środa, 6 listopada 2019

Od Glücka "Nie taka nudna szkoła" cz. 4

Luty 2025
Glück siedział na lekcji sztuk kreatywnych. Zastanawiał się co zaprezentować. Miał zrobić coś kreatywnego. Mógł coś narysować, tak stwierdził Glück. Tylko co? Spojrzał na te dziwne drzewa. Tak, to jest to. Wziął Sticky'ego i narysował krzywe, szkaradne drzewo.
- To jest okropne! - powiedział Ares. - To wygląda jak zdechła ryba.
- Ej to nie jest, aż takie złe - Glück spojrzał na swój rysunek. - No dobra to jest okropne.
- Może spróbuj... - basior rozejrzał się po szczeniakach - zatańczyć?
- Nie.
- No to, opowiedz historyjkę?
- Nie umiem.
- Chociaż spróbuj.
- No dobra. Dawno, dawno temu żył sobie wilk. Dożył on późnej starości i umarł. Koniec.
- Nie, nie nadajesz się do tego.
- Wiem.
- A może za...
- Wiem! Zaśpiewam.
- Właśnie to chciałem powiedzieć!
- A co zaśpiewać?
- Może razem coś wymyślimy.
Basiory zaczęły myśleć nad tekstem do piosenki. Po dłuższej chwili podszedł do nich Dernet, ich nauczyciel.
- A wy co wymyśliliście?
- Zaśpiewamy - powiedzieli razem.
Glück i Ares już skończyli wymyślać tekst. I postanowili, że zrobią próbę. Kiedy zaczęli śpiewać, podszedł do nich pan Dernet. Śpiewali tak ładnie, że inne szczeniaki zamiast wykonywać swoje zadania przyszły patrzeć na występ. Nawet nauczyciel był pod wrażeniem. Kiedy skończyli wilki się rozeszły i kontynuowały to, co robiły wcześniej. Stwierdzili, że odpoczną chwilę.
- Tak, w ogóle to skąd jesteś. I dlaczego do nas dołączyłeś? - zapytał Ares.
Glück zaczął mu opowiadać, o bitwie jego watahy z innymi wilkami. Następnie, powiedział jak uciekł do lasu. Znalazł Stick'ego, jak to samotnie błądził po lesie. W końcu dotarł do momentu, w którym znalazł kraba i spotkał się z Naidą.

Uwagi: "Później" piszemy przez "ó".

wtorek, 5 listopada 2019

Od Naidy "Nie taka nudna szkoła" cz.3 (cd. Glück)

Luty 2025 r.
Naida siedziała niespokojnie na piasku. Musieli wymyślić jak wydostać się z dżungli i wrócić do watahy. Na początku to zadanie wydawało się strasznie łatwe. Siedzieli przez pewien czas w ciszy. W każdej chwili mogli zostać spytani o rozwiązanie. Naida zauważyła, że Glück ogląda uważnie te dziwne drzewa bez gałęzi.
– Wejdę na drzewo i zobaczę, gdzie jest plaża – zasugerował.
– A jak spadniesz? – zapytała zaniepokojona.
– To umrę.
– I potem będę miała problemy, że ci nie pomogłam!
Naida spojrzała na basiory. Ares wpatrywał się zamyślony w wodę. Od jakiegoś czasu milczał. Może chociaż on wpadnie na jakiś pomysł? Miała taką nadzieję.
– Wiem! – wykrzyknął Glück. – Zapytam Sticky'ego o drogę! On ma dobrą pamięć!
– Ale Sticky to tylko patyk – odezwał się Ares. – On nic nie powie.
– Cicho! Nie mów mu tego! – szepnęła przestraszona Naida.
Glück wyglądał na rozzłoszczonego. Waderka wiedziała, że szczeniak popełnił błąd. Basior nie lubił, kiedy przypominano mu o tym, że jego przyjaciel jest zwykłym kijem. Naida czekała niecierpliwie na reakcję Glücka.
– Nie rozmawiam już z tobą – rzucił tylko.
– Ale musisz! Jesteśmy w jednej drużynie! – odpowiedział zdenerwowany Ares.
– To przeproś!
– Jeszcze czego!
– Przestańcie! – przerwała im Naida.
Nauczycielka najwidoczniej to usłyszała. Spojrzała w ich stronę.
– Coś się stało?
– Nie, wszystko w porządku – odpowiedział Glück.
Waderka nie wyglądała na przekonaną, ale wróciła do swoich zajęć. Naida odetchnęła z ulgą. Po chwili zauważyła, że Glück nadal wpatruje się wrogo w Aresa. Basior widząc to odwzajemnił spojrzenie. Naida uśmiechnęła się nerwowo nie wiedząc co ma zrobić.
– Zabiję cię później – szepnął Glück.
– Spokój! Pamiętajcie, że mamy zadanie do wykonania!
– Niech ci będzie – mruknął.
– Zaraz kończymy! – wykrzyknęła nauczycielka.
Naida rozejrzała się zestresowana. Muszą coś szybko wymyślić! Spojrzała na Aresa, który znowu zapatrzył się w wodę. Fale szumiały cicho. Praktycznie nie było wiatru, ale Naida i tak czuła już z daleka zapach słonej wody.
– Chyba mam pomysł!
– Trzeba iść za zapachem – wtrącił się basior.
– Glück! Nie kradnij pomysłów!
Ares zaśmiał się cicho. Naida spiorunowała go spojrzeniem. Westchnęła i skupiła wzrok na swoich łapach.
– Ale sam zapach może nie wystarczyć. Możemy też iść w kierunku, gdzie słychać fale i te głośne ptaki – powiedziała wskazując na mewy.
– Ale możemy dojść do innej plaży!
– Najważniejsze, że dotrzemy do wody! – odezwał się Ares.
– Właśnie! W dodatku nie widzę w okolicy innej plaży. Ta musi być jedyna.
– A jak wyjdziemy z drugiej strony? – mruknął nieprzekonany Glück.
– To pójdziemy brzegiem! – odpowiedział mu basior.
– Przed chwilą mówiłem to samo!
– Nie prawda! Ty mówiłeś o bieganiu, a to co innego – zirytowała się.
Kłótnia trwała jeszcze przez chwilę. W tym czasie pierwsza grupa już zaczęła odpowiadać. Niestety mówili za cicho, aby Naida mogła ich podsłuchać i pożyczyć od nich rozwiązanie problemu.
– Bierzemy mój plan i kropka! – wykrzyknęła zdenerwowana.
– Można wrócić po zapachu...
– No i dokładnie o tym mówiłam, Glück! – zerknęła na zbliżającą się w ich stronę waderkę. – Teraz nasza kolej! Ja mówię!
Glück wyglądał jakby miał zaprotestować, jednak powstrzymał się. Nauczycielka podeszła do nich z uśmiechem. Najwidoczniej poprzednia grupa zdała, ponieważ Naida słyszała ich radosne okrzyki. Miała nadzieję, że oni także dadzą radę.
– A więc... – zaczęła niepewnie. – Według nas, najlepiej jest wrócić za pomocą...
– Można wrócić po swoim zapachu. Jakoś musieliśmy się tam znaleźć. Możemy wywęszyć drogę powrotną! – wtrącił się Glück.
– Dokładnie! – przytaknął mu Ares.
Naida spojrzała rozzłoszczona na Glücka. Najchętniej złamałaby mu Sticky'ego. Nie powinien jej przerywać.
– Dobrze sobie poradziliście. Brawo – odezwała się nauczycielka. – Możecie już zająć się sobą.
Naida spojrzała ze zdziwieniem na waderkę. Chciała coś odpowiedzieć, ale nie miała pojęcia co. Patrzyła jak wilczyca podchodzi do kolejnej grupy. Udało im się. Mimo sukcesu, waderka nie była szczęśliwa.
– Dlaczego to zrobiłeś? – warknęła.
– Bo to był dobry pomysł.
– Lepszy od twojego – dodał Ares.
– Co? Wcale nie!
– Przecież jak będziesz w samym środku dżungli, to nie będziesz słyszeć wody!
– A skąd wiesz?
– Przecież dżungla jest wielka – odpowiedział znudzonym głosem Glück.
– Widzisz? On wie lepiej.
Naida prychnęła. Może i miał lepszy pomysł, ale to nie znaczy, że może jej przerywać w środku odpowiedzi. Wstała powoli i ruszyła w kierunku małej grupki szczeniaków. Może znajdzie tam Mortiego? Musiała się przecież komuś wyżalić. W połowie drogi zerknęła za siebie. Glück i Ares rozmawiali o czymś z ożywieniem. Naida zastanawiała się, czy ta dwójka zostanie przyjaciółmi. Może kłócili się podczas zadania, ale teraz wyglądali na zadowolonych ze swojego towarzystwa. Może Glück nie będzie już potrzebował Sticky'ego? Ma nowych przyjaciół. Naida uśmiechnęła się lekko i wyruszyła na poszukiwania Mortiego.


<Glück?>

Uwagi: brak.

poniedziałek, 4 listopada 2019

Od Kai'ego "Turyści z mapą w kamieniu" cz. 2 (cd. Lind/Torance)


Początek stycznia 2025 r.
– Ja mogę iść! Jestem już tak stary, że nikomu nie będzie mnie szkoda.
Lind i Torance obróciły się w kierunku Kai'ego, lecz nim odpowiedziały, on się już przepchnął między nimi.
– Panie wybaczą, ale wyjątkowo nie pójdziecie przodem. Trzymajcie się co najmniej dwadzieścia metrów za mną.
– Ile to dwadzieścia...? – powtórzyła cicho Grivina.
– Ja ci powiem – odszepnęła Lind.
Kai wskoczył na pierwszy wystający kamień, a później wdrapał się na kolejny i kolejny. Robił to sprawnie, lecz z gracją daleką kozicom górskim.
– Pomóc? – zapytał Clayton.
– Nie, dam radę – odpowiedział basior, wykonując kolejny sus ku górze. Niemal ześlizgnął się ze skały, ale niedługo potem odzyskał równowagę.
Niestety łapa mu się osunęła i znowu zwisał, zaczepiony jedynie łapami. W przeciwieństwie do obserwatorów w dole, wyglądał na niezwykle opanowanego. Rozejrzał się.
– Powiem wam, że tam kawałek dalej jest znacznie lepsze i bezpieczniejsze wejście – oznajmił, wskazując kierunek ogonem. Lind wydała z siebie cichy okrzyk zaskoczenia i poszybowała w powietrze.
Kai z cichym stęknięciem podciągnął się na kamieniu. Wrócił do wspinaczki.

– Wiesz, jak chcesz to możemy ci pomóc – skomentowała Lind, która już zawróciła, by zdać raport z sytuacji z góry. Teraz lewitowała nieopodal Kai'ego, który akurat oceniał odległość na skałach na ostatnich kilku pionowych metrach. W tym czasie w dole reszta grupy ruszyła wedle wskazanego przez Lind kierunku.
– Dam sobie radę. Jedna z moich niewielu szans na gimnastykę.
– Gimnastykę? – powtórzyła zdumiona.
– No dobra. Siłownię. Albo wspinaczkę. Ludzie podobno czasem mają podobne skały wspinaczkowe na siłowniach.
Wykonał kolejny skok.
– Dość niebezpieczna ta siłownia, nie uważasz?
– Nie.
– Zawsze byłeś taki uparty?
Kiedy ich pyski znowu się zrównały, Kai rzucił jej szelmowski uśmiech.
– Po prostu lubię wyzwania.
– Wyzwaniem będzie wyciągnięcie twoich zwłok spomiędzy kamieni – prychnęła.
– A ty zawsze jesteś taka wredna?
– Jeśli ktoś mnie zmusi...
– Sama zaczęłaś. Nie wierzysz we mnie.
Westchnęła teatralnie, po czym zawróciła. Niedługo potem całkiem zniknęła mu z oczu. Zacmokał z dezaprobatą i wrócił do mozolnego wdrapywania się na górę.
Nie wątpił, że będzie tam pierwszy. Bezpieczniejsza droga, choć faktycznie w ogólnym rozrachunku lepsza, to – z tego, co już zdołał zaobserwować – była znacznie dłuższa. Prowadziła naokoło, a żeby trafić na ów najniżej położony punkt, należało wejść głębiej w dżunglę.
Obejrzał się przez ramię. Od ziemi dzieliło go już dobre kilkadziesiąt metrów, jak nie więcej. Przeszły go dreszcze podniecenia. Niemal zapomniał, jak to jest samotnie przebywać na tak dużych wysokościach. Zaczął żałować, że przez te wszystkie lata zbyt bał się, by do tego wrócić. Teraz okoliczności były zupełnie inne, i wcale nie przypominały mu aż tak bardzo przeszłości. Mógł swobodnie odetchnąć tutejszym powietrzem, kosztując chwili. Mógł oglądać z góry korony tropikalnych drzew, tlący się z wulkanu dym oraz latające tu i ówdzie kolorowe ptaki. Przeszło mu przez myśl, że na samej górze muszą być jeszcze piękniejsze widoki.
Patrzył na ten piękny obrazek jeszcze przez moment, po czym zachęcony wskoczył na kolejny wystający kamień.

<Lind? Torance?>


niedziela, 3 listopada 2019

Od Morgana "Zostali sami" cz. 2 (cd. Crane)

Styczeń 2025
Tata mnie zostawił. Znowu.
Od jakiegoś czasu porzucał mnie każdego dnia. Zostawałem wówczas pod opieką jakichś wilczyc. Wokół było wiele różnych szczeniaków, które na przemian spały i wdawały w walki, na które nikt nie zwracał uwagi. Ich zapachy mieszały się ze sobą, tworząc mieszankę od której kichałem. Większe ode mnie szczeniaki nieustannie próbowały mnie zaatakować.
Nie lubiłem tego miejsca.
Przez większość czasu piszczałem z utęsknieniem wyczekując powrotu taty. Nie rozumiałem dlaczego mnie tu zostawiał. Znacznie bardziej wolałem być obok niego i tulić się do jego puszystej sierści. Ewentualnie ciągnąć go za uszka. Zawsze mi na to pozwalał. No i w porównaniu do tych małych wilków nie próbował mi oddać ze znacznie większą siłą.
Pisnąłem głośniej. Jedna z dużych wilczyc zerknęła na mnie z niepokojem i podeszła, mówiąc coś miłym głosem. To nie pomogło. Nie była tatą. W końcu samica dała za wygraną i zostałem sam. Z mojego pyszczka ciągle nadchodził cichy skowyt.
Po jakimś czasie wpadłem na świetny pomysł. Mogłem przecież poszukać taty! Z pewnością ucieszyłby się, gdyby mnie zobaczył.
Zerknąłem w stronę reszty grupy. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Przyparłem do piasku i zacząłem powoli sunąć w stronę, w którą zawsze szedł tata.
Złocisty piasek był miły i ciepły. Słoneczko dodatkowo ogrzewało mój grzbiet. Powieki stawały się ciężkie, jednak nie mogłem zasnąć. Najpierw musiałem go znaleźć.
Podróż ciągnęła się w nieskończoność, a jego nadal nie było widać. W moich oczkach stanęły łezki. Zaczynałem żałować swojej lekkomyślnej podróży. Mogłem zostać wraz z innymi szczeniaczkami i po prostu spać. Tata w końcu by wrócił. Przecież zawsze wracał...
Poza tym przyjemne ciepełko zaczynało powoli palić. Coraz ciężej było mi wykonać kolejny krok. Potrzebowałem ciemniejszego piasku, który znajdował się zawsze obok wielkich i grubych patyków. Próbowałem kiedyś złapać takiego patyka i się nim pobawić. Niestety miałem za mały pyszczek żeby go złapać.
Może teraz by się udało?
Z nową energią ruszyłem w stronę patyków. Dopadłem do najbliższego z nich i otworzyłem pyszczek najszerzej jak mogłem. Wbiłem ząbki w drewno i spróbowałem się cofnąć. Patyk jednak nie ustąpił. Niedobry patyk.
Poświęciłem jeszcze trochę czasu na taką walkę, ale oczywistym było, że nie miałem szans. Muszę urosnąć jeszcze odrobinkę i wtedy z pewnością mi się uda! Wywaliłem jęzor i zacząłem szukać jakiegoś miejsca, w którym mógłbym odpocząć. Mój wzrok jednak nieustannie wracał do badyli. Nie zauważyłem, kiedy ziemia skończyła mi się pod łapami. Wpadłem do jakiejś dziury, piszcząc bardziej z zaskoczenia, niż z bólu. Chociaż, kiedy uderzyłem o grunt, jedna z łapek zabolała. I to całkiem mocno.
Odczekałem, aż przestanie boleć. Dopiero wówczas spróbowałem skoczyć i wydostać się z tej dziury. Nie udało mi się. Skakałem jeszcze wielokrotnie, jednak za każdym razem trafiałem łapkami ledwo w połowę wysokości. Moje pazurki szurały po ubitej ziemi, tworząc długie szramy. Nic więcej. Nie miałem szans na samodzielne wydostanie się.
Zwinąłem się w kłębek i zacząłem piszczeć. Może tata mnie usłyszy i przyjdzie tutaj? Zawsze mnie znajdywał... Tym razem też tak powinno być.
Mijały chwile, a nikt nie przychodził. Piszczenie było męczące, ale za bardzo bałem się, że kiedy przestanę, zostanę już tutaj na zawsze. Z tego, co wiedziałem, zawsze jest długie. Czyli mogło trwać nawet aż do ciemnej pory, a nie chciałem tu być, kiedy zapadnie mrok...
W końcu nade mną pojawiła się rozczochrana biała postać. Światło zagrało na jej pysku, upodobniając ją do potwora. Przyparłem zadkiem do tylnej ściany nory.
- Morgan - szepnęła postać. Zastrzygłem uszkami. Monstrum znało moje imię? Zmrużyłem oczka. To chyba oznaczało, że nie było złe. - Nie ma się czego bać. To ja, Lind. Pamiętasz mnie?
Wyciągnęła w moją stronę łapę. Niepewnie do niej podszedłem i zaciągnąłem jej zapachem. Pachniała jak wilk. Trochę inaczej niż tata oraz większość znanych mi wilków, ale raczej mogłem jej zaufać. Przestałem piszczeć aż tak natarczywie.
- Zabiorę cię stąd, dobrze?
Wadera spojrzała mi prosto w oczy. Zastrzygłem uszami, słysząc pytającą nutę w jej głosie. Nie odwracając spojrzenia, położyła się na ziemi i włożyła łeb w moją norę. Zęby zacisnęły się na mojej skórze. W pierwszej chwili nie zrozumiałem, co się dzieje i zaskomlałem nieznacznie głośniej. Jednak w chwili, kiedy znalazłem się na powierzchni, strach zaczął powoli mijać. Uratowała mnie! Dzięki niej nie zostałem tam na zawsze, a na zaledwie... Część zawsze. I tak zbyt długą część, ale nie zamierzałem narzekać.
Samica postawiła mnie na jasnym piasku. Przyjrzałem się jej rozwichrzonej sierści oraz kolorowym piórkom. Chciałem wiedzieć, jak o niej myśleć.  Już jakiś czas temu zauważyłem, że wiele stworzeń miało specyficzne dla nich słowa, na które reagowali. Te słowa ogólnie były imionami. Ja miałem na imię Morgan. Tatę nazywali czasem Crane, co nie miało sensu, skoro był tatą. Duże wilki bywały tak dziwne!
Miałem wrażenie, że samica wspomniała już swoje. Minęło jednak kilka chwil, nim wygrzebałem je z pamięci.
Ma na imię Li - stwierdziłem niezmiernie dumny z siebie.
- Zaczekamy na twojego tatę - powiedziała Li.
Ożywiłem się, słysząc tą wiadomość. To musiało oznaczać, że tata wróci do mnie i Li. Przyjdzie i mnie zabierze. A tymczasem...
Skierowałem ponownie uwagę na kolorowe piórka. Były takie śliczne! Podkradłem się w ich stronę i delikatnie tknąłem je łapką. Li to zauważyła i poruszyła swoją. Wraz z nią wprawiła w ruch piórka. Uśmiechnąłem się i zacząłem się nimi bawić znacznie pewniej. Mając z tyłu głowy wielkie patyki, doskoczyłem do pierza. Z łatwością wziąłem je w pyszczek. Nie było jednak takie smaczne, jak sądziłem. Szybko je wyplułem.
Zabawa była przednia. Mógłbym się tak bawić naprawdę długo, gdyby nie zmęczenie. W końcu przeżyłem tego dnia naprawdę wiele przygód. Miałem prawo być odrobinkę zmęczony. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiegoś milutkiego posłanka. W końcu zwróciłem uwagę na niezmiernie puszysty ogon Li. Wydawał się mięciutki. Bez dłuższego namysłu położyłem się na nim i zasnąłem. Tak po prostu.
***
Obudziło mnie dopiero mocne szarpnięcie. Pisnąłem, schodząc na piasek. Zdezorientowany rozejrzałem się po okolicy. Byłem na plaży wraz z Li oraz tatą... Tata trącił mnie noskiem, na co pisnąłem i wtuliłem się w jego łapkę. Tak mi go brakowało!
- Byłem na patrolu - mruknął basior. - Jak zawsze, zostawiłem Morgana u Helgi... Jak wróciłem, były z nią inne szczenięta, ale nie Morgan. Do mojego przyjścia nie zauważyła, że zniknął.
Zastrzygłem uszkami, słysząc swoje imię. Podniosłem wzrok na samca, jednak on nie patrzył na mnie. Przekrzywiłem główkę, również zerkając na Li.
- Li, tata wrócił - zauważyłem, wskazując łebkiem na tatusia.
- Tak, tak.
Nie usłyszałem w jej głosie najsłabszej nuty radości. Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc, czemu się nie cieszyła. W końcu tata był fajny... Powinna być zadowolona, prawda? Potrząsnąłem pyszczkiem i przeniosłem spojrzenie na samca. On też nie wyglądał zbyt wesoło. Dziwne...
Zacząłem myśleć nad tym, w jaki sposób mógłbym sprawić, że na ich pyszczkach pojawiłyby się uśmiechy. Wyglądali z nimi o wiele ładniej. W końcu w mojej głowie stanęło niedawne wspomnienie zabawy piórkami Li. Była naprawdę fajna, a i jej zdawała się podobać. Może tata chciałby do niej dołączyć?
- Tata, patrz! - poleciłem i doskoczyłem do łapki Li. Szybkim ruchem wziąłem kilka piórek w pyszczek i pociągnąłem delikatnie, spoglądając na dorosłych. Czekałem, aż dołączą do zabawy, jednak wszystko wskazywało na to, że nie mieli na to ochoty...
Li westchnęła głośno i popchnęła mnie nosem w stronę tatusia.
- Na was już chyba pora - powiedziała. Jej głos był przerażająco lodowaty. Mimowolnie się skuliłem.
- Ta... Masz rację.
Przekrzywiłem główkę, wpatrując się w dorosłych. Nie rozumiałem dlaczego byli tak smutni. To nie było fajne. Ani trochę. Do moich oczu cisnęły się łzy. Spojrzałem na Li. Moja łapka zadrgała. Nie wiedziałem, czy powinienem do niej podejść czy właśnie odejść jak najdalej.
- Li... - pisnąłem.
Odwróciła wzrok.
- Nie. Idźcie już.
Z mojego oka poleciała łezka. Coś było nie tak...
Tata wziął mnie do pyszczka i poszliśmy w stronę miejsca, gdzie zwykle spaliśmy. Z dala od Li. Pisnąłem kilka razy. Czemu musieliśmy iść tak szybko? 
- Tata...? 
- Wszystko dobrze, Morgan. Nie martw się.
Jego głos całkowicie zaprzeczał wypowiadanym słowom. Mimowolnie zaskamlałem. Tata zaczął mnie uspokajać. Przestałem piszczeć tak głośno, jednak nie potrafiłem powstrzymać się w pełni. Liczyłem w końcu na cudowną część zawsze z tatą i Li. A teraz szliśmy sami. Dlaczego?
- Ciocia Lind jest pewnie zmęczona - wyjaśnił tata. Chyba wyczytał to z mojej główki. To nie było niemożliwe. Był w końcu niesamowity.
Skupiłem się na tym, jak określił Li.
- Cio... Ciocia Li? - powtórzyłem, próbując przyswoić dodatkowe imię Li.
Tata mruknął coś na potwierdzenie i głośno westchnął.
- Pójdziemy do niej później? - spytałem z nadzieją. Chciałem jeszcze pobawić się jej piórkami! - Ciocia Li jest fajna.
- Um... Nie wiem.
- Ma piórka - przypomniałem tacie, próbując go przekonać. To musiało zadziałać. Pierze było zbyt fantastyczne, żeby tak zwyczajnie je ignorować. Zwłaszcza to kolorowe.
Tata powiedział coś, czego nie zrozumiałem. Następnie odstawił mnie na ziemię. Dotarliśmy na miejsce. 
Po łebku ciągle tłukła mi się myśl, że powiedziałem lub zrobiłem coś nie tak. Nie potrafiłem jednak wskazać, co takiego. Musiało to być coś bardzo złego, bo tata był naprawdę smutny. Przekrzywiłem główkę w zamyśleniu.
- Nie chcesz wykopać dołka albo coś?
- Może... - mruknąłem, zerkając na piasek. Zwykle uwielbiałem się nim bawić, lecz teraz... Nie miałem ochoty. Nie był tak interesujący jak na przykład takie piórka... Jejku, tak bardzo chciałem się nimi jeszcze pobawić!
Ewentualnie mógłbym wykopać dołek, ale nie samemu. Z tatą byłoby znacznie ciekawiej. Podniosłem na niego wzrok i zauważyłem, że miał naprawdę smutną minkę. Zachciałem go jakoś rozweselić.
Zacząłem niepewnie skradać się w stronę samca. Nie zwrócił na mnie większej uwagi, więc z łatwością doskoczyłem do niego i wtuliłem w jego sierść. Zaledwie kilka później tata położył się na ziemi i objął mnie łapką. Jeszcze bardziej przyparłem do jego piersi i nasłuchiwałem głośnego bicia serduszka.
Bum, bum, bum.
Było mi tak cieplutko... Mimowolnie ziewnąłem.
Bum, bum, bum.
Moje powieki stały się jakoś dziwnie ciężkie. Chwilę z nimi walczyłem, aż w końcu opadły. Z zamkniętymi oczkami jeszcze przyjemniej słuchało się tych głośnych uderzeń.
Bum, bum, bum.
Cudowna kołysanka - pomyślałem jeszcze, nim zmorzył mnie sen.

<Crane?>

sobota, 2 listopada 2019

Od Glücka "Nie taka nudna szkoła" cz.2 (Cd. Naida)

Luty 2025 r.
Glück razem ze Sticky'm przyszedł na lekcję logiki. Usiadł wygodnie w cieniu. Zajęcia prowadziła Adora. Glück zastanawiał się o czym będzie mówiła waderka.
- Dziś zadam wam do rozwiązania problem. Na początek może coś łatwego. Ponieważ jesteśmy na nieznanym nam jeszcze terytorium to zadanie może wam się przydać...
Naida usiadła obok Glücka.
- Załóżmy że zabłądziliście w dżungli. Musicie wrócić do watahy - Adora rozejrzała się po uczniach. - Podzielę was teraz na grupy.
- Mogę być z Glückiem? -zapytała Naida.
Basior spojrzał na nią zdziwiony.
- No dobrze... ale weźcie jeszcze jego - powiedziała Adora wskazując na jakiegoś szczeniaka.
Glück zobaczył jak w ich kierunku idzie basior wskazany przez nauczycielkę. Wyglądał na fajnego wilka.
- Cześć - powiedział przybyły.
- Hej - odpowiedział Glück.
- Jak masz na imię? - zapytała waderka.
- Mam na imię Ares, a wy?
- Ja jestem Glück, a to jest Naida.
- Jesteście tu nowi, prawda? - zapytał Ares.
- Tak, jesteśmy nowi - odpowiedział.
- Cisza! - uciszyła ich Adora. - Dam wam kilka minut na omówienie planu. Pamiętajcie, że nie wolno wam używać mocy!
- Dobrze! - krzyknęły chórem szczeniaki.
- Można to sprawdzić idąc się zgubić? - zapytał Glück.
- Niestety nie. Zostajecie tutaj - odpowiedziała Adora.
- Czemu?
Nauczycielka zignorowała jego pytanie.
- Musimy coś wymyślić! - powiedziała Naida.
- Czyli... jesteśmy w dżungli... I nie wiemy jak wrócić... - powiedział Ares.
Glück zaczął się zastanawiać. Myślał i myślał, ale nic. Nie miał żadnego pomysłu. Po chwili namysłu coś przyszło mu do głowy. Gdyby tak biec przed siebie, mógłbym wrócić do watahy.
- Mam pomysł - powiedział Glück.
- Mów! - krzyknęła Naida.
- Można biec przed siebie.
- Jak dla mnie to głupi plan - odpowiedział Ares.
- A gdybyś wybiegł z drugiej strony dżungli? - zapytała.
Glück pomyślał.
- To pobiegłbym w drugą stronę.
- Nadal mi się to nie podoba - odpowiedział Ares.
Basior zastanawiał się dalej. Spojrzał na jakiegoś szczeniaka i powiedział.
- Spytam kogoś o drogę.
- Niby kogo? - spytał Ares.
Naida spojrzała na wulkan.
- Wulkan! Moglibyśmy iść w jego kierunku - powiedziała.
- Ale wulkan jest tak daleko stąd. Wciąż musiałabyś iść przez dżunglę.
- Racja.
Glück spojrzał na ziemię i zobaczył odciski łap, wpadł na genialny pomysł.
- Można iść po śladach.
- Hm... W sumie - powiedział Ares.
- Nie zgadzam się! W lasach nie zawsze widać ślady... Może akurat szlibyśmy po mchu? - odpowiedziała Naida.
Glück rozejrzał się dookoła. Jego wzrok zatrzymał się na drzewie.
Musiał coś wymyślić, a czasu było coraz mniej.

<Naida?>

Uwagi: Czasowniki z cząstką "-by" zapisujemy łącznie.