sobota, 12 października 2019

Od Lind „Koniec podróży” cz. 3

Grudzień 2024
Jeszcze przed zapadnięciem zmroku, Hitam zwołał wszystkie wilki na zebranie. Zaczął od ponownego wywołania ochotników, którzy zajmą się eksploracją okolicy. Jako że zgłaszałam się na to stanowisko już wcześniej, podniosłam łapę w górę. Policzyłam, że oprócz to samo zrobiło jeszcze trzynaście wilków. Nie dało się odczytać z pyska Hitama, czy jest usatysfakcjonowany taką liczbą uczestników. Powiedział tylko, że następnego dnia zostaniemy podzieleni na grupy.
Następnie Alfa skupił się na myśliwych. Kazał im sprawdzić dokładnie jaki rodzaj pożywienia można zdobyć w okolicy plaży i zbierać co się da. Nie było mowy o zapuszczaniu się już teraz w gęsty las w poszukiwaniu większej zwierzyny. Hitam kazał też wszystkim wilkom z patrolu (zarówno naziemnego jak i nadziemnego) na nowo wyznaczyć konkretne pory dnia, w których poszczególne osoby zaczną kontrolować obręb plaży. Podkreślił, że mamy uważać na każde zjawisko; w końcu nadal nie mamy pewności, czego oczekiwać.
– Na tę chwilę są z nami jeszcze smoki, ale jutro to ulegnie zmianie – Tak zakończył zebranie.
Szybko wypatrzyłam pośród wilków swoich kolegów w fachu; to jest Brooke, Tralda, Roniona i Eponine. Dwójkę z nich musiałam zatrzymać, żeby nie odeszli od razu po formalnym zakończeniu spotkania organizacyjnego. Mieliśmy przecież ustalić jeszcze te godziny partoli. Nie rozumiałam, jakim cudem tak szybko zapomnieli o nakazie samca Alfa. Chyba że specjalnie puścili mimo uszu jego słowa.
Zebraliśmy się w piątkę i pomimo drobnych trudności ustaliliśmy przynajmniej tymczasowy schemat; w ten sposób mnie przypadły patrole zaczynające się o świcie. Niestety, znów będę musiała „uregulować swój wewnętrzny zegar” (Tak, to kolejne powiedzonko zasłyszane od wilkołaków z miasta).
***
Pierwsza noc na nowym terytorium nie była łatwa. Z pozoru nie różniła się zbytnio od zwyczajnego odpoczynku w czasie podróży. Jednakże ja nie mogłam spokojnie spać. Zdawało mi się, że powód mógłby leżeć w szumie morza, odgłosach z lasu, czy innych obcych dźwiękach, które mój wrażliwy słuch rejestrował nawet z bardzo daleka. Zwykle lubiłam, kiedy dookoła mnie znikał ogłupiający harmider, jednak dziś cisza ze strony watahy bardziej przeszkadzała, niż pomagała; odblokowała dostęp wszystkim szmerom i pomrukom. Dźwięki charakterystyczne tylko i wyłącznie dla tego miejsca, napawały mnie jedynie niepokojem. Nie mogłam się rozluźnić nawet na chwilę. Coś wyrywało mnie z płytkiego snu dosłownie co minutę.
Magnus powiedział mi, że minuta ma sześćdziesiąt sekund. Tylko jak określić sekundę?
Wstałam na długo przed świtem; oczywiście niezbyt wyspana. Jednak nie mogłam się po prostu zwolnić się z wykonywanych obowiązków i nie stawić na patrolu o wyznaczonej porze. Po cichu wyminęłam wilki, które spały nieopodal i okrążyłam tak samo pozbawionego świadomości Passera. Szybko znalazłam kawałek wolnej przestrzeni; w sam raz do wzbicia się w powietrze. Przywołałam wicher, w sekundę uformowałam z niego skrzydła i rozpoczęłam dzisiejszy patrol.
Przez pierwsze półtorej godziny nie zaobserwowałam niczego nadzwyczajnego. I tak przez ten czas większość członków obu stad spało; tak samo smoki.
Po jakimś czasie mogłam się przyglądać z góry, jak ekipa polowań rozpoczyna działanie. Kilku członków tej grupy zdecydowało zapolować na ryby. Zwróciłam szczególną uwagę na Cess. Wadera zawsze była doskonałym pływakiem; jej zdolności były tego dnia bardzo przydatne. Co chwila wynurzała się z kolejną zdobyczą w pysku.
Dostrzegłam dwa wilki z drugiego stada ganiające coś małego po plaży. Szkoda, że z takiej wysokości nie miałam szansy rozpoznać, co to było. Bardzo interesowałam się, co ekipa polowań przyniesie dziś watasze poza rybami. Może nawet nazbierają tamtych owoców z paprocio-drzew.
Kiedy nadszedł koniec mojej zmiany, już wszystkie wilki były na nogach. Specjalnie wylądowałam blisko Passera; pamiętałam, że lada chwila smoki nas opuszczą. Chciałam jeszcze raz mu podziękować za pomoc. Ja, Leah, Torance i As zdążyliśmy zamienić z naszym przewoźnikiem jeszcze kilka zdań. Potem musiał już wyruszać ze swoimi braćmi. Po krótkim rozbiegu wzleciał w powietrze, obsypując nas chmurą piasku. Obserwowaliśmy, jak jego zielona sylwetka maleje w oddali, razem z innymi smokami. Zdaje się, że wówczas w moich oczach stanęło kilka łez. Przez ten czas podróży bardzo przywiązałam się do Passera. Świadomość, że może minąć naprawdę dużo czasu, zanim znów zobaczymy jego i inne smoki, była bardzo przygnębiająca. Pośród ogółu członków łączonego stada zapanowała dosyć ponura atmosfera.
Niedługo po odlocie naszych przyjaciół, ekipa polowań skończyła przygotowywać posiłek dla całej watahy. Wyglądali na zmęczonych, ale całkiem zadowolonych z owoców swojej pracy. Oczywiście większą część zdobytej żywności stanowiły ryby - gatunki całkiem odmienne od tych, które zwykliśmy jadać. Wilki, które obawiały się próbować obcych smaków, rzuciły się przede wszystkim na nie.
Poza tym, członkowie obu watah przynieśli także owoce, które widziałam na paprocio-drzewach. Obok nich leżały również jakieś żółte, zakrzywione kiście. Jedynie wilkołaki jakimś cudem wiedziały, jak należy się zabrać do zjedzenia obu wspomnianych okazów.
Ekipa polowań zaoferowała nam jeszcze stertę czegoś, co wyglądało jak bure lub czarne łuski. Wilki, które brały udział w łowach, poinstruowały pozostałych, co należy zrobić, żeby dostać się do pożywnego wnętrza ich zdobyczy. Uwierzylibyście, że pod tym pancerzem znajduje się przepyszne, galaretowate żyjątko?
Przed końcem posiłku, dołączył do nas ostatni uczestnik polowań – Hartwell. Jak dotąd nikt nie zauważył jego nieobecności. Wszyscy byli zbyt zafascynowani egzotycznym jedzeniem. Wspomniany basior przyciągnął ze sobą coś całkiem dużego. Z daleka dostrzegłam tylko, że zwierze miało cztery kończyny i szerokie, okrągłe tułowie. Niestety nie zdołałam się dopchać do tego pachnącego mięsa, żeby odgryźć chociaż kawałeczek.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Od Lind „Koniec podróży” cz. 2

Grudzień 2024
Nie ulegało wątpliwości, że jeszcze dzisiaj należałoby się dokładnie przyjrzeć poszczególnym elementom tego otoczenia. Przez te wszystkie dni, kiedy codziennie nowe miejsce postoju oferowało nowe niespodzianki, badanie okolicy weszło mi w nawyk. Ta plaża wbrew pozorom nie była pustą równiną z piasku. Wspominałam już wcześniej wręcz komicznie wyglądające drzewa, a to miał być dopiero początek różnych osobliwości tego miejsca.
Zostawiwszy smocze jajo pod opieką Baldora (w końcu on i tak zdecydował, że będzie znów siedział tylko w jednym miejscu), podeszłam do brzegu morza. Fale były tu wiele wyższe niż na jakimkolwiek jeziorze, więc każda kolejna uciekała coraz dalej wgłąb lądu. Jedna podmyła piasek pod moimi łapami. Zauważyłam wtedy kolejne nietypowe zjawisko; temperatura wody nie była aż tak drastycznie różna od temperatury powietrza. Wciąż nieco zdezorientowana, wzięłam przykład z kilku innych członków stada i weszłam do morza, by ostatecznie sprawdzić sytuację. Nie, nie myliłam się. Woda była zwyczajnie ciepła. 
Nabrałam znów wątpliwości, czy na pewno nie zgubiłam się odliczając kolejne miesiące. Chciałam wreszcie uzyskać potwierdzenie czy na pewno teraz powinna się zaczynać zima. Wtedy dostrzegłam kawałek dalej Asgrima. Pomyślałam, że może on mógłby pomóc.
– As – zawołałam pluskającego się nieopodal przyjaciela. – Jaki mamy teraz miesiąc?
– Grudzień. Początek grudnia – odparł wilk.
Nabrałam w płuca więcej powietrza. Kompletnie nie rozumiałam, co się działo z tą pogodą. Dotychczas brałam za pewnik to, że im bliżej końca roku, tym klimat staje się chłodniejszy. Czyżby miejsce, w którym zamieszkamy było w jakiś sposób od tego chronione? Może tutaj w ogóle nie ma zimy?
Po udzieleniu mi informacji, Asgrim zajął się obserwowaniem malutkich rybek przemykających pomiędzy jego łapami. Pomimo odległości paru dobrych metrów, widziałam wyraźnie każdą z nich. W przeciwieństwie do większości zbiorników wodnych, z którymi miałam dotychczas styczność, tutejsza woda była prawie idealnie przejrzysta. (To znaczy, wyłączając miejsca przykryte warstwami piany powstającej na falach). Wyglądało to dostatecznie zachęcająco, bym zanurzyła w wodzie język i zaczęła pić.
To... był błąd. Mój pysk wykrzywił się, po czym wyplułam wszystko. Morze było jeszcze bardziej zasolone, niż to jezioro na dawnych terenach watahy! Nie sądziłam, że to w ogóle było możliwe. Wywiesiłam ozór, zniesmaczona. Usłyszałam wtedy dziwne chrząknięcia. Podniosłam wzrok. Asgrim znów patrzył w moją stronę; ewidentnie widział, co właśnie się stało i próbował powstrzymać śmiech. Przyzwyczajona do reakcji Tinga na takie sytuacje, czekałam na jakiś złośliwy komentarz ze strony basiora, ale on poprzestał na chrząkaniu. Cóż za ulga.
Wróciłam na piasek plaży. Wtedy zauważyłam, że czasem między morzem, a lądem rysowała się szarobura granica z wyrzucanych na brzeg kamyczków, patyków i innych podobnych przedmiotów. Wówczas dostrzegłam, iż takie skupiska surowców odrzuconych przez wodę widać było również w paru miejscach wgłębi plaży. Wygląda na to, że te fale potrafią czasem nieść ze sobą ogromną siłę. 
Zwróciłam szczególną uwagę na jedną konkretną warstwę „morskich śmieci”; głównie dlatego, że zajmował się nią w tamtej chwili Ting. Podeszłam do odmieńca i nachyliłam się wraz z nim nad tymi drobnymi przedmiotami, które niegdyś znajdowały się w słonej wodzie.
– Coś znalazłeś? – spytałam mojego towarzysza.
– Na razie tylko nic nie warte kamienie, wyschnięte wodorosty i połamane muszle – odparł.
– Są tutaj ślimaki? – Zdziwiłam się. Plaża nie wyglądała na odpowiednie środowisko dla tych stworzeń.
– Mogłabyś czasem ugryźć się w język i już nie kompromitować, Pierzasta – rzucił Ting. – Myślisz, że ślimaki to jedyne zwierzęta, które natura wyposażyła w muszle?
– A co, są jakieś jeszcze? – mruknęłam, marszcząc czoło niezadowolona z jego komentarza.
– Nie chce mi się nawet wymieniać – Odmieniec pomachał niedbale łapą. – Popytaj wilkołaków, jak ci zależy.
– Nie, nie ma tak łatwo – oznajmiłam. – Śmiało, popisz się swoją wiedzą, o Strażniku.
Zignorował mnie.
Nie miałam teraz wielu ciekawszych zajęć, więc dołączyłam do rozgarniania wyrzuconych przez morze kamyczków i jakiś białych lub czarnych kawałków... czegokolwiek. To były te muszle, o których mówił Ting? Jedno się zgadzało; kompletnie nie przypominały części schronienia ślimaków.
Po jakimś czasie ja jako pierwsza znalazłam cokolwiek wartościowego pod stertą brudnych kamieni i wyschniętych kawałków drewna. Konkretnie; kanciastą, lekką bryłkę o jasnopomarańczowym kolorze. W mig rozpoznałam, że to bursztyn. W końcu moja Babcia od zawsze nosiła podobny przedmiot na szyi; obecnie był on w posiadaniu Tinga. Złapałam wiatrem kamyk zwieńczający naszyjnik odmieńca, żeby go porównać z tym, który właśnie znalazłam. Jednakże Strażnik Wichury schwycił sznurek i przytrzymał w miejscu, jakby myślał, że chcę mu zdjąć wisior. Rzucił mi karcące spojrzenie.
– Mógłbym wiedzieć co próbowałaś zrobić, Pierzasta? – powiedział ostro.
– Chciałam tylko porównać bursztyn z Klucza do tego tutaj – Pokazałam mu znalezioną bryłkę.
Odmieniec w mig rozluźnił się i puścił sznurek naszyjnika. Zaczął z uwagą przyglądać się mojemu znalezisku. Szybko schowałam kamyk do torby, znając przyzwyczajenia Tinga; niechybnie za chwilę wyrwałby mi go złap.
– Szukaj kolejnych – Skinęłam na odrzucone przez morze przedmioty.
Od tego momentu szczęście nam sprzyjało; razem znaleźliśmy tutaj jeszcze cztery kawałki bursztynu. Kiedy skończyliśmy przerzucać cały pas tych kamieni i wodorostów, ułożyłam na piasku wszystkie cenne odłamki jeden obok drugiego. Co ciekawe, każdy z nich cechował unikalny kolor.
– Ciekawe czy ten twój bursztyn też pochodzi stąd – mruknęłam, zerkając na naszyjnik Odmieńca.
– Raczej nie mamy żadnego sposobu, by się o tym przekonać, Pierzasta – Odmieniec rozsiadł się wygodnie na piasku. 
– To co, idziemy szukać kolejnych? – Zgarnęłam dzisiejszą zdobycz do torby. – Przy brzegu morze wyrzuciło naprawdę dużo...
– Zapomnij – rzucił Odmieniec. – Tam idź sobie sama – podkreślił każde słowo tego zdania.
– Um... dlaczego? – zmieszałam się.
– Nie zmusisz mnie żebym zbliżył się do wody.
Przez chwilę przeszło mi przez myśl, żeby użyć wiatru i dać mu do zrozumienia, że nie ma racji. Jednak wtedy przypomniałam sobie, że to może się źle dla mnie skończyć.

<C. D. N.> 

Uwagi: brak.

piątek, 11 października 2019

Od Naidy "Pierwsze polowania" cz. 2 (cd. Mortimer)

Styczeń 2025 r.
Naida siedziała spokojnie przysłuchując się rozmowie Yuki z Sino. Za chwilę miała uczyć się polowania na kraby! Czymkolwiek one są. W pewnym momencie poczuła na sobie czyiś wzrok. Zerknęła niepewnie w stronę Elanor siedzącej kawałek dalej. Waderka mierzyła ją morderczym wzrokiem. Naida uśmiechnęła się do niej przyjaźnie. Nie chciała mieć wrogów.
- No co? - zapytała cicho.
- Nie gadamy podczas lekcji!
Wilczyca przestraszona spojrzała na Yuki. Najwidoczniej nauczycielka mała bardzo dobry słuch.
- Tak, proszę pani!
- Krab przyjdzie... niebawem - kontynuowała Yuki. - Możecie się teraz rozejść i rozejrzeć za krabem.
- A duże to jest? Małe? - odezwał się jakiś szczeniak.
- Małe - odpowiedziała - A teraz idźcie. Nie chcę was tu widzieć!
Szczeniaki zaczęły się powoli rozchodzić. Każdy wyglądał na podekscytowanego wizją zapolowania na jakieś nowe zwierzę. Po dłuższym wpatrywaniu się w Elanor, Naida postanowiła wykorzystać okazję i spróbować zaprzyjaźnić się z waderką.
- Cześć... - odezwała się cicho.
Nie doczekała się jednak odpowiedzi, ponieważ waderka zmierzyła ją tylko spojrzeniem, a następnie bez słowa poszła za Mortim. Naida wstała i orientując się, że zaraz zostanie sama, pobiegła za nimi.
- Morti, czekaj na mnie!
Młody basior odwrócił się i zamerdał ogonem.
- Wiesz jak wyglądają kraby? - zapytał.
- Nie wiem, ale podejrzewam, że skoro są małe to muszą mieć skrzydła aby szybko uciekać! Czyli muszą być podobne do ptaków, smoków albo latających wilków.
Przysłuchujący się rozmowie Theo ruszył nagle biegiem w stronę plaży.
- Widzę ptaki! - krzyknął do reszty. - O nie! Kraby uciekają!
Naida patrzyła jak przestraszone krzykami mewy wzleciały w powietrze chcąc uciec przed wilkami. Niewiele się zastanawiając ruszyła za nimi wraz z Theo i Mortim.
- Szybko! Gońmy je! - wydyszała. - Musimy je złapać zanim uciekną!
Kiedy wilczyca odwróciła się aby sprawdzić, czy reszta biegnie za nimi, zauważyła że Elanor i Exan zostali w tyle. Oboje szli powoli za biegnącymi szczeniakami.
- No chodźcie! Sami nie damy rady ich złapać! Za szybko latają!
- Odleciały! - wykrzyknął zawiedziony Theo.
Naida ponownie spojrzała przed siebie. Byli na skraju dżungli. Morti zwolnił i podszedł do brata. Naida także zamierzała zwolnić, ale potknęła się o wystający korzeń i wpadła na drzewo. Upadła na ziemię i spojrzała zawstydzona na resztę. Wydawało jej się, że dostrzegła cień uśmiechu u Elanor. Szybko wyrzuciła tą myśl z głowy tłumacząc sobie, że tylko jej się przewidziało. Nawet nie zauważyła kiedy Morti i Theo do niej podbiegli.
- Nic Ci się nie stało?
- Chyba wszystko w porządku... - wstała i chwiejnym krokiem podeszła do Elanor. - Gdybyś nam pomogła, już byśmy je mieli!
Wilczyca zaśmiała się cicho. Naida poczuła, że chyba jej nie lubi. Postanowiła jednak, że postara się jeszcze przez jakiś czas być dla niej miła. Może po prostu jej się wydaje?
- Tylko, że to nie są kraby. Dostałam informację od Kai'ego, że mają pancerze, szczypce i są mniejsze od żółwi.
- To czemu nic nie mówiłaś?- odezwał się nagle Exan.
- Właśnie! Mogłaś coś powiedzieć! - wykrzyknęła Naida, po czym po chwili dodała - A co to są sz-szczy-pce? To jakiś rodzaj skrzydeł?
- Powiedział mi to dopiero przed chwilą. A szczypce szczypią.
- A powiedział Ci może, gdzie je znaleźć? Na drzewach? Pod ziemią? W wodzie?
- Zwykle pod piaskiem - odparła rozglądając się po okolicy.
- Więc chodźmy na plażę! Tam jest dużo piasku!
Theo przeskoczył kawałek dalej.
- Już!
- Ja będę szukać bliżej wody! Wy możecie przeszukać inne miejsca!
Naida minęła resztę i skierowała się w stronę brzegu. Nie odbiegła jednak na tyle daleko, by nie słyszeć rozmowy reszty kolegów.
- Morti, szukamy razem? - westchnęła Elanor.
Naida zerknęła w ich stronę. Theo już gdzieś pobiegł, a Exan odchodził powoli gwiżdżąc. Z niewiadomych przyczyn poczuła ukłucie zazdrości. Też chciałaby szukać krabów razem z Mortim. Tak się podekscytowała wizją złapania tej dziwnej istoty, że tylko umożliwiła koleżance spędzenie trochę czasu z basiorem.
- Wiesz... Chyba poradzimy sobie sami.
- W parach pójdzie szybciej!
- Boisz się sama?
- Nie. Czego miałabym się bać? - odpowiedziała Elanor marszcząc nos.
- To powodzenia. Poradzisz sobie.
Morti poklepał wilczycę po boku i poszedł w swoją stronę. Naida miała już za nim zawołać i zapytać się, czy nie poszukają razem, ale zamiast tego stwierdziła, że czas na rozmowę z Elanor.
- Tego piasku jest naprawdę dużo! - jęknęła. - Elanor, jeśli chcesz, możemy szukać razem! Ty lepiej wiesz, jak wyglądają kraby...
- Już podjęliśmy decyzję! Każdy szuka sam! - odkrzyknęła zdenerwowana.
- Ale ja naprawdę nie dam rady! Za dużo tego...
Elanor jednak już jej nie słuchała. Naida ziewnęła i położyła się wygodnie na piasku. Rozejrzała się dokoła. Wszyscy z zaangażowaniem przekopywali plażę. Naida stwierdziła, że wygląda to na bardzo męczącą i nudną pracę.
- Poczekam aż wyjdą - mruknęła. - Kiedyś muszą, a ja przynajmniej się nie zmęczę.
Leżała tak przez pewien czas wpatrując się w fale na wodzie. Była tak zamyślona, że nawet nie zauważyła małego zwierzątka, które wygrzebało się z piasku obok niej. Dostrzegła go dopiero kiedy krab postanowił uszczypnąć ją w nos. Podskoczyła z piskiem.
- Potwór! Zaatakował mnie! Umieram! Morti, ratuj! - krzyczała biegając w kółko.
Krab stwierdził, że pora się ewakuować, więc puścił ją i zaczął uciekać. Słysząc wołanie o pomoc, Theo oraz Morti ruszyli w stronę spanikowanej Naidy. Exan zerknął tylko z drobnym zainteresowaniem w ich stronę, jednak postanowił szukać dalej. Elanor nawet nie było nigdzie widać.
- Theo na pomoc!
- Zabijcie go! On jest niebezpieczny! - zapiszczała, a następnie oddalając się powoli krzyknęła do kraba - Nie uciekniesz!
Theo postanowił naskoczyć na zwierzę, które próbowało się bronić. Jednak żaden z nich nie trafił drugiego.
- Mamooo! - wykrzyknął.
- Co znowu?! - z oddali dobiegł ich głos Yuki.
- Krab! - odpowiedzieli chórem bracia.
Naida zerknęła na biegnącą w ich stronę wilczycę, po czym skierowała zdziwiony wzrok na małą istotę.
- To to jest krab? Znalazłam kraba! Ha! Znalazłam Cię, potworze!
Podbiegła bliżej zwierzęcia z radością. Nie pomyślała jednak, że przestraszony krab może być niebezpieczny. Nim się obejrzała, znowu została uszczypnięta. Tym razem bolało mocniej.
- Krab znowu atakuje! Proszę pani, pomocy! On mnie bije!
Yuki postanowiła jednak nie zareagować. Stanęła obok przyglądając się całej sytuacji z powagą. Spojrzała na wszystkich po kolei.
- Musicie sami sobie z nim poradzić - odrzekła.


<Mortimer?>


Uwagi: Eterna wśród innych wilków jest znana jako Elenor. Narracja (trzecioosobowa również) oddaje to, co widzi i czuje bohater, więc sądzę, że i w niej powinno być to zawarte.

czwartek, 10 października 2019

Od Lind „Koniec podróży” cz. 1

Grudzień 2024
Łapy smoka uderzyły o piasek. Wielkie pazury zniknęły pod sypką warstwą podłoża. Odruchowo zwróciłam oczy ku ziemi, ale widząc, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego, pozwoliłam sobie wrócić do oglądania linii horyzontu i nieskończenie wielkiego morza. Stąd ten bezmiar wód wydawał się być jeszcze rozleglejszy, aniżeli z widziany z góry. Przy samym nieboskłonie nabierał odcieni intensywnego granatu, ale zbliżając się do brzegu, przechodził w przepiękny turkusowy.
Nigdy nie widziałam niczego podobnego. Ta właściwie... nigdy nie widziałam żadnego zbiornika wodnego większego od jeziora. Słyszałam historie o morzach i oceanach; oglądałam je na rysunkach, ale w tym momencie zrozumiałam, że opisy nie mogą się równać z rzeczywistością. Coś tak wspaniałego było niemożliwe do zreplikowania. W żadnej formie.
Falująca woda delikatnie szumiała; w teorii ten odgłos nigdy nie był mi obcy. Jednak odniosłam wrażenie, że tutaj nie jest on taki sam; raczej pełen własnego, specyficznego uroku. Nie umiałabym tego wyjaśnić.
Ting podobnie jak ja oglądał linię horyzontu i niekończącą się toń morską. Chyba siedzieliśmy tak bez ruchu trochę zbyt długo; w końcu Passer ponaglił nas ruchem skrzydła, żebyśmy dołączyli do pozostałych na piasku. Drgnęłam i momentalnie odzyskałam świadomość. Wstałam ze swojego miejsca, rozprostowałam nogi i zeskoczyłam na ziemię. Parę razy musiałam przestąpić z łapy na łapę; piasek był o wiele gorętszy, niż wyglądał. Zwłaszcza jak na tę porę dnia i roku. W powietrzu nie było czuć ani krzty zimowego klimatu. To dziwne. A może po prostu pomyliłam się z liczeniem dni w podróży i tak naprawdę jest już lato?
Ting dołączył do nas na ziemi, używając mojego grzbietu jako podnóżka. Odwróciłam się i już-już chciałam go za to skarcić, ale głos uwiązł mi w gardle. Dopiero teraz zauważyłam, co wznosiło się ponad gęstym lasem, obok którego wylądowaliśmy. Kształtem przypominało to górę, ale kłęby pary unoszącej się z jej szczytu nasuwały inne wnioski.
– Czy to...  – wydusiłam.
– Wulkan – oznajmił As ze szczenięcym zachwytem. – Prawdziwy wulkan!
Usiadłam z wrażenia. To miejsce było jak obraz ze snu. Pełne widoków, które zawsze były ode mnie zbyt daleko; niczym miejsca z historii opowiadanych na dobranoc. Wierzyłam, że istnieją, oczywiście. Jednak... zobaczenie ich na żywo...
– Trzeba będzie się wreszcie pożegnać – westchnął Passer, wyrywając mnie z kolejnej zadumy. – Jutro odlatujemy. Wataha zostanie tutaj. Cieszę się, że trafiłem akurat na was – Opuścił nieco głowę, spoglądając na naszą siódemkę; cztery wilki, dwa odmieńce i jednego kota.
– I wzajemnie – odparła Torance z uśmiechem. W jej głosie nie było zbyt wiele entuzjazmu.
– Dzięki za wszystko – dodał As.
– Dziękuję   – powiedziałyśmy równocześnie z Leah.
Elena także coś bąknęła pod nosem. Ku niczyjemu zdziwieniu (a przynajmniej nie mojemu), Odmieńce darowały sobie jakiekolwiek słowa wdzięczności.
– Już teraz wiem, że będę za wami tęsknił – mruknął Passer i spojrzał w stronę olbrzymiego wulkanu.
– A może... chciałbyś zostać? - spytałam naszego przewoźnika. - Jako towarzysz.
Passer na chwilę odwrócił głowę, po czym popatrzył na swoich pobratymców. Niektórzy także już teraz żegnali się ze swoimi pasażerami. Nasz przewoźnik zamruczał pod nosem i kontynuował:
– Nie mogę. Nie byłbym szczęśliwy z dala od moich braci. Mam własne sprawy do załatwienia. Wy również – Jego spojrzenie skierowało się na mnie i odmieńce. – Mam nadzieję, że kiedyś znajdziecie złodzieja  – dodał.
Baldor skinął głową, Ting zrobił coś podobnego, ale żaden z nich nic nie powiedział. Tymczasem Torance zerknęła w moją stronę. Niewykluczone, że domyśliła się, iż istnieje powiązanie między złodziejem, a wilkiem, który chciał odebrać mi Wichurę. Kiedy moje spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem Tori, odwróciłam głowę. Zupełnie jakbym bała się, że może to doprowadzić do zdradzenia pozostałym, jak wyglądała cała sytuacja.
Passer wyrzucił z nozdrzy kłąb pary i złożył skrzydła. Znalazłszy sobie na piasku idealne miejsce, położył się żeby odpocząć po tym ostatnim odcinku trasy. Mogłabym przysiąc, że był to jeden z najdłuższych jak dotąd.
Usłyszałam kroki na piasku. Odwróciłam się, by dostrzec stojącą nade mną Verum. Biała smoczyca trzymała w pysku jajo, które znalazłam parę miesięcy temu z Asgrimem. Położyła je ostrożnie tuż przede mną. Pachniało już zupełnie jak ona. Na skorupce nie było nawet rysy; nikt nie wątpił, że Verum dobrze zajmie się niewyklutym pisklakiem podczas podróży.
– Oddaję go pod waszą opiekę – oznajmiła smoczyca. Po tych słowach, zawróciła i odeszła od nas.
Delikatny wiatr zmienił kierunek. Poczułam mieszaninę zapachów z gęstego lasu. Próbowałam rozróżnić jakikolwiek z nich, ale wszystkie były zupełnie obce. Większości nie mogłabym nawet do niczego porównać. Od teraz tak pachnie nasz dom.
Skupiłam wzrok na dziwacznych drzewach, które rosły na pograniczu plaży z gęstym lasem. Z daleka wyglądały jak paprotki wyrastająca z czubków grubych, drewnianych słupów. U podstawy „korony” widać było coś na kształt owoców. Ciekawe czy są jadalne - pomyślałam.

<C. D. N.> 

Uwagi: brak.

Od Crane'a „Życie kołem się toczy” cz. 7

Koniec listopada 2024
Po tym, jak Redian założył mi Naszyjnik Prawdy, nadszedł dosyć trudny moment w naszej relacji z Edel. Pierwsze dni mało rozmawialiśmy, niewiele robiliśmy wspólnie. Wiele czasu spędzałem poza zasięgiem wzroku E. Kiedy tylko wyczytywałem z jej zachowania, że znów pragnęła chwili samotności, posłusznie odchodziłem.
Powoli traciłem nadzieję, że słowa Lind się sprawdzą; że moja relacja z partnerką jeszcze ulegnie poprawie. Jednak wkrótce dostrzegłem pierwsze przesłanki, że ostatecznie tamta wadera miała rację. Pewnego wieczoru E ułożyła się do snu nieco bliżej mnie. Innego, pozwoliła mi obetrzeć jej pyszczek po wymiotowaniu krwią. Krok po kroku, zbliżaliśmy się znów do siebie. Z czasem, zaczynaliśmy ze sobą coraz dłużej rozmawiać. 
Uznawszy, że nadszedł na to czas, zdecydowałem powiedzieć Edel, jak wszystko wyglądało naprawdę w moim życiu; bez pominięcia żadnego detalu czy przeinaczenia jakichkolwiek informacji. Niegdyś zdobyłem jej zaufanie podstępem. Podawałem się za kogoś, kim nie jestem, więc tak naprawdę nie ja byłem z nią w związku. Powinno się to zmienić.
Na jednym z postojów; na osobności, opowiedziałem E o tym, jak moi rodzice mnie porzucili. Opowiedziałem o warunkach, w jakich dorastałem. Przyznałem się partnerce do popchnięcia kilku wilków w stronę toni Jeziora Zapomnienia. Zdjąłem przed nią nawet szalik, by pokazać skradziony Medalion Nieśmiertelności. Przywołałem wszystkie dostępne szczegóły z mojej przeszłości. Chociaż kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, zdradziłem jej kompletną całość. Zasługiwała na to od samego początku.
Moja partnerka różnie reagowała na poszczególne informacje. Jedne budziły w niej współczucie, inne wzburzenie. Nie ukrywała przede mną żadnych emocji; nie szczędziła ani łez, ani agresywnych warknięć złości. Wiedziałem, że będzie trzeba się z tym liczyć.
Po całym wyznaniu, powróciła obawa, że Edel każde mi odejść; tym razem na zawsze. To jednak nie nastąpiło. E zamiast tego powiedziała, że mi wybacza. Widziałem, jak wiele wysiłku ją to kosztowało, ale zdecydowała, że właśnie te słowa mi powie. To była jej świadoma decyzja. Wtedy zacząłem płakać; nie wiem dlaczego. Po prostu to zrobiłem. Wadera objęła mnie i przytuliła tak mocno, jak tylko była w stanie.

Grudzień 2024
Po narodzeniu Morgana przez większość dni byłem spokojny o życie Edel. Śmierć nie dosięgnęła jej tamtego dnia, więc wadera musiała być wiele, wiele silniejsza, niż wszystkim się zdawało. Widać było, że jest nadal chora; widać było, że nadal cierpi. Jednak na jej pyszczku często widniał uśmiech. Kiedy patrzyła domagającego się zabawy Morgana, zdawało się zapominała o bólu. 
Wkrótce nasz maluch otworzył oczka. Od tamtej pory stał się jeszcze bardziej ruchliwy i ciekawski. Co więcej, nadal rósł jak szalony i wszystko wskazywało na to, że jest zdrowy. Byliśmy szczęśliwi. Szczęśliwi jako rodzina.
A potem nadszedł ten dzień. Od pierwszych oznak zrozumiałem, na co się zanosi. W mig pojąłem, że z Edel lada chwila uleci życie. Próbowała mówić, ale z jej gardła wyrywało się tylko skamlenie bólu. Przestraszony Morgan uciekł aż na drugi koniec prowizorycznego kojca z koca.
Nie wahałem się w tamtej chwili. Zdarłem z szyi szalik i schwyciłem Medalion Nieśmiertelności, by go też zdjąć. Jednak on, jakby usłuchał słów E sprzed kilku dni, nie ustąpił. Tak jak przewidziałem; wadera nigdy nie zgodziła się założyć tego wisiorka. Teraz jednak nie przejmowałem się jej słowami. Miałem szansę ją uratować i to zamierzałem zrobić. 
Złapałem Medalion Nieśmiertelności obiema łapami i pociągnąłem. Nadal nie chciał zejść z mojej głowy. Zaplątał się. Absolutnie nie chciałem odpuścić; dalej szarpałem, wyrywając sobie z szyi całe kępki futra i zdzierając skórę do krwi. Podduszałem samego siebie każdą kolejną próbą ściągnięcia naszyjnika. Mieliśmy coraz mniej czasu. I ja i Edel. Wszystkie łapy drżały mi z emocji. Tymczasem oczy wadery traciły blask. Jej powieki powoli zaczęły opadać, a oddech cichnąć.
Udało mi się zdjąć medalion. Prawie naderwałem sobie przez niego ucho. Kiedy magiczny przedmiot wisiał już w mojej łapie, sam się rozplątał. Nie zwlekałem nawet ułamka sekundy; zarzuciłem go mojej partnerce. Ona jednak... nie poruszyła się już. Całe jej ciało zastygło w bezruchu, a z nim klatka piersiowa. Głowa oparta o ziemię, łapy leżące bezwładnie. Tylko wiatr poruszał jej rzadkim futrem, wyrywając słabsze włosy.
A ja tam stałem. Na moment zastygłem, zupełnie jak ona. Tyle, że moje serce wciąż biło. Może lepiej by było, żeby w tym momencie przestało. Wtedy zniknąłby ból. Ból, który chwilę potem, wyrwał ze mnie donośny skowyt.
Edel odeszła. Edel odeszła.
Nie jestem pewien, co działo się potem. Pamiętam tylko urywki następnych wydarzeń; jakby to był tylko sen, który już miał być za chwilę zapomniany. Widziałem malutkiego Morgana. Przytulał się do sztywnego ciała wadery. Zdawało mi się, że jakiś czas później przyszli do nas inni członkowie watahy. Chyba ktoś pobiegł po medyka. Jakiś basior pytał mnie o coś. Ja jednak nie zrozumiałem nawet słowa. Jedna wadera z mojego stada nachyliła się, żeby zabrać Morgana od Edel. Wtedy coś sprawiło, że odgoniłem ją głośnym warknięciem. Tak mi się zdaje, że to zrobiłem. 

Uwagi: brak.