czwartek, 12 września 2019

Od Crane'a "Czasem warto wyświadczyć komuś przysługę" cz. 1

Wrzesień 2024 
Spędzałem z Edel naprawdę dużo czasu. Za każdym razem, kiedy siedzieliśmy jedno obok drugiego, ogarniało mnie błogie poczucie spokoju. Poczucie, że dokładnie tu jest moje miejsce; z tą waderą. Mojej ukochanej nadal brakło sił, a objawy choroby robiły się coraz bardziej dokuczliwe, więc tym mocniej chciałem dotrzymywać jej towarzystwa. Postanowiłem być dla niej oparciem i służyć pomocą, ilekroć tego potrzebowała. Chociaż patrząc z boku, niewiele faktycznych korzyści z tego miałem.
Jednak w moim odczuciu każde słowo "dziękuję" wypływające z jej pyszczka czy słaby uśmiech były wystarczającą nagrodą. Ilekroć widziałem, że moja obecność i pomocna łapa sprawia, że E jest nieco lżej w chorobie, czułem ogromną satysfakcję. 
Przez większość dni spędzonych w podróży nie oddalałem się od mojej ukochanej na krok. Jednakże w pewnym momencie wadera zaczęła nalegać, żebym nie poświęcał całej doby na zajmowanie się nią. Mówiła, że wtedy czuje się, jakby była dla mnie ciężarem, chociaż wielokrotnie zapewniałem ją, że tak nie jest. Niemniej jednak wreszcie zdecydowałem, że przystanę na jej prośbę. Tak więc, chociaż nie zawsze miałem na to ochotę, codziennie znikałem jej z oczu na przynajmniej godzinę. 
W tym oknie czasowym, które sobie wyznaczyłem, zajmowałem się różnymi rzeczami. Czasem rozmawiałem z wilkami z mojego stada, które znają się na zaklęciach; w ten sposób przykładowo zdobywałem wiedzę, na co zwracać uwagę, jeśli mam do czynienia z silnym przeciwnikiem o magicznych zdolnościach. Innym razem po prostu krążyłem po obozowisku obu stad i przyglądałem się ich członkom z boku. Od czasu do czasu zaczepiała mnie Lind, Raura, albo inny, niezbyt rozgarnięty wilk, który uważał mnie za "przyjaciela", nawet jeśli niezbyt bliskiego. Wielu z nich pytało o Edel; jak się trzyma, czy jej stan się pogarsza i tak dalej. 
Raz na jakiś czas miałem okazję spotkać także Camusa. Tego samego Camusa, dzięki któremu zdobyłem deski drzewa Klisty. Odkąd przyniosłem mu tamte dwa zające, często prosił mnie o pomoc w polowaniu. Tak samo było i dzisiaj. 
- Czuję sarny, ale za każdym razem, jak jestem blisko, one znikają w gąszczu - pożalił się wilk. - Mógłbyś mi pomóc? Nie chcę umrzeć z głodu, zanim znajdę Srebrny Medalion.
- Dobrze, złapię dla ciebie jedną sarnę - oznajmiłem. - Umówmy się; będę ci regularnie pomagał w polowaniu, a ty będziesz mi pomagać w zbieraniu drewna i innych takich, co ty na to? 
- Niech będzie - Camus pokiwał energicznie głową. - To ty biegnij za sarną, a ja sprawdzę czy mój medalion nie jest schowany gdzieś tu w okolicy. 
Uśmiechnąłem się najprzyjaźniej, jak potrafiłem i poszedłem za wyraźnym śladem saren. Prawda, powtarzający się temat Camusa był nieco denerwujący, ale byłem w stanie to przeboleć. Myśl o korzyściach umowy z nim (której na pewno dotrzyma, jak poprzednim razem) dodawała mi cierpliwości. Te wszystkie przedmioty, które będę mógł w ten sposób zdobyć, z pewnością kiedyś mi się przydadzą. 
Wkrótce wyśledziłem stadko składające się z jednego kozła i trzech kóz. Podkradając się bliżej, szybko odnalazłem wzrokiem najsłabszego osobnika. Podesłałem temu konkretnemu zwierzęciu wizję wilka podchodzącego do grupy od drugiej strony. Miało to sprawić, że sarna pobiegnie w przeciwnym kierunku - prosto do mnie. 
Wszystko poszło zgodnie z planem; mój cel uciekł od stada i praktycznie sam wskoczył mi pod pazury. Szybko się rozprawiłem z tą kozą i zaciągnąłem ją tam, gdzie rozmawiałem z Camusem. Jak zawsze, wilk był przeszczęśliwy, że ma co jeść. 
Stanąłem z boku i poczekałem, aż mój znajomy napełni żołądek. Kiedy już skończył jeść, spytałem go, czy potrafi wyczuwać głęboko pod ziemią kamienie szlachetne. Camus dłuższą chwilę się zastanawiał, ale w końcu stwierdził, że spróbuje. Powęszył, potem zamknął oczy, stojąc nieruchomo. Nagle podniósł powieki i zakrzyknął:
- Znalazłem szafir! Jest w skale, głęboko pod ziemią. 
Udało się. Przypomniałem mu zdolność, o której zapomniał po ataku Bezumstvo. Ten czarny wilk jest najbardziej niebezpiecznym członkiem całego "łączonego" stada. Do dziś nie wiem, czemu jeszcze nie został wyrzucony, skoro rozpowszechnia chorobliwe szaleństwo. 
- Świetnie - pochwaliłem Camusa. - Dasz radę go wydobyć stamtąd? 
- Na pewno - odparł i znów skupił całą uwagę na swoim zadaniu. 
Rozejrzałem się, niepewny, gdzie tym razem ziemia zacznie pękać. Byłem gotów w każdej chwili uskoczyć. Po parunastu sekundach ciszy, parę metrów ode mnie, coś wystrzeliło z ziemi. Nie było to większe od łebka zająca. Potem z tego samego miejsca w powietrze wyleciała kolejna i kolejna gruda ziemi. 
- Zdobyłem! Zdobyłem! - cieszył się Camus i westchnął głośno. - Aż trzy kawałki szafiru! 
- Wspaniale.
Podszedłem kolejno do każdej z grud ziemi i wydobyłem z nich kanciaste kamienie szlachetne. Miały ciemnoniebieski kolor; trochę przypominały matowe szkło. Podziękowałem grzecznie Camusowi i poszedłem z powrotem w stronę obozowiska, niosąc swój nowy nabytek w pysku. Tymczasem mój znajomy poszedł dalej szukać Srebrnego Wisiorka. Cóż za niespodzianka. 
Po słońcu widziałem, że wcale nie odszedłem od Edel na długo. Dlatego szedłem powoli, rozglądając się uważnie na boki. Oczywiście nie miało to na celu podziwiania okolicy. Po prostu sprawdzałem, czy nikt nie planuje zaatakować mnie z zaskoczenia. Docierałem już na skraj lasu; drzewa rosły coraz rzadziej. Stąd byłem w stanie dostrzec połyskujące różnymi barwami łuski naszych smoków. Najpierw rzuciły mi się w oczy największe gady; na przykład Nobilium, czy Preacipitem. Kiedy już wyszedłem na otwarty teren, odnalazłem wzrokiem również Diligitis. Smoczyca leżała na ziemi. Niewykluczone, że spała. Kawałek dalej, oparta o kamień, siedziała E. Akurat rozmawiała z Asgrimem. Jak można było się spodziewać, Torance także była w pobliżu. Stała nieco dalej; akurat próbowała odciągnąć Rediana od Eleny. Wyglądało na to, że jeden kot solidnie nadepnął drugiemu na odcisk. 
Chwilę przyglądałem się z daleka tej scenie, po czym zakręciłem, by iść jeszcze kawałek wzdłuż lasu. Wtem dostrzegłem na ziemi coś błyszczącego. Przystanąłem i odgarnąłem częściowo przysłaniające przedmiot liście. Zdaje się, że trafiłem na jakiś naszyjnik. Nie, nie na byle jaki naszyjnik. To był Amulet Przyjaźni. Co za szczęście! Podniosłem swoje znalezisko i założyłem sobie na szyję; tym razem nad szalik. Nikt w watasze, kto nosił taki wisiorek, nie wstydził się go. Nie widziałem więc powodu, dla którego miałbym postąpić inaczej. 
Jeszcze chwilę poszwendałem się po okolicy, po czym wreszcie zawróciłem z powrotem do miejsca, gdzie odpoczywała moja partnerka. Przypomniawszy sobie, że siedziała oparta o skałę, nagle pomyślałem, iż mógłbym spróbować ją po cichu podejść i zaskoczyć. 
Dziwny pomysł. Taki dziecinny. Niepoważny. Niemniej jednak nagle przywiązałem się do niego. Postanowiłem, że to zrobię, chociaż uznałem to za głupie. Widać znajomość z Edel nadal wywołuje u mnie nietypowe zachowania. 
Okrążyłem Diligitis i Edel szerokim łukiem. Kiedy już znalazłem się po odpowiedniej stronie, cicho podbiegłem do wspomnianej skały. Odłożyłem szafiry na bok i nadal zachowując absolutną ciszę, wdrapałem się na głaz. Następnie przykucnąłem i szybkim ruchem położyłem obie łapy na głowie E. 
- Ha! - krzyknąłem. 
Wadera drgnęła i natychmiast podniosła pyszczek ku górze. Kiedy zobaczyła nad sobą mój głupio wyszczerzony pysk (nawet nie wiem kiedy ten wyraz się pojawił), opuściła brwi i wygięła kąciki ust w uśmiechu. 
- Co ty robisz, Crane? - Edel rzuciła we mnie garścią opadłych liści. - W życiu bym się tego po tobie nie spodziewała. 
- O to chyba chodziło.
Zeskoczyłem ze skały, zebrałem swoje szafiry i usiadłem obok E. Wilczyca oparła głowę na moim ramieniu. 
- Co robiłeś dzisiaj? - spytała. 
- Zbierałem kamienie szlachetne - Pokazałem jej nowy nabytek. 
- Czy to są... szafiry? 
- Dokładnie tak - Skinąłem głową. - Kto wie, może kiedyś się do czegoś przydadzą. 
- Yhym... Wadera jeszcze raz rzuciła okiem na kanciaste kamienie. 
Po chwili zauważyła także nowy wisiorek na mojej szyi. 
- To też zdobyłeś dzisiaj? - spytała, trącając go łapą. 
- Zgadza się. Miałem dziś dużo szczęścia - oznajmiłem. - To Amulet Przyjaźni. Wiesz, jak działa? 
- Tak, chyba tak - mruknęła E. 
- Myślisz, że Torance będzie w stanie mnie teraz polubić? 
Edel zmarszczyła czoło i przez parę sekund nic nie mówiła. 
- W jej przypadku... Chyba to już nic nie da - westchnęła.

<C.D.N.>

Uwagi: "Niemniej jednak" - to już chyba wystarczy, nie?

Od Lind "Poszukiwania w skałach" cz. 1 (cd. Asgrim)

Wrzesień 2024
- Pierzasta, co Chudy tam robi pośród tych skał? - spytał Ting. 
Podniosłam wzrok znad udźca świeżo upolowanej sarny. Co prawda zdobycz należała do Leah, ale wadera zgodziła się trochę ze mną podzielić. Dostałam moją ulubioną część.
- Kto, Asgrim? - Zmrużyłam oczy. Mój przyjaciel faktycznie skakał po stosunkowo niskich, kamiennych wzniesieniach, znajdujących się u podnóża tutejszych gór. - Powiem ci szczerze, nie mam pojęcia.
Odgryzłam jeszcze kawałek mięsa i wytarłam pysk łapą. Następnie ruszyłam w stronę basiora, by spytać, czym się tak właściwie zajmował. Tymczasem Ting dalej obserwował sytuację z daleka, nie schodząc z gałęzi drzewa. Z Baldorem było podobnie, z tą różnicą, że on siedział na ziemi; pod pochylonym pniem.
- Hej, As - zawołałam, żeby zwrócić uwagę wilka. 
- Cześć Lind - uśmiechnął się szeroko basior. - Co tam, przyszłaś popodziwiać najprzystojniejszego wilka w watasze? Przecież wiesz, że jestem zajęty. 
- Przyszłam spytać czym konkretnie jesteś zajęty - mruknęłam z uśmiechem. 
- A, w sensie, że tutaj - As spojrzał na skałę, na której akurat stał. - Próbuję ćwiczyć swój drugi żywioł. 
- Ziemię, tak? 
- Yhym - przytaknął. 
- I jak konkretnie ćwiczysz? - kontynuowałam. Jednocześnie przywołałam skrzydła z wiatru, odbiłam się od ziemi i wylądowałam obok basiora. 
- Podobno niektóre wilki posiadające ten żywioł mogą wyczuwać, czy w skale kryją się jakieś rudy, albo kamienie szlachetne. Jestem pewien, że to rozgryzłem - Podniósł dumnie głowę. - I na sto procent coś jest tutaj - Uderzył pazurami w skałę pod naszymi łapami. 
- O... to całkiem ciekawe - Pokiwałam głową. 
- A masz jakiś sposób, żeby sprawdzić tę swoją teorię, Chudy? - odezwał się nagle Ting. 
Drgnęłam, zaskoczona. Nie zauważyłam, że kiedy sobie tak gawędziliśmy, Odmieniec zdążył podejść bliżej nas. 
- No... cóż... - zawahał się As. - Wiem, może wy mi pomożecie? - zaproponował. 
- Ja jestem na tak - odparłam bez namysłu. 
Ting wyciągnął z plecaka jedną ptasią czaszkę na kiju i zapukał jej dziobem w cały czas omawianą skałę. 
- Wątpię, że coś wskórasz, Pierzasta. - Wyprostował się. - Ale możesz próbować, chętnie popatrzę - mruknął złośliwie. 
- Pff, też mi coś - prychnęłam.
- Hej, a może ten wasz z młotem mógłby pomóc? - odezwał się znów Asgrim. - Wygląda na silnego Odmieńca. 
- To już brzmi lepiej - Ting pokiwał głową. 
Strażnik Wichury zsunął się po stromym zboczu skały i podbiegł do "swojego kuzyna". Tymczasem ja usiadłam na ziemi z niezadowoleniem wymalowanym na pysku. 
- Hej, nie że wątpię w twoje siły, Lind - mruknął As pokrzepiająco. - Ale Ting pewnie zwrócił uwagę, że to wielkie skały. W sumie już część góry. Może gdyby w grę wchodziły pojedyncze głazy...
- Nie kontynuuj - burknęłam, patrząc przed siebie. 

Jeszcze im pokażę, że moje moce w żadnej sytuacji nie są bezużyteczne.
Chwilę jeszcze musieliśmy poczekać, zanim Ting przekonał Baldora do ruszenia tego kolczastego zadka. Kiedy wreszcie oba Odmieńce wdrapały się do nas na skały, Asgrim wskazał Strażnikowi Lasu, gdzie powinien uderzyć. Baldor obejrzał dokładnie te miejsce, poruszył ramionami i wyprostował się. W międzyczasie Ting zalecił naszej dwójce cofnięcie się. 
Większy Odmieniec złapał młot także drugą łapą, uniósł go nad głowę i wreszcie uderzył. Dookoła poniósł się echem potężny grzmot, jak podczas burzy. Potem nastąpiło kolejne uderzenie i tak samo parę następnych. Przy drugim razie utworzyłam dookoła siebie barierę, która miała stłumić chociaż część tego hałasu, ale w moich biednych uszach i tak już dzwoniło. Auć... 
Po chwili Baldor przestał rozbijać skałę młotem. Zdjął lewą łapę z rękojeści i pochylił się nad swoim dziełem. Pomagając sobie wolnymi szponami, wielki Odmieniec zaczął wyłamywać coś z powstałej dziury w skale. Kiedy skończył, odwrócił się, by pokazać nam, co w ten sposób zdobył. 
- A niech mnie miałeś rację, Chudy - rzucił Ting, widząc w łapie Baldora kawałki drogiego kamienia. 
Spojrzałam na Asa. Basior wyglądał, jakby duma miała go zaraz rozsadzić od środka. 
- Dzięki, dzięki za pomoc - odezwał się wreszcie, wyszczerzony. - Te pierwsze kamienie możecie zachować. 
Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc jego bezgraniczną radość. Chyba złość sprzed parunastu minut zaczęła mi przechodzić. Baldor wyciągnął przed siebie łapę ze zdobytymi odłamkami. Odebrałam je od niego i przyjrzałam się im pod światłem. Teraz nabierały czerwonawej barwy.

<Asgrim?>

Uwagi: brak. 

środa, 11 września 2019

Od Eterny "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 3

Wrzesień 2024 r.
Eterna malując po kamieniu rozmoczonym skrawkiem węgla, cały czas zerkała na Mortimera. Praca całkowicie go pochłonęła. Stawiał zgrabne linie za pomocą łapek, raz za razem maczając koniuszek pazura w słoiczku z farbą.
Jej malunek z kolei składał się z kilkunastu krzywo nakreślonych czarnych kresek. Nie była w stanie wymyślić niczego lepszego, ani tym bardziej przelać na kamień. Nie miała głowy do typowo twórczych rzeczy. W przeciwieństwie do Mortimera... Zawsze przodował w ich całej grupie pod tym względem.
Nigdy nie potrafiła zrozumieć, jak można być tak uzdolnionym plastycznie. Znała kilka wilków, które umiały działać cuda. Ona zaś nie miała nawet bladego pojęcia, jak się za to zabrać. Kai mawiał, że trzeba mieć do tego predyspozycje i nie powinna się tym martwić, a jej specjalnym talentem pewnie jest coś zupełnie innego. Z tym, że nie odczuwała tego jako powód do kompleksów, a raczej chłodne zainteresowanie. Zupełnie, jakby w momencie obserwowania artystów wkraczała w inny, jeszcze bardziej abstrakcyjny świat.
– Jak wam idzie? – pytał Dernet, przechadzając się między uczniami i zerkając im przez ramiona. Tuż za nim dumnie kroczył Dannan, który z kolei nie wyrażał większego zainteresowania ich pracą. 
Eterna nie przepadała za żadnym z nich.
Dernet zwolnił przy jej malunku. Domyśliła się, że jak zwykle nie był usatysfakcjonowany jej dziełem. Na szczęście tym razem darował sobie komentowanie i poszedł dalej. Dannan z kolei wykazał się mniejszą dyskrecją i parsknął cicho. Dernet go skarcił, ale nie obchodziło jej to nawet. Nie czuła nigdy przywiązania do żadnej z prac plastycznych, jakie wykonała.
Ponownie przeniosła wzrok na skuloną sylwetkę Mortimera. Wciąż skubał coś pazurkiem umazanym od farby, od czasu do czasu sięgał w zęby pędzelek. Dernet mówił, że nie muszą się starać, ale on i tak jak zwykle robił po swojemu. Uśmiechnęła się pod nosem, myśląc czy powinna znowu do niego zagadać po zajęciach. Wyszło im za pierwszym razem, ale może za drugim będzie lepiej.
– Widzę, że większość z was już zakończyło pracę – Powiedział w końcu Dernet. Domyśliła się, że Dannan już zdążył się ulotnić. – Możecie kończyć swoje malunki, ale tym, którzy już skończyli powiem co dalej. Otóż... – Zrobił dramatyczną pauzę – Możecie do woli porzucać kamieniami. Jak wam się tylko podoba. O ziemię, o drzewa... Byleby nie zranić królików, ani tym bardziej siebie wzajemnie. Proszę o zachowanie ostrożności. Dannan będzie was pilnować.
Na wysoką trawę przykuł jej uwagę dopiero wodzący po niej nieobecnym wzrokiem Dernet. Sponad najwyższych, delikatnie gibiących się źdźbeł powiewał pęczek gęstych brązowych włosów. Kiedy wiatr zawiał odrobinę mocniej, dostrzegła również postawione w szpic uszy oraz skupiony wzrok Dannana. Wcale nie poszedł, jak wcześniej się jej wydawało. Dzieliło ich raptem kilka metrów... a może kilkanaście?
– Możecie zacząć się wyżywać – powiedział Dernet, wycofując się do cieni drzew.
Eterna wzięła w zęby kamień. Postąpiła kilka kroków, a następnie wykonała najmocniejszy jak tylko umiała zamach. Jej dzieło poszybowało tak wysoko ku niebu, że musiała mrużyć oczy, lecz... niezadowalająco. Zmarszczyła nos. Obserwowała jak spada z łomotem na ziemię i dopiero wtedy potruchtała naprzód. Nad nią miotały się kolejne pociski, a Dannan biegał w tą i wew tę, usiłując wydawać polecenia tak, aby nikt w nikogo nie wycelował. Kilka razy o mało na nią nie wpadł.
Chwyciła znowu kamień i tym razem wykonała prawdziwy półobrót. Wiatr zaświszczał jej w uszach, a później powietrze przeciął jej pocisk. Z trzaskiem uderzył w cudzy. Oba mało spektakularnie padły na ziemię. Warknęła z niezadowoleniem. Odczekała, aż szczeniak, którego nie znała z imienia, z przestrachem poszedł po swoją własność i dopiero potem się zbliżyła.
Spróbowała ponownie. Rozejrzała się wpierw, czy nie ma nikogo w pobliżu i cisnęła kamieniem z maksymalną siłą. Tym razem poszybował tak daleko, że straciła go z oczu. Uśmiechnęła się z satysfakcją. Pozbyła się go. Trzymając głowę nisko przy ziemi, aby nie oberwała niczym w oko, potruchtała do Derneta. Wciąż obserwował strzelaninę z bezpiecznej odległości. Widząc Eternę, na jego pysku zajaśniał szeroki uśmiech.
– Prawie jak na wojnie, prawda?
– Proszę pana, zgubiłam swój kamyk – oznajmiła, ignorując jego próbę zagadnięcia.
– Och – Wyrwało mu się – I co teraz?
Eterna obejrzała się przez ramię. Mortimer wciąż malował. Z trudem zwalczyła pokusę pójścia do niego.
– Nie wiem. Chyba wrócę do siebie.
– Jeśli chcesz... – Wzruszył ramionami.
– Dziękuję... – Skinęła głową, uśmiechając się delikatnie – Do widzenia.
– Do zobaczenia, Elanor.
Kiedy go minęła, uśmiech całkowicie opuścił jej pysk.
W duchu obiecywała sobie próbę zagadania do Mortimera następnym razem.

<C.D.N.>

wtorek, 10 września 2019

Od Lind "Ogień i wiatr" cz. 2

Wrzesień 2024
Na moment przerwałam czytanie. Podniosłam wzrok znad książki. Wszyscy nadal byli zajęci swoimi sprawami. Skierowałam wzrok z powrotem na wygniecione strony.
"...Jednak najstarszy z książąt zapragnął wykorzystać tę broń do obalenia obecnego króla. Artefakt wówczas został zniszczony przez własną energię; zabijając członka rodu, który chciał nad nim zapanować. Pozostałe artefakty zaginęły. Plan władcy zawiódł."
Przewróciłam stronę. Tu rozdział się kończył. Przeszłam więc do kolejnego, lecz w nim opisano już tylko jakieś nic nie warte historyjki. Coś o sojuszu z elfami, wojnie wybijającej wszystkie kotołaki w okolicy zamku i tak dalej... Nic więcej o artefaktach.
Zerwałam się z miejsca. Ting miał rację; to istotnie jest ciekawa informacja. Jeśli ten fragment naprawdę traktuje o TYCH magicznych przedmiotach... Gdzie jest czwarty z nich? Czy to znaczy, że istnieje... Czwarty Strażnik? Czy jest możliwość, że Freeze wie o Czwartym Artefakcie?!
"Wskazówki, potrzeba nam więcej wskazówek" - pomyślałam. 
Wtem przypomniałam sobie o materiale, którym Ting obwiązywał Wichurę. Kiedyś mi wyjaśniał, że wyszyty na nim napis jest zaszyfrowany, żeby Strażnik nie mógł go odczytać. Odmieniec zdołał więc przetłumaczyć tylko kilka słów. Niestety ja już zdążyłam zapomnieć, jakie to były słowa. Teraz jednak miałam nowy plan, jak można sprawdzić, czy są tam jakieś ważne informacje. Podbiegłam do Strażnika.
- Podaj mi materiał, którym zabezpieczasz słoik - zażądałam. 
- Po co? - zdziwił się Odmieniec. Wtedy dostrzegł leżącą na ziemi "książkę". - Dotarłaś w końcu do czwartego rozdziału?
- Tak. Chyba wiem, co może nam pomóc - rzuciłam. - Pospiesz się.
Strażnik Wichury sięgnął do swojego plecaka i wkrótce podał mi to, o co prosiłam. Wtedy podeszłam do Baldora i spytałam, czy też ma gdzieś przy sobie materiał, którym zabezpieczał Las. Kiedy dowiedziałam się, że tak, poprosiłam, by mi go na chwilę pożyczył. Ten Odmieniec wahał się trochę dłużej, ale ostatecznie również przystał na moją prośbę. 
Położyłam oba skrawki tkaniny na trawie i rozwinęłam. Napisy były prawie identyczne; z wyjątkiem paru pierwszych symboli. Tym bardziej byłam zainteresowana, co to oznaczało. 
Złapałam obie szmatki w pysk. Podbiegłam z nimi do naszego przewoźnika. 
- Passer! - zawołałam. - Potrzebuję twojej pomocy. 
Głowa smoka zawisła nade mną. Złotawe oczy zwróciły się w moją stronę. 
- O co chodzi? - spytał.
- Czy potrafisz to odczytać? - spytałam, unosząc jeden skrawek materiału za pomocą wiatru. 
Gad chwilę przyglądał się temu chwilę, a potem znów się odezwał:
- Kiedyś uczyłem się tych symboli, ale już niewiele pamiętam - przyznał z lekkim wstydem w głosie. - Musisz spytać kogoś innego. 
- Dobra. I tak dziękuję - Złapałam przedmiot z powrotem w pysk i ruszyłam w stronę pozostałych smoków. 
Czemu nie wpadłam na to wcześniej? Przecież z nietopniejącymi soplami lodu postąpiłam dokładnie tak samo. Dostrzegłam, że Ting, zainteresowany moimi poczynaniami, szedł teraz tuż obok. Pierwszym gadem, do jakiego dotarliśmy, była biała Verum. Mieliśmy dużo szczęścia; ona znała doskonale szyfr, którym zapisano wiadomość na skrawkach materiału. Dzięki pomocy smoczycy, dowiedzieliśmy się, że na tkaninie z plecaka Tinga napisano: "Pierwszy artefakt; jeden z trzech umożliwiających dostęp"; natomiast na tej, którą nosił ze sobą Baldor: "Drugi artefakt; jeden z trzech umożliwiających dostęp". 
- Coś nam to daje? - spytałam Odmieńca, kiedy już po podziękowaniach za pomoc, oddalaliśmy się od Verum. 
- To wskazówka, że artefakty mogą zostać wykorzystane do dostania się do... czegoś - westchnął Odmieniec. - Cokolwiek to jest. 
- Czyli... tak naprawdę dalej nie mamy wielu przydatnych informacji... - mruknęłam, kręcąc głową. 
- Dokładnie tak - odparł Ting. - A co myślisz o fragmencie książki, Pierzasta? 
- Myślę, że brzmi to podejrzanie podobnie do waszych trzech artefaktów. Ale kwestia tego czwartego nie daje mi spokoju. - Zatrzymałam się. - I jeszcze ten fragment o zaginięciu tych magicznych przedmiotów. Myślisz, że mogły zostać skradzione, zanim zamknięto was w komnatach? 
- Nie wiem, co powinienem myśleć - rzucił gorzko Odmieniec. 
- A jeśli... te artefakty wcale nie należą do rodziny Freeze'a? 
- Kogo? - Strażnik Wichury podniósł wzrok na mnie. 
- Nie, nieważne... - natychmiast wycofałam się z tego, co mówiłam. 
Kiedy byłam w więzieniu podjęłam decyzję, że nie wspomnę moim dwóm towarzyszom o tym basiorze. W końcu to był Złodziej, którego Baldor planował zabić. Nie chciałam narobić problemów; ten Odmieniec był nieprzewidywalny.

Uwagi: brak.

Od Asgrima "Poszukiwacze rzeczy zielonych" cz. 1 (cd. Lind/Leah)

Wrzesień 2024
Z radością przywitałem dzień, w którym przekroczyliśmy bramy Białego Królestwa. Chłodny wiatr mierzwił nasze futra. Nos drażniły przyjemne zapachy roztaczającej się wokół natury. Byliśmy wolni. Prawdziwie wolni.
Nie mogłem powstrzymać wesołego śmiechu, kiedy Passer znalazł się w powietrzu. Podmuchy nabierały na intensywności. Moje ciało podskakiwało nieznacznie z każdym kolejnym machnięciem wielkich skrzydeł. Gdzieś za nami zostało Białe Miasto wraz z całym jego szaleństwem.
Zadrżałem, wspominając ostatnie dni. Uśmiech zamarł na moim pysku. Przez myśl przeszły mi osoby, które musieliśmy tam zostawić. Stary kochany Elvin, Flora, nasi sąsiedzi spoza watahy i w końcu Suzanna... Biorąc pod uwagę sytuację w Białym Mieście... W chwili gdy my odzyskaliśmy wolność, oni ją tracili. Z każdym dniem coraz bardziej.
Ktoś przytulił się do mojego boku. Odwróciłam pysk i natknąłem się na bladoniebieskie oczy Torance.
- Już spokojnie - mruknęła, liżąc mnie delikatnie w polik.
Odpowiedziałem słabym uśmiechem i z wdzięcznością wtuliłem się w jej szyję.
- Kocham cię, wiesz? - wyszeptałem do jej ucha.
Drgnęła delikatnie.
- Wiem. Ja ciebie też.
- Ej, Ruda, Chudy, możecie przestać się tak mizdrzyć? Nie mogę na was patrzeć. - skomentował Ting.
Wywróciłem oczami. Tori parsknęła śmiechem i odsunęła się ode mnie. Nim zdołałem wymyślić sposób w jaki mógłbym okazać swoje niezadowolenie z tego powodu, wilczyca polizała mnie w nos. Mimowolnie się uśmiechnąłem i oddałem ten drobny pocałunek.
Odmieniec fuknął niezadowolony.

Miło było podróżować na grzbiecie Passera, jednak najlepszym momentem tego dnia z pewnością był ten, w którym postawiłem łapy na ziemi. Czułem pod nimi mokrą trawę. Już dawno uwolniliśmy się ze strefy dziwnych osadów. Rośliny były czyste, normalne. Światło zachodzącego słońca odbijało się w kroplach wody.
Przeciągnąłem się, czekając na moich przyjaciół. Kilka kości strzyknęło od długiego siedzenia w jednym miejscu.
- Co powiecie na małe poszukiwania? - zagadałem, kiedy w końcu współtowarzysze podróży również znaleźli się na ziemi. - Na pewno gdzieś w tych okolicach są jakieś skarby. Chociażby kilka magicznych kwiatków.
Tori skrzywiła się.
- Nie ma mowy. Ostatnim razem, kiedy pomagałam zbierać ci jakieś roślinki, skończyłam z poparzonym pyskiem.
Machnąłem łapą.
- Przestań, kiedy to było. Będę cię pilnować - zapewniłem, wypinając dumnie pierś.
Wilczyca pokręciła zdecydowanie łbem.
- Radź sobie sam. Idę szukać grupy do polowań. Hej - powiedziała i poszła sobie. Tak po prostu. Żadnego pożytku z tej wadery.
Skierowałem błagalne spojrzenie na Lind i Leah. 
- Może chociaż wy?
- Ja pójdę, co mi szkodzi - mruknęła Lind.
Wobec tego przeniosłem wzrok bezpośrednio na Leah. Czekałem na jej odpowiedź, nieznacznie przebierając łapami w miejscu. Nie mogłem się doczekać momentu, w którym rozpoczniemy poszukiwania.
Wadera już otwierała pysk, kiedy rozległo się głośne łupnięcie, a zaraz po nim przestraszony pisk Eleny. Kotka wtuliła się w moje łapy. Jej ogon poruszał się nerwowo, a futerko było nastroszone. Zerknąłem mimowolnie na Baldora, który poszedł w swoją stronę, nie przejmując się tym, że swoim zejściem przyprawił kogoś o zawał serca. Pewnie nawet tego nie zauważył.
Wróciłem spojrzeniem do Leah. Na pysku wadery widniał uśmiech.
- Czemu nie?
Odpowiedziałem uśmiechem.
- Wobec tego czas rozpocząć poszukiwania! - zawołałem. - Postarajcie nic sobie nie zrobić tak, jak niektórzy.
Zerknąłem znacząco w stronę, w którą poszła Torance.
- Mi to nie grozi.
Lind dumnie trąciła łapą swój Medalion Nieśmiertelności. Uśmiech zamarł na moim pysku. Przyglądałem się błyskotce, która dawała swojemu właścicielowi życie wieczne. Leczyła rany, dodawała energii. Chociaż wyglądał niepozornie, krył w sobie ogromną moc. Moc, która nie powinna w ogóle istnieć.
Z rozmyślań wyrwał mnie Arkan, który wylądował w pobliżu. Spodziewałem się, że do nas podejdzie, jednak smok poszedł w swoją stronę. Łapy uginały mu się pod ciężarem własnego ciała. Wyglądał na wykończonego.
- Co z Arkanem? Coś mu się stało? - spytała Lind.
- Chyba się zmęczył. Wspominał, że nie znosi dobrze tak długich lotów po przerwie - Leah zmarszczyła brwi.
Lind skinęła głową.
- Aaa... W sumie nie dziwię mu się.
- Powinien się trochę przespać, a nie biegać po terenach - wtrąciłem.
- Nie lubi spać na ziemi, zdecydowanie woli drzewa. Ale tutaj raczej nic dobrego nie znajdzie.
Leah zerknęła w stronę niewielkiego lasu, w którym zniknął jej towarzysz. Drzewa były niskie i cienkie. Nie dałyby sobie rady z utrzymaniem na sobie masywnego wilka, a co dopiero Arkana.
- Jejku, zapomniałam już o tym - mruknęła Lind.
- Pierzasta, gdzie masz Medalion Wizji?
Głos, niewątpliwie należący do Tinga, wydobywał się z grzbietu Passera. Mimowolnie spojrzałam w tamtą stronę. Odmieniec zapamiętale grzebał w rzeczach Lind.
- Nie mam teraz czasu ci go szukać, Ting! - odpowiedziała mu wadera.
- Chudy, może ty go widziałeś?
Prychnąłem głośno.
- Skąd mam wiedzieć gdzie są wasze rzeczy? - W mój głos wdarła się nuta oburzenia. - Nie grzebię w czyichś rzeczach w przeciwieństwie do niektórych.
Ostatnie słowo mocno zaintonowałem, dobitnie dając do zrozumienia, że miałem na myśli właśnie jego. Ten jednak puścił moją uwagę mimo uszu.
- Huh, dobra, nie chcesz powiedzieć to nie - mruknął i ponownie zanurkował w koszu.
Prychnąłem oburzony. Nie dość, że posądzono mnie o naruszanie czyjejś prywatności, to jeszcze zostałem parszywie olany.
- Ignoruj go - podpowiedziała Lind.
Kiedy tylko się odezwała, moje serce na moment zamarło. Co mogła sobie pomyśleć, gdy usłyszała słowa Tinga? Chyba nie uważa, że teraz kłamałem... Prawda?
- Lind, nigdy nie przeglądałem twoich rzeczy. Nie obchodzi mnie, co tam sobie trzymasz. Przysięgam - powiedziałem szybko.
- W porządku, wierzę - odparła. - Chodźmy już.
Skinąłem łbem i zacząłem wypatrywać jakiejś rośliny, która byłaby godna naszej uwagi. Nie widziałem jednak nic poza trawą i kolorowymi liśćmi przywianymi tutaj z lasku. Nuda.
Wadery podobnie jak ja rozpoczęły poszukiwania. Każdy z nas starał się znaleźć coś, cokolwiek, co mogłoby być chociaż odrobinę użyteczne.
- Hej, czujecie ten słodki zapach? - odezwała się nagle Lind.
- Nie... Ale jak zwróciłaś uwagę... - Leah przysunęła nos do ziemi.
Zmarszczyłem brwi. Nie wyczuwałem żadnego specjalnego zapachu. Wciągnąłem mocno powietrze. - Jaki słodki zapach? Nie, nic nie... - zamilkłem w chwili, gdy woń dotarła do mojego nosa. - O, faktycznie.
Zamknąłem oczy, próbując skupić się na zmyśle węchu. Z jakiegoś powodu nasłuchiwanie czy też tropienie było prostsze, kiedy zamykałem oczy. Chociażby tak krótka izolacja od zmysłu, który pochłaniał mnie najbardziej, sprawiała, że pozostałe bodźce były... Bardziej intensywne.
- Tylko teraz znaleźć źródło...
Do moich uszu dotarł głos Lind. Odwróciłem pysk w stronę, z której nadchodził i niemal natychmiast wyczułem raczej mało nieprzyjemny zapach. Odsunąłem się z głośnym parsknięciem. Otworzyłem oczy, by zobaczyć przed sobą stosunkowo świeże odchody. Prawdopodobnie jeleni. Ich zapach nadal wisiał w powietrzu.
Lind musiała dojść do tych samych wniosków, bo zaledwie chwilę później podzieliła się z nami swoim odkryciem.
- Czuję - wzdychnęła Leah. - Zgłodniałam...
- Co ty nie powiesz - mruknąłem, krzywiąc się. Zwiększyłem dystans między mną a naturalnym nawozem. - Zostawiły po sobie kilka rzeczy...
- Może pójdziemy na polowanie, jak już coś znajdziemy?
Ponownie moje słowa zostały zignorowane. Widocznie polowanie było ważniejsze.
- Pasuje - Lee wróciła do węszenia. - Co to może być? Ten słodki zapach... Kojarzy mi się z kwiatami.
- Róże Hery - odparłem.
- Właśnie... Tak myślałam - mruknęła Lind.
Posłałem wilczycy uśmiech. Już jakiś czas temu zauważyłem, że miała problem z przyznaniem się, że mogła czegoś nie wiedzieć. Kiedy podzieliłem się swoimi obserwacjami z Tori, moja partnerka stwierdziła, że kogoś jej to przypomina. Nadal nie udało mi się ustalić, kogo miała na myśli.
- Oczywiście - powiedziałem, przeciągając samogłoski dla lepszego efektu.
Samica poruszyła niespokojnie ogonem. Na jej pysku zawitał grymas. W odpowiedzi jedynie szerzej się uśmiechnąłem.
- Jak nie róża. Bardziej jaśmin - stwierdziła Leah. Nie wyraziła żadnej skruchy, że przerwała mi droczenie się z Lind. I to jeszcze zanim na dobre się zaczęło.
- Róże Hery charakteryzują się dość mocnym... - zacząłem wyjaśniać.
Przerwałem w chwili, kiedy zauważyłem jakiś błysk w trawie. Zaciekawiony podszedłem w
tamtą stronę i niemal od razu w oczy rzucił mi się srebrny medalion. Miał charakterystyczną zawieszkę, która przedstawiała kota. Mimowolnie zerknąłem w stronę Eleny, która z zaangażowaniem oddawała się próbom złapania jakiegoś owada.
- Hej, żadna z was przypadkiem nie zgubiła swojego świecidełka? - spytałem głośno.
- Raczej nie. Musiałabym sprawdzić w skrzyni.
- Pokaż, co to za wisiorek - rozkazała Lind.
Posłusznie wziąłem go do pyska. Zimny łańcuch przyjemnie ochładzał dziąsła. Metaliczny posmak uderzał w język. To z kolei nie było ani trochę smaczne. Podszedłem do wader i pozwoliłem się mu przyjrzeć. Lind zmrużyła w skupieniu oczy.
- Nie, na pewno nie mój - mruknęła po chwili.
Spojrzałem wyczekująco na drugą samicę.
- Też nie.
- No to teraz należy do ciebie, As - Lind skinęła łbem.
- Niby znalezione, nie kradzione, ale... Chyba później spytam kogoś, czy nie zgubił jakiegoś medalionu w trakcie lotu - pomyślałem na głos.
- Jak uważasz. Chodźmy po te róże.
Lind uśmiechnęła się delikatnie.
Skinąłem łbem.
- Pomożecie mi go założyć? Sam niezbyt dam radę... - mruknąłem.
- Jasne.
Medalion uniósł się z pomocą wiatru. Nie byłem pewny, która z samic zdecydowała mi się pomóc (chociaż podejrzewałem Lind). W każdym razie wisior już po chwili zawisł na mojej szyi.
- Dzięki.
Wróciliśmy do poszukiwań. Cały czas wypatrywaliśmy Róż Hery, jednak było to trudniejsze niż mogłoby się zdawać. Niesiony przez wiatr zapach zdawał się być w przypadkowych miejscach. Nie było w tym żadnego ładu i składu. Tyle dobrego, że w którymś momencie tych poszukiwań, Leah znalazła niebieski agrest. Zebraliśmy, co się dało i wróciliśmy do szukania róż, które chyba stwierdziły, że pograją z nami w chowanego. Przeklęte kwiaty.

<Leah? Lind?>