wtorek, 10 września 2019

Od Asgrima "Poszukiwacze rzeczy zielonych" cz. 1 (cd. Lind/Leah)

Wrzesień 2024
Z radością przywitałem dzień, w którym przekroczyliśmy bramy Białego Królestwa. Chłodny wiatr mierzwił nasze futra. Nos drażniły przyjemne zapachy roztaczającej się wokół natury. Byliśmy wolni. Prawdziwie wolni.
Nie mogłem powstrzymać wesołego śmiechu, kiedy Passer znalazł się w powietrzu. Podmuchy nabierały na intensywności. Moje ciało podskakiwało nieznacznie z każdym kolejnym machnięciem wielkich skrzydeł. Gdzieś za nami zostało Białe Miasto wraz z całym jego szaleństwem.
Zadrżałem, wspominając ostatnie dni. Uśmiech zamarł na moim pysku. Przez myśl przeszły mi osoby, które musieliśmy tam zostawić. Stary kochany Elvin, Flora, nasi sąsiedzi spoza watahy i w końcu Suzanna... Biorąc pod uwagę sytuację w Białym Mieście... W chwili gdy my odzyskaliśmy wolność, oni ją tracili. Z każdym dniem coraz bardziej.
Ktoś przytulił się do mojego boku. Odwróciłam pysk i natknąłem się na bladoniebieskie oczy Torance.
- Już spokojnie - mruknęła, liżąc mnie delikatnie w polik.
Odpowiedziałem słabym uśmiechem i z wdzięcznością wtuliłem się w jej szyję.
- Kocham cię, wiesz? - wyszeptałem do jej ucha.
Drgnęła delikatnie.
- Wiem. Ja ciebie też.
- Ej, Ruda, Chudy, możecie przestać się tak mizdrzyć? Nie mogę na was patrzeć. - skomentował Ting.
Wywróciłem oczami. Tori parsknęła śmiechem i odsunęła się ode mnie. Nim zdołałem wymyślić sposób w jaki mógłbym okazać swoje niezadowolenie z tego powodu, wilczyca polizała mnie w nos. Mimowolnie się uśmiechnąłem i oddałem ten drobny pocałunek.
Odmieniec fuknął niezadowolony.

Miło było podróżować na grzbiecie Passera, jednak najlepszym momentem tego dnia z pewnością był ten, w którym postawiłem łapy na ziemi. Czułem pod nimi mokrą trawę. Już dawno uwolniliśmy się ze strefy dziwnych osadów. Rośliny były czyste, normalne. Światło zachodzącego słońca odbijało się w kroplach wody.
Przeciągnąłem się, czekając na moich przyjaciół. Kilka kości strzyknęło od długiego siedzenia w jednym miejscu.
- Co powiecie na małe poszukiwania? - zagadałem, kiedy w końcu współtowarzysze podróży również znaleźli się na ziemi. - Na pewno gdzieś w tych okolicach są jakieś skarby. Chociażby kilka magicznych kwiatków.
Tori skrzywiła się.
- Nie ma mowy. Ostatnim razem, kiedy pomagałam zbierać ci jakieś roślinki, skończyłam z poparzonym pyskiem.
Machnąłem łapą.
- Przestań, kiedy to było. Będę cię pilnować - zapewniłem, wypinając dumnie pierś.
Wilczyca pokręciła zdecydowanie łbem.
- Radź sobie sam. Idę szukać grupy do polowań. Hej - powiedziała i poszła sobie. Tak po prostu. Żadnego pożytku z tej wadery.
Skierowałem błagalne spojrzenie na Lind i Leah. 
- Może chociaż wy?
- Ja pójdę, co mi szkodzi - mruknęła Lind.
Wobec tego przeniosłem wzrok bezpośrednio na Leah. Czekałem na jej odpowiedź, nieznacznie przebierając łapami w miejscu. Nie mogłem się doczekać momentu, w którym rozpoczniemy poszukiwania.
Wadera już otwierała pysk, kiedy rozległo się głośne łupnięcie, a zaraz po nim przestraszony pisk Eleny. Kotka wtuliła się w moje łapy. Jej ogon poruszał się nerwowo, a futerko było nastroszone. Zerknąłem mimowolnie na Baldora, który poszedł w swoją stronę, nie przejmując się tym, że swoim zejściem przyprawił kogoś o zawał serca. Pewnie nawet tego nie zauważył.
Wróciłem spojrzeniem do Leah. Na pysku wadery widniał uśmiech.
- Czemu nie?
Odpowiedziałem uśmiechem.
- Wobec tego czas rozpocząć poszukiwania! - zawołałem. - Postarajcie nic sobie nie zrobić tak, jak niektórzy.
Zerknąłem znacząco w stronę, w którą poszła Torance.
- Mi to nie grozi.
Lind dumnie trąciła łapą swój Medalion Nieśmiertelności. Uśmiech zamarł na moim pysku. Przyglądałem się błyskotce, która dawała swojemu właścicielowi życie wieczne. Leczyła rany, dodawała energii. Chociaż wyglądał niepozornie, krył w sobie ogromną moc. Moc, która nie powinna w ogóle istnieć.
Z rozmyślań wyrwał mnie Arkan, który wylądował w pobliżu. Spodziewałem się, że do nas podejdzie, jednak smok poszedł w swoją stronę. Łapy uginały mu się pod ciężarem własnego ciała. Wyglądał na wykończonego.
- Co z Arkanem? Coś mu się stało? - spytała Lind.
- Chyba się zmęczył. Wspominał, że nie znosi dobrze tak długich lotów po przerwie - Leah zmarszczyła brwi.
Lind skinęła głową.
- Aaa... W sumie nie dziwię mu się.
- Powinien się trochę przespać, a nie biegać po terenach - wtrąciłem.
- Nie lubi spać na ziemi, zdecydowanie woli drzewa. Ale tutaj raczej nic dobrego nie znajdzie.
Leah zerknęła w stronę niewielkiego lasu, w którym zniknął jej towarzysz. Drzewa były niskie i cienkie. Nie dałyby sobie rady z utrzymaniem na sobie masywnego wilka, a co dopiero Arkana.
- Jejku, zapomniałam już o tym - mruknęła Lind.
- Pierzasta, gdzie masz Medalion Wizji?
Głos, niewątpliwie należący do Tinga, wydobywał się z grzbietu Passera. Mimowolnie spojrzałam w tamtą stronę. Odmieniec zapamiętale grzebał w rzeczach Lind.
- Nie mam teraz czasu ci go szukać, Ting! - odpowiedziała mu wadera.
- Chudy, może ty go widziałeś?
Prychnąłem głośno.
- Skąd mam wiedzieć gdzie są wasze rzeczy? - W mój głos wdarła się nuta oburzenia. - Nie grzebię w czyichś rzeczach w przeciwieństwie do niektórych.
Ostatnie słowo mocno zaintonowałem, dobitnie dając do zrozumienia, że miałem na myśli właśnie jego. Ten jednak puścił moją uwagę mimo uszu.
- Huh, dobra, nie chcesz powiedzieć to nie - mruknął i ponownie zanurkował w koszu.
Prychnąłem oburzony. Nie dość, że posądzono mnie o naruszanie czyjejś prywatności, to jeszcze zostałem parszywie olany.
- Ignoruj go - podpowiedziała Lind.
Kiedy tylko się odezwała, moje serce na moment zamarło. Co mogła sobie pomyśleć, gdy usłyszała słowa Tinga? Chyba nie uważa, że teraz kłamałem... Prawda?
- Lind, nigdy nie przeglądałem twoich rzeczy. Nie obchodzi mnie, co tam sobie trzymasz. Przysięgam - powiedziałem szybko.
- W porządku, wierzę - odparła. - Chodźmy już.
Skinąłem łbem i zacząłem wypatrywać jakiejś rośliny, która byłaby godna naszej uwagi. Nie widziałem jednak nic poza trawą i kolorowymi liśćmi przywianymi tutaj z lasku. Nuda.
Wadery podobnie jak ja rozpoczęły poszukiwania. Każdy z nas starał się znaleźć coś, cokolwiek, co mogłoby być chociaż odrobinę użyteczne.
- Hej, czujecie ten słodki zapach? - odezwała się nagle Lind.
- Nie... Ale jak zwróciłaś uwagę... - Leah przysunęła nos do ziemi.
Zmarszczyłem brwi. Nie wyczuwałem żadnego specjalnego zapachu. Wciągnąłem mocno powietrze. - Jaki słodki zapach? Nie, nic nie... - zamilkłem w chwili, gdy woń dotarła do mojego nosa. - O, faktycznie.
Zamknąłem oczy, próbując skupić się na zmyśle węchu. Z jakiegoś powodu nasłuchiwanie czy też tropienie było prostsze, kiedy zamykałem oczy. Chociażby tak krótka izolacja od zmysłu, który pochłaniał mnie najbardziej, sprawiała, że pozostałe bodźce były... Bardziej intensywne.
- Tylko teraz znaleźć źródło...
Do moich uszu dotarł głos Lind. Odwróciłem pysk w stronę, z której nadchodził i niemal natychmiast wyczułem raczej mało nieprzyjemny zapach. Odsunąłem się z głośnym parsknięciem. Otworzyłem oczy, by zobaczyć przed sobą stosunkowo świeże odchody. Prawdopodobnie jeleni. Ich zapach nadal wisiał w powietrzu.
Lind musiała dojść do tych samych wniosków, bo zaledwie chwilę później podzieliła się z nami swoim odkryciem.
- Czuję - wzdychnęła Leah. - Zgłodniałam...
- Co ty nie powiesz - mruknąłem, krzywiąc się. Zwiększyłem dystans między mną a naturalnym nawozem. - Zostawiły po sobie kilka rzeczy...
- Może pójdziemy na polowanie, jak już coś znajdziemy?
Ponownie moje słowa zostały zignorowane. Widocznie polowanie było ważniejsze.
- Pasuje - Lee wróciła do węszenia. - Co to może być? Ten słodki zapach... Kojarzy mi się z kwiatami.
- Róże Hery - odparłem.
- Właśnie... Tak myślałam - mruknęła Lind.
Posłałem wilczycy uśmiech. Już jakiś czas temu zauważyłem, że miała problem z przyznaniem się, że mogła czegoś nie wiedzieć. Kiedy podzieliłem się swoimi obserwacjami z Tori, moja partnerka stwierdziła, że kogoś jej to przypomina. Nadal nie udało mi się ustalić, kogo miała na myśli.
- Oczywiście - powiedziałem, przeciągając samogłoski dla lepszego efektu.
Samica poruszyła niespokojnie ogonem. Na jej pysku zawitał grymas. W odpowiedzi jedynie szerzej się uśmiechnąłem.
- Jak nie róża. Bardziej jaśmin - stwierdziła Leah. Nie wyraziła żadnej skruchy, że przerwała mi droczenie się z Lind. I to jeszcze zanim na dobre się zaczęło.
- Róże Hery charakteryzują się dość mocnym... - zacząłem wyjaśniać.
Przerwałem w chwili, kiedy zauważyłem jakiś błysk w trawie. Zaciekawiony podszedłem w
tamtą stronę i niemal od razu w oczy rzucił mi się srebrny medalion. Miał charakterystyczną zawieszkę, która przedstawiała kota. Mimowolnie zerknąłem w stronę Eleny, która z zaangażowaniem oddawała się próbom złapania jakiegoś owada.
- Hej, żadna z was przypadkiem nie zgubiła swojego świecidełka? - spytałem głośno.
- Raczej nie. Musiałabym sprawdzić w skrzyni.
- Pokaż, co to za wisiorek - rozkazała Lind.
Posłusznie wziąłem go do pyska. Zimny łańcuch przyjemnie ochładzał dziąsła. Metaliczny posmak uderzał w język. To z kolei nie było ani trochę smaczne. Podszedłem do wader i pozwoliłem się mu przyjrzeć. Lind zmrużyła w skupieniu oczy.
- Nie, na pewno nie mój - mruknęła po chwili.
Spojrzałem wyczekująco na drugą samicę.
- Też nie.
- No to teraz należy do ciebie, As - Lind skinęła łbem.
- Niby znalezione, nie kradzione, ale... Chyba później spytam kogoś, czy nie zgubił jakiegoś medalionu w trakcie lotu - pomyślałem na głos.
- Jak uważasz. Chodźmy po te róże.
Lind uśmiechnęła się delikatnie.
Skinąłem łbem.
- Pomożecie mi go założyć? Sam niezbyt dam radę... - mruknąłem.
- Jasne.
Medalion uniósł się z pomocą wiatru. Nie byłem pewny, która z samic zdecydowała mi się pomóc (chociaż podejrzewałem Lind). W każdym razie wisior już po chwili zawisł na mojej szyi.
- Dzięki.
Wróciliśmy do poszukiwań. Cały czas wypatrywaliśmy Róż Hery, jednak było to trudniejsze niż mogłoby się zdawać. Niesiony przez wiatr zapach zdawał się być w przypadkowych miejscach. Nie było w tym żadnego ładu i składu. Tyle dobrego, że w którymś momencie tych poszukiwań, Leah znalazła niebieski agrest. Zebraliśmy, co się dało i wróciliśmy do szukania róż, które chyba stwierdziły, że pograją z nami w chowanego. Przeklęte kwiaty.

<Leah? Lind?>

poniedziałek, 9 września 2019

Od Mortimera "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 2

Wrzesień 2024 r.
Basiorek zastrzygł uszami, słysząc, że ktoś biegnie prosto na niego. Obrócił się, a widząc że to Elanor, wytrzeszczył oczy. Nigdy nie rozmawiał z nią osobiście. Nie wyglądała mu nigdy na osobę, która stroniła od samotności. W pierwszej chwili sądził, że wadera wbiegnie prosto w niego, ale  w ostatnim momencie zgrabnie go ominęła i zrównała z nim krok.
– Cześć, Morti – uśmiechnęła się szeroko.
– Um, cześć – odwzajemnił uśmiech.
– Coś się stało, że Theo cię opuścił?
– Nie, nie bardzo – Zaśmiał się nadal niepewnie – Mama chciała w czymś pomocy. Ja jestem za duży, więc wolała Theo i Exana...
Elanor spojrzała wymownie na czubek jego głowy. Mimo znaczącej różnicy wieku, byli równego wzrostu... Przynajmniej licząc razem z jego sterczącą grzywką.
– Mama zawsze mówi, że jestem taki duży po niej – dodał.
– Twój tata też jest chyba wysoki.
– Nie aż tak. Mama jest bardzo wysoka jak na waderę – objaśnił. Elanor pokiwała głową ze zrozumieniem. Nadal czuł się w jej towarzystwie niezręcznie. Nie wiedział, o czym powinien rozmawiać, aby pociągnąć to dalej, więc zapanowała cisza. Nie lubił ciszy.
– Gorąco dzisiaj, nie?
– Tak, trochę tak – westchnęła cichutko.
Znowu cisza. Przygryzł wargę. Wodził wzrokiem po niebieskich chabrach wystających gdzieniegdzie spomiędzy trawy, starając się wymyślić jakiś sensowny temat.
– Właściwie to po co wzywali te wszystkie inne szczeniaki?
– Z Watahy Czarnego Kruka? – dopytał z błyskiem w oku.
– Kai każe tak nie mówić. Jesteśmy jednym stadem – poprawiła go Elanor.
– Sorki – Zwiesił uszy – Wydaje mi się, że chcieli by pomogli w tym samym, co Exan i Theo.
– Czyli my jesteśmy wykluczeni?
– Być może – Wzruszył ramionami.
Prychnęła z rozbawieniem.
– Ciekawe czy mają nas za ułomnych, że jako jedyni nie byliśmy wzięci do pracy...
– Nie wiem, nie wiem – odpowiedział, odbiegając wzrokiem gdzieś w bok – Wiem tyle, że mieli szczęście.
– Dlaczego? – spojrzała na niego zaintrygowana.
– Nie przyszli na zajęcia, a było nudno.
Teatralnie wywróciła oczami.
– Nauka przecież jest dość interesująca. Skąd, jak nie ze szkoły dowiesz się jak robić eliksiry?
Mortiemu na usta cisnęła się odpowiedź, że od rodziców, ale zaraz potem oprzytomniał, że ani mama, ani tata nie mieli wiedzy w tym zakresie.
– Ty masz Kai'ego... zresztą eliksiry nie są w życiu niezbędne – obruszył się.
– Ale bardzo przydatne. Tutaj masz tę wiedzę podaną na tacy, nie musisz jej daleko szukać... Po to jest szkoła. Abyś zaczął samodzielnie myśleć.
– No chyba właśnie odwrotnie – prychnął. Czując na sobie zdumiony wzrok Elanor, pospiesznie się wytłumaczył: – Tata tak zawsze mówi.
– A czy twój tata ma wybitne osiągnięcia naukowe?
Morti nie wiedział co jej odpowiedzieć. Nie mówił zbyt wiele o swoim wykształceniu, ale miał świadomość jednego – jego tata nie był ani nauczycielem, ani dowódcą, ani lekarzem... Basiorek zwiesił głowę.
– Nie – odpowiedział pokornie.
– Dlatego sądzę, że powinieneś mieć go za trochę mniejszy autorytet, niż teraz. Może osiągniesz dzięki temu coś więcej, niż on.
– Czego właściwie ode mnie chcesz? – zapytał smętnie. Wyglądała na zaskoczoną.
– Niczego. Porozmawiać. Nic ponadto. Chyba lubisz gadać.
Już na nią nie patrzył. Zauważył, że coraz więcej szczeniaków biegnie na miejsce umówionych zajęć. Na łące było niemal ciemno od nadmiaru czarnego i szarego futra reszty ich grupy. Jego znajomi biegli, krzycząc do siebie radośnie. Niektórzy bawili się w berka lub ścigali do celu. Normalnie by ich zawołał, że zaraz dołączy, ale teraz jakoś stracił nastrój.
– Wiesz... chyba powinniśmy się już zbierać na zajęcia. Wygląda na to, że zaczniemy wcześniej – powiedział. Elanor popatrzyła na szczeniaki i skinęła głową. Zawrócili.
Na miejscu już czekał na nich brązowo-beżowy basior. Uśmiechał się, licząc wzrokiem każdego nowo przybyłego ucznia. Nie wyglądało na to, aby gdziekolwiek się spieszył.
– Przynajmniej wcześniej skończymy – wymamrotał pod nosem Morti. Nie miał pewności, czy Elanor to usłyszała. Usiadła tuż obok niego. Czuł gorąco jej ciała. Niemal stykali się bokami. Przełknął ślinę nieco zaniepokojony. Chciała się zaprzyjaźnić? Czy od początku ich znajomości czekała na moment, aż zostanie sam? "Dziewczyny są dziwne", podsumował w myślach.
Wtedy zauważył, że nauczyciel zaczął się do niego zbliżać.
– Gdzie jest Theo i Exan?
– Poszli pomagać mamie. Może pan zapytać później...
Taka odpowiedź dla Derneta była jednak zadowalająca. Zaczął uciszać wciąż rozbrykaną klasę. Mortimer zastanawiał się, nad czym pozostałe szczeniaki tak zawzięcie pracowały przez ostatnie godziny. Znowu przesmyk do strumyka był zbyt mały, aby zdołał się tam przepchnąć dorosły wilk?
– Co dzisiaj chcielibyście porobić? – zapytał Dernet, kiedy już zupełnie ucichło.
– Najlepiej nic! – odkrzyknęła Kardia, a reszta grupy zawtórowała jej śmiechem. Dernet wywrócił oczami.
– Nie ma mowy. Cieszcie się, że pozwalam wam zadecydować. Gdybyście mieli innego nauczyciela pewnie mielibyście z góry narzucone co i jak, i zapewniam – pewnie nie bawilibyście się tak wyśmienicie.
– Co tak poważnie? – kpiła dalej Kardia.
– Przymknij się – warknęła niespodziewanie Elanor. Morti aż postawił uszy. Kardia posłała jej mordercze spojrzenie. Morti miał wrażenie, że jej jadowicie zielone oczy zaraz ich pożrą na odległość. Chodziły plotki, że jej żywiołem była trucizna...
–  Przeszkadzasz panu Dernetowi – powiedziała z lodowatym spokojem Elanor. Morti miał ochotę się od niej odsunąć, żeby Kardia nie rzuciła się zaraz również na niego, ale paraliżujący lęk sprawił, że wbił pazurki w miękką ziemię.
– A może chcę? – Kardia zaczęła warczeć.
– Dziewczynki, spokojnie – powiedział spanikowany nauczyciel – Możemy dzisiaj nauczyć się przelewać emocje w sztukę. Również złość. Wystarczy coś namalować... Specjalnie przyniosłem wam nawet barwniki i...
– Najpierw pokażę tej dziwce gdzie jest jej miej...
– Pilnuj słownictwa! – syknął Luger, zerkając na gromadkę skulonych szczeniąt z watahy, które wyglądały na zbliżone wiekiem do Mortiego.
– Macie zakaz zbliżania się do siebie aż do odwołania – powiedział Dernet z trudem siląc się na spokój. Elanor wyglądała na niewzruszoną. Patrzyła na Kardię, nie mrugając nawet okiem. Dernet jeszcze przez moment patrzył to na jedną waderę, to na drugą i dopiero potem kontynuował:
– Tak jak zwykle możecie wziąć sobie po kamieniu z naszej kupeczki. Każdy może dopasować jego wielkość i kształt wedle uznania. Dzisiaj nie obowiązują was żadne zasady perspektywy czy anatomii. Rysujecie cokolwiek chcecie, i czymkolwiek chcecie. Farbą, węglem, kredą... Cokolwiek, co da wam upust emocjom. Najlepiej całemu gniewowi. Wtedy będziemy mogli w pełni wykonać zadanie.
Wszyscy koledzy Mortiego natychmiast ruszyli naprzód, więc on zrobił to samo. Była to dogodna wymówka, aby znaleźć się jak najdalej od Elanor. Ta wadera powodowała na nim gęsią skórkę.
Zdołał dobiec jako jeden z pierwszych, więc porwał również najlepszy kamień. Akurat Dannan przyszedł na łąkę i ustawił koszyk ze słoiczkami pełnymi farb na ziemię, więc Morti pogalopował w tamtym kierunku. Chciał czerwoną farbę. To była jego ulubiona.
Kiedy próbował odkręcić nakrętkę tępymi ząbkami, Dannan i Dernet rozmawiali przyciszonymi głosami. Pozostałe szczeniaki z grupy zaraz potem dołączyły do przepychanek o pozostałe słoiki z farbami. Morti przysiadł wraz ze swoją zdobyczą w innym miejscu, by móc w spokoju dostać się do środka.

<C.D.N.>

niedziela, 8 września 2019

Od Crane'a "Zając za szybko chodzi"

Wrzesień 2024
Po dzisiejszej podróży, Edel była wyjątkowo zmęczona. Znów wymiotowała i ledwo trzymała się na nogach. Jak tylko zeszliśmy z grzbietu Diligitis, wadera ułożyła się do snu, obiecując, że to jej dobrze zrobi. Wtedy smoczyca zobowiązała się do osłonięcia mojej ukochanej przed wiatrem i rozłożyła nad słabą wilczycą jedno skrzydło, jak baldachim. 
Nie chciałem przeszkadzać i hałasować, także ucałowałem E i wybrałem się na spacer po okolicy. Trochę poprzyglądałem się, co robią inni członkowie watahy, a potem skręciłem do pobliskiego lasu. W pewnym momencie dostrzegłem ciemny pień, który wyróżniał się pośród pozostałych. Podszedłem bliżej i powąchałem korę drzewa. Ten zapach z czymś mi się kojarzył. Zainteresowany odmiennością okazu, obszedłem go dookoła. Wtedy zobaczyłem przy najniższej gałęzi coś, co przypominało dopiero rozwijającą się, błękitną konwalię. Zmrużyłem oczy. Bił od niej nikły blask. Wówczas rozpoznałem, że to Niebieski Świetlik. Dokładnie rok temu Lind pokazywała mi tę roślinę. Zebrała ich nieco podczas poszukiwania jajek, które zgubił ten Ara... Ara... ten królik. Później dowiedziałem się, że te kwiaty zwykle rosną na pewnym szczególnym rodzaju drzew, a one nie występują wszędzie. 
Wtedy podjąłem decyzję, że chciałbym zebrać nieco drewna tego drzewa, skoro już jedno znalazłem. Niestety nie wiedziałem, jak mógłbym się za to zabrać. Nie miałem sposobu na ułamanie nawet gałęzi; były zwyczajnie zbyt wysoko. Zmiana w człowieka też by nie wystarczyła. (Odkąd trwała przeprowadzka uznałem, że nie ma sensu już ukrywać się z faktem, że posiadam tę zdolność. Teraz już nie poślą mnie do pracy w Mieście.) 
Pomyślałem, że może gdybym miał siekierę, mógłbym ściąć całe drzewo. Obejrzałem się za siebie; w stronę miejsca postoju pozostałych. Szczerze wątpiłem, że ktokolwiek z nich posiadał ten przedmiot. Zacząłem się zastanawiać, jakie jeszcze mam opcje na pozyskanie tego drewna. 
Wtedy moich uszu dotarły miarowe uderzenia małych łapek, a potem ciężkie kroki i głośne dyszenie. Rozejrzałem się, szukając źródła dźwięków. Paręnaście metrów ode mnie śmignął zając. Po chwili w tym samym miejscu zjawił się zasapany Camus. On jednak wkrótce zatrzymał się, niezdolny do dalszego biegu. 
- Cześć, Crane! - zawołał, dostrzegłszy moją osobę. - Widziałeś może mój srebrny medalion? 
- Nie, nie widziałem - odparłem. 
Wiedziałem, że jeśli chcę z nim pogadać, będę musiał wiele się nasłuchać o srebrnym-wisiorku-który-pewnie-nigdy-nie-istniał. Nie mniej jednak ten basior mógł być rozwiązaniem mojego problemu. Podszedłem do niego bliżej i kontynuowałem rozmowę:
- Polujesz na zające? 
- Zając za szybko chodzi - Basior padł dramatycznie na ziemię. - A ja dalej nie znalazłem wisiorka. To zły znak - załkał. 
- Hej, a może chcesz żebym ci pomógł w polowaniu? - zaproponowałem. 
- Pomożesz, naprawdę? - Camus podniósł pysk i zamerdał ogonem. 
- Jasne - Skinąłem głową. - Złapię dla ciebie kilka zajęcy.
- Tak! Zapewniam, że odwdzięczę ci się, przyjacielu! - Natychmiast wstał z ziemi. - Dzięki tobie będę miał dosyć czasu, żeby znaleźć mój medalion! 
- Powodzenia w poszukiwaniach - uśmiechnąłem się, poklepując Camusa po ramieniu. - To widzimy się później. 
Z początku chciałem wrócić po swój Naszyjnik Pożywienia, ale jak tylko wyszedłem na otwartą przestrzeń, przypomniałem sobie o śpiącej Edel. Z tego co pamiętałem, wadera leżała tuż obok Diligitis, a kosz z moimi rzeczami znajdował się na grzbiecie smoczycy. Tak więc, zawróciłem z powrotem do lasu. Widać będę musiał zdobyć te zające tradycyjną metodą. 
Zacząłem węszyć. Szybko znalazłem trop wspomnianych zwierząt. Kiedy już dotarłem odpowiednio blisko, złapanie tych gryzoni nie było wyzwaniem. Zwłaszcza z moimi zdolnościami magicznymi, które umożliwiły mi utworzyć złudzenie, że z każdej strony czyha drapieżnik. W ten sposób upolowałem dla Camusa dwa zające. 
Zastałem wspomnianego basiora w tym samym miejscu, co wcześniej. Przez ten czas dookoła pojawiło się kilka świeżo wykopanych dziur. Wilk był akurat w trakcie pogłębiania kolejnej, jak rzuciłem zające na ziemię. 
- To dla mnie? Naprawdę oba są moje? - Camus ucieszył się jak szczenię. 
- Tak - odparłem. 
Basior zaczął szarpać świeże mięso. Poczekałem cierpliwe, aż się naje, po czym przeszedłem do tematu, który był powodem, dlaczego w ogóle pomogłem Camusowi w polowaniu. 
- Przyjacielu, mogę cię prosić o przysługę? - spytałem. 
- Jasne, jasne! - wykrzyknął. - Tylko oby szybką, bo zgubiłem Srebrny Medalion. To bardzo zły znak - potrząsnął głową. 
- To zajmie tylko chwilę - zapewniłem i podszedłem do grubego pnia, który wcześniej zwrócił moją uwagę. - Chciałbym zdobyć trochę drewna z tego drzewa, ale nie potrafię. Mógłbyś mi pomóc? 
- Nie ma problemu - oznajmił Camus.
Uderzył łapami w ziemię. Z głębi gleby dało się słyszeć jakby grzmot. W ostatnim momencie zdołałem uskoczyć daleko od miejsc, gdzie ziemia nagle pękała i falowała jak woda. Po chwili wskazane drzewo zostało wykorzenione od spodu przez odłamek skalny, który wystrzelił pod nim. Z głośnym hukiem pień opadł na ziemię. 
- Uff - sapnął Camus. - Wystarczy? 
- Hm... - Obejrzałem świeżo powalone drzewo. - Chyba będę musiał poprosić jakiegoś smoka o pomoc w podzieleniu tego na deski... 
- A, bo ty deski chciałeś, nie cały pień... - Basior opadł na ziemię, ciężko oddychając. - Daj mi parę minut, odsapnę i będziesz je miał. A potem biegnę po Medalion. Jego utrata to bardzo, bardzo zły znak! - powtórzył po raz kolejny. 
- W porządku - usiadłem w cieniu innych drzew. - Mnie się nie śpieszy. I tak już dużo mi pomogłeś - uśmiechnąłem się. 
- A może ty widziałeś mój medalion? - spytał Camus. 
- Nie, niestety nie.
Musiałem znieść jeszcze trochę tego jego gadania o jednym i tym samym Srebrnym Medalionie. Na szczęście wreszcie doczekałem się momentu, w którym basior wstał z ziemi i zajął się wycinaniem z pniaka desek.

Uwagi: Brak.

Od Lind "Ogień i wiatr" cz. 1

Wrzesień 2024
Passer przechylił się na prawo i śmignął tuż przed nosem Caprei. Smoczyca uderzyła wielkimi skrzydłami, żeby uniknąć zderzenia. Przez nagły wstrząs, jej pasażerowie (trzy wilki z Watahy Czarnego Kruka) o mało nie pospadały z łuskowatego grzbietu. Tymczasem Passer wystrzelił dumnie w powietrze cienki strumień ognia. Ofiara jego żartu przyspieszyła, lecąc w jego stronę. Poczułam, że nasz przewoźnik także bynajmniej nie zwalniał.
- Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz? - ryknął rozbawiony Passer. 
- Zaraz się dowiesz! - odparła Caprea. Na jej pysku zagościł szeroki uśmiech. 
Była już bardzo blisko nas. Wtedy nasz przewoźnik wzleciał wyżej; w gęste, zabarwione na różowo chmury. Przez zmiany kąta nachylenia, co chwila któryś z pasażerów (w tym i ja) wpadał na sąsiadów. Dobrze, że nikt nie siedział za Baldorem. 
Z czasem świat dookoła nas stawał się coraz bardziej niewyraźny; jak zasnuty gęstą mgłą. Wkrótce inne smoki zniknęły zupełnie pod szaroróżową osłoną chmur. Całkiem ciekawy widok. Po chwili kolejne uderzenia skrzydeł Passera stały się bardziej oddalone od siebie. Zwolnił i znów leciał prosto. Na jakiś czas zrobiło się spokojniej. 
- To na pewno dobry pomysł, ganiać się z pasażerami na grzbiecie..? - mruknęła Leah.
- Ci... Zdradzisz naszą pozycję - Zaśmiał się Asgrim. Oczywistym było, że to żart; w końcu uderzenia skrzydeł smoka były znacznie głośniejsze, niż głos wadery. 
Mnie także podobały się te wyścigi w powietrzu. Nie pierwszy raz zresztą widzieliśmy taką sytuację. Passer nie był jedynym smokiem, który podczas podróży zaczepiał inne. 
- Myślałeś, że zdołasz się tu przede mną schować? - usłyszeliśmy nagle głos Caprei. 
Zaraz potem poczułam nad sobą uderzenia wiatru, ewidentnie wywołane przez wielkie skrzydła smoczycy. Jednak nadal nie mogłam jej wypatrzeć. Passer nie czekał na kolejny ruch przeciwnika. Postanowił spaść z powrotem poniżej chmur. 
***
Przed południem zarządzono postój. Tym razem padło na dosyć nierówny teren. Tuż po lądowaniu, zleciałam z grzbietu smoka i rozejrzałam się po okolicy. Pagórki, na które trafiliśmy, porastała miękka trawa. Ta okolica nie wyglądała na nic nadzwyczajnego; trochę otwartej przestrzeni na skraju lasu, ale mnie podobało się tutaj. 
Odkąd wyruszyliśmy, z każdym dniem podróży czułam się coraz lepiej. Dwa miesiące po wyjściu z więzienia (które spędziliśmy jeszcze w Białym Mieście) nie były najweselszym okresem mojego życia. Trwałam wówczas w jakiejś dziwnej niezdolności do robienia czegokolwiek. Nie mówiąc już nawet o tym, jak fatalny humor miałam przez ten czas. Teraz było już znacznie lepiej. "Może wreszcie wracam do normalności" - pomyślałam. 
Wkrótce obok mnie stanęli moi sąsiedzi z podróży; Leah, potem Ting, dalej Asgrim, Torance (z Eleną w pyszczku), na końcu Baldor. 
- Uważałbyś z tymi igłami, za każdym razem rysujesz mi łuski - Mruknął Passer do ostatniego Odmieńca. 
Strażnik Lasu obejrzał się na wspomniany element swojego wyglądu. Przejechał po szpilkach łapą, ale widocznie nie miał pomysłu, co mógłby z nimi zrobić. 
Torance wraz z Asgrimem pierwsi oddalili się nieco od nas. Para spoglądała na siebie nawzajem, ale nic nie mówili. Wyglądało to trochę dziwnie. W międzyczasie ich kotka zaczęła czyścić futerko. Natomiast Leah poszła porozmawiać ze swoim towarzyszem - Arkanem, który wylądował kawałek dalej - na zboczu wzgórza. 
Postanowiłam, że w takim razie ja zajmę się czytaniem "książki", którą przepisał mi Ting. Trawa była zupełnie sucha, a pojedyncze chmury nad nami nie wskazywały, że zacznie padać. Warunki były więc jak najbardziej odpowiednie. Podleciałam do kosza, który był na grzbiecie Passera. (Smok już zdążył się ułożyć wygodnie na trawie, więc nie chciałam go drażnić, skacząc po jego łapach.). Zdobywszy plik związanych kartek, wróciłam na ziemię i usiadłam, by zacząć czytać. 
Zaraz po otrzymaniu tomu, niezbyt miałam ochotę na spędzanie nad nim więcej czasu. Tak więc skończyło się na tym, że dotąd nie doszłam do tego rozdziału, o którym wspominał mi Ting. Miało pojawić się tam coś naprawdę ciekawego. Odmieniec spytał mnie tydzień temu, jak mi idzie czytanie. Wtedy ze wstydem musiałam przyznać, że po dwóch miesiącach nadal nie dotarłam do tajemniczego fragmentu.
Pierwszy rozdział (który skończyłam jeszcze w Białym Mieście) przedstawiał ogólne fakty o królestwie, którego historia jest przytaczana. Drugi (ten był wyjątkowo krótki, więc przeczytałam go w jeden dzień) był o najważniejszej wojnie w dziejach tego małego kraju. Obecnie zbliżałam się do końca trzeciego rozdziału. Wspomnę, że nad tym małym państwem władzę sprawowała dynastia wilkołaków, które NIE posiadały magicznych zdolności. Dlatego żyli pod ciągłym strachem; gdyż bliscy sąsiedzi władali potężną magią i mocami wielu żywiołów. 
Koniec końców dzisiejszego dnia czytałam dobre parędziesiąt minut. Lektura nie zwalała z nóg, ale to, jak była napisana, utrzymywało moją uwagę. Wreszcie dotarłam do TEGO momentu. Brzmiał on tak: 
"... Władca znalazł więc elfa, który zgodził się wykonać to zadanie. Po pięciu latach zamknął moce żywiołów w czterech przedmiotach, by wreszcie wilkołaki miały broń, której nawet tamte państwo będzie się lękać. W pierwszym - Ogień i Wiatr. Drugim - Ziemię i Naturę. Trzecim - Wodę i Lód. W czwartym - Czas i światło..."

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

sobota, 7 września 2019

Od Edel "Życie kołem się toczy" cz. 1 (cd. Crane)

Lipiec 2024
Nasz pobyt w Białym Królestwie znacznie się przedłużył, jednak nie mogłam narzekać. Nowotwór wykańczał mnie z każdym kolejnym dniem. Jeśli tuż przed odejściem z Zakonu byłam słaba, tak teraz ciężko było nazwać mój stan słowami. Chodzenie stało się niemal niemożliwe, a mdłości nachodziły w całkiem losowych momentach i nie opuszczały mnie przez prawie całe dnie i noce. Wymiotowanie stało się pierwszą rzeczą, którą robiłam po przebudzeniu i jedną z ostatnich przed zaśnięciem. I to z oczywistym pominięciem nocnych pobudek. Nigdy nie dałabym rady kontynuować podróży na smoku w tym stanie.
Nie wiedziałam, jakim sposobem Crane ze mną wytrzymywał. A już zwłaszcza od chwili, kiedy przeniosłam się na stałe do jego pokoju, sprawiając mu codzienne nocne atrakcje. I to znacznie mniej przyjemne, niż mógłby się spodziewać. Pomimo tego basior znosił wszystko z kilkoma cichymi westchnięciami, wieloma słowami wsparcia i rosnącym zmartwieniem w oczach.
 W którymś momencie do zwyczajowych objawów doszło coś... Jakby dziwny obrzęk wokół mojego brzucha. Liczyłam, że ten sam zniknie, jednak kiedy czas mijał, a on się jedynie powiększał, nie mogłam powstrzymać niepokoju. Poprosiłam Crane'a, żeby spróbował znaleźć jednego z watahowych medyków. Wilk nalegał na początku do skonsultowania się z tym znanym lekarzem z Białego Miasta, Patrickiem, ale nie miałam zamiaru się zgodzić. Znacznie bardziej ufałam wilkom z watahy. No i nie chciałam, żeby Crane płacił za byle diagnozę, skoro odpowiedzi mógł mi prawdopodobnie udzielić ktoś z nas.
Basior posłusznie wyruszył na poszukiwania. Jeśli chodziło o jakichkolwiek lekarzy, ton w "naszej" karczmie mieszkał jedynie Magnus, który akurat tego dnia gdzieś wyszedł. Żadne z nas nie miało pojęcia, kiedy samiec mógłby wrócić i czy w ogóle. Wobec tego Crane wyruszył na Białe Miasto wspierany kilkoma wskazówkami od wilków z watahy odnośnie gospody, w której zamieszkiwała Ellamaria oraz Volga - dwójka medyków wywodząca się z Watahy Czarnego Kruka.
Ja w tym czasie nie byłam specjalnie produktywna. Leżałam w miejscu, w którym zostawił mnie mój partner (dalej nie mogę uwierzyć jak to wyrażenie pięknie brzmi!) i starałam się powstrzymać wstrząsające mną mdłości. Miałam wrażenie, jakby coś kotłowało się w moim brzuchu. Wrażenie było dziwne. Znane i nieznane jednocześnie.
Kiedy drzwi cicho zaskrzypiały, zwiastując tym samym przybycie Crane'a, akurat spałam. Jednak ten dźwięk zwrócił moją uwagę i skutecznie wybudził ze snu. Spróbowałam wstać, lecz słabe łapy odmówiły mi posłuszeństwa. Dopiero kolejnym razem mi się udało, a i tak się chwiałam.
- Edel, nie powinnaś wstawać - skarcił mnie Crane.
Puściłam jego uwagę mimo uszu i skierowałam spojrzenie na postawnego basiora, który wszedł tuż za moim partnerem. Samiec miał potargane brzoskwiniowe futro z kilkoma jasnymi wstawkami. Jego czarne oczka biegały po całym pomieszczeniu, jakby nie mógł się zdecydować, w którą stronę powinien patrzeć. Dopiero gdy delikatnie odchrząknęłam, spojrzenie medyka zatrzymało się na mojej sylwetce. Po wcześniejszym zagubieniu nie było śladu, kiedy zmierzył mnie uważnym wzrokiem.
- Crane opowiedział mi o twojej chorobie - Mówił na tyle cicho, że musiałam się wsłuchać, żeby usłyszeć wszystkie słowa. - Połóż się.
Posłusznie wykonałam jego polecenia. Z lekarzami się nie dyskutowało.
Volga niemal bezszelestnie podszedł do mnie. Wskazał mi łapą, żebym przewróciła się na plecy, co natychmiastowo zrobiłam. Wilk nachylił się w stronę mojej piersi i zaczął nasłuchiwać. Następnie położył łapę na brzuchu, by po chwili ją zabrać i przyłożyć do niego ucho. Nie rozumiałam, na czym ten zabieg miał polegać, ale samiec cały czas coś do siebie mruczał pod nosem. Próbowałam coś z tego zrozumieć, ale słowa były wyrwane z kontekstu i poprzetykane mruknięciami w stylu: "mhm" czy "yhym".
W końcu się ode mnie odsunął i odwrócił w stronę Crane'a, który siedział nieopodal, patrząc na całą scenę z czymś w rodzaju niepokoju. Następnie spojrzał ponownie na mój brzuch, a potem w oczy.
- Jesteś śmiertelnie chora, ale to już wiesz, nieprawdaż? - zaczął.
Odmruknęłam coś w ramach potwierdzenia.
- Powiększający się brzuch nie jest jednak wynikiem choroby, jak myśleliście... - Każde słowo wymawiał irytująco wolno. Przeciągał werdykt, sprawiając, że zaczynałam się coraz bardziej stresować.
- Wobec tego czego? - wtrącił Crane.
- Ciąży - odpowiedział krótko medyk.
Poczułam, jak coś się we mnie załamuje. Ciąży... Jestem w ciąży... Miałam wrażenie, że to jeden wielki żart. Niemal czekałam, aż ten cichy lekarz zaśmieje mi się prosto w pysk.
- Twój czas powoli się kończy, a rosnący szczeniak może jedynie przyspieszyć cały proces. Zazwyczaj w takiej sytuacji zalecam usunięcie ciąży, lecz w tym wypadku... Nieważne jaką decyzję podejmiesz, najpewniej oboje umrzecie - wyjaśnił basior.
Oboje umrzemy niedługo. Ja i szczeniak, którego noszę w sobie od... właśnie, kiedy? W głowie stanęło mi wspomnienie ostatniego razu. Żadne z nas nie spodziewało się jakie będą skutki tamtej nocy...
- Jeśli miałbym być szczery, to najlepszym wyborem będzie próba donoszenia malucha. Jest w końcu minimalna szansa, że chociaż on urodzi się zdrowy, a pani, proszę wybaczyć za dosadność, i tak umrze. Dam wam czas na zastanowienie się nad tym wszystkim, jednak proszę o podanie w najbliższym czasie swojej decyzji - powiedział i wyszedł. Tak po prostu.
Jego słowa zawisły w powietrzu. Zarówno ja i Crane milczeliśmy, zastanawiając się w ciszy nad tymi niespodziewanymi wieściami. Nie wiedziałam, jak to się odnosiło do samca, ale ja byłam w głębokim szoku. Jednak oczywistym dla mnie było, że spróbuję donosić ciążę do końca. Nie mogłam zabić w końcu życia w zarodku, nawet jeśli zostało zrodzone przez przypadek. Nawet jeśli było to niebezpieczne...

<Crane?>