaś się pojawiła - ogromna, z wydłużonym ciałem i... chyba długą płetwą grzbietową, bo bardzo dziwnie zachowywała się woda, przez którą właśnie przepłynęła. Spływała wzdłuż jej ogona jakby coś ją przecięło. Krótkie uderzenia płetw zbijały dwa rozdzielone strumyki w jednolitą, płynną masę.
Wstrzymałam oddech i zanurzyłam głowę. Woda zaczęła wpływać mi do nosa i drażnić gardło, ale już złapałam rybę w zęby, już miotała mi się w pyszczku. Wyrzuciłam ją na brzeg i zaniosłam się kaszlem. Wyplułam trochę słonej wody i wyszłam na brzeg. Sięgnęłam łapą do swojej zdobyczy. Naprawdę tam leżała! Udało się!

<C.D.N.>

niedziela, 1 marca 2020

Od Joela "Tydzień lub dwa w dziczy" cz. 5 (cd. Asgrim lub Leah)

Grudzień 2024 r.
– To śpiewamy te szanty, czy nie? – dopytał Jo. Był już nieco zniecierpliwiony.
– Ach, tak. Możemy. O ile ktoś nie będzie nam przeszkadzać – powiedziała Raura, ostentacyjnie zerkając na Zeva. On jednak wciąż był zbyt zajęty zaczepianiem Leah.
– Zostawisz ją? Też chce z nami śpiewać – zapytał Joel. Kiedy wadera chciała zaprzeczyć, wpoił w nią mordercze spojrzenie. Od razu się zreflektowała i odpowiedziała:
– Tak. Też chcę.
– Macie głupie zainteresowania – burknął Zev, wzbijając się ponownie w powietrze. Nadal wyglądał na rozdygotanego, ale najwyraźniej nie miał najmniejszych chęci na chodzenie. Cały czas jednak rozglądał się poszukując małp, by być przygotowanym w razie kolejnego ataku.
– Szanty są świetne – prychnęła Raura.
– Nie wszczynaj kolejnej dyskusji z nim – wtrącił Gayle.
– W sumie dobry plan – Wadera wypuściła powietrze z płuc – Czyli muszę zacząć sama śpiewać, czy wolicie, żebym was najpierw nauczyła tekstu?
– Chyba tekst – zasugerowała Leah, starając się wysunąć na sam przód ekspedycji. Chciała trzymać się z daleka od Zeva.
– Możemy zacząć od Zatoki. Jest łatwiejsza.
Zaraz po tych słowach Raura zaczęła recytować tekst całej szanty. Później, jakby sądząc, że wszyscy po jednym razie zapamiętali wszystkie zwrotki, zaczęła śpiewać. Z początku nikt się dołączał, ale po kilku powtórkach większość grupy usiłowała to zrobić, mniej lub bardziej skutecznie.
Po pewnym czasie jednak zdołali uzyskać swego rodzaju harmonię, choć nie była ona doskonała. Amatorska, lecz brzmiąca względnie dobrze. Zajęło im to niemal godzinę. Po takim czasie wszyscy zgodnie przyznali, że czas na przerwę. Ich zdarte gardła domagały się przede wszystkim wody. Najlepiej chłodnej.
– Słyszymy jakiś strumyk? – zapytał Gayle.
– Nie. Chyba nie.
– SZZZZ – świszczał przez zaciśnięte zęby Zev.
– Znudziło ci się narzekanie na nasze śpiewanie, więc teraz...? – zaczęła Raura, ale Gayle zaraz potem jej przerwał gestem łapy.
– Nie zaczynaj. Nie warto. Po prostu go ignorujmy.
– SZZZZ, JESTEM STRUMYKIEM! – wył Zev.
Joel z rozbawieniem dostrzegł, że nawet Dante wywrócił oczami. Chyba po raz pierwszy widział, żeby to on wykonywał ten gest w stosunku do czyjegoś zachowania. Zazwyczaj to właśnie on zmuszał wszystkich dookoła do podobnej miny.
– Czy jeśli przywiążemy go do jakiegoś drzewa w lesie i zostawimy... Alfa zauważy, że go nie ma? – zapytał półgłosem Asgrim.
– Co tam mówicie?! Knujecie przeciwko mnie?! – krzyczał Zev.
– Nie wiem. Pewnie tak. Wszyscy będą go szukać. Wyda się, że to nasza sprawka – powiedział niezbyt zachwycony Gayle.
– A możemy się go pozbyć z grupy następnym razem? – wtrąciła błagalnie Leah.
– Zobaczymy co da się zrobić – westchnął Gayle – Póki co musimy z nim wytrzymać. Może kiedyś się do czegoś przyda.
– Co on w ogóle do ciebie mówi, Leah? – zapytał Joel. Wadera wyglądała na dość speszoną.
– Cóż... Różne... Nieprzyzwoite rzeczy. Trochę się o siebie martwię.
Dante rzucił w kierunku Zeva nienawistne spojrzenie. Joel zaś westchnął cicho.
– Jak chcesz, możesz spać w nocy obok mnie.
– A z drugiej strony mogę spać ja – dorzucił Asgrim – Nic ci nie zrobi.
Leah opuściła głowę, zawstydzona.
– Nie wiem czy to konieczne...
– Przezorny zawsze ubezpieczony – odparł Joel stanowczo – Raczej nie będzie chętny do zbliżania się w takiej sytuacji. Uwziął się na ciebie, jak nic.
– Jak długo jeszcze będziemy iść? – zapytała nagle Jasmine – Łapy mi odpadają.
– Aż nie znajdziemy wody – odparł Gayle.
– Ahh, to pewnie zajmie – rzekła zawiedziona wadera – Żeby mi tylko to coś wynagrodziło...
– Myślałem, że jesteś wojowniczką. Wojowniczki powinny mieć dobrą kondycję.
Jasmine poparzyła na Gayle'a z irytacją. Zaraz potem wyraz jej pyska znowu zmienił się na dużo przyjaźniejszy.
– Jak sądzisz, będą tam jakieś owoce?
Wówczas Dan za jej plecami zainsynuował wymiotowanie. Joel ledwo powstrzymał się od parsknięcia śmiechem. Janey za to uderzyła swojego partnera w głowę łapą.
– Co was tak bawi? – zapytał Gayle, odwróciwszy się w ich stronę.
– Nic takiego. Znowu się wydurniają – objaśniła Janey tonem, jakby wcale nie tłumaczyła zachowania swojego partnera, a szczeniaka.

<Asgrim? Leah? W kolejnej części możemy przystąpić do odkrywania kolejnych terenów - alleluja!>

sobota, 1 lutego 2020

ZAWIESZENIE BLOGA

Z powodu braku czasu wszystkich członków bloga - zostaje on zawieszony aż do końca lutego.

Wciąż jednak można wysyłać opowiadania i karty postaci.

piątek, 31 stycznia 2020

Od Yvara "Ciocia Yuki ma wielkie kły" cz. 1

Czerwiec 2025
- Musimy tam iść? Ja nie chcę jeszcze zaczynać szkoły!
Yvar zerknął na siostrę. Wilczyca jęczała już od samego ranka, jednak mama była nieubłagana. Uważała, że polowania są absolutną podstawą dla każdego wilka, więc powinni zacząć naukę jak najwcześniej. Yvar utrzymywał, że nie miał zdania na ten temat, lecz gdzieś w środku iskrzyła się w nim ciekawość. W końcu z tego, co kojarzył będzie mógł walczyć z innymi zwierzętami, a to musiało być super.
Z rozmyślań wybudziło go delikatne szturchnięcie. Spojrzał na siostrę, która wlepiała w niego błagalne spojrzenie.
- Yv, pomóż mi!
- Z czym?
Samica wskazała oskarżycielsko łapą na mamę, a następnie miejsce, gdzie stało kilka innych szczeniaków.
- Powiedz, że jesteśmy zbyt mali czy coś.
Zawahał się.
- Gdybyśmy byli zbyt mali, nie moglibyśmy iść na zajęcia dodatkowe - powiedział powoli.
Yngvi nie wyglądała na zadowoloną z jego odpowiedzi. Napięła mięśnie i uniosła łapę, żeby uderzyć go w bark. Z łatwością ominął jej atak, na co ta parsknęła niezadowolona. Na pysk Yvara wstąpił mimowolny uśmiech. Potargał siostrę po głowie.
- Chociaż spróbujmy, co?
- Jeśli ci się nie spodoba, nie będziesz musiała więcej chodzić - wtrąciła mama.
Waderka od razu się ożywiła.
- Na normalne lekcje też? - spytała z nadzieją.
- Nie.
Uśmiech momentalnie zszedł z jej pyska. Yvar powstrzymał parsknięcie śmiechem i przyglądał się jak mama liże ją pocieszająco po głowie. Przez moment miał ochotę odepchnąć siostrę i również poprosić o jakieś pieszczoty. Całusy w głowę były bardzo fajne i nie mógł pozwolić, by tylko Vi ich doświadczyła. Podszedł bliżej i potarł łebkiem o łapę mamy. Wilczyca zrozumiała aluzję i z uśmiechem przejechała językiem między jego uszami.
- Idziemy? Chcę mieć to już za sobą! - zawołała nagle Yngvi. Pewnie była zazdrosna, że mama przeniosła swoją uwagę na niego. Szturchnęła samca i nie czekając na niego dłużej pobiegła w stronę jakiejś wilczycy i basiorka, którzy siedzieli w miejscu zbiórki.
Yvar przyglądał się temu z pewnym niepokojem. Dopiero teraz uświadomił sobie, że lekcje miały być wśród wielu innych wilków. Kiedy zauważył, że Vi zaczęła wesołą rozmowę z tamtym basiorkiem, coś ukłuło go w serce. Miał ochotę podejść i odciągnąć od niego bliźniaczkę. Nie powinna tracić czasu na jakichś nieznanych basiorów. Miała w końcu jego, Yvara. Nie musiała rozmawiać z nikim innym.
- No idź już.
Mama popchnęła go delikatnie w stronę tamtych. Obrócił się do niej i zadarł łeb, próbując spojrzeć w oczy samicy. Przez głowę przelatywało mu tyle myśli, serce ściskał niepokój, jednak nie mógł nic z tego zawrzeć w słowach. Nie potrafił.
- Będzie dobrze. Yngvi jest twoją siostrą i to, że znajdzie sobie innych kolegów tego nie zmieni. Płynie w was ta sama krew - powiedziała cicho. Kiedy wymawiała ostatnie zdanie, jej głos delikatnie zadrżał. W tej samej chwili na pysk mamy wkroczył delikatny uśmiech, który uspokoił Yvara. Musiało mu się jedynie wydawać.
Poza tym miała rację. Płynęła w nich ta sama krew. Byli bardzo blisko siebie i jakiś szczeniak o ładnym futerku tego nie zmieni. Już Yvar o to zadba.

<c.d.n.>