poniedziałek, 14 października 2019

Od Asgrima "Czasem cuda się zdarzają" cz. 3

Listopad 2024
Szumiało mi w głowie. Wieści spadły na mnie nieoczekiwanie i nie miałem pojęcia, co powinienem z nimi zrobić. Torance była w ciąży, a ja nie mogłem być ojcem jej szczeniaka. Wiele można było powiedzieć o Zakonie, ale nauka oraz medycyna nie były na najniższym poziomie. Owszem, zdarzało im się mylić, a Edel była tego dowodem; przeżyła w końcu znacznie dłużej, niż zapowiadali kapłani. Ale... Bezpłodność to było całkiem co innego. Pogodziłem się z myślą, że nigdy nie wychowam własnych szczeniaków, a teraz ona próbowała mi wmówić, że...
Potrząsnąłem łbem tak gwałtownie, że straciłem równowagę. Upadłem pyskiem w jakąś kolczastą roślinę. Syknąłem z bólu, a łzy poleciały jeszcze mocniej.
Nie powinienem płakać. Byłem silnym wilkiem. A Torance nigdy by mnie zdradziła. Gdzie w końcu znalazłaby równie wspaniałego...
- Przestań. Kogo ty oszukujesz? - wyszeptałem.
W rzeczywistości byłem niczym. Wmówiłem sobie pewność siebie. Wygodniej było myśleć o sobie jako o tym wspaniałych, idealnym, najlepszym pod każdym względem. Jednak tak naprawdę... Nie nadawałem się do niczego. Nie potrafiłem polować. Nadal nie nauczyłem się liczyć. Byłem irytujący i arogancki. Moje żarty nie były ani trochę zabawne. Nic dziwnego, że Tori miała mnie dość i...
Nie. Ona nie była taka. Kochała mnie. Zawsze była obok, wspierała mnie w najgorszych momentach. Nie potrafiłem uwierzyć, że zrobiłaby coś takiego. Ale fakt pozostawał faktem.
Leżałem z nosem wśród kolców. Przed oczami miałem rozmazaną plamę, a w głowie mętlik. Jedno było jednak pewne. Nie mogłem zostawić Tori. Nawet jeśli mnie zdradziła. 

Styczeń 2025
Pomimo moich wielkich postanowień, ciężko mi było przejść do porządku dziennego. Zwłaszcza, że brzuch mojej partnerki zdawał się rosnąć z każdym kolejnym dniem. 
Dalej ciężko mi było w to wszystko uwierzyć, jednak z czasem, gdy emocje opadły, jeszcze trudniejsze okazało się myślenie, że mogłaby przespać się z kimś innym. Byliśmy na tyle blisko, a podróż zmuszała nas do praktycznie nieustannego kontaktu z towarzyszami podróży, że nawet nie miałaby kiedy. Pewnie inaczej by wyglądała sprawa, gdyby powiedziała mi to po rozpoczęciu zwiadów. Jakby nie było wstępnie przydzielono nas do różnych grup... Chociaż ze względu na to, że zbliżał się termin porodu, Torance została zwolniona ze swoich zajęć. Wymagałyby od niej zbyt wielkiego wysiłku, a nie powinna się teraz przemęczać.
Nie chciałem zostawić wilczycy samej ani na moment. Obawiałem się, że gdy tylko spuszczę ją z oczu, szczeniak stwierdzi, że to odpowiedni czas na zobaczenie świata. Samica miała mnie aż dość, jednak nie zamierzałem odpuścić. No bo jak nie ja, to kto by się nią zajął?
W końcu, któregoś wyjątkowo ciepłego wieczora (tutejszy klimat był naprawdę dziwaczny; w końcu powinien był środek zimy) nadszedł ten moment. Z pyska Tori wydobył się krzyk. Przerażony dopadłem do niej i niewiele myśląc zmieniłem postać. Wziąłem ją w ręce i pobiegłem na poszukiwania medyka. Sam nie dałbym rady odebrać porodu. Nigdy w życiu.
Wilki schodziły mi z drogi. Ktoś pytał, czy wszystko w porządku. Nie zwracałem na nich najmniejszej uwagi. Wzrokiem szukałem lekarza, a dłońmi pocieszająco gładziłem futro mojej ukochanej.
W końcu zauważyłem Ellamarię. Wilczyca od razu mnie zmieniła. Chciała, żebym odstąpił od Torance, jednak ja nie miałem takiego zamiaru. Po krótkiej wymianie zdań, westchnęła i wyraziła zgodę, bym został. Przez cały poród głaskałem grzbiet partnerki. Z moich ust (nadal byłem w ludzkiej formie) wylatywały nic nieznaczące słowa. Mówiłem cokolwiek. Miałem wrażenie, że jeśli zamilknę, zdarzy się coś nieprzyjemnego.
Po jakimś czasie przywitałem na tym świecie szczeniaka. Od razu zauważyłem, że jego sierść była jakby odwróceniem mojej. Miał orzechowe futro z cynamonowymi wstawkami. Jednak najbardziej poruszyły mnie drobne łatki pod oczami. Oprócz mnie i mojego ojca nigdy nie widziałem ich u żadnego wilka... Szczeniak musiał naprawdę być moim synem...
Kiedy okazało się, że to nie koniec i mam jeszcze córkę, nie dałem rady. Z moich oczu zaczęły płynąć łzy szczęścia.
Byłem ojcem. Zdarzył się najprawdziwszy cud. Miałem dwa piękne szczeniaki.

Od Lind "Pozwól mi odejść"

Grudzień 2024
Torance przybiegła do nas późnym wieczorem. Pędziła tak szybko, że potykała się o własne łapy. As natychmiast wstał z miejsca i skarcił ją, iż nie powinna biegać. Ruda wadera jednak puściła tę uwagę mimo uszu i oznajmiła załamującym się głosem, że Edel nie żyje. Po tych słowach wpadła w ramiona swojego partnera, gorzko szlochając. Słysząc tak straszną wiadomość, w moich oczach również stanęły łzy. Nie mogę powiedzieć, że bardzo dobrze znałam Edel, ale nie była dla mnie też zupełnie obcą osobą. Była członkiem tej samej watahy; przyjaźniła się blisko z Torance i Asgrimem (przynajmniej dopóki się nie pokłócili), a także była partnerką mojego innego przyjaciela - Crane'a. 
Wstałam z miejsca i pobiegłam go odszukać; wiedziałam, że Edel była jego całym światem. Śmierć wadery musiała być dla niego potężnym ciosem.
Przemierzyłam cały odcinek plaży, który już oficjalnie zagarnęła nasza wataha, ale znalazłam tylko niewyraźny ślad basiora. Zaprowadził mnie on jedynie do Morgana - syna Crane'a i Edel. Szczeniak spał, leżąc na boku Rediana, chociaż był prawie od niego większy. Kot, znanym swojemu gatunkowi zwyczajem, mruczał, żeby mieć pewność, że malec będzie spokojny. Usiadłam przy nich, ale nie odzywałam się, żeby nie popsuć efektów starań kocura. Bolało mnie serce, kiedy patrzyłam na Morgana. Był zbyt mały, by zrozumieć, że właśnie stracił matkę. 
***
Pochówek Edel odbył się z samego rana. Uczestniczyli w nim prawie wszyscy członkowie naszej części stada, a także kilku osobników z drugiej watahy. Stałam tuż obok moich przyjaciół, więc widziałam wszystkie szczegóły ich reakcji z bliska. Torance powstrzymywała łzy, dopóki Hitam nie spytał, czy ktoś chciałby coś powiedzieć. Wówczas, wybuchła na nowo płaczem i wtuliła głowę w pierś Asgrima. Jej partnerowi także już puszczały nerwy. Ja sama pewnie nie wyglądałam wiele lepiej. Piękna ceremonia i szczere reakcje przyjaciół zmarłej to było zbyt wiele, bym zdołała powstrzymać swoje emocje. Razem ze mną na pochówku stawili się także obaj Strażnicy. Wyglądało na to, iż jako jedyni nie pozwalali, by na ich pyskach gościła rozpacz. Chyba że to tylko ich hełmy zbyt dobrze ukrywały emocje. 
Aż do zakończenia ceremonii i ostatecznego wyrycia napisu na nagrobku przez jednego z wilków ziemi, rozglądałam się raz po raz dookoła. Crane'a jednak nie wypatrzyłam.
Udało mi się go znaleźć dopiero o zachodzie słońca. Tak, jak myślałam, przyszedł sam nad świeżo usypany grób partnerki, którą kochał nad życie. Widząc go z daleka, zrozumiałam, że zapewne wolał pożegnać ją w ciszy i samotności. Dostrzegłam, że basior trzymał w pysku Smoczą Różę. Wpatrywał się bez słowa w nagrobek kilka minut. Jego ciało drżało, jakby zaraz miał się przewrócić. 
Po chwili wahania, podeszłam nieco bliżej. Chciałam okazać wsparcie, którego mój przyjaciel zapewne bardzo teraz potrzebował. Crane podskoczył jak oparzony, kiedy usłyszał kroki. Odwrócił głowę w moją stronę, ale nic nie powiedział. Chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, po czym objęłam go i przytuliłam. Poczułam, że jego ciało znów drżało. Smocza Róża spadła na udeptany piasek. 
Crane po chwili odwzajemnił uścisk. Kiedy oboje odsunęliśmy się od siebie, zwróciłam oczy na nagrobek. Tymczasem Crane wziął mnie za łapę i coś w niej położył. 
– Powinienem był to zrobić już dawno temu – powiedział cicho.
Spojrzałam na tajemniczy przedmiot. Był to Medalion Nieśmiertelności. 
– I tak należy do ciebie – dodał basior.
– N... Nie rozumiem – odparłam szczerze, spoglądając na Crane'a.
– To ten, który zniknął dwa lata temu. Ja ci go ukradłem.
Otworzyłam pyszczek ze zdumienia. Kiedy już w pełni dotarł do mnie sens tej wypowiedzi, zacisnęłam zęby i uderzyłam go pazurami w bok pyska. W jednej chwili cała moja chęć przekazania mu dobrego słowa i okazania współczucia po stracie ukochanej, zniknęła. Zamiast tego, ogarnęła mnie wściekłość. 
Wiedziałam, że wisiorek zniknął, ale dotychczas byłam przekonana, że ja go zgubiłam. W życiu bym nie pomyślała, że Crane był od początku za to odpowiedzialny. Nie śmiałabym go podejrzewać. Nigdy. Taki z niego "wierny przyjaciel", tak zapewniał, że mogę mu ufać! 
Crane przekręcił głowę od silnego uderzenia. Opuścił uszy i odsłonił lekko zęby; zabolało go to. Mój oddech przyspieszył ze złości. Zanim dwukolorowe oczy samca wróciły na moją osobę, zebrałam wicher i wymierzyłam nim cios w tego wstrętnego osobnika. Basior został odrzucony parę metrów dalej. Upadł na wysoką roślinność okalającą pierwsze drzewa lasu. Syknął z bólu. Odzyskawszy orientację w przestrzeni, podniósł wzrok na mnie; jego spojrzenie były równie smutne, jak wcześniej. Oparł łapy, żeby wstać z ziemi, ale wicher nie pozwolił mu się podnieść.
– Oszukałeś mnie – wycedziłam przez zęby. – Oszukiwałeś mnie przez te wszystkie lata! – krzyknęłam. Docisnęłam Crane'a wiatrem płasko do podłoża. 
– Tak – mruknął cicho. – Tak było. Oszukiwałem wszystkich – przyznał. 
Z mojego gardła wybrzmiało głośne warknięcie. 
– Jesteś podły! – rzuciłam. Przez krążący dookoła nas wicher, zdawało się, że roślinność szumiała głośniej, niż morskie fale. 
– Masz rację – westchnął Crane. 
Jego brak oporu; jakichkolwiek chęci do obrony, był aż podejrzany. Może to jakaś nowa, dziwna gra, którą próbuje mnie omotać? Zaczęłam znów warczeć. 
– Przepraszam cię, Lind – powiedział basior. 
– Myślisz, że to wystarczy?! 
– Nie. Wiem, że nie. Ale nie mogę zrobić już nic więcej – przyznał. – Popełniłem błąd. Źle cię potraktowałem. 
– Mało powiedziane – rzuciłam. Spojrzałam jeszcze raz na leżący na ziemi Medalion. 
– Mam do ciebie jedną prośbę – mruknął, spoglądając mi prosto w oczy. – Pozwól mi stąd odejść.
Wbiłam pazury w ziemię i zacisnęłam zęby. Odwróciłam wzrok. Miałam ochotę rozerwać go na strzępy. Jednak to nadal członek tego niby łączonego stada. Nie mogę go skrzywdzić. 
Nie było to proste, ale spróbowałam chociaż trochę zapanować nad moim gniewem. Wiatr wkrótce osłabł, pozwalając basiorowi wreszcie się wyprostować. 
– Idź, zanim zmienię zdanie. – wycedziłam po chwili.
Nie odwróciłam głowy z powrotem w jego stronę, by czasem nie wpaść znów w furię na sam widok tego podłego węża. Basior cicho podniósł się z ziemi i odszedł. 
Poczułam nową falę złości. Tym razem również na siebie samą. Przez cały ten czas byłam ślepa. Dałam się wplątać w głupią komedyjkę i uwierzyłam, że była prawdziwa. Uderzyłam łapami w ziemię, a wiatr wyrzucił w powietrze chmurę piasku. 
Wkrótce emocje zaczynały powoli ze mnie schodzić. Wtedy po raz ostatni spojrzałam na grób Edel i Smoczą Różę. Pomyślałam, że może jednak nie powinnam była tak się zachować. Jednak... Czy strata kogoś bliskiego usprawiedliwia dotychczasowe zachowanie Crane'a? Oczywiście, że nie. Te dwie sprawy nie mają ze sobą związku. Wtedy przypomniałam sobie, że basior faktycznie przeprosił mnie i przyznał się do błędu. Oddał mi też Medalion Nieśmiertelności. Ale czy to wystarczy jako rekompensata tylu lat kłamstwa, nieszczerych uśmiechów i udawania kogoś, kim nigdy nie był?
Nie, oczywiście, że nie. 
Odrzuciłam skumulowaną energię wiatru w górę, jakbym wierzyła, że zabierze moje negatywne emocje ze sobą. To jednak nie nastąpiło. Nadal byłam wściekła, zawiedziona i smutna. W moich oczach stanęły łzy, ale szybko je wytarłam. Ten basior nie jest wart nawet jednej z nich. Ruszyłam przed siebie; w przeciwnym kierunku, niż Crane. 

niedziela, 13 października 2019

Od Sileenthar "Nie odchodź" cz. 1

Prawdopodobnie listopad i grudzień 2024 r.
Przez długi czas nie działo się nic. Trwałam w zupełnej ciszy i zaufaniu jedynym łącznikom ze wszystkim, co było na zewnątrz – swoim potrzebom. To bardzo dziwne uczucia. Jedno objawiało się dygotaniem, drugie skręcaniem gdzieś w dole i jedyne co mogłam o nich myśleć to, że są nieprzyjemne. Radziła im tylko jedna rzecz – Wielkie Ciepło. To było bardzo proste, mogłoby się wręcz wydawać, że nie istniało nic więcej. Tylko Wielkie Ciepło i to, co ofiarowało.
Aż pewnego dnia znikło, zastąpione kłębem czegoś, co przypominało je trochę w dotyku. Nie uciszało skręcania, a dygotanie tylko na kilka chwil. Wtedy po raz pierwszy poczułam smutek.
Smutek to drżenie w górze i chłód, pomalutku spływający ku dołowi. Mimo że znienawidziłam go od razu, miałam wrażenie, że po prostu musi być. Nie oznaczał kolejnej potrzeby, ale pomagał oznajmić pozostałe. Ważne, że podziałał – wkrótce pojawiło się nowe Ciepło, obce, ale bardzo podobne do pierwszego. Wystarczyło na tyle, bym mogła zaprzątnąć się czymś innym.
Czym jest góra i dół? Dlaczego musiałam znosić ich wredne zachcianki? Znowu poczułam smutek i gorzko uświadomiłam sobie, że on przynajmniej mi pomaga. Nie to, co te niepotrzebne… Potrzeby?
Ciepło wróciło i odgoniło przygnębienie. Dobrze, że je miałam. Jeszcze pamiętałam pierwsze, ale zaczęło już powoli znikać. Nie ma po co pamiętać czegoś, co nie jest już potrzebne.
Szmery. Szuranie i mrowienie w górze, w miejscu, na które jak dotąd jeszcze nie zwróciłam uwagi. Pojawiły się w pewnym odcinku trwania, nawet nie wiedziałam, czy przed, czy po Cieple. Zwróciłam na nie uwagę dopiero, gdy się nasiliły i stały drażniące. Potem zaczęły mnie nużyć. Uznałam, że pewnie już tak zostanie i pogodziłam się z tym. Nawet nie przypuszczałam co to wszystko może zwiastować.
Szum. Dziwaczne drgnięcie. Cisza. Znowu drgnięcie, tym razem bardziej przeciągłe i znowu nic. Zamrowiło tak nieprzyjemnie, że zaniepokojona w pełni się rozbudziłam. Szurało jeszcze przez chwilę, aż nagle pojawiło się coś nowego:
- …to. – buchnęło, aż się wystraszyłam.
- Dziwne, prawda? Nie wygląda na zabiedzoną.
Zamarłam w bezruchu, przerażona i oszołomiona. Zupełnie nowe i bardzo dziwne wrażenie, jednocześnie wyraźnie skończone, jakby odcięte stanowczą granicą. Jeszcze nie wiedziałam co o tym myśleć i z pewnością bym tego tak nie opisała, ale DŹWIĘK natychmiast nadał mi ostre wrażenie upływu czasu. Niby wiedziałam, że był jego odcinek, w którym Ciepło nie istniało, zdawałam też sobie sprawę, że dygoczę w tym, a nie innym momencie, ale to były bardzo złudne uczucia, rozciągliwe i nietrwałe. Za to te kilka krótkich fraz zwaliło się na mnie, z całą brutalnością i jaskrawością kończąc etap w moim życiu, którego nie zapamiętam, ten, w którym czas nie istniał.
Dźwięki się powtarzały, tylko zmieniane i to wydłużane, to skracane w niepojęty dla mnie sposób. Pierwszy głos był obcy i straszny, w dodatku jego właściciel pachniał tak nieładnie, że poczułam jak chłód zaczyna zbierać mi się w górze. Za każdym razem jak rozbrzmiewał w ten swój warkliwy sposób, kuliłam się przy Cieple. Ten, który rozbrzmiewał z nim na przemian, nie dawał mi spokoju. Zupełnie inny, taki bezpieczny, głęboki, i spokojny, ale lepiej niż pierwszy. Swojski, cichy i miękki, jak…
Jak Ciepło!
Poczułam tak niesamowitą radość, że aż mnie zmroziło, gdy odezwał się trzeci głosik. Prosty i kłujący… To byłam ja?
Ja też miałam głos?

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

sobota, 12 października 2019

Od Lind „Koniec podróży” cz. 3

Grudzień 2024
Jeszcze przed zapadnięciem zmroku, Hitam zwołał wszystkie wilki na zebranie. Zaczął od ponownego wywołania ochotników, którzy zajmą się eksploracją okolicy. Jako że zgłaszałam się na to stanowisko już wcześniej, podniosłam łapę w górę. Policzyłam, że oprócz to samo zrobiło jeszcze trzynaście wilków. Nie dało się odczytać z pyska Hitama, czy jest usatysfakcjonowany taką liczbą uczestników. Powiedział tylko, że następnego dnia zostaniemy podzieleni na grupy.
Następnie Alfa skupił się na myśliwych. Kazał im sprawdzić dokładnie jaki rodzaj pożywienia można zdobyć w okolicy plaży i zbierać co się da. Nie było mowy o zapuszczaniu się już teraz w gęsty las w poszukiwaniu większej zwierzyny. Hitam kazał też wszystkim wilkom z patrolu (zarówno naziemnego jak i nadziemnego) na nowo wyznaczyć konkretne pory dnia, w których poszczególne osoby zaczną kontrolować obręb plaży. Podkreślił, że mamy uważać na każde zjawisko; w końcu nadal nie mamy pewności, czego oczekiwać.
– Na tę chwilę są z nami jeszcze smoki, ale jutro to ulegnie zmianie – Tak zakończył zebranie.
Szybko wypatrzyłam pośród wilków swoich kolegów w fachu; to jest Brooke, Tralda, Roniona i Eponine. Dwójkę z nich musiałam zatrzymać, żeby nie odeszli od razu po formalnym zakończeniu spotkania organizacyjnego. Mieliśmy przecież ustalić jeszcze te godziny partoli. Nie rozumiałam, jakim cudem tak szybko zapomnieli o nakazie samca Alfa. Chyba że specjalnie puścili mimo uszu jego słowa.
Zebraliśmy się w piątkę i pomimo drobnych trudności ustaliliśmy przynajmniej tymczasowy schemat; w ten sposób mnie przypadły patrole zaczynające się o świcie. Niestety, znów będę musiała „uregulować swój wewnętrzny zegar” (Tak, to kolejne powiedzonko zasłyszane od wilkołaków z miasta).
***
Pierwsza noc na nowym terytorium nie była łatwa. Z pozoru nie różniła się zbytnio od zwyczajnego odpoczynku w czasie podróży. Jednakże ja nie mogłam spokojnie spać. Zdawało mi się, że powód mógłby leżeć w szumie morza, odgłosach z lasu, czy innych obcych dźwiękach, które mój wrażliwy słuch rejestrował nawet z bardzo daleka. Zwykle lubiłam, kiedy dookoła mnie znikał ogłupiający harmider, jednak dziś cisza ze strony watahy bardziej przeszkadzała, niż pomagała; odblokowała dostęp wszystkim szmerom i pomrukom. Dźwięki charakterystyczne tylko i wyłącznie dla tego miejsca, napawały mnie jedynie niepokojem. Nie mogłam się rozluźnić nawet na chwilę. Coś wyrywało mnie z płytkiego snu dosłownie co minutę.
Magnus powiedział mi, że minuta ma sześćdziesiąt sekund. Tylko jak określić sekundę?
Wstałam na długo przed świtem; oczywiście niezbyt wyspana. Jednak nie mogłam się po prostu zwolnić się z wykonywanych obowiązków i nie stawić na patrolu o wyznaczonej porze. Po cichu wyminęłam wilki, które spały nieopodal i okrążyłam tak samo pozbawionego świadomości Passera. Szybko znalazłam kawałek wolnej przestrzeni; w sam raz do wzbicia się w powietrze. Przywołałam wicher, w sekundę uformowałam z niego skrzydła i rozpoczęłam dzisiejszy patrol.
Przez pierwsze półtorej godziny nie zaobserwowałam niczego nadzwyczajnego. I tak przez ten czas większość członków obu stad spało; tak samo smoki.
Po jakimś czasie mogłam się przyglądać z góry, jak ekipa polowań rozpoczyna działanie. Kilku członków tej grupy zdecydowało zapolować na ryby. Zwróciłam szczególną uwagę na Cess. Wadera zawsze była doskonałym pływakiem; jej zdolności były tego dnia bardzo przydatne. Co chwila wynurzała się z kolejną zdobyczą w pysku.
Dostrzegłam dwa wilki z drugiego stada ganiające coś małego po plaży. Szkoda, że z takiej wysokości nie miałam szansy rozpoznać, co to było. Bardzo interesowałam się, co ekipa polowań przyniesie dziś watasze poza rybami. Może nawet nazbierają tamtych owoców z paprocio-drzew.
Kiedy nadszedł koniec mojej zmiany, już wszystkie wilki były na nogach. Specjalnie wylądowałam blisko Passera; pamiętałam, że lada chwila smoki nas opuszczą. Chciałam jeszcze raz mu podziękować za pomoc. Ja, Leah, Torance i As zdążyliśmy zamienić z naszym przewoźnikiem jeszcze kilka zdań. Potem musiał już wyruszać ze swoimi braćmi. Po krótkim rozbiegu wzleciał w powietrze, obsypując nas chmurą piasku. Obserwowaliśmy, jak jego zielona sylwetka maleje w oddali, razem z innymi smokami. Zdaje się, że wówczas w moich oczach stanęło kilka łez. Przez ten czas podróży bardzo przywiązałam się do Passera. Świadomość, że może minąć naprawdę dużo czasu, zanim znów zobaczymy jego i inne smoki, była bardzo przygnębiająca. Pośród ogółu członków łączonego stada zapanowała dosyć ponura atmosfera.
Niedługo po odlocie naszych przyjaciół, ekipa polowań skończyła przygotowywać posiłek dla całej watahy. Wyglądali na zmęczonych, ale całkiem zadowolonych z owoców swojej pracy. Oczywiście większą część zdobytej żywności stanowiły ryby - gatunki całkiem odmienne od tych, które zwykliśmy jadać. Wilki, które obawiały się próbować obcych smaków, rzuciły się przede wszystkim na nie.
Poza tym, członkowie obu watah przynieśli także owoce, które widziałam na paprocio-drzewach. Obok nich leżały również jakieś żółte, zakrzywione kiście. Jedynie wilkołaki jakimś cudem wiedziały, jak należy się zabrać do zjedzenia obu wspomnianych okazów.
Ekipa polowań zaoferowała nam jeszcze stertę czegoś, co wyglądało jak bure lub czarne łuski. Wilki, które brały udział w łowach, poinstruowały pozostałych, co należy zrobić, żeby dostać się do pożywnego wnętrza ich zdobyczy. Uwierzylibyście, że pod tym pancerzem znajduje się przepyszne, galaretowate żyjątko?
Przed końcem posiłku, dołączył do nas ostatni uczestnik polowań – Hartwell. Jak dotąd nikt nie zauważył jego nieobecności. Wszyscy byli zbyt zafascynowani egzotycznym jedzeniem. Wspomniany basior przyciągnął ze sobą coś całkiem dużego. Z daleka dostrzegłam tylko, że zwierze miało cztery kończyny i szerokie, okrągłe tułowie. Niestety nie zdołałam się dopchać do tego pachnącego mięsa, żeby odgryźć chociaż kawałeczek.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Od Lind „Koniec podróży” cz. 2

Grudzień 2024
Nie ulegało wątpliwości, że jeszcze dzisiaj należałoby się dokładnie przyjrzeć poszczególnym elementom tego otoczenia. Przez te wszystkie dni, kiedy codziennie nowe miejsce postoju oferowało nowe niespodzianki, badanie okolicy weszło mi w nawyk. Ta plaża wbrew pozorom nie była pustą równiną z piasku. Wspominałam już wcześniej wręcz komicznie wyglądające drzewa, a to miał być dopiero początek różnych osobliwości tego miejsca.
Zostawiwszy smocze jajo pod opieką Baldora (w końcu on i tak zdecydował, że będzie znów siedział tylko w jednym miejscu), podeszłam do brzegu morza. Fale były tu wiele wyższe niż na jakimkolwiek jeziorze, więc każda kolejna uciekała coraz dalej wgłąb lądu. Jedna podmyła piasek pod moimi łapami. Zauważyłam wtedy kolejne nietypowe zjawisko; temperatura wody nie była aż tak drastycznie różna od temperatury powietrza. Wciąż nieco zdezorientowana, wzięłam przykład z kilku innych członków stada i weszłam do morza, by ostatecznie sprawdzić sytuację. Nie, nie myliłam się. Woda była zwyczajnie ciepła. 
Nabrałam znów wątpliwości, czy na pewno nie zgubiłam się odliczając kolejne miesiące. Chciałam wreszcie uzyskać potwierdzenie czy na pewno teraz powinna się zaczynać zima. Wtedy dostrzegłam kawałek dalej Asgrima. Pomyślałam, że może on mógłby pomóc.
– As – zawołałam pluskającego się nieopodal przyjaciela. – Jaki mamy teraz miesiąc?
– Grudzień. Początek grudnia – odparł wilk.
Nabrałam w płuca więcej powietrza. Kompletnie nie rozumiałam, co się działo z tą pogodą. Dotychczas brałam za pewnik to, że im bliżej końca roku, tym klimat staje się chłodniejszy. Czyżby miejsce, w którym zamieszkamy było w jakiś sposób od tego chronione? Może tutaj w ogóle nie ma zimy?
Po udzieleniu mi informacji, Asgrim zajął się obserwowaniem malutkich rybek przemykających pomiędzy jego łapami. Pomimo odległości paru dobrych metrów, widziałam wyraźnie każdą z nich. W przeciwieństwie do większości zbiorników wodnych, z którymi miałam dotychczas styczność, tutejsza woda była prawie idealnie przejrzysta. (To znaczy, wyłączając miejsca przykryte warstwami piany powstającej na falach). Wyglądało to dostatecznie zachęcająco, bym zanurzyła w wodzie język i zaczęła pić.
To... był błąd. Mój pysk wykrzywił się, po czym wyplułam wszystko. Morze było jeszcze bardziej zasolone, niż to jezioro na dawnych terenach watahy! Nie sądziłam, że to w ogóle było możliwe. Wywiesiłam ozór, zniesmaczona. Usłyszałam wtedy dziwne chrząknięcia. Podniosłam wzrok. Asgrim znów patrzył w moją stronę; ewidentnie widział, co właśnie się stało i próbował powstrzymać śmiech. Przyzwyczajona do reakcji Tinga na takie sytuacje, czekałam na jakiś złośliwy komentarz ze strony basiora, ale on poprzestał na chrząkaniu. Cóż za ulga.
Wróciłam na piasek plaży. Wtedy zauważyłam, że czasem między morzem, a lądem rysowała się szarobura granica z wyrzucanych na brzeg kamyczków, patyków i innych podobnych przedmiotów. Wówczas dostrzegłam, iż takie skupiska surowców odrzuconych przez wodę widać było również w paru miejscach wgłębi plaży. Wygląda na to, że te fale potrafią czasem nieść ze sobą ogromną siłę. 
Zwróciłam szczególną uwagę na jedną konkretną warstwę „morskich śmieci”; głównie dlatego, że zajmował się nią w tamtej chwili Ting. Podeszłam do odmieńca i nachyliłam się wraz z nim nad tymi drobnymi przedmiotami, które niegdyś znajdowały się w słonej wodzie.
– Coś znalazłeś? – spytałam mojego towarzysza.
– Na razie tylko nic nie warte kamienie, wyschnięte wodorosty i połamane muszle – odparł.
– Są tutaj ślimaki? – Zdziwiłam się. Plaża nie wyglądała na odpowiednie środowisko dla tych stworzeń.
– Mogłabyś czasem ugryźć się w język i już nie kompromitować, Pierzasta – rzucił Ting. – Myślisz, że ślimaki to jedyne zwierzęta, które natura wyposażyła w muszle?
– A co, są jakieś jeszcze? – mruknęłam, marszcząc czoło niezadowolona z jego komentarza.
– Nie chce mi się nawet wymieniać – Odmieniec pomachał niedbale łapą. – Popytaj wilkołaków, jak ci zależy.
– Nie, nie ma tak łatwo – oznajmiłam. – Śmiało, popisz się swoją wiedzą, o Strażniku.
Zignorował mnie.
Nie miałam teraz wielu ciekawszych zajęć, więc dołączyłam do rozgarniania wyrzuconych przez morze kamyczków i jakiś białych lub czarnych kawałków... czegokolwiek. To były te muszle, o których mówił Ting? Jedno się zgadzało; kompletnie nie przypominały części schronienia ślimaków.
Po jakimś czasie ja jako pierwsza znalazłam cokolwiek wartościowego pod stertą brudnych kamieni i wyschniętych kawałków drewna. Konkretnie; kanciastą, lekką bryłkę o jasnopomarańczowym kolorze. W mig rozpoznałam, że to bursztyn. W końcu moja Babcia od zawsze nosiła podobny przedmiot na szyi; obecnie był on w posiadaniu Tinga. Złapałam wiatrem kamyk zwieńczający naszyjnik odmieńca, żeby go porównać z tym, który właśnie znalazłam. Jednakże Strażnik Wichury schwycił sznurek i przytrzymał w miejscu, jakby myślał, że chcę mu zdjąć wisior. Rzucił mi karcące spojrzenie.
– Mógłbym wiedzieć co próbowałaś zrobić, Pierzasta? – powiedział ostro.
– Chciałam tylko porównać bursztyn z Klucza do tego tutaj – Pokazałam mu znalezioną bryłkę.
Odmieniec w mig rozluźnił się i puścił sznurek naszyjnika. Zaczął z uwagą przyglądać się mojemu znalezisku. Szybko schowałam kamyk do torby, znając przyzwyczajenia Tinga; niechybnie za chwilę wyrwałby mi go złap.
– Szukaj kolejnych – Skinęłam na odrzucone przez morze przedmioty.
Od tego momentu szczęście nam sprzyjało; razem znaleźliśmy tutaj jeszcze cztery kawałki bursztynu. Kiedy skończyliśmy przerzucać cały pas tych kamieni i wodorostów, ułożyłam na piasku wszystkie cenne odłamki jeden obok drugiego. Co ciekawe, każdy z nich cechował unikalny kolor.
– Ciekawe czy ten twój bursztyn też pochodzi stąd – mruknęłam, zerkając na naszyjnik Odmieńca.
– Raczej nie mamy żadnego sposobu, by się o tym przekonać, Pierzasta – Odmieniec rozsiadł się wygodnie na piasku. 
– To co, idziemy szukać kolejnych? – Zgarnęłam dzisiejszą zdobycz do torby. – Przy brzegu morze wyrzuciło naprawdę dużo...
– Zapomnij – rzucił Odmieniec. – Tam idź sobie sama – podkreślił każde słowo tego zdania.
– Um... dlaczego? – zmieszałam się.
– Nie zmusisz mnie żebym zbliżył się do wody.
Przez chwilę przeszło mi przez myśl, żeby użyć wiatru i dać mu do zrozumienia, że nie ma racji. Jednak wtedy przypomniałam sobie, że to może się źle dla mnie skończyć.

<C. D. N.> 

Uwagi: brak.