czwartek, 26 września 2019

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 10

Październik 2024
Ruszyłam z powrotem w las z zamiarem odnalezienia Magnusa. Miałam tylko nadzieję, że jest w pobliżu, a nie na jakiejś ekspedycji w terenie. Chociaż tak właściwie to drugie nie byłoby do niego podobne. Spróbowałam znaleźć zapach wspomnianego wilkołaka, ale nagromadzenie śladów innych członków watahy, smoków i leśnych stworzeń nie ułatwiało tego zadania. Po co obwijać w bawełnę, nie mogłam rozróżnić w tym chaosie żadnego tropu. Byłam skazana na wykorzystanie innych zmysłów. 
Trochę to zajęło, ale w końcu udało mi się znaleźć Magnusa. Basior znalazł sobie idealnie suche miejsce pod kawałkiem ziemi przetrzymywanym przez korzenie krzywo rosnącego drzewa. Tworzyło to przyjemną, małą norę. W sam raz dla jednego wilka, szczególnie tak drobnej postury jak Magnus. Samiec drzemał, zwinięty w kłębek. Trochę szkoda było mi go budzić. To oczywiście nie znaczyło, że tego nie zrobię.
– Humf? – mruknął mój znajomy, kiedy go trąciłam. Otworzył nieznacznie oczy i spróbował namierzyć osobę, która zakłócała mu odpoczynek. Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie. Basior szybko zamrugał. Wyglądał na zaskoczonego.
– Znasz się na piorunach, Magnus? – spytałam.
– Co? Co masz na myśli? – Podniósł głowę. Wyraz zdziwienia nie znikał.
– Wiesz jak działają? Dlaczego uderzają, gdzie uderzają? – kontynuowałam.
– A, o to ci chodzi... – Basior przeciągnął się i wyczołgał ze swojej norki. 
– Więc? - Czekałam, aż zacznie tłumaczyć zagadnienie.
– To bardzo proste – mruknął. – Wyładowanie elektryczne zawsze szuka najkrótszej drogi z chmury do uziemienia.
– Czyli ziemi?
Te wilkołaki wychowane pośród ludzi mają jakieś zamiłowanie do używania dziwnych wyrazów.
– W tym przypadku tak – Pokiwał głową. - Dlatego uderzają w najwyżej położone punkty.
– Zawsze? - dopytywałam dalej.
– Dopóki te punkty są przewodnikami – odparł wilkołak.
Posłałam mu zdezorientowane spojrzenie. Nieożywiony materiał a przewodnik? Co to w ogóle znaczyło? Przewodnik do czego? 
– Przewodnik to materiał, przez który może płynąć elektryczność– wytłumaczył Magnus. - Przeciwieństwem przewodnika jest izolator. Przewodnikami są metale albo woda, natomiast izolatorem może być suche drewno.
– Yhym – mruknęłam. – Pioruny celują w wysokie punkty, przez które może płynąć elektryczność - powtórzyłam na głos. – Chyba już rozumiem. Dzięki za pomoc.
– Nie ma za co. To wszystko? - upewniał się basior.
– Chyba tak.
– Skąd w ogóle u ciebie takie nagłe zainteresowanie zjawiskami atmosferycznymi? - Magnus zmrużył odrobinę oczy. 
– Um... Jakoś tak – Spojrzałam gdzieś w bok. - Czasem obserwowałam burze i zastanawiałam się, jak to wszystko się odbywa.
Więc żeby trafić cokolwiek piorunem, będę musiała walczyć z jego naturalną tendencją do celowania w najwyższe punkty w okolicy. Jakby samo przywołanie go nie było dostatecznie męczące. Nie mogło być to chociaż trochę prostsze? 
Tego samego dnia wróciłam na pole. Zaczekałam jednak aż deszcz przestanie padać zupełnie. Krople uderzające o futro tylko by mnie rozpraszały. Stanęłam dokładnie tam, gdzie odbyła się moja pierwsza próba sprowadzenia pioruna; naprzeciwko tego samego głazu. Szczerze wierzyłam, że nowo nabyta wiedza trochę mi pomoże przy drugim podejściu. Teraz już wiedziałam, na co zwrócić szczególną uwagę. Omiotłam wzrokiem okolicę. Jakiekolwiek samotne drzewa wydawały się być daleko od kamienia. Niestety ostatnim razem piorun trafił właśnie w jedno z nich. Tak więc nie była to dostateczna odległość, by nie przyciągały tej wiązki elektryczności do siebie. Przez myśl przeszło mi, żeby odwlec trening i poszukać innego miejsca.
Nie. Szkoda na to czasu. Dam radę w takich warunkach - powiedziałam sobie w duchu.
Wystawiłam jedną łapę naprzód i skumulowałam energię żywiołu. Powtórzyłam każdy krok z poprzedniego podejścia. Jedynie pod koniec, rzucając piorun w stronę ziemi, skupiłam się, by nie pozwolić mu uciec nigdzie na bok. Energia magiczna miała pozostać w ściśle określonym położeniu. Pilnowałam także, by nie zamknąć znów oczu. Zdawało mi się, że to pozwalało lepiej manewrować żywiołem w przestrzeni. 
Sam wystrzał wiązki energii elektrycznej trwał bardzo krótko. Jednak po fakcie poczułam się, jakbym właśnie przepłynęła wpław całe wielkie słone jezioro (to ze starych terenów watahy). Tuż po wielkim huku oznajmującym, że piorun uderzył, opadłam na ziemię. Chwilę tak leżałam na boku, ciężko oddychając. Ponownie przejechałam wzrokiem po linii horyzontu, ale tym razem nigdzie nie widziałam wysokiego słupa ognia. 
Powoli wstałam z ziemi i  ruszyłam przed siebie. Przyspieszyłam na tyle, na ile starczyło mi sił. Dookoła głazu, w który cały czas celowałam unosiła się teraz zasłona kurzu. Nadzieja, że wszystko poszło zgodnie z planem z każdą chwilą rosła. Użyłam mocy wiatru, by rozgonić pył lekkim podmuchem. Skała była rozkruszona na trzy wielkie kawałki!
– Tak! – zawołałam na całe gardło.
Podeszłam jeszcze bliżej i okrążyłam kamień. Przyglądałam się każdemu pęknięciu, dumna jak paw.
– Udało się, udało się – wymamrotałam sama do siebie.
Usiadałam naprzeciw swojego dzieła. Napawałam się tym widokiem prawie minutę.
Zostałam dzisiaj władcą piorunów. Jak Loki. Nie, chwila to nie ten. Jak to było w tej nordyckiej mitologii? Po chwili rozmyślania, zostawiłam temat na później. Chyba powinnam sobie co nieco odświeżyć.
Po raz kolejny podeszłam bliżej rozłupanego przez piorun głazu. Z tej perspektywy dostrzegłam, że coś połyskiwało w środku skały. Cała struktura kamienia była już naruszona, więc bez większego problemu wyłamałam interesujące mnie kawałki. Ostatecznie zebrałam w ten sposób trzy błyszczące odłamki jakiegoś metalu. Postanowiłam, że po powrocie spytam Tinga, co to konkretnie jest. Schowałam swoje znalezisko do torby i pobiegłam z powrotem do lasu, gdzie odpoczywała wataha.

<C. D. N.>  

Uwagi: brak.

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 9

Październik 2024
Wciągnęłam w płuca ciepłe powietrze. Stałam teraz na otwartym polu, całkiem daleko od pozostałych wilków. Wpatrywałam się w mój cel, czyli samotny głaz. Dzieliło mnie od niego dwadzieścia metrów. Po chwili spojrzałam jeszcze raz na niebo. Od rana zasłaniały je warstwy ciemnoszarych chmur. Idealne warunki do pierwszej próby. Zwróciłam oczy z powrotem na skałę. 
– Nad czym jeszcze myślisz, Pierzasta? Zaczynaj, bo robi się nudno – usłyszałam. 
Jedyną osobą, która mi towarzyszyła na tym polu, był Ting. Przycupnął gdzieś za mną i obserwował moje poczynania. Dotychczas siedział cicho, ale wiadomym było, że długo tak nie wytrzyma. Nie odpowiedziałam nic na jego uwagę. Skupiłam się i użyłam swojej mocy. Posłałam ją wysoko, w siwe kłęby pary wodnej. Zacisnęłam powieki, by nic mnie nie rozproszyło. Pozwalałam wichrowi krążyć pośród chmur jeszcze parę minut. W końcu uznałam, że nadeszła odpowiednia chwila. Spięłam wszystkie mięśnie i rzuciłam energię magiczną w dół. 
Usłyszałam głośne uderzenie. Poczułam się nieco słabsza.
Piorun uderzył; to nie ulegało wątpliwości. Sukces! 
Otworzyłam oczy i podniosłam pyszczek. Jednak na kamieniu, w który chciałam wycelować, nie było ani śladu. Wtedy mój wzrok przyciągnął jakiś blask w oddali. Wcześniej go tam nie było. Zrozumiałam, że to ogień. Czemu...? Co się stało? 
Ruszyłam w tamtym kierunku. Najpierw powoli, potem przyspieszyłam do truchtu, wreszcie do biegu. Pomarańczowy słup ognia był coraz bliżej. Spostrzegłam, że to płonące drzewo. Zatrzymałam się dopiero bezpośrednio przed nim. Spojrzałam na towarzyszącego mi cały czas Tinga, oczekując podpowiedzi, o co tutaj chodzi. 
– Nie wiem, czy to jest sukces... – mruknął Odmieniec. – Piorun uderzył, ale... trafił pięćdziesiąt metrów dalej. 
– Naprawdę? – Usiadłam z wrażenia. – Przecież... przecież... 
– A, czyli znów używałaś mocy z zamkniętymi oczami – Mój towarzysz przejechał łapą po czaszce zasłaniającej mu pysk – Pogratulować roztropności. 
– To nie ma z niczym związku! Wiedziałam, gdzie był kamień. Piorun miał uderzyć w niego! – rzuciłam. - Tak miało być! 
– Miał, miało... – wymamrotał Ting prześmiewczo, naśladując łapą ruch mojego pyszczka. – Przestań udawać kota i zacznij myśleć, co zrobiłaś nie tak. 
– Co mogłam zrobić nie tak?! – Zwróciłam pyszczek w jego stronę. Zaczynał mnie naprawdę denerwować. 
– A mnie skąd wiedzieć? – rzucił bez wyrazu. – Ty tu masz magiczne zdolności. 
– Po coś cię wzięłam ze sobą. 
Strażnik Wichury mruknął coś i pokręcił głową, spoglądając gdzieś w niebo. Patrzyłam na mojego towarzysza jeszcze chwilę, ale oczywistym stało się, iż skończył ze mną rozmawiać. Na domiar złego, poczułam, że zaczynał padać deszcz. 
– Chodźmy się gdzieś schować – mruknął Odmieniec i ruszył z powrotem w kierunku, z którego przyszliśmy. 
Nie otwierając pyska, zaszurałam zębami. Następnie spojrzałam jeszcze raz na płonące, samotne drzewo. Gdybym obrała na cel właśnie je, efekt moich starań byłby naprawdę satysfakcjonujący. Westchnęłam ciężko i poszłam za Tingiem, zwieszając ogon. Dotarliśmy z powrotem pod przerzedzone korony drzew, akurat przed początkiem prawdziwej ulewy. W tym samym miejscu była większość watahy, a także niektóre smoki, które nie lubiły moknąć. Przerzedzone listowie nie chroniło przed deszczem idealnie, ale nie było tutaj wielu lepszych opcji. 
– Pierzasta – zaczepił mnie znów Ting. – Patrz kto tu jest. 
Odmieniec niezbyt dyskretnie wskazał łapą Joela. Basior akurat próbował uspokoić swoje starsze szczenięta i wyperswadować im pomysł pobiegnięcia do mamy. 
– On ma moc elektryczności, może zdoła ci pomóc - oznajmił mój towarzysz. - Idź go spytać o sprowadzanie piorunów
– Uch, może lepiej nie... – odwróciłam wzrok. 
– Nie musisz przecież zdradzać, że sama próbowałaś i z jakim efektem.
Ten argument był akurat dobrze dobrany. Na tyle, by zachęcić mnie do zaczepienia Joela. Wstałam z miejsca i podeszłam bliżej znajomego basiora. Próbowałam zacząć rozmowę, ale wtedy Morti pobiegł do mnie powtarzając "Cześć ciociu" i nie zamierzał odpuścić, dopóki nie zwrócę na niego uwagi. Odpowiedziałam mu więc i już wszystko wskazywało na to, że będę mogła pogadać z Jo, ale wtedy doskoczył do nas także Theo. Ten również czuł nieodpartą potrzebę przywitania się ze mną. Kiedy jemu też odpowiedziałam, Morti zaczął wypytywać swojego tatę, kiedy dostaną coś do jedzenia. I tak mniej więcej wyglądały kolejne minuty, aż wreszcie Jo stwierdził, że raczej nie damy rady teraz porozmawiać. Miał sam na głowie wszystkie starsze szczenięta, bo Yuki była zajęta karmieniem młodszych. Tak więc, pożegnałam wilka, zanim w ogóle miałam możliwość przedstawienia tematu. Wróciłam do Tinga. Nie musiałam mu opowiadać, jak to się skończyło; sam wszystko widział.
Przysiadłam na skraju lasu i spojrzałam na otwarty teren, z którego wcześniej wróciliśmy. Najgorszy moment ulewy się skończył, więc widoczność była całkiem niezła. Dostrzegłam po chwili na polu sylwetkę jakiegoś zwierzęcia. Nie był to wilk, ani też smok. Stwór kłusował jak koń. Wytężając wzrok, rozpoznałam w tym hipogryfa. Wtenczas przypomniałam sobie, że ten konkretny był towarzyszem Magnusa.
Właśnie, Magnus... On też jest wilkołakiem, a te wykazują się całkiem niezłą wiedzą z różnych dziedzin. W końcu starzeją się wolniej, jeśli pozostają w ludzkiej formie. A Magnus miał już ponad trzydzieści lat. To strasznie dużo. Może wie co nieco o piorunach - pomyślałam.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

środa, 25 września 2019

Od Crane'a "Czasem warto wyświadczyć komuś przysługę" cz. 3

Wrzesień 2024
– Coś tu jest – rzucił Camus, opierając przednie łapy na wielkiej skale. – Coś tu jest! – powtórzył. – Pachnie, jak mój Srebrny Medalion.
– Więc srebro? – spytałem.
– Srebro! – krzyknął ucieszony. – Tak, srebro.
Wstałem z ziemi i zacząłem się wycofywać. Nie chciałem stracić w pełni funkcjonalnego oka przez latające kawałki srebra. Tymczasem Camus w pełnym skupieniu sprawił, że głaz, który znaleźliśmy, zaczynał pękać. Pojawieniu się każdej nowej rysy, towarzyszył donośny trzask. Po około minucie, Camus rozłamał głaz na dwie części. W ten sposób ujawnił połyskujące kawałki cennego metalu. Wilk chwilę się temu przyglądał, potem postawił kilka kroków w tył. Następnie z małego rozbiegu uderzył jedną łapą w kawałek skały. To sprawiło, że interesujący nas kruszec odłamał się od nic niewartego kamienia. Błyszczące kawałki pospadały na ziemię.
– Częstuj się, przyjacielu – zachęcił Camus.
Nie trzeba było mi niczego powtarzać; poszedłem znów bliżej i zacząłem zbierać srebro. Naprawdę, dostarczanie jedzenia temu wilkowi było opłacalne. Za byle zająca dostawałem srebro, szafiry, nawet diamenty. Wspaniały układ,
– Myślisz, że z takimi zdolnościami zdołam wreszcie znaleźć mój Srebrny Medalion? – spytał Camus.
– Nie można tego wykluczyć – odparłem po chwili. – Morze mogło wyrzucić go gdziekolwiek – mruknąłem. Miałem przy tym na uwadze, jak ten samiec zawsze opisywał moment utraty swojego wisiorka. 
– Nie powinienem był go wyrzucać – westchnął ciężko mój znajomy. – Stracenie go to naprawdę zły znak.
– Może kiedyś się uda – pocieszyłem go dobrodusznie.
Z czasem nabierałem wątpliwości, czy na pewno ten wilk jest tak szalony, jak myślałem. Kiedy był skupiony na szukaniu cennych kruszców w skałach, nie czuł potrzeby szukania czegoś wzrokiem przestrzeni, nie czuł potrzeby biegania tam i z powrotem bez celu. Jedyną oznaką jego uszkodzonego umysłu było wówczas powtarzanie historii o wisiorku. Może jeszcze ten jego szczenięcy entuzjazm. Czy jest możliwe żeby te codzienne wyprawy mu pomogły?
Zastanawiając się nad tym dziwnym zagadnieniem, sprawdziłem, czy nie pominąłem żadnego kawałka srebra. Następnie w towarzystwie Camusa ruszyłem w dalszą drogę. Nadal oddalaliśmy się od miejsca postoju obu stad i smoków. Nie minęło jeszcze dosyć czasu, bym mógł wrócić do mojej Edel. Zauważyłaby, że minęło tylko pół godziny i znów na jej pięknym pyszczku pojawiłby się wyraz smutku.
Po drodze Camus przynudzał mi jeszcze o tym samym Srebrnym Medalionie, ale w pewnym momencie nagle zmienił temat. Powiedział coś o niedźwiedziu. Słysząc nowe słowo, zatrzymałem się i podniosłem uszy.
– Mógłbyś powtórzyć? – poprosiłem.
– Mówiłem, że lada dzień nauczę zmieniać się w niedźwiedzia – oznajmił Camus.
Popatrzyłem na niego szczerze zdziwiony. 
"Nie myliłem się. On naprawdę się zmienia. Coś w nim się zmienia." - pomyślałem. 
– Świetnie, to naprawdę świetnie – wygiąłem kąciki ust w sztucznym uśmiechu. – Wspaniale.
Ta sytuacja jest naprawdę interesująca.
Dzisiejszego dnia stado wylądowało na rozległej łące. Jedynie w paru miejscach w okolicy rosły ciasne skupiska kilku drzew. Właśnie teraz zbliżaliśmy się do jednej z takich „wysepek”. Mijając pierwszy pień odruchowo obwąchałem jego korzenie, żeby sprawdzić, na jakie zwierzęta można tu trafić. Na szczęście nie poczułem żadnego groźnego, magicznego zwierza. Tylko pospolite lisy, jelenie i... niemagiczne wilki. Zdałem sobie sprawę, że wieki żadnego nie widziałem. 
Jak to mogłoby się skończyć, gdybyśmy trafili na taką grupę? Pewnie tamci byliby agresywni. W końcu to ich teren. My dwaj mamy jednak magiczne zdolności. Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, że Camus może nie umieć wykorzystać dobrze swoich mocy w walce, do której nie mógł się przygotować...
Tak właśnie rozmyślałem nad potencjalnym spotkaniem z naszymi niemagicznymi kuzynami przez jeszcze paręnaście minut. Tymczasem Camus szukał kolejnych kruszców pod ziemią. Skupiony, jak nigdy wcześniej. Jednak minęło trochę czasu, zanim znów zatrzymał się, by zakomunikować:
- Crane, mam coś!

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

wtorek, 24 września 2019

Od Lind "(Nad)zwyczajne dni w podróży" cz. 8

Październik 2024
Smoki wynurzyły się z chmur. Słońce było idealnie przed nami, więc jego promienie agresywnie ugryzły nas wszystkich w oczy. „Nas wszystkich”, to jest tych, którzy nie chowali się po plecionych koszach w obawie przed wypadnięciem. Dziś Passer tak szalał, że wszelkie koty, przebywające na jego grzbiecie, podjęły decyzję o pozostaniu w naszych bagażach aż do kolejnego postoju. Starym zwyczajem, smok przy okazji każdego nowego zestawu podniebnych popisów, zaczynał nową pieśń. Tego dnia odśpiewał już „Grotę Władcy Wulkanu”, „Wędrujące Węże” i „O Zapomnianym Szczycie”. Pierwsza pieśń była znośna, druga strasznie denerwująca, a trzecia... o dziwo bardzo mi się podobała. Dobrze pasowała do instrumentów Odmieńców, to jest banjo i djembe.
Podczas piątego refrenu, Passer zawołał głośno i wykonał pełen obrót w locie. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że akurat wtedy Ting chciał „zmienić akord”, czyli przesunąć łapę na gryfie swojej „małej gitarki”. Podczas piruetu smoka, instrument wyślizgnął się ze szponów Odmieńca i poleciał w dół. Strażnik Wichury skoczył w jego kierunku, ale było już za późno. As musiał schwycić Tinga za kołnierz, by i on nie poszybował w kierunku ziemi.
– Pierzasta, leć za nim! - rzucił błagalnie Odmieniec, łapiąc się podstawy skrzydła Passera.
Nie potrafiłam odmówić. To brzdąkanie zwykle mnie denerwowało, ale wiedziałam, jak ważne było banjo dla mojego towarzysza. Zeskoczyłam więc z grzbietu smoka i pomknęłam w dół za cennym instrumentem. Nie było czasu do stracenia, więc skrzydła zaczęłam przywoływać dopiero w drugiej kolejności. Szybko wypatrzyłam stracony przedmiot w powietrzu. Skupiłam się i schwyciłam go mocno wiatrem. Przyciągnęłam banjo do siebie, złapałam w zęby i dopiero wtedy rozłożyłam skrzydła. Musiałam nieźle się wysilić, by dogonić Passera. Zmieniłam kurs tylko na chwilę, lecz smok w tym czasie oddalił się o dobre paręset metrów.
Po chwili wylądowałam znów na pokrytym zielonkawą łuską grzbiecie, ściskając w zębach cenny przedmiot. Odmieniec natychmiast mi go odebrał (w sumie mogłabym użyć też słowa „wyrwał”).
– Dziękuję, Pierzasta – wysapał. – Dziękuję.
– Dobra robota – dodał Passer. – Talent twoich Odmieńców poszedłby na zmarnowanie bez instrumentów.
– Kto powiedział, że jesteśmy JEJ Odmieńcami? – odezwał się nagle Baldor. – Odgrywamy rolę jej niewolników czy co?
– Passerowi chodzi o relację właściciel-towarzysz – sprecyzowała Leah.
– Pierzasta nie jest naszym właścicielem – rzucił Ting. – Jest tylko właścicielką Wichury Płomieni – powiedział bardzo powoli, żeby wszyscy dookoła na pewno zrozumieli. 
Wtedy przypomniało mi się, jak bezwzględnie posłuszna była Trzecia Strażniczka wobec Freeze'a. Nic nie mówiła, tylko wykonywała polecenie. Jak tresowana.
– A jak wreszcie ujarzmię jej moc, będziesz moim podwładnym? – spytałam cicho mniejszego Odmieńca.
– Skąd taki pomysł, Pierzasta?
Nie odpowiedziałam nic. Popatrzyłam jedynie po pyskach pozostałych pasażerów. Nie wyglądały, jakby moi przyjaciele domyślali się, co widziałam w Białym Mieście. Asgrim i Torance tym bardziej byli zdezorientowani słuchając naszej wymiany zdań. Oni nie znali mojej historii z Tingiem aż tak szczegółowo, jak Leah.
Na znak jednego z większych smoków, wszystkie pozostałe zaczęły obniżać lot. Tym razem mieliśmy wylądować między lasem, a jeziorem. Zdawało mi się, że po drugiej stronie zbiornika wodnego było więcej miejsca do lądowania. Później wyjaśniono mi, że cały tamten teren to bagna. 
Nasz przewoźnik miał kaprys, by przed lądowaniem przelecieć bezpośrednio nad spokojnym jeziorem. Dostrzegłam, że wówczas Ting znów postanowił złapać się szpikulca na szyi smoka. Kiedy Passer był tak blisko gładkiej tafli, że jego pasażerowie mogli się w niej przejrzeć, wyciągnął łapy przed siebie. Jego pazury zaczęły przecinać lustro wody, rozbryzgując na boki hektolitry zimnej cieczy. Jak na komendę, wszyscy ścisnęliśmy się po środku smoczego grzbietu, żeby uniknąć ochlapania. Wszyscy, poza Asgrimem, który dalej wychylał się na bok i wystawiał język oraz Baldorem, który nawet nie drgnął przez cały lot. 
Passer zatoczył jeszcze jedno koło nad jeziorem, następnie zawrócił wreszcie w stronę wyznaczonego miejsca. Tam zatrzymał i stanął stabilnie na czterech łapach. Wtedy Tori zjechała pierwsza po jego boku na miękkie podłoże. Kiedy dołączył do niej Asgrim, wadera zaczęła mu mówić, że nie powinien był wystawiać się na tamtą wodę, bo nie wiadomo, czy nie jest trująca i tak dalej. Partner poklepał ją łapą po głowie i mruknął, iż docenia, jak ona się o niego martwi, ale tym razem jest to zbędne.
Dołączyłam do moich przyjaciół na pewnym gruncie. Dzięki stałemu dostępowi do wody, trawa była tutaj wysoka i intensywnie zielona. Był to dla mnie argument, że tutejsze jeziora raczej nie są zatrute, ani nic w tym stylu. Niemniej jednak Hitam jak zwykle wyznaczył wilki, które to sprawdzą. Następnie zarządził zbiórkę przywódców polowań, więc Tori musiała skończyć wykład i dołączyć do swoich kolegów w fachu. As posłał jej całusa na do widzenia. Tymczasem ja spojrzałam na horyzont. Słońce już ledwo wystawało zza linii dzielącej niebo i ziemię. Zgadywałam, że łowy odbędą się lada chwila, albo dopiero wczesnym rankiem.
Rozejrzałam się za jakimś lepszym miejscem na oglądanie zmieniającego się nieba. Wtedy dostrzegłam, że Strażnicy Artefaktów już je dla mnie znaleźli. Obaj siedzieli przy pniu powalonego drzewa. Ruszyłam w ich kierunku. Nagle zahaczyłam o coś pazurami; jakby o jakiś cienki łańcuszek. Stanęłam w miejscu i podniosłam łapę. Spostrzegłam, że potknęłam się o jakiś medalion. Był bardzo brudny, co pozwalało mi podejrzewać, iż leżał tu już dosyć długo. Jego kształt wyglądał bardzo znajomo. Odgarnęłam warstwę kurzu. Wtedy zrozumiałam, iż właśnie znalazłam Medalion Rosnącej Potęgi. Naprawdę wyjątkowe znalezisko. Z tego co słyszałam, egzemplarze były dostępne tylko w Zaginionej Krainie, do której jedyną drogą dostępu był jakiś portal. Założyłam sobie wisiorek na szyję i z szerokim uśmiechem na pyszczku wreszcie dołączyłam do Strażników. 
Usadowiłam się wygodnie obok mniejszego Odmieńca i oparłam o korę. Obserwowaliśmy w milczeniu, jak nad naszymi głowami pomarańczowe odcienie powoli, acz zdecydowanie przechodziły w fiolet, a następnie w coraz głębsze odcienie granatu. Proces był powolny, lecz olśniewający. Przez ostatnie dni raz po raz towarzyszyłam Odmieńcom w obserwowaniu pięknego świata. Pozwalałam, by udzielał mi się ich zachwyt i jednocześnie ćwiczyłam kontrolowanie swojej potrzeby ruchu. Dzięki Strażnikom odkrywałam nowe piękno w z pozoru zwyczajnych zjawiskach. 
Wreszcie na czarnym niebie zaczęły migotać pierwsze gwiazdy. Szybko dołączały do nich kolejne. Nim się obejrzałam, świeciło nad nami prawdziwe morze jasnych punkcików. W pewnym momencie niebo przecięła spadająca gwiazda. Baldor drgnął zaskoczony, a ja spytałam swoich towarzyszów:
– Widzieliście? 
– Meteoryt? Jasne – odparł Ting, przeciągając się. 
– Co? – Popatrzyłam na niego zdziwiona. – Miałam na myśli spadającą gwiazdę. 
– Gwiazdy nie spadają, Pierzasta – Strażnik Wichury przewrócił oczami. – Jak coś większego od naszej planety miałoby spaść? Skąd miałoby spaść? 
Zmrużyłam oczy. Pierwszego pytania nie zrozumiałam, ale za to drugie było naprawdę dobre. "Skąd spadają gwiazdy?" - powtórzyłam w myślach i zaczęłam się zastanawiać nad tym zagadnieniem. 
– To, co przeleciało przez niebo to nie gwiazda - przerwał moje rozmyślania Ting. – Czytałem o tym w Królewskiej Bibliotece. To kawałki skał, które spalają się, trąc o powietrze. 
– Skąd... skały wzięły się w powietrzu? – Jeszcze mniej rozumiałam z tego, co mówił. – Próbujesz zrobić ze mnie idiotkę? – obruszyłam się, podejrzewając, że Odmieniec stroi sobie żarty. 
– Tak, zdecydowanie tak - mruknął ironicznie Ting, kiwając głową. – Jak czegoś nie rozumiesz, to znaczy, że ktoś cię oszukuje. 
– Zacznij gadać z sensem – burknęłam. 
Strażnik Wichury westchnął ciężko. Chwilę milczał, potem wyciągnął łapę w stronę nieba. 
– Kilometry ponad ziemią; ponad powietrzem, jest pusta przestrzeń. Pełna planet, pyłu i odłamków skalnych, które są w ciągłym ruchu. 
Zwróciłam pyszczek we wskazanym kierunku. Nadal nie widziałam tam nic poza czarnym kolorem i świecącymi, podkreślę NIERUCHOMYMI gwiazdami. To wszystko brzmiało na absurdalnie przekomplikowane. Za nic nie potrafiłam zobrazować w myślach słów Odmieńca. 
– Nasz świat też jest taką planetą krążącą w kosmosie – kontynuował Ting. – Jest kulą złożoną z ognia, skał, ziemi i wody, otoczoną powietrzem. 
– To też wyczytałeś w Bibliotece w Białym Mieście? – spytałam. 
– Miałem dużo czasu, kiedy byłaś zamknięta w celi – odparł, opuszczając łapę. 
Po plecach przeszedł mi dreszcz. 
– Błagam, nie mówmy o tym – mruknęłam. 
– O, kolejna skała spalająca się w powietrzu – odezwał się znów Ting, wracając do poprzedniego tematu. 
Tym razem nie zdążyłam zobaczyć wspomnianego zjawiska. Akurat patrzyłam na inną część nieba. Wtedy przypomniała mi się książka, którą czytałam hen, hen daleko w przeszłości, kiedy jeszcze byliśmy na dawnych terenach. Przeglądałam ją, jak zawierucha skazała mnie na przesiadywanie całymi dniami w jaskini. Dowiedziałam się wtedy, że tarcie może rozgrzewać, nawet zapalać przedmioty, a także wytwarzać elektryczność. Pamiętałam, iż to drugie bardzo mnie interesowało. W mojej głowie znów zawitał pomysł, by wypróbować to w praktyce. Dostrzegłam na horyzoncie kilka chmur. Podobno tarcie w chmurach wytwarzało pioruny. 
Znów pogrążyłam się w głębokim zamyśleniu. Tymczasem delikatny powiew wiatru zmienił kierunek. Przyniósł ze sobą miłą woń kwiatów. Podniosłam pyszczek i zaczęłam węszyć. Ten zapach to... Nie, nie potrafiłam przywołać w myślach nazwy. Jednak pozytywne skojarzenia sprawiły, że wstałam i poszłam znaleźć źródło przyjemnego zapachu. Paręnaście metrów za pniakiem, przy którym siedzieliśmy, zastałam charakterystyczne fioletowo - różowe krzaki. Róże Hery. Aż dziwne, że nie zwróciłam na nie uwagi wcześniej. Podeszłam bliżej i wyciągnęłam łapę, by zerwać trochę kwiatów. Kiedy uznałam, iż nazbierałam ich już dość, wróciłam do Odmieńców. Co za tym szło, powróciłam do rozmyślań na temat przywoływania piorunów. 
Chyba mam coś, co może mi pomóc w osiągnięciu tego efektu... 

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

poniedziałek, 23 września 2019

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz, co się wydarzy" cz. 12

Sierpień 2024 r.
– Jeśli na kogoś trafimy, to tylko na straż – powiedział Carlo, trzymając klapę otwierającą przejście do systemu podziemnych tuneli pod Białym Królestwem, o którym opowiadał po drodze. Wiatr zawiewał dość mocno jego niebieską grzywkę. Tego dnia nie dawał im spokoju. Lucy owinęła się szczelniej ciężkim płaszczem pożyczonym od Severusa.
– Możemy iść... zależy, ile tej straży by tam było – zastanowiła się na głos Shaten.
– Wydaje mi się, że to dość kiepski pomysł. Patrick się nas pewnie spodziewa – wtrącił Anonim.
Carlo spuścił wzrok. Po raz pierwszy ktoś powiedział to głośno.
– Patrick? – Lucy popatrzyła na Anonima dość mocno zdezorientowana.
– To nie jest czasem ten generał? – dopytał Mirand.
– Czemu miałby się nas niby spodziewać? – zapytała już kompletnie zbita z tropu Lucy. Patrzyła to na Carlo, to na Anonima.
– Wiesz, że Carlo tutaj kiedyś mieszkał – zaczął Anonim – Niegdyś współpracował z Patrickiem i ich drogi nie rozeszły się... cóż, niekoniecznie pokojowo. Ja z kolei uciąłem mu ramię.
– Co proszę? – wykrztusiła – Severus o tym wie?
Anonim potrząsnął przecząco głową.
– Zapuścił się za którymś razem w nasze okolice. Szukali Alexandra.
– Nie rozumiem teraz jednej rzeczy – wtrąciła Shaten – Czemu miałby się nas spodziewać TERAZ, skoro Carlo jest u nas już od dawna?
– Ktoś o żywiole iluzji, ciemności, wspomnień, nocy lub umysłu nas podsłuchał. Czułem to. Nie wszystko, ale tyle, by zorientować się, że szykuje się coś grubego.
– To dlatego nas spowalniałeś? – zapytał Carlo.
– Ta... tak można powiedzieć – uśmiechnął się zadziornie Anonim.
– Może się nas spodziewać, bo nie traci tak łatwo czujności – dodał Carlo, zamykając ostrożnie klapę – Znam go na tyle dobrze, żeby wiedzieć to na pewno. Jeśli dotarły do niego faktycznie te informacje, nie zdziwiłbym się, gdyby miasto, mimo upływu tych kilku miesięcy, wciąż było gęsto obstawione strażą.
Lucy się wzdrygnęła i jeszcze mocniej owinęła płaszczem. Brakowało jej ciepła narzeczonego. Mirand z kolei zaniepokojony wodził wzrokiem po twarzy Anonima i Carlo.
– Może się wycofamy?
– Zostawiliśmy już dość śladów. Jeśli zawrócimy, będą mogli namierzyć Czarne Królestwo po naszym zapachu – objaśnił Anonim.
Arya patrzyła pustym wzrokiem w kierunku murów miasta. Choć nic nie widziała, to przykuło uwagę jej siostry. W zasięgu wzroku nigdzie nie majaczyła się wieża strażnicza, nikt ich nie widział. Ktoś jednak... zostawił drabinę. Nie sięgała ona jednak nawet do połowy muru. Ravyn zmarszczyła brwi.
– Ktoś się chyba próbował tam włamać.
Wszyscy w milczeniu podnieśli głowy w tamtym kierunku.
– Wygląda tak, jakby stała tam od kilku lat – powiedział Anonim – I jest popękana w kilku miejscach. Ktoś musiał z niej spaść.
– Strącają z murów – podsumowała Arya.
Mirand z przestrachem wycofał się za wysoki kamień, będący ich jedyną osłoną przed wzrokiem strażników, których jednak nie było w polu widzenia.
– W takim razie jaki mamy plan? – zapytał nieco kąśliwie Carlo. Unikał spojrzenia Anonima.
– Ktoś z nas musi się wbić do środka, upewnić że w pobliżu nie czai się straż i dać znak pozostałym. Ktoś, kogo nikt tam nie zna. Tylko to nam pozostało.
– Mogę ja – mruknęła Shaten – Na pewne odległości mogę wysyłać sygnały. Jeśli zobaczycie na niebie czarn...
– Tęczę? – podekscytował się Mirand.
– Czarną tęczę? – Zmierzyła go wzrokiem – Lepiej się puknij.
Mirand dopiero wtedy rozumiejąc swoją głupotę, spuścił wzrok. Na jego policzki wpłynęły intensywnie różowe wypieki.
– Czarny kwiat. Niech będzie czarny kwiat – Machnęła ręką Ravyn.
– Róża – doprecyzowała Shaten – Jeśli coś mi się stanie niech będzie to gałąź z liśćmi. Na pewno rozróżnicie.
Niechętnie skinęli głowami. Anonim w milczeniu patrzył przed siebie.
– Mam wam tylko zrobić rozeznanie, czy...
– Pozbądź się wszystkich strażników na trasie do Białego Pałacu. Nie ważne jak, byle ich nie było. Tylko dyskretnie, aby nie wywołać zamieszania – powiedział w końcu Anonim.
– Nie wiem jak trafić do...
– Pokieruję cię – Utkwił wzrok w jej twarzy – Idź. Nie ma co tracić czasu.
Patrzyła na niego jeszcze przez moment, a następnie naciągnęła na głowę kaptur. Odwróciła się na pięcie i odeszła.
Anonim dał pozostałym znak, aby usiedli za kamieniem tak, aby być niewidocznym dla straży.

Oczekiwanie na jakikolwiek znak zdawało się być niekończącą się męką. Ilekroć Carlo zerkał na zegarek, wszyscy inni spoglądali mu przez ramię, by też wiedzieć ile czasu minęło. Nie rozmawiali ze sobą. Raz przeszedł ścieżką nieopodal strażnik, jednak zdołali przeskoczyć kawałek dalej, aby ich nie dostrzegł. Kiedy tylko się odlał, wrócił na wartę na terenie Białego Miasta. Lucy skwitowała to kręceniem głową z dezaprobatą.
Po kilku godzinach, kiedy koniuszki palców u dłoni i stóp zupełnie im wymarzły, Anonim uniósł dłoń. Jego oczy lśniły, gdy patrzył ze szczerą fascynacją na niebo.
– Róża – szepnął.
Carlo poderwał się z ziemi i ostrożnie wyjrzał zza skały. Nim wstał, Anonim już popędził w stronę gdzie była Brama Główna. Carlo przeklął i popędził w ślad za nim. Cała reszta kompanii nie chcąc być gorsza, zrobiła to samo. Anonim po drodze dał im znaki na migi, aby się rozdzielili na dwie grupy. Wiedzieli dobrze jakie, i co powinni zrobić w Białym Królestwie. Mimo że dowodził, zdawał się być najmniej zestresowany z nich wszystkich. Jakby nie przewidywał możliwości, że cokolwiek nie pójdzie zgodnie z planem.
Przy bramie po raz pierwszy nie było strażników. Dopiero wtedy zupełnie zwolnili, starając się nie rzucać zbytnio w oczy. Jako pierwsza ruszyła grupa z Carlo na czele. Druga była ta z Anonimem. Obaj starali się podejmować przyjacielską rozmowę, udając, że są tylko grupką pielgrzymów. Niedługo potem już całkiem zniknęli sobie z oczu.
Carlo nerwowo poprawił grzywkę tak, aby nie wystawała mu z kaptura. Lucy z gracją stawiała kroki po brukowanej ulicy i sprawnie wymijała przechodniów. W jej głosie choć słyszał przyjacielską nutkę, to wzrok migdałowych oczu pozostawał zdecydowany, zacięty. Mirand zaś mówił wyjątkowo mało. Był spięty. Carlo przeszedł dreszcz na myśl, że zbyt duży stres może zepsuć im akcję.
Czas mijał, a na nich wciąż nie wpadła Shaten. Carlo zaczął się denerwować. Weszli już na jak zwykle zatłoczony rynek. Co prawda w polu widzenia ani razu nie mieli strażnika, co oznaczało, że siłą rzeczy musiała tamtędy przechodzić, ale mimo to pozostawał w nim przeszywający lęk. Był przyzwyczajony do tego, że zawsze wszystko szło zgodnie z planem. Co prawda wynikało to z perfekcjonistycznej natury Patricka, ale...
Uświadamiając sobie, że pomyślał o czasach współpracy z osobą, z którą niegdyś uwielbiał spędzać czas, a teraz działa dokładnie przeciwko niego, poczuł niesmak. Niesmak tak wielki, że zrobiło mu się niedobrze.
Wtedy nareszcie dostrzegł idącą im naprzeciw Shaten. Nie patrzyła mu w oczy. Jej krok był żwawy, stanowczy. Uciekł wzrokiem gdzieś na bok, kiedy uderzyła Miranda ramieniem tak mocno, że się zachwiał. Odeszła, znikając za nimi w tłumie.
– Masz? – szepnął Carlo.
W dłoni Miranda błysnęło metalem. Carlo skinął głową. Trudno mu było powstrzymać unoszący się kącik ust.
– Podobno mają tutaj pyszne ciasta – powiedziała ostentacyjnie Lucy.
Carlo wedle planu kontynuował ten bezsensowny temat, unikając wzmianek, że niegdyś regularnie bywał w tutejszych cukierniach.


Carlo "odzyskał" wzrok dopiero wraz ze szczękiem klucza w zamku. Patrzył w szare oczy zupełnie łysego mężczyzny, który wydał mu się dziwnie znajomy. Otwierając kratę, sprawnie usunął się z przejścia. Szarooki spojrzał nieufnie na Carlo, ale zaraz potem mocno kuśtykając wtopił się w tłum innych uciekinierów. Kątem oka widział, że upadł kilka kroków dalej, ale nie miał czasu na pomaganie mu. Na szczęście wyręczyli go inni byli więźniowie.
Mirand nadzorował ruchem, a Lucy, najwyraźniej znalazłszy inny klucz, otwierała cele po przeciwnej stronie. Mieli niewiele czasu. Stale zerkał na zegarek, otwierając kolejne przerdzewiałe kraty celi. Więźniowie płakali uszczęśliwieni na ich widok. Część z nich nie odchodziła wraz z pozostałymi, obiecując wsparcie w dalszych etapach akcji.
Carlo pozostawało mieć tylko nadzieję, że jeśli dojdzie do kolejnego przeskoku osobowości, Carl zechce z nimi współpracować, jak to było przez ostatnią godzinę. Lucy i Mirand najwidoczniej nawet nie zauważyli, że coś było nie tak.

<C.D.N.>