poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Od Lind "Znajdziemy gryfa. Co dalej?" cz. 2

Listopad 2023
Stwierdzenie, że jesteśmy na ulicy wcześniej przemierzonej przez Profogusa, nie było szczególnie trudne. Nigdzie żywej duszy, a wszelkie kamienice po obu naszych stronach zostały uprzednio pozbawione okien, drzwi i dużych partii ścian. Wnętrze każdego mijanego lokalu wyglądało mniej więcej tak samo; zasypane gruzem i pozostałościami po meblach, czy przechowywanych tutaj kiedyś towarach. W powietrzu unosił się świeży zapach dużego zwierzęcia. Nie musiałam też długo czekać, aż moich uszu sięgnie wściekłe dyszenie i odgłosy niszczonego drewna. Dzięki tym wskazówkom byłam w stanie wskazać właściwą drogę do naszego celu, kiedy trafiliśmy na rozwidlenie zdewastowanych ulic.
Dźwięki wskazujące bliską obecność gryfa były już naprawdę wyraźne. Wtem Torance oznajmiła, że jeszcze możemy wykorzystać efekt zaskoczenia. Idąc za jej radą, od tej pory unikaliśmy głośniejszych rozmów. Chciałam użyć swojej mocy, by tłumić generowane przez nas odgłosy, ale przyjaciele wybili mi to z głowy. Twierdzili, że byłaby to zbędna strata energii, której będę potrzebować później. 
Przy każdym zakręcie któreś z nas najpierw sprawdzało, czy już tam za rogiem nie czeka nasz przeciwnik. Wkrótce padło na Asgrima. Basior po wysunięciu się odrobinę za narożnik budynku, natychmiast cofnął głowę i przywarł do ściany. 
- Jest - szepnął. Na jego pysku pojawił się lekki uśmiech, zapewne na myśl, że lada chwila będzie dziać się coś ciekawego. 
- To zaczynamy - Wstałam z miejsca; gotowa podbiec do przeciwnika i zaatakować. Wtem jednak zostałam pociągnięta za ogon. Odruchowo przycupnęłam z powrotem. 
- Aż tak ci się spieszy, Lind? - rzuciła półgłosem Torance. - Może najpierw powinniśmy ustalić jak konkretnie się to wszystko odbędzie? 
- Co tu jeszcze do planowania? Ja wiem co mam zrobić, wy tak samo. Musicie tylko czekać na odpowiedni moment - Poruszyłam niespokojnie ogonem. 
- Ale zagonisz go do nas, czy mamy się gdzieś ustawić? - wtrącił As. Popierał zdanie swojej partnerki. 
- Dobra, spróbuję go zwabić bliżej was, może być? - westchnęłam. - Potem go przytrzymam wiatrem, by Tori mogła użyć swojej mocy i go uspokoić. 
- To już brzmi znacznie le... uwaga! - Ryknął Asgrim, skacząc w moją stronę. 
Odrzucił mnie dobre parę metrów, sam ledwo unikając wielkiej łapy, która leciała w moją stronę. Źle zrobiłam, zatrzymując się tak blisko narożnika. 
Oczywiście właścicielem wyposażonej w pazury kończyny był gryf. Piękny, potężny i przede wszystkim ogromny osobnik. Okazało się, że to odmiana, której wszystkie cztery łapy pochodzą od lwa, a od orła tylko głowa i skrzydła. Posiadał też charakterystyczne dla wielu jego pobratymców "uszy" i wachlarz piór na końcu długiego ogona. 
Profogus bynajmniej nie zamierzał długo zwlekać i po pierwszym nieudanym ataku, ruszył znów w kierunku małych wilczków, wysuwając pazury. Nie mieliśmy wielu lepszych opcji, także pobiegliśmy w przeciwnym kierunku. 
- Wiesz, Lind - zagadnął As w biegu. - Myślę, że to dobry moment, żeby zacząć działać.
- Racja, racja - odparłam i zaczęłam przywoływać wiatr. 
Odwróciłam głowę i wymierzyłam cios wichrem w dziób gryfa. Miało to przede wszystkim na celu zdezorientowanie go. Jednakże żadne z kolejnych uderzeń nie zrobiło na nim wrażenia. Były zwyczajnie zbyt słabe. Nie zdołałam się dostatecznie skupić. 
- Lind? - odezwał się znów Asgrim.
- Rozpraszasz mnie! - rzuciłam w odpowiedzi, po czym zderzyłam się ze ścianą budynku. Dziwne, że stało się to dopiero teraz, skoro długo już nie patrzyłam, dokąd biegnę. 
Wtem poczułam, że ktoś (mianowicie As) łapie mnie za kark i ciągnie ze sobą gdzieś w bok. Zmuszona stanąć z powrotem na nogi, ruszyłam w nowo obranym kierunku. Torance prowadziła nas do jednej z już zdemolowanych przez gryfa kamienic. Zwinnie przeskakując kolejne przeszkody, biegła ku ciasnym, dalej położonym pomieszczeniom, których wyjątkowo grube ściany trzymały się w jednym kawałku. Niewykluczone, że nawet tak duży gryf nie dałby rady ich zbyt łatwo zburzyć. 
Wspomniany stwór nie był daleko za nami. Przynajmniej do czasu. Obniżający się strop wkrótce znacznie go spowolnił. Tymczasem my przedostaliśmy się do ostatniego pomieszczenia i dotarliśmy do ściany kończącej budynek. Gryf przeciskał się dalej w naszą stronę; był coraz bliżej, a my nie mieliśmy gdzie już uciec. Jednakże ja nie widziałam tego jako szczególnie niekorzystną sytuację. 
- Tori, przygotuj się - kazałam i przywołałam znów wiatr. 
Kiedy zakrzywiony dziób Profogusa był już parę metrów od nas, użyłam wszystkich dostępnych sił, by zatrzymać go w miejscu. Schwyciłam żywiołem też jego łeb i nie pozwoliłam mu ruszyć ani do przodu, ani do tyłu. 
Wtedy moja przyjaciółka podbiegła do stwora i położyła łapę na jego skrzeczącym dziobie. Zacisnęła oczy w skupieniu. Już po paru chwilach czułam znacznie mniejszy opór ze strony gryfa. Jego ruchy stopniowo robiły się coraz mniej agresywne, by wreszcie całe jego ciało przeszło w stan spoczynku. Profogus rozluźnił się zupełnie, jego głowa opadła na ziemię, a oczy ukryły się częściowo pod górnymi powiekami. 
- As, rozmawiasz z nim? - spytałam, niepewna, czy mogę już rozgonić wiatr. 
- Próbuję - oznajmił basior. - Ale jego aura jest zupełnie inna niż te, z którymi miałem do czynienia do tej pory. 
Pokiwałam głową, udając, że rozumiem, co to znaczy. Pewnie jakieś profesjonalne nazewnictwo magii związanej z umysłem. Może kiedyś poproszę Tinga, żeby mi to wytłumaczył. Kiedyś. 
Torance sapnęła głośno i odsunęła się na bezpieczniejszą odległość. Spojrzałam na zupełnie spokojnego, niemalże śpiącego gryfa i rozgoniłam wicher. 
- On krzyczy - mruknął As. Na jego pysku widniała konsternacja. - Jakby powtarzał jakąś frazę. Tylko tyle jestem w stanie odczytać... 
- Na nic nie odpowiada? - dopytała Tori. 
- Jakby zupełnie nie było mnie w jego umyśle - odparł basior, mrużąc oczy. 
- Może w takim razie to... - wadera nie mogła jednak dokończyć zdania, bo w tym momencie przerwał jej ryk gryfa. 
Profogus ocknął się z wywołanego przez Torance stanu i był znów gotów atakować. Oczywistym było, że nie mogliśmy dłużej zostać w tym budynku. Na szczęście dookoła gryfa było wystarczająco dużo miejsca, by przejść. W tej sytuacji schwyciłam wiatrem jego dwie prawe łapy i kazałam moim przyjaciołom wyminąć go z tamtej strony. Nie trzeba było im dwa razy powtarzać. Pobiegłam za nimi, po czym wyswobodziłam gryfa z uścisku wichru. Pewnie i tak będzie potrzebował chwili by się stąd wyczołgać, albo chociaż obrócić. 
Wybiegliśmy z powrotem na ulicę. Zaczęłam się rozglądać, ale nie miałam zbytnio pomysłu, co powinniśmy teraz zrobić, ani gdzie się udać. Wtedy po raz kolejny Torance przejęła dowodzenie w tej kwestii. Kazała mi użyć wiatru; podsadzić ją i Asa, by mogli wspiąć się na dach jednej z niższych kamienic. Co jak co, ale tam raczej gryf nie będzie nas szukał. Nie od razu.
Zrobiłam tak, jak powiedziała moja przyjaciółka, po czym sama uniosłam się w powietrze i wylądowałam obok pozostałych uczestników przedsięwzięcia. Wszyscy położyliśmy się, by czasem ta wysoka bestia nie wypatrzyła nas od razu. 
- Co teraz? Ktoś ma jakieś propozycje? - mruknęłam cicho. 
- Daj mi chwilę, może ja coś wymyślę - odparł Asgrim. - Chyba, że decydujemy się na otwartą walkę. 
- Szkoda tego gryfa - wtrąciła Tori. - Podejrzewam, że to co się dzieje, to nie jego wina. 

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

sobota, 17 sierpnia 2019

Od Crane'a "Czuję tylko zagubienie" cz. 8 (Cd. Edel)

Styczeń 2024
Pośpiesznie przeszedłem przez korytarz i wróciłem do swojego pokoju. Zamaszystym ruchem zatrzasnąłem za sobą drzwi; może odrobinę zbyt głośno. Wziąłem kilka głębszych oddechów. Coś mnie paliło od środka; prawie dusiło. Zdjąłem z szyi szalik i otarłem nim pysk. Kiedy podniosłem wzrok, po raz kolejny ujrzałem swoje odbicie w lustrze. Uhonorowane dwoma naszyjnikami, kołyszącymi się jeden obok drugiego. Zasłoniłem ważniejszy z nich łapą. Tak bardzo pragnąłem powiedzieć o nim Edel. Byleby już nie czuć od niej tego lęku. Powtórzę; lęku o MOJE ŻYCIE. 
Po prostu tego nie rozumiałem. Burzył moje pojęcie o działaniu wilków w tej watasze, a tym samym moje poczucie bezpieczeństwa. Przez niego nabierałem wręcz ochoty na ucieczkę od E; zupełnie jak teraz. Chociaż na chwilę. 
Ale nie jestem w stanie uciec od niej na dłużej. Jej nieobecność byłaby znacznie gorsza, niż moje zagubienie w sytuacji, gdy jesteśmy razem. 
Czemu tak to wygląda? Czemu ta relacja z Edel musi tak wyglądać? Czym się różni od innych relacji? Czemu chciałbym traktować ją inaczej, niż pozostałe wilki w watasze? Czy ona jest wyjątkowa? Co ona jest warta? To wrak wilka. Lada dzień umrze. Nikt jej nie będzie pamiętał.
To... czemu ja chcę z nią przebywać? Czemu chcę poświęcać na nią swój czas i środki? Czemu kupiłem te bilety? Byleby mieć jakiś lepszy pretekst do dłuższych i dłuższych spotkań? Zachowuję się jakbym ją lubił. 
Spojrzałem w oczy swojego odbicia. 
Nie wiem, czy ją lubię. Ale... nie potrafię być wobec niej obojętny. Zupełnie jakbym... chciał dla niej dobrze i... i co? I chcę z nią spędzać czas. 
Co się ze mną dzieje? Nie jestem sobą. Chociaż z lustra niby patrzy na mnie ten sam wilk. Kim się w takim razie stałem? Dlaczego czuję, że nie mogę się w tym wszystkim odnaleźć?
Wtedy dostrzegłem, iż nie zachowuję spokoju. Z jakiegoś powodu dotarła do mnie dziwna mieszanka złości i... czegoś jeszcze. Byłem cały spięty. Krew szumiała mi w uszach, a bicie serca nie zwalniało. Jak do tego doszło?
Co zrobić? Co powinienem teraz zrobić? Jak wyrwać się z tej lawiny niezrozumiałych wydarzeń i sytuacji? Zerwać znajomość z Edel? Nie mogę. Nie zniosę tego. Nie zniósłbym bez niej nawet dnia. 
Pójdę z nią na koncert; ta decyzja już zapadła. A co dalej? Nie mam żadnego planu. Nigdy nie miałem. Ona pewnie myśli, że to forma randki... a może tak jest? Może gdybym naprawdę zdecydował się na związek z nią...
Nie, nie. Nie. Po prostu nie. Nie jest to żadna opcja. Jakkolwiek byłoby to... Piękne. Nie mogę. Mam zbyt wiele sekretów, których nikt nie może poznać. Edel byłaby zbyt blisko. 
Założyłem znów szalik. Parę razy sprawdziłem, czy z żadnej strony nie widać magicznych wisiorków. Słońce było już prawie sięgało horyzontu. Nie miałem już czasu na dłuższe rozmyślanie. Im dłużej próbowałem ogarnąć umysłem, co się dzieje albo ułożyć sobie jakikolwiek plan, tym bardziej bezradny się czułem. 
Odemknąłem drzwi i wróciłem an korytarz. Po raz kolejny mijając drzwi moich sąsiadów, dostrzegłem ogon Rediana. Kot przekradał się do pokoju Lind. Niestety w tym momencie nie miałem czasu na dociekanie, czego tam szukał. 
Schody zaprowadziły mnie na parter; do części budynku, w którym mieściła się właściwa karczma. Minąłem parę pustych stolików; z jakiegoś powodu dziś nie było specjalnego ruchu w lokalu. Kawałek dalej dostrzegłem karczmarza Elvina; siedział w towarzystwie paru członków Watahy Magicznych Wilków. W skład grupy wchodziła Lind, więc także i Leah, do tego też Torance z Asgrimem. Co ciekawe, obok karczmarza siedziała jeszcze Cess. Zerkała mu przez ramię, kiedy ten próbował wyjaśnić jej zasady jakiejś gry karcianej. Jak się spodziewałem, jak tylko zostałem zauważony przez Torance, wadera posłała mi straszliwie nienawistne spojrzenie i poinformowała partnera o mojej obecności. Odwróciłem wzrok i przyspieszyłem kroku, zmierzając ku wyjściu. Być może Edel już tam czekała. Nie ma czasu na przyglądanie się tej całkiem interesującej grupie. 
Pchnąłem drzwi i wydostałem się na brukowaną ulicę. E jednak jeszcze nie przyszła. Usiadłem więc nieopodal wejścia i zacząłem przyglądać się przechodniom; jakkolwiek nieliczni by oni nie byli. Po raz pierwszy widziałem tutejszy tłum tak przerzedzony. Niewykluczone, że znów pół miasta pobiegło oglądać egzekucję. 
Wtedy pomyślałem, że może podczas koncertu Edel zapomni o swoim strachu, który tak mi przeszkadza. Chwilowo go nie odczuwałem, a znajdowałem się tuż pod jej oknem. Chyba, że wadera już jest na schodach; zbyt daleko, by jej lęki do mnie dotarły. 

<Edel?>

Uwagi: brak.

środa, 14 sierpnia 2019

Od Lind "Trzecia albo piąta doba" cz. 2

Styczeń 2024
Pół leżałam, pół siedziałam, opierając się na kratach oddzielających mnie od Freeze'a. Spod napuchniętych od częstego płaczu powiek, obserwowałam ruchy sąsiada. Basior chyba czegoś szukał. Spytałabym, co to było, gdyby mi się chciało. Nigdy w życiu nie czułam się tak jak wtedy; jak wrak wilka, jak pusta skorupa bez żadnych chęci do czegokolwiek. Szaleńcza wściekłość, czy czarna rozpacz już dawno minęły. Teraz czułam tylko beznadzieję. 
Freeze widząc, że jego starania nic nie dały, westchnął głośno. Cokolwiek to było, czego szukał, zdecydował, że obejdzie się bez tego. 
- Nie mamy żadnych sensownych rekwizytów... - Spojrzał na mnie. - No nic... Może zacznę od tego - znasz jakiekolwiek liczby? - spytał. 
- Umiem liczyć do pięciu - wymamrotałam nie dbając o to, czy da się mnie w ogóle zrozumieć. Nie chciało mi się ruszać szczęką, a pół mojego pyszczka przylegało do ściany z krat. 
- No to policz - Freeze usiadł naprzeciwko mnie. 
- Jeden... dwa... trzy... pięć... - Między każdym kolejnym słowem była naprawdę duża przerwa. 
- To nie jest liczenie do pięciu - usłyszałam. - Pomijasz liczbę "cztery", która znajduje się między "trzy" i "pięć". 
Całe życie w kłamstwie... Pewnie w innych warunkach bardziej bym się tym przejęła. 
- Uhum... - westchnęłam. 
- Słuchasz mnie? - rzucił Freeze.
- Ta...
- To policz jeszcze raz.
- Jeden... dwa... trzy... Jerry.... pięć...
Basior odchrząknął. Oczywistym było, że miało to na celu powstrzymanie śmiechu. Pewnie znów się wygłupiłam... 
Do oczu napłynęły mi łzy. Uporczywie powracająca myśl, że nie chcę i nie powinnam tu być znów wyła w mojej głowie. Tak bardzo tęskniłam też za innym towarzystwem... 
- Powtórz po mnie: czte-ry - zaakcentował Freeze. 
- Cz-te-ry - rozbiłam słowo na więcej części. - Cztery. 
- Licz jeszcze raz; jeden, dwa... - Urwał i spojrzał na mnie; chciał bym to ja dokończyła.
- Trzy, cztery, pięć - mruknęłam. 
- Dobrze, to jest właśnie poprawne liczenie do pięciu. 
Przyozdobiłam pysk krzywym uśmiechem. Chociaż tyle się udało. 
- Będziesz musiała wkuć na pamięć jeszcze kilka nazw. Prawdopodobnie je już kiedyś słyszałaś. Cała reszta to będzie powtarzanie pewnego prostego schematu - zapewnił Freeze.
Skinęłam głową na znak, że rozumiem. 
- Bezpośrednio po "pięć", mamy "sześć" - kontynuował samiec. 
- Sześć... Sześć... Dobrze to wymawiam? - spytałam. Liczba brzmiała bardzo podobnie do "cześć". 
- Tak - odparł. Przez chwilę zdawało mi się, że na jego pysku mignął lekki uśmiech. 
- Cztery, pięć, sześć... Powinnam zapamiętać. 
Przez kilka następnych minut w ten sam sposób Freeze zapoznawał mnie z nazwami kolejnych liczb; aż do dziesięciu. Każdą nową kazał mi wymieniać w szeregu, zaczynającym się od czwórki. Po odrobinie treningu (którego nie ułatwiało moje rozkojarzenie i myśli o świecie zewnętrznym), potrafiłam przywołać z pamięci nazwę każdego z tych nowych numerów. 
- Kolejnym etapem będą liczby do dwudziestu - oznajmił Freeze, widząc, że wreszcie robię postępy.
- Okej... - Nie wiedziałam, co to w sumie dla nas oznaczało. 
- Dwadzieścia, to tyle samo co dwie dziesiątki. Rozumiesz? 
- Chyba tak - odparłam. Jednak wyraz mojego pyska niezbyt odzwierciedlał to, co powiedziałam. Freeze kontynuował więc wątek: 
- Wyobraź sobie udziec zająca - Zarysował łapą na ziemi kształt pysznego kawałka mięsa. Na samą myśl o dodatkowej porcji jedzenia, w moim pysku zebrała się ślina. - Powiedzmy, że jesteś w stanie ogryźć kość dziesięcioma gryzami. Jeśli będziesz mieć dwa takie same udźce...
Olbrzymia porcja, jak na standardy więzienia. Poczułam uścisk w żołądku świadczący o wielkim głodzie. 
- ... będziesz musiała odgryźć dwadzieścia kęsów - dokończył Freeze.
- Tak... - Wysilałam się, by myśleć o liczeniu, nie o jedzeniu. Niemniej jednak te wizje nie odchodziły zbyt łatwo. - Czyli... to całkiem proste... - podsumowałam, chociaż jak na razie średnio mi szło obrazowanie tego. - Chwileczkę, każda liczba ma zestaw własnych liczb, określających coś większego od niej? - spytałam.
- Um... - Tym razem basior nie był pewien co ja mam na myśli. - Stosunek liczb względem siebie jest uniwersalny. Zrozumiesz to, jak przejdziemy do rachunków. Po prostu na razie zostawmy ten temat i zajmijmy się nazewnictwem liczb.
- Niech będzie. Zatem co jest po dziesięciu? - westchnęłam. Wtedy znów przed moimi oczami pojawiły się udźce zająca.
- Jedenaście. 
- Kiedy dostaniemy coś do jedzenia? - obejrzałam się w kierunku, z którego raz dziennie przychodził strażnik z posiłkiem. 
- Co? - zdziwił się Freeze nagłą zmianą tematu. 
- Nie wydaje ci się, że już powinniśmy dostać dzisiejsze racje? - westchnęłam. Wszelkie resztki mojej uwagi powędrowały w stronę wyczekiwanego jedzenia. Liczby poszły na dalszy plan. 
- Nie... - odparł mój sąsiad. - Strażnik przyjdzie dopiero za parę godzin. Pewnie najpierw przyjdzie dowódca straży na obchód. 
- Ugh... - z wyraźnym zawodem opadłam znów na kraty. - Jestem głodna... Od kilku tygodni! - narzekałam jak szczenię. 
- Takie warunki więzienia. Sama się na to pisałaś - odparł Freeze. 
- Nieprawda. Ty mnie na to skazałeś - Opuściłam brwi.
- Jak długo jeszcze chcesz sobie to wmawiać, Lind? - Basior przejechał łapą po pysku. - To twoja własna wina - podkreślił każde słowo.
Zacisnęłam zęby. 
- Nie. Tylko i wyłącznie twoja - wysyczałam. 
Jednocześnie wstałam na równe łapy i wlepiłam mordercze spojrzenie w swojego sąsiada zza krat. Ustaliliśmy, że podczas nauki liczenia odsuniemy wszelkie zwady na bok... ale lekcja chyba się skończyła. 

<C.D.N.>

Uwagi: Piszemy "niemniej jednak", nie "nie mniej jednak". Ta spacja jest całkowicie niepotrzebna.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Od Magnusa "Zakres indywidualny" cz.3

Listopad 2023 r.
Coś bardzo zdenerwowało Harendrę. Nie chciałem jej jeszcze wypytywać, miałem przeczucie, że wszystkiego się dowiem, ale w swoim czasie. Zamiast tego skupiłem się na biegu. Z niejakim zadowoleniem wsłuchiwałem się w głuche uderzenia łap o bruk, w to jak rozchodzą się drżeniem po moich kościach i jak brzmią w porównaniu z równomiernym stukotem kopyt. Trochę czasu minęło od kiedy tak pędziłem. Chwyciła mnie nawet nuta nostalgii – pomimo hałasu, przypomniały mi się moje pierwsze, nieudolne próby polowań.
Kiedy zacząłem odnosić wrażenie, że zaraz się wywrócę, zmiennokształtna zwolniła. Znajdowaliśmy się niemal przy samym murze odgradzającym miasto od reszty świata. Nieliczne promienie słońca padały na jego monstrualną postać zza gęstniejących chmur. Odniosłem wrażenie, że zrobiło się chłodniej.
Łania ruszyła lekkim kłusem wzdłuż ogrodzenia, rozglądając się, aż do ściany budynku stojącego z nim w bezpośrednim kontakcie. Chcąc nie chcąc, ruszyłem za nią, jeszcze dysząc. Przystanęła po chwili i spojrzała w górę. Podążywszy za jej wzrokiem dostrzegłem coś czerwonego, chyba skrawek materiału powiewający lekko pod naporem wiatru. Harendra musnęła pyskiem kostkę brukową, a ta jak gdyby nigdy nic, wraz ze ścianą obok rozpłynęła się, pozostawiając po sobie tylko siatkę, rozdartą jakby przez kocie pazury. Dziewczyna westchnęła cicho z ulgą.
– Nazywamy to iluzorycznym parkanem – mruknęła niechętnie, chyba dalej trochę zawstydzona. – Nie działają bezpośrednio dzięki magii, można powiedzieć, że zostały tylko zaprogramowane dzięki niej. Pobierają energię z otoczenia. Dlatego ciężko je wykryć. Milo to wymyśliła, by zamaskować kryjówki Yuny.
Zamaskować kryjówki. Wszystko wiedzieli, przeklęci. Ale czegoś tak chytrego raczej nie domyśliłbym się sam.
Harendra zmieniła swoją postać i przeszła przez powstałe przejście pomiędzy ścianą a murem. Ziemia była tu ubita, w kilku miejscach rosły jedynie jakieś chwasty. Ktoś musiał bardzo często tędy przechodzić. Za rogiem, ukryta za kolejnym parkanem, znajdowała się kilkumetrowa wnęka, z trzech stron otoczona ścianami budynku, z czwartej murem. Zadaszenie ponad tym miejscem i bliskość okien mogłyby sugerować wykorzystywania go jako przestrzeń na sznur od prania, czy coś w tym stylu. Budowla była stara i raczej niezamieszkana, nie mam pojęcia dlaczego architekt miałby uwzględnić coś takiego w planie.
Dziewczyna uklękła i przez chwilę szukała czegoś na murze. Znaleziskiem okazał się ubytek w zaprawie. Dziura przebiegała na wylot i wyglądała bardziej jak podkop.
– W porządku. Mogę opowiedzieć co się stało, ale musi mi pan obiecać, że zostawi to pan tak, jak jest – powiedziała zmiennokształtna.
– Harendro, wiesz, że nie mogę – Zaoponowałem. Na twarzy dziewczyny zagościło zaskoczenie, a potem zmieszanie. – Obiecałem odnaleźć i odprowadzić do domu twoją przyjaciółkę. Nie mogę tego tak zostawić. Jestem pewien, że jest inne wyjście niż ucieczka, a wy na pewno pomożecie Yunie je znaleźć.
Dziewczyna spuściła wzrok. Biła się z myślami.
– No... No dobrze – powiedziała, a chwilę potem zadrżała, jakby obrzydzona tym co właśnie wypłynęło z jej ust.
– A więc?
Dziewczyna odetchnęła głęboko.
– Jej powód to rodzice – zaczęła opowiadać szybko, niespokojnie – Nie chodziło o kieszonkowe, chłopaka czy inne bzdury. Oni jej nienawidzą. Nigdy nie powiedziała czemu, nie sugerowała też wprost, że ją biją czy coś takiego, ale wiedzieliśmy, że jest bardzo, n-naprawdę źle.
Zatrzymała się, przebiegła wzrokiem po murze.
– Pewnego razu spotkaliśmy się tam gdzie zawsze, Boże, ona wyglądała okropnie. Miałam wrażenie, że dopiero wtedy zobaczyłam jak bardzo jest chuda i... i smutna. Rozpłakała się tam. Obiecaliśmy, że jej jakoś pomożemy...
– Pomożecie uciec? – dopytywałem.
– Nie, nie! – Harendra zaprzeczyła spanikowana. – To ona chciała uciekać, była taka załamana, że zamierzała wynieść się z miasta. Wynegocjowaliśmy, żeby się ukryła na jakiś czas, mieliśmy nadzieję, że jak trochę wystraszymy jej rodziców, to jej odpuszczą...
Nie mogę powiedzieć, że spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Podejrzewałem raczej, że sedno problemu leży w gronie znajomych albo w zupełnie innym, bardziej mrocznym środowisku. Co prawda przeszło mi przez, że nastolatka może równie dobrze kłamać, ale z uwagi na to jak była przerażona postanowiłem, przynajmniej na razie, odsunąć tę opcję na bok.
– Dlaczego nie poszliście z tym do strażników? I gdzie w takim razie jest teraz Yuna?
– Nic by nie zrobili – odparła gorzko. – A Yuna odeszła.
– Jak to odeszła? – czy ona znowu próbuje się mnie pozbyć?
– Nie ma jej. Poszła sobie. Opuściła miasto.
Westchnąłem z irytacją.

– Posłuchaj mnie uważnie jeszcze raz. Nie mogę tego tak zostawić – zmiennokształtna zamarła. – To, że nie podnoszę głosu ani nic z tych rzeczy wcale nie oznacza, że po prostu odpuszczę. Dzieci nie mogą uciekać od rodziców. Tak, jeszcze jesteście dziećmi. A dla nich zawsze będziecie, pomimo wszystko.
Na chwilę zapadła cisza, rozpraszana tylko przez hulający wiatr. Dydaktycznie. Wolałem tego uniknąć, ale Harendra chyba nie pozostawiła mi innego wyboru. A szkoda. Mogło się bez tego obejść. 
– No dobrze – cicho pociągnęła nosem.
Potem już nie biegliśmy. Opuściliśmy miastowe mury, co strażnicy ze względu na milczącą Harendrę chyba musieli potraktować z przymrużeniem oka. Minęło sporo czasu, zabudowania zniknęły za zboczem. Skierowaliśmy się w stronę wschodniej części lasu w którym zatrzymały się smoki. Dziewczyna przystanęła na jego skraju. Promienie słońca przebijały się przez bujne w tym miejscu poszycie, irytująco migając, gdy przesłaniały je pnie drzew. Zagwizdała długo i zastygła w oczekiwaniu. Gdy przez następną minutę nic się nie stało, powtórzyła to. Dopiero po dłuższej chwili odpowiedział jej słaby, nieodległy dźwięk, przypominający świergot. Nieco pobladła, natychmiast ruszyła w kierunku jego źródła.
W niewielkiej dolinie, pod wysokim drzewem iglastym, siedziała drobna dziewczyna. Krótkie, nierówno ścięte ciemne włosy zasłoniły jej twarz, ale po reakcji Harendry upewniłem się w przypuszczeniu, że jest to Yuna. Nastolatka puściła się biegiem w stronę koleżanki, zostawiając mnie w tyle. Przystanąłem. Zmiennokształtna gorączkowo próbowała wytłumaczyć przyjaciółce sytuację, żywo gestykulując i niemal zalewając się łzami. Kotołaczka z początku tylko patrzyła na nią tępo z lekko rozchylonymi ustami, ale po chwili w jej oczach błysnęło zrozumienie. Przeniosła wzrok na mnie.
Gniew. Wyrafinowana forma złości, częściej przedmiot opowieści niż życia. Dziwnie było po raz kolejny odkryć, że jestem jego źródłem. Poczułem się zarówno winny, jak i chłodno przekonany, że na to nie zasługuję. Ale... to chyba i tak bez znaczenia.
– Nigdzie się stąd nie ruszę – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
I nawet zdążyłem pomyśleć, że tak właśnie będzie. Przekonanie Yuny, by wróciła z nami do domu zajęło bardzo dużo czasu. Pamiętam to wszystko jak przez mgłę. Nie mam pojęcia co ostatecznie ją przekonało. Udało mi się dowiedzieć, że kotołaczka uciekła ze swojej kryjówki przed nowopoznanymi przez jej paczkę znajomych, młodymi wilkołakami, którzy to mieli uznać za wyjątkowo zabawną jej sytuację i obrali ją sobie za obiekt drwin. Nie wiem ile w tym prawdy, ale sądziła, że to oni zniszczyli pierwszą kryjówkę – drugą zajęła się sama, co miało być sygnałem mówiącym jej znajomym, że odchodzi z miasta.
Ściemniło się. Harendra w pewnym momencie odłączyła się, bo dalszą drogę miała nie po drodze do domu, a była już dużo spóźniona. Yuna szła ze spuszczoną głową. Latarnie ustawione wzdłuż drogi rzucały na jej przerażająco chudą twarz i zmatowiałe włosy pomarańczowe odblaski.
Doprowadziłaś się do takiego stanu w trakcie ucieczki czy to efekt czegoś innego?
– Dlaczego chciałaś uciec? – rzuciłem, nawet nie licząc na wyczerpującą odpowiedź.
– Harendra nie zdążyła się wygadać? – odparła pytaniem na pytanie, na wpół ironicznie, na wpół z rezygnacją.
– Bynajmniej. Chcę to usłyszeć od ciebie, by uzyskać pewność, że robię dobrze.
Yuna zamilkła, wzrokiem przebiegając nieokreślone dystanse pomiędzy latarnią, a swoimi stopami. O dziwo chyba ją przekonałem.
– Nie chcieli mnie. Nie chcieli i nie chcą. Każdego dnia dawali mi do zrozumienia, że jestem tylko niepotrzebnym ciężarem. Nawet nie otwarcie, często po prostu milczeniem. Bo chcieli sprawiać wrażenie idealnej rodziny – parsknęła z niedowierzaniem, już praktycznie przez łzy. – Nie wiem kiedy skończyła się ich wina, a kiedy zaczęła moja. Może było na odwrót.
Przerwała, by szybko przetrzeć oczy.
– A potem spróbowali się mnie pozbyć. Odesłać do mojej rzekomej dalszej rodziny, żebym mogła się uczyć „swojego” wymarzonego zawodu. Wtedy uznałam, że mam dość. Postanowiłam zniszczyć ich cudowną wizję i zacząć od nowa. Może nawet poza Białym Królestwem. Gdyby nie Milo i Casimir, już dawno by mnie tu nie było. Ja… – zawahała się. – J-ja chciałam tylko, żeby mnie kochali.
Nie wiem, czy jej odpowiedziałem.
Dotarliśmy pod dom Yuny. Już zamierzałem zapukać, gdy ta nagle mnie powstrzymała, chwyciwszy gorączkowo za rękaw mojego płaszcza. Poruszyłem się niespokojnie i spojrzałem na nią pytająco.
– Niech pan pozwoli mi odejść – w głosie dziewczyny zadrgała błagalna nuta, w ciemnych oczach znowu zakręciły się łzy. – Ja wiem, że oni się nie zmienili. To będą tylko pozory, na sam początek. Wiem, że dla pana ciężko to zrozumieć, bo wyglądają na takich zatroskanych, ale nie zmienili się. Nie po tylu latach, przez które tak mnie nienawidzili.
Przez chwilę patrzyłem na Yunę, nie będąc w stanie zrozumieć towarzyszących mi w tamtym momencie uczuć. A potem sam siebie zaskoczyłem, odwracając się niewzruszenie i pukając do drzwi.
Otworzyła matka kotołaczki. Przez jedną chwilę, która mogła być momentem niezrozumienia albo chłodnej ulgi, której tak obawiała się nastolatka, nie zrobiła nic, patrząc to na mnie, to na Yunę. Nie minęło jednak więcej niż dwie sekundy, kiedy zamknęła córkę w uścisku, łkając cicho. Potem stało się wszystko, o co mogłem podejrzewać pomyślnie zakończone poszukiwań. Rodzice dziewczyny „nie wiedzieli jak mają mi dziękować”, natychmiast udali się też po zawczasu przygotowane wynagrodzenie, o którym swoją drogą zdążyłem już wtedy zapomnieć. Yuna siedziała na fotelu w salonie z nieodgadnioną miną, wpatrując się pusto w przestrzeń.
Może rzeczywiście postąpiłem źle? Skąd miałem wiedzieć co miało się stać zaraz po tym jak zniknę za drzwiami? Wcześniej nie myślałem o tym całym królestwie w takich kategoriach. Jak wielki może być zakres indywidualnych cierpień, które znoszą jego mieszkańcy? Tak jest wszędzie, ale ten argument nie zmniejszył ani trochę mojego wstrętu do tego miejsca.
Zamknąłem za sobą drzwi, czując na plecach jej nienawistne spojrzenie.

Uwagi: Nagromadzenie "się", co już było omówione na discordzie.

piątek, 9 sierpnia 2019

Od Asgrima "Nigdy nie zrozumiem panien młodych"

Maj 2024
Ciężko było mi uwierzyć, że nadeszła wiosna. Mury Białego Miasta - choć w wielu miejscach wypełnione roślinnością - wydawały się puste i szare w stosunku do tego, co spodziewałem się zobaczyć kawałek za bramami. Oczywiście dotychczas nie odwiedziłem okolicznych wiosek. Nie oddalałem się od głównych zabudowań jak jakiś szczeniak, który trzyma się kurczowo swojego domu. A przecież Białe Miasto nie było moim domem. Już za jakiś czas (niestety, ale nadal nie wiedziałem jaki) mieliśmy opuścić to cało restrykcyjne królestwo i ogromnym kłamstwem byłoby stwierdzenie, że czułem z tego powodu żal. Bogactwo mieszało się tutaj zbyt mocno z biedą, a idealność z zepsuciem. Jedno wypierało drugie, tworząc dziwną mieszankę na tle surowych zasad.
Och, odnośnie zasad... Z tego, co słyszałem, to do celi trafiła już Lind. Moja kochana, radosna Lind. Nigdy nie umiałbym wyobrazić sobie jej w roli groźnego przestępcy. Nikt nie znał szczegółów, ale mogłem się założyć, że nie stało się nic poważnego, a jedynie władza przesadzała. Kolejna była Suzanna - Alfa z kolei trafiła tam za sprawienie problemów administracyjnych, co było moim zdaniem kolejną głupotą. Oni po prostu najchętniej zamknęli tych wszystkich dzikusów z lasu, czyli właśnie nas.
W każdym razie nie mogłem się doczekać stałego powrotu na łono natury, jednak wszystko się przeciągało. Mieliśmy spędzić tu jedynie zimę, jednak teraz powtarzane przez rozrzucone po mieście wilki wieści mówiły, że wyruszymy dopiero z końcem następnej. Miałem szczerą nadzieję, że była to jedynie zwyczajna plotka, bo nie uśmiechało mi się spędzanie tu kolejnych miesięcy. Wilki przebąkiwały coś o wybraniu nowej Alfy, byle tylko ruszyć dalej, co choć nie wydawało się do końca w porządku, było w gruncie rzeczy rozsądne. Nie mogliśmy siedzieć tu przecież w nieskończoność, prawda...?
Z braku lepszego zajęcia kręciłem się po Białym Mieście. Przyglądałem się wszystkim stoiskom,  przechodniom, każdemu kamieniowi czy zagubionej pajęczynie w rogu okna. Zaglądałem do sklepów oraz oraz czytałem różnego rodzaju ogłoszenia. Czasem towarzyszyła mi Elena. Na Tori nie miałem co liczyć - wilczyca trafiła w końcu do biblioteki i widząc taką ilość książek wpadła w zachwyt. Potrafiła spędzać w czytelni godziny, a ja po kilku sprzeczkach się poddałem. Musiałem jakoś żyć bez jej atencji, chociaż czasem myśl, że książki były dla niej ważniejsze ode mnie, bolała. Bardzo.
W którymś momencie w oko wpadła mi niewielka kartka. Podszedłem w jej stronę, by móc odczytać drobne literki. Ogłoszenie zostało napisane odręcznie czy też raczej z pomocą wąskiego pazurka. Litery były kanciaste, jednak pomimo tego był w nich jakiś urok.
Szybko okazało się, że sprawa była pilna. Jedna z obywatelek szykowała się do ślubu i podczas wizyty w świątyni zgubiła welon. W dalszej części było coś o tym, że nie chce żyć w pechu, więc proponuje nagrodę w zamian za pomoc w odnalezieniu zguby. Nie rozumiałem dlaczego samica brała welon do świątyni, skoro ślub miał się odbyć dopiero za kilka dni, ani czemu tak bardzo rozpaczała nad jego brakiem. Jakby po prostu nie mogła się bez niego obyć...
Westchnąłem i zerwałem kartkę z latarni, do której była przyczepiona. Spojrzałem na adres podany na samym dole, by z zadowoleniem stwierdzić, że znajdowałem się tuż obok mieszkania, które zajmowała zrozpaczona panna młoda. Co prawda poradziłbym sobie, gdyby to znajdowało się na drugiej stronie miasta (i tym razem nie jest to wychwalanie siebie; faktycznie przez te spacery zacząłem orientować się po tych wszystkich krętych uliczkach!), ale im szybciej będę na miejscu, tym szybciej dowiem się czy zlecenie jest w ogóle nadal aktualne. Wolałbym nie szukać dawno odnalezionego welonu.
Zastukałem pazurami do niewielkich drzwi i już po chwili otworzyła mi drobna skunksica.
- Dzień dobry, ja w sprawie tego ogłoszenia - powiedziałem, próbując powstrzymać się od odruchu wycofania się jak najdalej od niej. Zostałem kiedyś spryskany przez skunksa i to zdecydowanie nie było coś, co chciałbym przeżyć ponownie.
Samica podskoczyła z ekscytacji, po czym szybciej niż zdążyłbym zareagować odwróciła pyszczek i zawołała prawdopodobnie swojego przyszłego męża.
- Cameron, ktoś znalazł mój welon! 
- Nie, nie. Ja chciałem tylko spytać czy ogłoszenie jest aktualne - pospieszyłem z tłumaczeniem.
Uśmiech momentalnie zniknął z mordki skunksicy.
- O-oczywiście. Mam nadzieję, że uda się panu go odnaleźć. Nie mogę wziąć ślubu bez tego welonu...
- Zrobię co w mojej mocy... - mruknąłem.
- Liczę na pana. Do zobaczenia.
Drzwi zamknęły się z głośnym trzaskiem. Widocznie bez welonu nie byłem godny dłuższej rozmowy z panną młodą. Cóż miałem zrobić, jeśli nie wyruszyć na jego poszukiwania?

Wiedziałem, gdzie znajduje się świątynia, lecz nigdy wcześniej jej nie odwiedziłem. Wielu miejscowych było religijnych, jednak ja sam unikałem tego tematu jak ognia. Nadal zdarzało mi się myśleć o Eydis jako o jedynej i prawdziwej bogini, co starałem się z siebie wyplenić. Nie potrzebowałem wiary i złudzeń, które się z nią wiązały. Widziałem na własne oczy, jak pod przykrywką wypełniania boskiej woli popełniono wielkie zbrodnie. Widziałem śmierć, manipulację, której poddawano szczeniaki od dnia narodzin. Pomagałem im, wierzyłem w to wszystko niczym największy głupiec. Oddając cześć swojej bogini, robiłem wiele złych rzeczy i nic nie mogło tego zmienić. Należałem do cholernej grupy fanatyków. 
Wiara to gówno - stwierdziłem w myślach, wkraczając na teren świątyni. Nie wierzyłem w tutejsze bóstwa, więc nie bałem się żadnej kary z ich strony, kiedy na nie (oraz wszystkich innych bogów) psioczyłem w myślach.
Chciałem jak najszybciej znaleźć ten głupi welon i ewakuować się z tego miejsca. Niestety minęło sporo czasu, nim zauważyłem białą chustę. Wiatr musiał ją porwać, bo była zaplątana w gałęzie drzewa niedaleko samej świątyni. Westchnąłem głośno i mrucząc pod nosem słowa, które raczej nie spodobałyby się kilku bogom, zmieniłem postać.
Bez większych trudności wdrapałem się na samą górę i z niezadowoleniem stwierdziłem, że welon był w jednym miejscu porwany. Nie potrafiłem cofać czasu oraz byłem pozbawiony wszelkich zdolności krawieckich, więc jedynie ostrożnie go odplątałem i zlazłem z drzewa. Musiałem go dostarczyć tej skunksicy w takim stanie, a co ona zrobi z tym fantem już nie było moją sprawą. Znaleźć, znalazłem. To ona mogła go bardziej pilnować, skoro jest dla niej tak ważny.
Na mój pysk wkroczył krzywy uśmiech.
- Robi się z ciebie maruda na starość - mruknąłem do siebie pod nosem.