niedziela, 20 października 2019

Od Naidy "Opowiedz nam historię" cz. 1

Styczeń 2025 r.
Naida siedziała zamyślona na piasku. Miała akurat lekcję sztuk kreatywnych, ale nie za bardzo interesowało ją słuchanie jak inne szczeniaki fałszują. Nie miała też ochoty niczego malować. Rozglądała się dookoła nie wiedząc co ma ze sobą zrobić. Z nudów zaczęła szukać jakiś ciekawych rzeczy na piasku. Niedaleko niej leżało parę kamieni. Zaczęła układać z nich różne wzorki. Przynajmniej nauczyciel nie będzie się czepiał, że nic nie robi. Przecież zabawa kamieniami też jest bardzo kreatywna, prawda?
- A ty, co robisz Naido?
Waderka podskoczyła nagle wyrwana z zamyślenia. Podniosła wzrok i ujrzała swojego nauczyciela. Dernet spojrzał na koślawy rysunek z kamieni.
- Co robisz? - powtórzył.
- Em... Układam uśmiechniętą buźkę.
Naida miała nadzieję, że nie będzie jej kazał śpiewać za karę, że się obija. Czekała więc niecierpliwie na jego reakcję. Basior patrzył przez jakiś czas na jej dzieło.
- Nie jestem pewien czy to wygląda jak uśmiech... Potrafisz może zrobić coś bardziej... kreatywnego?
- Raczej nie.
- Może lubisz śpiewać albo tańczyć?
- Nie, nie za bardzo.
- Patrząc na to coś, stwierdzam że rysowanie też nie idzie Ci najlepiej...
Naida spojrzała na niego z oburzeniem. Jej kamyczkowy uśmiech był przecież piękny! Była pewna, że Dernet nie dałby rady ułożyć lepszego. Powstrzymała się jednak od niemiłych komentarzy. Nie chciała narobić sobie wrogów wśród nauczycieli.
- To może umiesz wymyślać jakieś ciekawe opowiadania? - zaśmiał się cicho. - Yuki mówiła mi ostatnio, że czasami potrafisz stworzyć bardzo ciekawe historie... Na przykład o latających krabach albo królikach w dżungli!
Naida mruknęła coś w odpowiedzi. To z mewami nie było celowe. Nie wiedziała przecież jak wyglądają kraby. Miała prawo się pomylić! Nie znała też tego miejsca na tyle dobrze, aby zdawać sobie sprawę z tego, że króliki zwykle żyją w zupełnie innych miejscach niż dżungle.
- Jak tylko szczeniaki przestaną śpiewać, możesz spróbować coś nam opowiedzieć. Dasz radę, prawda?
Nim zdążyła zaprzeczyć, nauczyciela już nie było. Naida poczuła nagle wielki stres. Nie miała ochoty występować przed tymi wszystkimi wilkami. Zerknęła jeszcze raz na kamienie. Dwa z nich zalśniły lekko w słońcu. To nie były zwykłe kamienie. Naida postanowiła wziąć je ze sobą. Może są magiczne i przyniosą jej szczęście? Miała taką nadzieję. Chwyciła szybko dwa najzwyklejsze bursztyny i podbiegła trochę bliżej miejsca, gdzie miała za chwilę wystąpić. Chciała za wszelką cenę wymyślić coś niesamowitego, tak aby zaimponować Mortiemu. Nie wiedziała dlaczego tak bardzo zależało jej na tym, aby mu się spodobało. Rozejrzała się dookoła. Niedaleko niej stała Elanor. Naida poczuła, że nie może się teraz zbłaźnić. Chciała pokazać waderce, że jest w czymś od niej lepsza. Szczeniaki przestały właśnie śpiewać, więc Dernet ogłosił, że chętni mogą podejść i posłuchać opowiadania młodej wilczycy. Na szczęście niewielu było zainteresowanych jej występem. Wokół niej zgromadziła się mała grupka słuchaczy. Wśród nich Naida dostrzegła Mortiego wraz z braćmi.
- Tylko nas tym nie zanudź - szepnął ktoś do jej ucha.
Była to oczywiście Elanor, która przeszła obok Naidy i usadowiła się naprzeciwko niej z lekkim uśmieszkiem. Niedobrze. Przerażona zaczęła się lekko trząść. Wbiła wzrok w bursztyny. Błagała w duchu, aby przyniosły jej szczęście. Siedziała tak jeszcze przez jakiś czas. Ze stresu zaczęła się lekko uśmiechać.
- Co ona się tak szczerzy do tych kamieni? - zapytał jeden ze szczeniaków. - Zacznie w końcu?
- J-już... Zastanawiam się jeszcze.
Nie miała pomysłu na żadne opowiadanie. I po co Yuki mówiła mu o tych królikach? Miała ochotę uciec i ukryć się pod wodą. Wiedziała jednak, że jeśli to zrobi, Elanor będzie się z niej śmiała. Nie mogła też nic nie mówić. Zorientują się, że nie wie co powiedzieć. Odetchnęła głęboko.
- Dawno temu, w pewnej dżungli żył sobie królik o imieniu... - rozejrzała się po wilkach. Jej wzrok zatrzymał się na Mortim - Timor. Był on bardzo przystojny i miły. Pewnego razu poznał innego królika o imieniu Nadia. Timor bardzo się z nią zaprzyjaźnił. Często bawili się razem i spędzali ze sobą dużo czasu. Byli bardzo szczęśliwi. Aż do dnia, kiedy w ich dżungli pojawił się pewien nieproszony gość. Okazało się, że był to kret o imieniu - przerwała i zerknęła ukradkiem na Elanor - Norela... Kiedy Timor i Nadia spotkali nieznajomą, stwierdzili że może zostać ich przyjaciółką. Pierwsze parę dni mijało im dobrze, ale Nadia czuła, że nie może ufać Noreli. Okazało się, że kret... krecica... - przerwała na chwilę nie wiedząc jak nazwać samicę kreta - bardzo zazdrościła królikom ich przyjaźni. Zaczęła więc powoli ją niszczyć. Minęło parę dni, a Nadia została bez przyjaciela. Była bardzo smutna. Chciała za wszelką cenę odzyskać Timora. Postanowiła więc, że będzie śledzić Norelę. Ku zaskoczeniu królika, kret dosypał coś do jej jedzenia. Były to trujące owoce... kokosów. Nadia widząc to zaatakowała ją. Gdy Timor dowiedział się co się właśnie stało, postanowił wygnać...
- Nadię? - zapytała z nadzieją Elanor.
- Oby nie! - odpowiedział jeden ze szczeniaków.
- Postanowił wygnać Norelę - kontynuowała Naida. - Za karę, trafiła do miejsca zwanego plażą, gdzie piasek palił ją w łapy i nigdzie nie było cienia. Żyły tam też krwiożercze i latające kraby. Timor i Nadia byli szczęśliwi, że udało im się pozbyć niebezpiecznego kreta. Szybko zapomnieli o tej nieprzyjemnej sytuacji... I żyli długo i szczęśliwie. Koniec!
Naida siedziała zestresowana czekając na reakcję reszty. Nie wiedziała, czy im się spodobało. Elanor wyglądała na zdenerwowaną. Pewnie znowu zrobiła coś źle...
- Wow! To było niesamowite! - odezwał się jakiś szczeniak.
- I to jak! Bałem się, że Norela wygra! - odpowiedział mu inny głos.
- Mi się nie podobało... Ciekawiej by było, gdyby kret okazał się zwykłą i miłą osobą. Wtedy okazałoby się, że tak naprawdę to Nadia jest tą złą - prychnęła Elanor.
Parę szczeniaków zaczęło protestować. Z dwa czy trzy przytaknęły waderce. Naida zauważyła, że Morti nie popiera pomysłu ze złą Nadią. Odetchnęła z ulgą. Może zdenerwowała tym opowiadaniem Elanor, ale przynajmniej podobało się ono Mortiemu.
- To była bardzo zabawna historia. Brawo - zaśmiał się Dernet. - Na dzisiaj koniec lekcji. Zmykajcie!
Wszyscy zaczęli się powoli rozchodzić. Naida była zadowolona ze swojego opowiadania. Wierzyła, że to wszystko dzięki jej szczęśliwym bursztynom. Zaraz po lekcji postanowiła poszukać ich jeszcze więcej. Słońce zaczynało już zachodzić, kiedy znalazła kolejny bursztyn. Szukała po całej plaży, ale coraz trudniej było coś znaleźć. Kolejne dwa znalazła na brzegu wody. Jeden leżał na widoku, ale aby znaleźć tego drugiego, musiała trochę pokopać w piasku.
- Znalazłam magiczne bursztyny! - krzyczała od czasu do czasu.
Biegała po plaży jeszcze przez jakiś czas, aż do momentu, gdy jeden ze starszych wilków nie kazał się jej uspokoić. Możliwe, że zakłócała trochę ciszę nocną. Szczęśliwa zakopała wszystkie pięć znalezisk pod jednym z tych dziwnych drzew na skraju dżungli, tak aby nikt ich nie znalazł.
- Słyszałam, że szukałaś jakiś kamieni. Ile udało Ci się ich znaleźć? - zapytała Sino, kiedy tylko Naida wróciła nad wodę.
- Nie kamieni, tylko bursztynów! A znalazłam ich aż dwadzieścia.
- Tak mało?
Naida postanowiła, że musi znaleźć takich więcej. Przynosiły jej szczęście. Była tego pewna. Z takimi bursztynami da radę dokonać wszystkiego! Nawet nauczyć się liczyć.

Uwagi: Przecinek przed "albo" stawiamy, kiedy używamy go kilkukrotnie w zdaniu. "Niedobrze" piszemy łącznie. Niewielkie liczby zapisujemy w opowiadaniach słownie. 

sobota, 19 października 2019

Od Sinope "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 9

Grudzień 2024 r.
Ku niezadowoleniu Sinope Isa zniknęła z ostatniej lekcji szybciej, niż by tego chciała. Nie mogła jej później znaleźć, nawet jeśli bardzo się starała. Nie widziała jej też ani razu po samych zajęciach. Pozostawało jej jedynie czekać na kolejną lekcję polowania. Na pytania rodziców o to, jak podobało się jej na zajęciach odpowiadała pozytywnie, jednak nie pisnęła ani słówka o kłótniach z Isą, czy nauczycielką. Yuki na całe szczęście najwyraźniej była zbyt leniwa na interwencję.
W końcu nadszedł kolejny dzień z zajęciami z polowania. Idąc na zbiórkę, widziała Isę rozmawiającą ze swoim kolegą już z daleka.
– Isa! – krzyknęła radośnie.
Isa mruknęła coś pod nosem i kontynuowała rozmowę z basiorkiem. Patrzył na Sino odrobinę zaniepokojony. Przestał dopiero wtedy, kiedy Sino usadowiła się tuż obok niego.
– O czym rozmawiacie?
Isa zamilkła.
– Nie chcemy się z tobą zadawać – powiedział basiorek.
– Jak ci na imię?
Przeniósł wzrok na Isę, ale ta patrzyła w zupełnie innym kierunku.
– Infinite.
– Więc mam jedno pytanie, Infinite – kontynuowała Sino.
– Tak?
– Jesteś adwokatem Isy?
Powoli wypuścił powietrze. Jego duże błękitne oczy badały jej pyszczek.
– Usiądź z kimś innym – oznajmił po dłuższej chwili.
– Ale ja chcę z wami.
– Ale my z tobą nie – wtrąciła Isa.
– Dlaczego?
– Jesteś denerwująca – warknęła Isa.
– Dlaczego?
– Naprawdę tego nie widzisz?
Infinite patrzył błagalnie na Isę.
– Nie, a dlaczego?
– Powiedz jeszcze słowo, a...
– A.
Isa zacisnęła szczękę tak mocno, że aż coś strzeliło w jej żuchwie. Sino zachichotała.
– Kruszysz się przeze mnie?
– Kruszyć mogą się zaraz twoje kości – warknęła Isa.
– Udowodnij.
– Isa... – zaczął Infinite, ale wadera już wstała z piasku. Jej jasne oczy płonęły.
Sino uśmiechnęła się szeroko. Patrzyła prosto w jej groźne ślepia, uśmiechając się szeroko. Isa patrzyła na nią w milczeniu. Infinite odczuwał między nimi napięcie tak duże, że zbliżenie się groziło poparzeniem. Zbyt bał się odezwać.
– Na co czekasz, siostrzeniczko? Maluszku, dzidziusiu, szczeniaczku... – podjudzała Sino.
Isa nie wytrzymała. Rzuciła się na waderkę. Przewróciła ją do tyłu i zdołała przytrzymać swoją łapą jedną jej łapę. Warcząc zażarcie, starała się ją ugryźć, ale Sino cały czas robiła uniki. Zaczęła krzyczeć boleśnie głośno i piskliwie. Broniła się jedyną wolną łapką. Isie udało się ją ugryźć kilka razy. Sino miotała się, jednak niewiele to dawało. Isa była większa i dużo silniejsza.
Infinite obserwował to spanikowany. Zaczął wołać o pomoc. Szczeniaki stojące na zbiórce na lekcję patrzyły na tę dwójkę jak sparaliżowane. Basiorek spojrzał na nie raz jeszcze i dostrzegł cieknącą po łapie Sino stróżkę krwi. Zaczął krzyczeć jeszcze głośniej.
W końcu przybiegł jakiś basior. Krzyczał, jednak nie głośniej niż piszczała Sino i warczała Isa. Nie miała zamiaru się uspokoić, ani odpuścić. Basior próbował je od siebie oderwać, ale zamiast tego zaczęły się turlać po piasku na boki. Musiał pobiec po wsparcie.
W końcu przybyła na miejsce również Yuki, ale jej krzyki też na niewiele się zdały. Po ostatnich zajęciach straciła całkowicie swój autorytet i szacunek u waderek. Może i nawet nie tylko u nich.
Ostatecznie w procesie odrywania ich od siebie uczestniczyły cztery dorosłe wilki. W końcu się udało. Uspokojenie Isy graniczyło z cudem. Sino zaś zwinęła się w kłębek kawałek dalej, powtarzając, że potrzebuje lekarza. Isa krzyczała, że to wszystko wina Sino, że ona to zaczęła. Dorośli jednak pozostawali zupełnie głusi na jej słowa.
Sino tymczasem dostrzegła, że jedyną osobą, która jakkolwiek się przejęła napastniczką, była Yuki. Kiedy już ją puszczono i leżała zmachana na piasku, zbliżyła się do niej i po chwili milczenia oznajmiła, iż ma do niej propozycję. Isa podniosła na nią pytający wzrok.
– Możesz oczyścić swoją kartę przez pomoc reszcie stada. Mam nawet pomysł, jak.
– Jak...?
– Złowisz trochę ryb. Dzisiaj niestety nie będziesz pracować z grupą.
Sino patrzyła na to spod zmrużonych powiek. Kiedy pielęgniarka bandażowała jej łapkę, pomyślała, że Isa nie zasługuje na tak małą karę.
– Niech łowi aż do wieczora! – krzyknęła, kiedy Isa miała odpowiedzieć.
Yuki popatrzyła na nią bezradnie.
– Niech będzie do późnego popołudnia. Nie masz chyba innych zajęć do końca dnia?
– Nie... – odburknęła ponuro Isa.
Sino położyła głowę za zdrową łapką uśmiechnęła się triumfalnie.

<C.D.N.>

piątek, 18 października 2019

Od Sinope "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 8

Grudzień 2024 r.
– Coś ty powiedziała? – warknęła nauczycielka. Sino nie sięgała jej nawet do ramienia, ale mimo tego bez trwogi patrzyła prosto w jej oczy.
– Isa tak mówi.
– Ja?! – wrzasnęła.
– Ismanise... – nauczycielka zwróciła się groźnie do jej siostrzenicy.
– Nic takiego nie mówiłam! To ona sobie coś wymyśla!
– Jak to nie? – prychnęła Sino.
– W życiu!
– Porozmawiam sobie z waszymi rodzicami po lekcjach – powiedziała lodowato Yuki, nieco się odsuwając.
Sino ostrożnie zerknęła przez ramię. Pozostała część grupy patrzyła na nich ze zgrozą.
– Teraz może wróćmy do tego, co mieliśmy zrobić od samego początku, czyli lekcji – Zaczęła Yuki, starając się zachować spokój – Wszyscy mamy iść w jednej grupie, nie ma oddalania się. Poruszamy się parami, więc znajdźcie sobie swoich towarzyszów.
Sino spojrzała wyczekująco na Isę. Isa zaś krzywiąc się na pysku zwróciła się do siedzącego obok białego basiorka. Sino zwiesiła głowę zawiedziona. Miała nadzieję na podenerwowanie jej jeszcze trochę.
– Jeśli ktoś odejdzie od grupy na więcej, niż niecały metr, zjedzą go dzikie bestie z dżungli.
– A co to jest dżungla...? – zapytała nagle ożywiona Sino.
Nauczycielka ją zignorowała. Zaczęła przydzielać do par pozostałe szczeniaki, które jeszcze tego nie zrobiły. Sino trafił się szaro-biały basior we wzorzystym szaliku. Patrzył przed siebie, ani razu nie zerknął na swoją parę. Sino zmrużyła ślepia.
– Hej.
– H-hej... – odpowiedział cicho.
– Jak masz na imię?
– Chase.
– Ja jestem Sino. Ale nie jestem sina. Czaisz żart? – Zaśmiała się – Sina Sino. Czaisz?
– Tak, chyba tak...
– Ale ja nie jestem sina, tylko ruda, więc to imię jest głupie.
– A ja sądzę, że ładne.
– Naprawdę? – ucieszyła się.
Nauczycielka akurat skończyła ich ustawiać w szeregu, więc nakazała im ciszę. Ruszyli przed siebie.
Sino i Chase byli bliżej końca, niż początku, powstałego ze szczeniaków węża. Waderka raz na jakiś czas przydeptywała łapkę dużo starszego basiora idącego przed nią i za każdym razem przepraszała.
– Nie rozumiem. Byłaś wredna, a teraz jesteś miła – powiedział nagle Chase.
– Ja zawsze jestem miła – oburzyła się Sino.
Chase zacisnął usta w wąską kreskę. Sino zmarszczyła brwi z brakiem zrozumienia wymalowanym na pyszczku.
– Przerażasz mnie – oznajmił po chwili.
Sino wywróciła oczami.
Yuki starała się opowiadać o mijanych terenach, ale były krótko mówiąc nudne. Jej opowieść nawet się nie kleiła. Wiedziała dokładnie tyle, co oni.
– Proszę pani, ale my wiemy, że to się nazywa "drzewo" – wypaliła nagle Sino.
Yuki posłała jej mordercze spojrzenie. Sino uśmiechnęła się szeroko.
– A tam jest kamień – kontynuowała ostentacyjnie nauczycielka.
– Wiemy – podkreśliła Sino.
– Dalej... jakiś krzak. Chyba ma owoce, ale lepiej ich nie jedzcie. Jeśli ktoś ma się zatruć, to tylko Bezumstvo.
Kilka wilków się zaśmiało. Sino znowu wywróciła oczami i popatrzyła ponownie na Chase'a. Patrzył na nią z mieszanką niedowierzania i zniesmaczenia.
– Mam coś na pyszczku, że tak się gapisz?
– I znowu jesteś wredna.
Sapnęła z niezadowoleniem.
– Nie to nie. Nie podoba ci się to spadaj.
Do końca lekcji Chase nie spojrzał na nią już ani razu.

<C.D.N>

Od Ismanise "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 7

Grudzień 2024 r.
W końcu nadszedł ten dzień. Dzień, w którym lekcje Isy przestały być tak przyjemne, jak do tej pory. Na zajęciach zawitała najbardziej znienawidzona przez nią osoba – Sinope. Trudno było jej w ogóle wyrazić niechęć do tej wadery. Irytowało w niej Isę chyba wszystko – od wrednych oczu, bijących po ślepiach kolorem włosów, irytującej maniery, czy na samym zachowaniu kończąc. Lub to, że ją rodzice kochają. I to, że ma tatę. I że w dodatku lubi się z tego powodu przechwalać.
– To nowa uczennica. Sinope. Możecie ją przywitać – powiedziała ze znużeniem Yuki. Robiła to prawdopodobnie tylko dlatego, że tuż za jej plecami stał uśmiechnięty od ucha do ucha dziadek Isy. Szczeniaki krótko wiwatowały na widok małej, a potem wróciły do porządku dziennego. Dziadek szybko się ulotnił, a Isę przeszedł dreszcz. Nie był to jednak wcale przyjemny dreszcz.
Sino usiadła tuż obok Isy.
– Co to za lekcja? – wyszeptała o pół głowy mniejsza waderka.
– Idiotka – warknęła Isa.
– W związku z tym, że jesteśmy na nowych terenach, które dla odmiany mamy dobrze poznać, ta lekcja będzie inna niż dotychczasowe. Urządzimy sobie wycieczkę krajoznawczą.
– A co to znaczy? – wypaliła Sino.
Isa zaczęła ją w duchu przeklinać. Już wiedziała, co się szykuje – setki niepotrzebnych pytań co dwa zdania.
– Będziemy zwiedzać.
– A co to znaczy "zwiedzać"?
– Chodzić.
– Chodzić to znaczy spacerować. Czemu pani nie powiedziała po prostu spacerować?
– Bo to nie jest spacer.
– A co? Przecież też jest chodzenie.
– Ale inne chodzenie.
– Czym się różni od chodzenia na spacerze?
– Nie zadajemy głupich pytań i oglądamy krajobraz.
– Co to znaczy "krajobraz"?
– Okolica.
– To coś w oku? Lica jak ulica, czy jak buzia?
Yuki zamilkła, patrząc na nią z mieszanką złości i zrezygnowania. Isa zaś zaczęła lekko drżeć. Chciała się odsunąć, ale postanowiła to zrobić dopiero, kiedy nauczycielka popatrzy w inną stronę.
– Masz zakaz na zadawanie durnych pytań do końca lekcji, inaczej przetrzepię ci dupsko – syknęła Yuki.
Isa nie mogła się powstrzymać. Wybuchnęła śmiechem.
– Co cię tak bawi? – zapytała ostro Yuki.
– Nic, proszę pani. Nic takiego – wykrztusiła, nadal się śmiejąc. Im dłużej to robiła, tym bardziej niepokojąco to brzmiało.
– Co znaczy dupsko? – zapytała nieśmiało Sino, na co Isa zaśmiała się jeszcze głośniej. Zagłuszyła resztę rozmów. Spłoszone ptaki poderwały się do lotu. Szczeniaki w pierwszej chwili wydały się poważnie speszone.
– Tobie grozi to samo, młoda damo – zagroziła Yuki – Jeśli tylko nie przestaniesz z łaski swojej się śmiać.
– Przestać? Ja?
– Nikt inny się nie śmieje.
– Mam się bać klapsa w zad? Mogę zawsze oskarżyć panią o...
– I komu to zgłosisz? Mamusi? Na pewno potraktuje cię poważnie. Już to widzę.
Isa popatrzyła wyzywająco na Yuki.
– Nie. Zgłosiłabym to prosto do Alfy.
– I on niby coś mi zrobi? – kpiła dalej nauczycielka – On?
– Chce się pani przekonać?
Yuki postąpiła kilka kroków w jej kierunku.
– Nie będziesz mi grozić, ty mała... – stała już na tyle blisko, że Isa czuła jej gorący oddech na pysku.
– Niech pani dokończy.
Warknęła coś i odsunęła się.
– Nie zrobi tego pani przy dzieciach, co? – zaśmiała się ironicznie Isa.
– Isaaa, psujesz nam lekcję! – jęknęła przeciągle Sino.
– Właśnie! – zawtórowała jej reszta grupy.
Z gardła Isy wydarł się warkot. Sino wyglądała na dumną z siebie. Wyraz głupiutkiej waderki zniknął z jej pyska. Teraz była Sino-niszczycielem.
– Tylko spróbuj, powiedzieć coś jeszcze, a cię zabiję.
– Proszę pani, ona mi grozi! – powiedziała Sino.
– Uspokójcie się, bo będziecie musiały być rozdzielone, a nikt z nas tego nie chce.
– My chcemy – odparowała Isa.
– Co ci do łba strzeliło, Ismanise? – syknęła Yuki – Coś się zmieniło, że nie możesz usiedzieć choć chwili w spokoju, bez obrażania innych?
– Może – uśmiechnęła się wstrętnie.
– Porozmawiam z twoją mamą.
– Wie pani, że nie obchodzę mojej mamy – odpowiedziała słodko Isa – Więc po co to robić?
– Odbierzemy jej prawa do opieki i...
– I dobrze.
W Yuki aż się gotowało. Nie mogła zebrać słów. Isa widziała to doskonale na jej pysku.
– A więc to tak...
– Złość piękności szkodzi – dodała Isa.
– Pani już zaszkodziła – powiedziała cicho Sino. Niestety dostatecznie głośno, by pobudziło to wściekłość Yuki.

<C.D.N.>

czwartek, 17 października 2019

Od Torance "Turyści z mapą w kamieniu" cz. 1 (cd. Lind/Kai)

Początek stycznia 2025
Kiedy zdecydowałam się na zostanie zwiadowcą, nie przyszło mi do głowy, że podróż będzie równoznaczna z opuszczeniem szczeniaków. Chciałam jakoś odwołać swoją decyzję, jednak Hitam nie udzielił mi na to zgody. Potrzebowaliśmy zwiadowców, a maluchy mogły zostać pod opieką Asgrima. Gdy wypomniałam mu, że mój partner również należał do ekipy, basior jedynie przypomniał mi o istnieniu opiekunów. Niechętnie przyznałam mu rację.
Z tego też powodu trzymałam w pyszczku Yvara i niosłam go w zacienione miejsce, gdzie Peggy oraz Helga sprawowały pieczę nad mniej lub bardziej rozbrykanymi szczeniakami. Od razu zauważyłam Yngvi. Waderka piszczała, poruszając się niezgrabnie. Serce zabiło mi mocniej na jej widok. Podbiegłam w jej stronę, co z kolei wywołało przestraszony skowyt ze strony Yvara. Zwolniłam nieznacznie i odłożywszy go obok jego siostrzyczki, zaczęłam nerwowo wylizywać ich ciałka. Dopiero wówczas uspokoili się.
Obserwowałam, jak Yngvi próbuje odepchnąć brata, walcząc o moją uwagę. Na moim pysku widniał delikatny uśmiech. Rozkoszne maluchy.
- Nie musisz się o nich martwić.
Podskoczyłam, słysząc tuż za sobą głos Helgi. Nie zauważyłam, kiedy do mnie podeszła.
- Nie martwię - skłamałam.
Wilczyca uśmiechnęła się z łatwością wyczuwając fałsz w moim głosie. Powstrzymałam grymas i skupiłam ponownie uwagę na szczeniakach. Ostatni raz polizałam ich po pyszczkach, czując dziwny ból w sercu. To miał być pierwszy raz, gdy zostawiałam je pod opieką kogoś innego...
- Mamusia wróci - obiecałam.
Jakimś cudem zdołałam zmusić się do pożegnania z opiekunkami i pójścia w stronę miejsca zbiórki mojej grupy zwiadowczej. Szybki rzut okiem uświadomił mi, że przyszłam jako ostatnia. Wilki siedziały zapewne już od jakiegoś czasu. Na mój widok jeden z basiorów wstał i ostentacyjnie się rozciągnął. Chwilę mi zajęło, nim przypomniałam sobie, że miał na imię Nevil.
- No wreszcie. Dłużej się nie dało?
- Odprowadzałam szczeniaki do opiekunek - mruknęłam, zerkając niepewnie na Claytona, który pełnił rolę dowódcy. Z tego co kojarzyłam, samiec miał dobre kilkaset lat, więc (delikatnie mówiąc) budził mój niepokój.
Basior skinął łbem, przyjmując moje usprawiedliwienie.
- Następnym razem bądź na czas - powiedział tylko.
- Oczywiście.
Opuściłam uszy. Grzecznie poczekałam, aż odwróci ode mnie wzrok i dopiero wtedy chyłkiem podeszłam do Lind oraz Tinga. Zdążyliśmy jedynie wymienić powitania, nim Clayton zarządził rozpoczęcie zwiadów.
Odmieniec od razu zaczął narzekania na tych, co wybrali lewy klif jako miejsce, które miel;iśmy eksplorować. Twierdził, że nie wygląda on interesująco i znacznie bardziej wolałby zobaczyć, co też mieści się w dżungli. Milczałam, nie mając najmniejszego zamiaru powiedzieć mu, że między innymi to ja nalegałam na pójście w lewą stronę. Mimo wszystko zostałam niedawno matką i choć Peggy oraz Helga były wyśmienitymi opiekunkami, nie chciałam zostawiać swoich maluchów na zbyt długo. Już wystarczyło, że Asgrim wraz ze swoją grupą ruszył na podbój dżungli, jak to sam stwierdził.
Skierowałam uwagę na otoczenie. Szmer rozmów mieszał się z szumem morza. Fale miarowo uderzały o piasek, wydając przy tym kojący odgłos. Gdzieś ze strony wielkiego lasu wypełnionego dziwacznymi drzewami, które Lind trafnie porównywała do przerośniętych paproci, nadchodził radosny świergot ptaków. Grały swoje melodie pod akompaniament morza. Do tego dochodził jeszcze stały rytm łap tonących w piasku.
Wielu z nas nadal nie mogło uwierzyć, że trwała zima. Przywykliśmy do śniegu lub przynajmniej nieustannych deszczy. Lodowatego wiatru, wywołującego dreszcze. Zamiast tego słońce ogrzewało nasze grzbiety, a piach popołudniami nawet delikatnie palił nienawykłe poduszeczki łap.
Ogromny kamień, będący centrum naszego zainteresowania, rósł w oczach z każdym krokiem. Widząc go, miałam wrażenie, że to jakiś olbrzym zostawił swoją zabawkę na środku plaży. Z drugiej strony coś mi przypominał...
Musiało minąć kilka chwil, nim dotarło do mnie, że wyglądał dziwnie podobnie do Wschodniego Klifu na naszych starych terenach. Zrobiło mi się głupio, że tak długo zajęło mi wygrzebanie wspomnienia dotyczącego miejsca, gdzie spędziłam dobrą połowę życia.
Lind musiała zauważyć mój wyraz pyska, bo nie minęła chwila, a już mnie zagadała. Chyba stwierdziła, że martwię się o Yvara i Yngvi, bo to o nich spytała.
- W porządku. Yvar zdecydowanie dominuje nad Yngvi. Jest znacznie większy i silniejszy, więc czasem jestem zmuszona go odgonić, żeby nakarmić i małą - odpowiedziałam, mimowolnie uśmiechając się na wspomnienie maluchów oraz ich drobnych przepychanek.
Lind pokiwała ze zrozumieniem łbem.
- Niezły łobuziak z niego, co?
Roześmiałam się i pokręciłam głową.
- A skąd. Jak na ironię to właśnie Yngvi woli eksplorować miejsca, które nie powinna. 
- Pierzastej też to się zdarza, chociaż jest znacznie starsza - wtrącił Ting.
- Nieprawda!
Lind posłała swojemu towarzyszowi groźne spojrzenie, na które ten odpowiedział jedynie wzruszeniem ramion.
- Przypomnieć ci o...?
- Nie - przerwała mu wilczyca, wymownie unosząc wzrok ku górze - Zresztą, zwykle i tak mi towarzyszysz.
- Pilnuję, żebyś nie wplątała się w coś głupiego - odparł odmieniec, dodatkowo akcentując pierwsze słowo.
Parsknęłam cicho śmiechem, sprowadzając tym na siebie chmurne spojrzenia przyjaciół.
- Dobrze, że teraz OBYDWOJE możecie legalnie eksplorować.
Lind otworzyła pyszczek gotowa mi jakoś odpowiedzieć, jednak przerwał jej Clayton. Basior nakazał nam dobranie się w grupy oraz ostrożne podejście do klifu i zorientowanie się, czy w pobliżu nie ma jakiegoś większego zagrożenia. No i oczywiście mieliśmy odnaleźć ewentualną drogę na jego szczyt.
Ze względu na to. że i tak byłam obok Lind oraz Tinga stworzyliśmy jedną grupę. Rozglądałam się jeszcze w poszukiwaniu wilków, które zechciałyby do nas dołączyć. Clayton miał rację; nie znaliśmy terenu i nawet samotny wstęp do eksploracji był zwyczajną głupotą.