niedziela, 25 sierpnia 2019

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz, co się wydarzy" cz. 5

Styczeń 2024 r.
Po sali echem niósł się stukot ciężkich łap uderzających o posadzkę. Postać biegła naprawdę szybko. Król nie stanął przodem do posłańca, a jedynie obserwował odbicie jego sylwetki w szklanej podłodze. Był to Gabriel, najszybszy z jego poddanych. Jego długie ptasie nogi miarowo uderzały o ziemię, a długi dziób niemalże sięgał do czubków jego stóp. W momencie, gdy rozpostarł skrzydła, na podłogę opadło kilka ciemnych piórek.
– Królu! – krzyknął Gabriel. Dopiero wtedy Glory powoli obrócił się w jego stronę. Posłaniec zaczął zwalniać, aż w końcu całkiem przystanął. Dyszał niespokojnie, z trudem łapiąc oddech.
– Cóż się stało?
– Po mieście... niesie się wieść! Że ktosik chciałby na nas napaść i zająć tron. O, tak! – krzyknął, ponownie rozpościerając skrzydła. Król obserwował go bez większego zainteresowania. Gabriel pod wpływem jego iście morderczego spojrzenia pochylił głowę, jakby czyniąc pokłon.
– Zająć tron, powiadasz... – powiedział cicho Glory – Jak według ludu chciałby tego dokonać?
– Tego... tego już mi nie wiadomo, wasza wysokość.
– Skąd zatem ta parszywa wieść wypełzła?
– Z ust mieszczan, panie. Gadają od tym już od samego rańca, ale nikt nie wie, kto ją rozpuścił.
– Strażą straszyć próbowaliście?
– Ano, próbowaliśmy! Nic to nie dało, wasza wysokość. Dalej nic, a nic im nie wiadomo.
– To tyle, co wciągnąć zdołaliście?
– To wszystko, wasza znakomitość.
– Dobrze zatem – Król skinął głową – Możesz wracać do swoich obowiązków. Jeśli cokolwiek nowego dojdzie do twych uszu, lub uszu twoich przyjaciół, masz to natychmiast przekazać dowódcy straży – mówiąc to, wskazał za pomocą głową stojącego dotąd w milczeniu Patricka.
– Tak jest, wasza wysokość – powiedział Gabriel, a następnie skierował się do wyjścia. Tym razem już nie biegł, lecz jego krok nadal pozostawał żwawy. Glory odczekał, aż straż zatrzaśnie za nim drzwi, po czym zwrócił się do dowódcy straży.
– Musicie aresztować wszystkich potencjalnych spiskowców.
– Moi agenci się tym zajmą – potwierdził Patrick, patrząc pustym wzrokiem w przestrzeń.

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz, co się wydarzy" cz. 4

Koniec grudnia 2023 r.
Hitam zaczął zwalniać.
– Co tak wolno?! Nie masz już siły?! – krzyknął roześmiany Theodore.
Hitam zwiesił głowę.
– Nie, nie o to chodzi. Po prostu... Przepraszam, ale mam trudniejszy okres.
– Co się stało? – Theo nieco zmartwiony podszedł bliżej Alfy.
– Nic takiego... sprawy dorosłych. Nie jestem pewien, co powinienem zrobić w takiej sytuacji.
Maluch przekręcił głowę.
– Jakiej sytuacji?
Hitam spojrzał na niego przelotnie, a później zawrócił.
– Wiesz co? Odprowadzę cię do mamy. To był kiepski pomysł, abym miał się tobą teraz zajmować. Mam inne rzeczy do roboty...
Theo prychnął. Hitam udał, że tego nie usłyszał.
– Mamie też tak będziesz mówić? Żeby się nie wtrącała?
– Od kiedy jesteś taki mądry?
– Od zawsze! – krzyknął maluch, przyspieszając kroku. Znowu biegł. Hitam pokręcił głową ze zrezygnowaniem.
– Wiesz, że Suzanna trafiła do więzienia?
– Wiem! – odkrzyknął Theo, łapiąc tępymi ząbkami za jakąś wyschniętą gałąź. Wystawała z donicy na schodach czyjegoś domu. Nim zdążył szarpnąć za nią po raz drugi, Hitam chwycił go za skórę na karku i przeniósł o kilka metrów. Maluch westchnął z niezadowoleniem.
– No, Suzanna jest w więzieniu. I co dalej?
– To, że mam wyrzuty sumienia, że kazała mi zostać na wolności. Mamy zakaz spotkań, wobec czego nie wiem, czy powinienem wyprowadzić stąd watahę, czy może jeszcze zostać.
– Mnie się tutaj podoba – odpowiedział dumnie Theo.
– Naprawdę?
– Naprawdę!
Hitam pogrążył się w myślach..
– A mamie i tacie się podoba?
– Chyba tak – Szczeniak wzruszył ramionami.
– A innym członkom watahy?
– Chyba też.
***
Hitam siedział na stołku przy barze, obserwując jak Elvin uwija się nad przygotowywaniem posiłku. Zwieńczając swoje dzieło, zerwał listek bazylii z doniczki i dorzucił na sam czubek kupki ryżu z warzywami. Zaraz potem odstawił talerz tuż przed Hitama. Pachniało nieziemsko. Ochoczo wziął do ręki nóż i widelec.
– Smacznego – rzucił Elvin. Zatoczył koło palcem w powietrzu, a woda prysnęła z kranu za jego plecami, pieniąc się i pryskając we wszystkie strony, jednak nie przekraczając granicy zlewu. Talerze i kubki, wesoło szczękając, podnosiły się i opadały. Plamy brudu i zaschnięte resztki jedzenia schodziły z nich z zaskakującą łatwością.
Hitam patrzył na to jak zaczarowany tylko przez moment, ale zaraz potem zapach ryżu przypomniał mu o obiedzie. Zaczął jeść. Wciąż jednak pobieżnie obserwował zapracowanego karczmarza, który wyglądał, jakby nie zaprzątał sobie głowy niczym, prócz pracy. Hitam nabrał wątpliwości, czy warto mu przeszkadzać.
– Wszystko w porządku? – zapytał nagle Elvin. Hitam uświadomił sobie, że od dłuższej chwili lustruje go dość niepokojącym spojrzeniem.
– Tak, tak... Jest dobrze – Wbił widelec w kawałek gotowanej marchewki. – Tak sobie tylko myślałem... chyba masz wprawę w doradzaniu innym, prawda?
– Tak... sądzę, że tak – Elvin zaśmiał się krótko, nie przestając wycierać szklanego kufla – Choć też zależy o co chodzi.
– Gdybyś był Alfą watahy... Mojej watahy. Chyba ją znasz.
Elvin mu potaknął.
– Co byś zrobił, gdyby aresztowano twoją partnerkę? I nie patrząc na nią kazała ci odlecieć po zakończeniu zimy.
Elvin wypuścił z sykiem powietrze. Odstawił kufel.
– Trudna sytuacja – skomentował karczmarz. Hitam skinął głową, czekając na dalszy werdykt. – Sądzę, że powinno o tym zadecydować stado.
– Stado... – powtórzył pod nosem Alfa.
– Jeśli jednak dostała się na mniej niż rok, moglibyście poczekać.
Hitam potrząsnął głową. Zalała go kolejna fala rezygnacji. 
– Dziesięć lat.
Elvin otworzył usta w zdumieniu.
– Co jest, miśki? – wtrącił nagle jakiś żeński głos. Hitam obrócił w tamtą stronę głowę, poznając w kobiecie Florę.
– Jego żona dostała się na dziesięć lat do więzienia.
– Dziesięć? – powtórzyła Flora, unosząc brwi – Co ona zrobiła? Okradła jakiegoś magnata?
– Trochę spóźniła się z zarejestrowaniem watahy – objaśnił Alfa.
– Ach. No tak. Mają na tym punkcie bzika – zaśmiała się nerwowo księżniczka.
– Można chyba zapłacić jakiś wykup skracający odsiadkę – dorzucił Elvin.
– Można, można – potaknęła Flora, patrząc wyczekująco na Hitama. Przeszły go dreszcze.
– Nie mamy tyle Bellos.
Flora wyglądała na rozczarowaną.
– Może moglibyśmy się dorzucić? – wtrącił Elvin, cały czas obserwując księżniczkę.
– Nie, nie trzeba... – zaczął Hitam, ale Flora mu przerwała:
– Trzeba, trzeba. Słyszałam, że jakaś wasza koleżanka też ma odsiadkę.
– Lind – potwierdził Hitam jeszcze bardziej skwaszony.
– Same z wami kłopoty – Wywróciła oczami rozbawiona Flora – O tej rozróbie chyba słyszało całe miasto.
– Ja nie słyszałem – dorzucił Elvin.
– No to wszyscy, prócz ciebie – Wyszczerzyła się – Co powiesz na pięćset Bellos na wykup Lind i tej twojej żony?
– I drugie pięćset ode mnie – dorzucił karczmarz.
Hitam zbity z tropu spojrzał to na nią, to na niego.
– Naprawdę?
– Nie, na niby – zażartowała Flora. Odpięła brzęczącą sakwę zza pasa i położyła tuż przed Hitamem. – Później doniosę ci więcej. Tylko nie przewal na głupoty. – Mrugnęła do niego okiem.
– Głupio mi...
– Chcesz pozwolić, aby za takie bzdury kisiły się w więzieniu latami? – zapytał Elvin. Hitam potrząsnął głową. – W takim razie zaufaj nam, że to najlepsze wyjście.
– Dziękuję... – powiedział słabo Hitam. Ledwo widział przez napływające mu do oczu łzy.

sobota, 24 sierpnia 2019

Od Leah "Koniec koszmarów" cz. 4

Listopad 2023 r.
Oczywistym było, że musimy powybijać cieniste bestie jakimś szybszym i skuteczniejszym sposobem. Siły Lind regeneruje jej medalion, ale ja i (tak przynajmniej myślę) Ting w końcu się zmęczymy. Tantibusy powoli schodziły z porośniętych pleśnią ścian, niektóre wręcz zeskakiwały z sufitu. Tknęła mnie nagła myśl, odwróciłam wzrok w kierunku wyjścia z piwnicy, ale stwory już zdołały je zasłonić. Ciemna masa ich ciał tłoczyła się przy ścianach, czerwone ślepia błyskały zewsząd złowrogo.
Przyjęliśmy postawy obronne. Co śmielsze stwory zaczęły atakować, reszta z szaleńczym sykiem uskakiwała od światła. Sekundy mogły nas dzielić od zmasowanego ataku.
- Odejdą jeżeli zniszczymy to leże? - zapytałam towarzyszy.
- Nie liczyłbym na to - Ting dmuchnął w tą swoją czaszkę na patyku, posyłając tym samym strumień ognia w stronę z podpełzających bestii – W mieście mają stałe źródło pokarmu, nie odpuszczą tak łatwo.
Dwa Tantibusy z gardłowym warczeniem, przeradzającym się w odrażający ryk, skoczyły na mój grzbiet, usiłując mnie przewrócić. W odruchu odskoczyłam, szarpiąc łbem w bok. Jednego zrzuciłam uderzeniem wiatru, następnego przy drugiej próbie schwyciłam kłami za jedną z łap i odrzuciłam w stronę gromady. Powierzchowne rany na grzbiecie od ich pazurów dały o sobie znać dokuczliwym pieczeniem.
- Może spróbujemy je tu jakoś uwięzić? – podsunęła Lind, szybko spoglądając na praktycznie niewidoczne już wyjście z winiarni.
- Też odpada, piwnica może mieć inne wyjścia o których nie wiemy – ponownie kontrargumentował Odmieniec, uskakując przed atakującym go Tantibusem – Poza tym, chwilowo to my tu jesteśmy uwięzieni.
Spróbowałam zastąpić pesymistyczne określenie naszej sytuacji czymś weselszym. Nie udało mi się.
- W takim razie może ty masz jakieś sugestie? – niemal fuknęłam.
Ting nie odpowiedział.
Powoli zaczynało robić się nieprzyjemnie. Wszelkie pomysły jakie przychodziły mi do głowy szybko odrzucałam, w dodatku cieniste kreatury zmusiły mnie do niemal całkowitego poświęcenia uwagi walce z nimi. Na domiar złego pośród licznych zadrapań i niewielkich ran pojawiły się co najmniej dwie nieco poważniejsze. Niemal czułam jak siły powoli zaczynają mnie opuszczać. A może dramatyzuję?
Powaliłam łapą szarżującego Tantibusa, dla pewności wzmacniając jeszcze uderzenie wiatrem. Rozległ się trzask gruchotanej czaszki (o ile stwór w ogóle takową posiadał), a bestia legła bezwładnie, szybko niknąc pod łapami swoich byłych towarzyszy. Szczerząc kły wypatrywałam następnego napastnika, gdy kątem oka dostrzegłam Tinga wymachującego rozpaloną czaszką na patyku. Po twarzy, rzecz jasna, nie mogłam tego stwierdzić, ale odniosłam wrażenie, że Odmieniec usiłuje przekrzyczeć jazgot rozwścieczonych Tantibusów. Z marnym skutkiem. Szybko zerknęłam na Lind, zmagającą się z dwiema bestiami. Chyba próbowała postawić barierę między sobą, a kreaturami, albo odepchnąć je od siebie tą właśnie metodą, ale Tantibusy stale naruszały wichrowy mur, zanim ten zdołał się do końca ukształcić. Nić energii magicznej przebiegała naokoło całej naszej trójki, na razie rozbudowywana tylko na niewielkiej przestrzeni. Lind chciała nas osłonić?
To podsunęło mi pewien pomysł. Pojedynczym uderzeniem wiatru odepchnęłam od siebie najbliższe potwory i zaczęłam kształtować własną barierę tuż przed tą stworzoną przez Lind. Tantibusy mi także uniemożliwiły jej ukończenie i mogły niemal tak samo swobodnie jak wcześniej przez nią przebiegać, ale zmusiłam je do stałego jej rozpraszania, tym samym znacząco odciążając drugą barierę. Gdy wadera przestała odczuwać opór, w kilkanaście sekund dokończyła swój wietrzny mur. Czarne postacie runęły na niego mglistą falą, wściekle sycząc i ujadając. Dla całkowitej pewności chwilowego bezpieczeństwa przywróciłam swoją barierę, tym razem od wewnętrznej strony. Obie linie dzielące zlały się ze sobą, dając nam niemal pewność, że Tantibusy ich nie przerwą.
- Znalazłem kolejne przejście – natychmiast zaczął Ting. – Niemal na pewno prowadzi gdzieś w pobliże głównej bramy.
Nawet nie próbowałam się domyślić jak i kiedy udało mu się to stwierdzić.
- Awaryjna droga ucieczki? – Lind nadstawiła uszu.
- Tak myślę – Odmieniec obrzucił spojrzeniem półprzezroczystą, falującą ścianę, zalewaną przez czarne istoty - Zróbcie coś wielkiego, coś, co niekoniecznie wykończy wszystkie, ale je wystraszy. Jeśli to rzeczywiście tunel prowadzący na powierzchnię, uciekną do niego. Wtedy Srebrzysta wyśle do muru Dzięcioła, a my jeszcze dla pewności je pogonimy. Jeżeli zostaną, trzeba będzie wykończyć wszystkie tutaj.
Plan Tinga brzmiał o wiele lepiej niż perspektywa walki aż do ostatniego Tantibusa (albo ostatniego z nas). Utrzymywanie barier było coraz bardziej męczące.
- Wicher nie zda się na wiele w zamkniętym pomieszczeniu – spojrzałam na Lind. – Coś przychodzi ci do głowy?
- Coś dużego, co nie będzie po prostu wiatrem... - wadera obrzuciła barierę spojrzeniem, jakby szukając w niej podpowiedzi.
Podążyłam za jej wzrokiem. Nasze wspólne dzieło stale wymagało wzmacniania przez silne podmuchy od wewnątrz, które skutecznie odpychały nacierające Tantibusy. Porywy zawracały w miejscu, w którym koliście wokół nas przebiegała linia mocy. Rozbijając się w tym miejscu zawracały i przez krótką zmagały się z siłą następnych i następnych, tworząc maleńkie, srebrzyste wiry...
Niemal jednocześnie ja i moja przyjaciółka spojrzałyśmy po sobie, szukając potwierdzenia. Telepatycznie przesłałam jej i Tingowi propozycję jak cała operacja ma wyglądać. Wadera potaknęła krótko, a Odmieniec wskoczył na jej grzbiet. Natychmiast wzięłyśmy się do roboty. W kilka sekund rozproszyłyśmy barierę i obie przywołałyśmy skrzydła wiatru. Momentalnie poczułam jak jednocześnie uderza mnie ulga i zmęczenie po dość nietypowym wysiłku. Miałam wielką nadzieję, że wystarczy mi sił, by wprowadzić w życie nasz plan.
Gdy Tantibusy przestały odczuwać opór, natychmiast wpadły gromadą do środka koła. W miarę wznoszenia się dostrzegłam parę stworów pełznących po ścianach. Jeszcze chwila zwłoki i zaatakowałyby od góry. Zatrzymałam się w oddalonym od mutantów miejscu i przymknęłam powieki. By wykonać swoje zadanie, musiałam poświęcić mu całą swoją uwagę. Powietrze w piwnicy było stare i zatęchłe, ale wyczułam kilka większych „przecieków" z zewnątrz. Mogły okazać się niezbędne.
Plan zakładał utworzenie dwóch wirów przez sam ruch powietrza. Prawdziwego tornada pod ziemią nie utworzymy, ale „wicherki” powinny wystarczająco przerazić Tantibusy, oczywiście o ile w ogóle uda nam się nadać im odpowiednio dużą siłę. Po kilku chwilach moc zaczęła działać. Na początku niewielkie ilości powietrza z sykiem zaczynały wpadać jedną luką, a wypadać drugą. Zjawisko zaczęło przyspieszać, w końcu całe masy krążyły pomiędzy wylotami na powierzchnię, a pomieszczeniem. Kiedy huk narósł tak, że musiałam stulić uszy, odcięłam piwnicę od swoich wyrw. Otworzyłam oczy.
Dwie niemal niewidoczne trąby powietrzne wirowały naokoło siebie, roznosząc po całym pomieszczeniu zalegający po kątach zapach wina. Ryk nie był nie do zniesienia, ich siła nie była nawet porównywalna z dziełami natury, ale okazały się nadspodziewanie skuteczne. Ciskały syczącymi przeraźliwie Tantibusami po całej piwnicy. Wiry rzucały nimi od ściany do ściany, bestie panicznie chwytały się wszystkiego, co tylko się do tego nadawało. Cienistych stworów zaczęło ubywać. Kiedy zostało już zaledwie parę, wiry niewzmacniane dłużej samoistnie zaczęły słabnąć, by w końcu całkiem zamrzeć. Wylądowałam na starej posadzce i momentalnie ugięły się pode mną łapy. To był chyba mój największy wyczyn z wykorzystaniem mocy wiatru i byłam dosłownie wykończona. Ale udało się.
Po pewnym czasie dotarliśmy w okolice granicy miasta i z lotu ptaka bardzo szybko udało nam się dostrzec umykające w cieniu murów Tantibusy. Arkan leciał ponad stadem, z przeszywającym sykiem pikując w stronę gromady i traktując ją imponującym splunięciem ognia.
Raczej nie powrócą tu prędko.

Uwagi: brak.

piątek, 23 sierpnia 2019

Od Lind "Znajdziemy gryfa. Co dalej?" cz. 4

Listopad 2023
Niespecjalnie wiedziałam, w jaki konkretnie sposób zakończę to zadanie. Kiedy przede mną zabrakło już budynków, wzbiłam się w powietrze. Zatoczyłam pełne koło przed dziobem goniącego mnie gryfa i wleciałam przez okno na piętro opustoszałej kamienicy. Profogus był oczywiście tuż za mną. Ganiałam tak naprawdę bez celu, ale wtedy przez emocje nie zdawałam sobie z tego sprawy. Biegłam ile sił w nogach, rzucając raz po raz w przeciwnika czymś, co trafiło mi pod łapy; głównie odłamkami wyniszczonych ścian. Po raz kolejny, moje wysiłki nie wywarły na gryfie wrażenia. Jedynie pył, który leciał mu w oczy, coraz bardziej go drażnił. 
Wtem dostrzegłam przed sobą dziurę w podłodze. Ewidentnie prowadziła na parter. Bez namysłu skoczyłam w tamtą stronę, amortyzując upadek dwoma uderzeniami skrzydeł. Nie przemyślałam tej decyzji zbyt dobrze. Znalazłam się teraz pod gryfem, którego ciężar był odrobinę zbyt dużym wyzwaniem dla tych stosunkowo cienkich ścian. Stąd dostrzegłam, że sufit przecinały coraz głębsze pęknięcia. W pewnym momencie kawał betonu tuż nade mną odłamał się. Nie zdołałam uskoczyć. Fragment budowli przygniótł mi tylną łapę i ogon. Bardzo prawdopodobnym było, że złamał też parę kości, ale dzięki Medalionowi Nieśmiertelności nie poczułam tego. Szczęście w nieszczęściu. 
Kiedy szarpanie się nie przyniosło żadnego efektu, spróbowałam schwycić odłamek wiatrem i unieść. Wtedy zobaczyłam, że gryf już wyłamał sobie odpowiednio duże przejście, by dostać się za mną na to piętro. To uniemożliwiło mi zebranie myśli w tej sytuacji. Nie mogłam się skupić, więc wiatr przestał być mi posłuszny. A Profogus był coraz bliżej. 
Nagle znad mojej głowy wyskoczyła Torance. Wiele ryzykując, uczepiła się uniesionej łapy gryfa. Zanim ten zdążył się zamachnąć, by ją zrzucić, już moc wadery wprowadziła go po raz kolejny w ten sam stan absolutnego wyciszenia. Zatrzymał się niedaleko mnie, przymknął oczy i opuścił łeb. 
Patrzyłam na to w szoku. Stwór zatrzymał się tuż nade mną. Po chwili usłyszałam głos Asgrima, mówiący mi, żebym teraz spróbowała jeszcze raz użyć mocy wiatru do uniesienia bloku betonu. Posłuchałam. Gdyby nie wkład basiora w tę pracę, nadal trwające rozkojarzenie nie pozwoliłoby mi się uwolnić samej. 
- Mamy trochę czasu. Wynośmy się stąd - oznajmiła Torance, znów widocznie zmęczona przez użycie mocy na tak wielkim stworzeniu. I tak byłam pod wrażeniem, że zdołała powtórzyć tę sztuczkę dwa razy jednego popołudnia. 
W towarzystwie przyjaciół pokuśtykałam do wyjścia z budynku. Nigdy w życiu nie cieszyłam się bardziej, że byli tutaj ze mną. Nie powinnam była podawać w ogóle w wątpliwość, że nie odejdą zbyt daleko. Naprawdę miałam wiele szczęścia tego dnia. 
Niestety to nadal nie był koniec użerania się z gryfem. Lada moment miał "obudzić się" i ponownie ruszyć za nami. 
I co dalej? - pomyślałam. Nie możemy tak ganiać się z nim w nieskończoność. 
Uznałam, że tutaj przydałby się Medalion Siły. Żadne z nas jednak go nie posiadało. Tak więc prędzej czy później będziemy zbyt zmęczeni by walczyć lub uciekać i gryf rozszarpie wszystkich uczestników tego przedsięwzięcia. Bez żadnej litości. 
Dotarliśmy do kolejnej chwilowej kryjówki, by zaczekać, aż moja noga chociaż częściowo wydobrzeje. Wtedy, korzystając z okazji, zakomunikowałam przyjaciołom, że podjęłam decyzję o zabiciu gryfa. Nie mogę powiedzieć, że odpowiedzieli specjalnym entuzjazmem. Ja sama nie czułam się bardzo komfortowo, mówiąc im o tym. Niemniej jednak nie usłyszałam żadnej opozycji, nawet biorąc pod uwagę fakt, że wcześniej wspólnie ustaliliśmy co innego.
- Pozostaje bezpośrednia konfrontacja. Wykorzystanie wichru. 
- Znów brakuje w twoim planie szczegółów, Lind - westchnęła Tori. - Wiemy, jak to się skończyło ostatnim razem. 
- Nie potrafię obmyślać szczegółowych planów, okej?! - podniosłam głos. Nadal drżałam z emocji, a ta uwaga zdenerwowała mnie jeszcze bardziej. 
- Ciszej, ciszej - rzucił As, oglądając się za siebie. Po chwili wstał i wyjrzał za róg. - No i Profogus już tu idzie. 
Nie mieliśmy wyboru, nie mogliśmy dłużej tutaj siedzieć.
- Jak z twoją nogą, Lind? - spytała Torance. 
- Dam sobie radę, idziemy.
Z początku unikałam opierania większego ciężaru na tej urażonej kończynie. Wkrótce jednak przyspieszyłam do swobodnego biegu. Oczywiście przyjaciele podążali za mną. 
Już po paru zakrętach przekonaliśmy się, że drogę, którą wybraliśmy tym razem, kończył placyk otoczony ze wszystkich stron budynkami. Słowem; trafiliśmy na ślepy zaułek. Na domiar złego z jakiegoś powodu był zadaszony. Nikt z nas nie znał dobrze tych konkretnych ulic. Tak więc, nie mogliśmy wiedzieć, co nas tu czeka.
Odwróciłam się, w nadziei, że jeszcze mamy czas się wycofać, ale w przejściu już stanął gryf. Warknął nisko na nasz widok. Wykonaliśmy parę kroków w tył. Tymczasem Profogus skoczył w naszą stronę. Nie obrał jednak żadnego wilka za konkretny cel, dlatego, kiedy rozbiegliśmy się na boki, żeby uniknąć stratowania, przez chwilę stanął naprzeciwko ściany zdezorientowany. 
Dostrzegłam, że ja i As uciekliśmy w przeciwnym kierunku, niż Torance. Właśnie na niej po chwili zatrzymał wzrok gryf. Może to przez jej najbardziej jaskrawe futro; natychmiast widoczne na tle białych budynków. Wadera spróbowała pobiec w stronę uliczki, którą się tu dostaliśmy, ale Profogus skutecznie odciął jej drogę. Próbowałam odwrócić jego uwagę, używając mocy, ale nie udało się. Gryf zagonił moją przyjaciółkę w róg placu. 
Stwór uniósł wielki dziób, gotów zadać ostateczny cios. Wtedy schwyciłam tę zakrzywioną broń wichrem. Ledwo zdołałam ją powstrzymać, przed uderzeniem Torance. Tak samo przetrzymałam jego przednie łapy, z których już wyłoniły się wielkie pazury. Chociaż przerażenie dodało mi sił, nie mogłam ich odsunąć, by Tori była w stanie uciec z potrzasku. Mogłam tylko zadbać, by oręż gryfa pozostał z dala od mojej przyjaciółki. Przynajmniej do czasu. Cała drżałam z wysiłku. Gryf nie chciał dać za wygraną, a z jego rozmiarem szła wielka siła. Dopiero teraz pojęłam co to naprawdę znaczyło. Świadomość, jak blisko jest rozprawienia się z Torance, jemu też dodawała energii.
Dostrzegłam kątem oka, że Asgrim wyglądał na równie skupionego, jak ja. Prawdopodobnie znów próbował dostać się do umysłu gryfa. Nie mogłam jednak dłużej się zastanawiać nad tym widokiem; miałam na głowie utrzymanie ścian z wichru. 
Pomimo moich starań, wkrótce lśniący dziób wkrótce znów zbliżał się do Torance. Nie tak szybko, jak na początku, ale fakt pozostawał faktem. Ogarniała mnie coraz większa groza. Nie, na pewno było jeszcze coś, co mogłam zrobić! Skupiłam wszystkie moje myśli na tym, co się teraz działo, zabrałam w sobie jeszcze trochę energii żywiołu i szarpnęłam łeb gryfa najmocniej, jak potrafiłam. 
Rozległ się głuchy trzask. Nagle przestałam czuć wszelki napór na moje ściany z wichru. Ciało wielkiego stwora rozluźniło się, a następnie osunęło na ziemie. Jego łeb opadł na bok; tuż przed Torance. Profogus był martwy. 
Usiadłam na ziemi. Gryf pokonany. Zadanie, którego się podjęliśmy, wykonane. 
Nabrałam w płuca wielki haust powietrza. Koniec - powiedziałam sama do siebie w myślach. 
Asgrim powąchał leżącą mu na drodze, wielką łapę, a następnie przeskoczył nad nią, by dotrzeć do swojej partnerki. Kiedy stanął obok niej, przytulili się mocno do siebie. Uśmiechnęłam się odrobinę na ten widok. Ciekawe, czy mnie będzie kiedyś zależało na kimś w ten sam sposób, jak tej dwójce zależy na sobie nawzajem.

Uwagi: "Niemniej" w wyrażeniu "niemniej jednak" piszemy łącznie.

środa, 21 sierpnia 2019

Od Lind "Znajdziemy gryfa. Co dalej?" cz. 3

Listopad 2023
Usłyszałam łomot, a następnie ciężkie kroki masywnych, lwich łap. Gryf wydostał się z budynku i zaczął przemierzać ulice w poszukiwaniu wilków, które chwilowo stracił z oczu. Do moich uszu dotarło jego wściekłe powarkiwanie. Oby nie wpadł na sprawdzenie dachów okolicznych budynków.
- As, mówiłeś że on powtarza w myślach jakąś frazę, tak? - spytałam.
- Ciszej, Lind - rzuciła Tori. 
- On sam albo coś w jego głowie ją powtarzało - sprecyzował basior. - Nie jestem pewien. 
- A o czym traktowała? - kontynuowałam.
- Nie mogłem zrozumieć całego sensu - westchnął As. - Dochodziła do mnie jakby przytłumiona. Do tego zdaje się, że nie była w tym języku. A może w jakimś miejscowym dialekcie... - Zamruczał coś pod nosem. Nie cieszył go fakt, że te informacje na niewiele nam się zdadzą. 
W dużej mierze podzielałam jego odczucia. Zaczęłam rozmyślać, jak jeszcze możemy dociec, o co tutaj w ogóle chodzi. Wtedy pomyślałam o moim Błękitnym Oku. Może ono pokazałoby nam inną część umysłu gryfa. Otworzyłam torbę, ale nie mogłam znaleźć wspomnianego przedmiotu. Zwróciłam uwagę, że brakowało też kilku innych. 
- No nie... - mruknęłam, opuszczając uszy. 
- Czego szukasz? - spytała Tori.
- Błękitnego Oka... Ale chyba znów grzebał tutaj Ting - odparłam zawiedziona, a także zła. - Ostatnio zdarza mu się coraz częściej grzebać w moich rzeczach.
- Mamy czas, żeby wracać do zajazdu? - spytał As. 
- Nie sądzę - powiedziała Torance. - Nie możemy po prostu odejść, skoro już rozjuszyliśmy Profogusa. Zaatakował nas, więc prawdopodobnie tak samo zareaguje na mieszkańców miasta. 
- Uch, czyli dokładnie jak obawiali się jego opiekunowie - Zamknęłam klapę torby.
- Pewnie nie wszyscy potrafiliby się obronić - zaznaczyła Tor.
- A może po prostu polecę do zajazdu i z powrotem? - Zaproponowałam, podnosząc wzrok z powrotem na przyjaciół. - Drogą powietrzną nie powinno to zająć długo...
- Oszalałaś? - rzucił As. - Jak nic to też jest tutaj zabronione! - Poruszył niespokojnie ogonem.
- Faktycznie, żaden z mieszkańców nie lata po mieście, nawet jeśli ma skrzydła - westchnęła Torance. 
Morale drużyny wciąż spadały. Przegłosowaliśmy, że spróbujemy rozwiązać ten problem pokojowo i przywrócić Profogusa do rozumu, ale nie wiedzieliśmy jak. Nie znaliśmy nawet prawdziwego źródła tego problemu.
Wtedy rozległo się głośne tąpnięcie i trzask odpadających dachówek. Jak na komendę zwróciliśmy pyski w kierunku źródła dźwięku. Paręnaście metrów od nas; na czubku jednej z wyższych kamienic, siedział gryf. Rozglądał się uważnie za trzema wilkami, o których najwyraźniej nie planował zapomnieć. Tori pierwsza zerwała się z miejsca, za nią ja, niedługo po nas As. Oczywistym było, że powinniśmy się stąd usunąć, zanim Profogus nas zauważy. 
Nie mieliśmy stąd żadnej dogodnej drogi na dół. Tak więc, znów musiałam użyć swojej mocy, by pomóc towarzyszom wrócić na brukowaną ulicę. As polecił, żebym tylko amortyzowała wiatrem upadek, kiedy oni będą skakać na dół. Stwierdził, że w ten sposób zaoszczędzę więcej energii, niż gdybym miałam każdego przenosić. W sumie miał rację. Z braku lepszego pomysłu, zrobiłam, jak chciał. 
Zleciałam z dachu jako ostatnia; po raz kolejny używając skrzydeł z wiatru. Po cichu przeszliśmy paręnaście metrów, by ukryć się w jednej z węższych ulic. Usiedliśmy jedno obok drugiego i znów zaczęliśmy debatować, jak należy teraz postąpić. Odgłosy rozbijających się o ziemię dachówek wskazywały, że Profogus nadal skacze po dachach. 
- Nie macie z Tingiem żadnego sposobu na porozumiewanie się na odległość, co nie? - spytał Asgrim. 
- Nic a nic - odparłam. - Leah potrafi się jakoś telepatycznie komunikować ze swoim towarzyszem, ja nie. 
Przyjaciele odpowiedzieli mi kolejno dwoma skinięciami głowy. Widziałam jednak, że żadne z nich nie przestawało rozmyślać, jakie jeszcze opcje nam pozostały. Próbowałam zrobić to samo, ale miałam kompletną pustkę w głowie. Tak więc, po raz kolejny otworzyłam torbę i jeszcze raz przejrzałam jej zawartość. Tym razem dokładnie analizowałam w myślach, czy te graty mają teraz jakieś dobre zastosowanie.
Dwie Lampki Motyla? Nie zgubiliśmy się. Medalion Wizji? Chyba już nawet nie pamiętam, jak działał. Ale raczej nic przydatnego. Bransoletka Snu? Bezużyteczna w tej sytuacji. Medalion Ognistych Smoków? Niewiele nam to da. 
Odgarnęłam te przedmioty na bok, żeby spojrzeć, co jeszcze miałam przy sobie. Znalazłam w torbie jeszcze lśniący kamień, który kiedyś znalazłam (dotychczas byłam święcie przekonana, że jest w plecaku Tinga), nietopniejące sople lodu i Naszyjnik Prawdy. Na samym dnie mojego skórzanego worka leżał Magiczny Flet. Też nieprzydatne. Nawet nie wiem, czy to działa na cokolwiek poza wilkami. 
Wtedy usłyszeliśmy głośny trzepot skrzydeł. Wygenerowany w ten sposób wiatr aż uniósł z ziemi dookoła nas nieco kurzu. Poderwaliśmy pyszczki ku górze. Teraz nie ulegało wątpliwości, że bystre oko orła nas tutaj wypatrzyło. Gryf runął w naszym kierunku z głośnym rykiem. Rzuciliśmy się do ucieczki. 
Jednakże nim zdążyłam pomyśleć o jakimkolwiek kontrataku z użyciem żywiołu, nagle usłyszałam przytłumione uderzenie, któremu towarzyszyło syknięcie Asgrima. Odwróciłam głowę. Basior, który został odrobinę w tyle, teraz koziołkował w powietrzu; niechybnie za sprawą uderzenia lwią łapą. Chciałam jakoś zamortyzować jego powrót na ziemię, ale nie zdążyłam. As głośno łupnął o bruk. Z jego pyska wydarło się warknięcie. A gryf był tuż-tuż za nim, gotów rozprawić się z leżącym wilkiem. 
Zebrałam całą dostępną energię i utworzyłam wysoką i szeroką barierę z powietrza. Taką, by stwór nie zdołał się zbliżyć. Kiedy Profogus spotkał się z tą prawie niewidoczną konstrukcją, ledwo zdołam utrzymać ją w całości. Wbiłam pazury w ziemię i zacisnęłam zęby; nie odpuszczałam. Gryf zaczął napierać z użyciem coraz większej siły. W międzyczasie Torance pomogła wstać swojemu partnerowi. Spięłam się i schwyciłam wiatrem jeszcze dziób potwora i zaczęłam targać mu głowę na prawo i lewo. To miało odwrócić jego uwagę od moich przyjaciół, by mogli zejść mu z oczu i się ukryć. Tori odwróciła się w moją stronę; czekała aż do nich dołączę, ale kazałam im biec dalej. Wadera całkiem długo wahała się, ale w końcu zniknęła w innej uliczce. 
Wtedy stwierdziłam, że nie powinnam była wciągać ich w to ze sobą. Niepotrzebnie namawiałam przyjaciół do nadstawiania karku. Bliskie spotkanie z rozwścieczonym gryfem tego rodzaju może mieć naprawdę straszne konsekwencje. Dla mnie to ogłoszenie brzmiało jak prosta sprawa, ale teraz docierało do mnie, że wcale tak nie jest. 
Przygotowując się do rozproszenia bariery zrozumiałam, że być może czas przestać szukać innego rozwiązania, niż zabicie gryfa. Nie potrafię mu już pomóc. Ale może uda mi się zlikwidować zagrożenie dla mieszkańców Białego Miasta i przyjezdnych. O to prosi rada. 
Przywołałam skrzydła i uniosłam się w powietrze, unikając ataku stwora. Wylądowałam z powrotem na dachu kamienicy i czekałam, aż Profogus znów zacznie mnie gonić. Gryf wspiął się z łatwością po ścianie, wbijając w nią lwie pazury. Kiedy po raz kolejny stanął na dachu budynku, nie czekał na nic; od razu rzucił się w moją stronę. Po raz kolejny wykonałam unik, po czym pobiegłam przed siebie. Skakałam z jednej kamienicy na drugą. Przeciwnik był tuż za mną, ale nie wzbijał się w powietrze. Musiał być pewny, że lada chwila mnie dorwie.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.