czwartek, 19 września 2019

Od Edel "Życie kołem się toczy" cz. 3

Październik 2024
Kroki roznosiły się echem po mojej głowie. Niemal czułam, jak skronie mi pulsują. Zacisnęłam mocniej powieki, starając odizolować się od wszystkich dźwięków. Pyszczek opuścił cichy pisk bólu. W umyśle formułowały się modlitwy do nikogo, by zbliżający się wilk odszedł. Nie chciałam rozmawiać. Nie miałam na to sił.
Moje prośby nie zostały wysłuchane.
- Edel? Możemy porozmawiać?
Ciche i niepewne słowa zawisły w powietrzu. Do uszu dochodził irytująco głośny oddech. Uniosłam powieki, by zobaczyć Tori. Patrzyła na mnie z wyczekiwaniem. Językiem nerwowo oblizywała nos. Typowo psi zwyczaj, którego nadal się nie wyzbyła w całości.
Zmarszczyłam brwi. Wilczyca nie rozmawiała ze mną od chwili, kiedy dotarła do niej wieść, że ja i Crane zostaliśmy parą. Przed oczyma stanęła mi nasza ostatnia sprzeczka. Torance stwierdziła wówczas, że dałam mu się całkiem omotać i nie rozumie, co w nim widzę. Z perspektywy czasu widzę, że obie powiedziałyśmy o kilka słów za dużo, niemniej... Nie miałam zamiaru przepraszać. To ona okazała się okropną przyjaciółką, nie ja. To ona nie potrafiła zaakceptować mojego partnera i dla własnego widzimisię kazała zrezygnować mi z własnego szczęścia.
A teraz... Przyszła sama. Po co?
- O czym? Z tego co kojarzę, nie chciałaś widzieć ani mnie, ani Crane'a.
Słysząc ton mojego głosu (oraz zapewne wyczuwając ode mnie dość negatywne emocje), samica opuściła uszy.
- Ja... - powiedziała i zamilkła. Wbiłam w nią wyczekujące spojrzenie, starając się zignorować ból głowy. Torance jednak uparcie go unikała, wpatrując się na przemian w ziemię i coś za mną.
- Tak, ty. Czego chcesz? - warknęłam.
- Przeprosić - mruknęła, nadal nie patrząc mi w oczy.
- Ach tak? - Uniosłam brwi. - Co tak nagle?
- Dowiedziałam się, że jesteś w ciąży i...
Och, czyli to tak...
Z mojego gardła wydobył się niekontrolowany warkot. Serce biło jak szalone. Ból odszedł w zapomnienie. Wściekłość dodawała mi sił. Wstałam, nieznacznie się chwiejąc i zmniejszyłam dystans. Górowałam nad niską wilczycą, posyłając jej groźne spojrzenia.
- I co? Sumienie cię ruszyło? Zdałaś sobie sprawę, że warto byłoby mnie przeprosić zanim umrę?
Wilczyca skuliła się, jednak nie odeszła. Pozwalała się zlinczować, co jeszcze bardziej mnie irytowało.
- A może chciałaś przy okazji znowu obrazić Crane'a za to, że miał czelność zrobić mi szczeniaka? Albo ponarzekać jakim to fatalnym ojcem nie będzie? No dawaj, nie krępuj się. Jesteś przecież taka dobra w wyzywaniu go bez powodu.
Słowa wylewały się ze mnie szybko. Nie kontrolowałam ich. Wiedziałam, że za jakiś czas będę ich żałować, jednak teraz... Nie miałam najmniejszego zamiaru zamilknąć.
- Nie chcę go wyzywać - wtrąciła cicho wilczyca. - Myliłam się co do niego... 
- Och, serio? Już nie uważasz, że chce mnie jedynie wykorzystać?
Uniosła niepewnie wzrok. Kiedy tylko nasze spojrzenia się skrzyżowały, odwróciła pysk.
- On cię naprawdę kocha - mruknęła.
Roześmiałam się.
- Jak do tego doszłaś? Niech zgadnę... As zdołał cię w końcu przekonać?
Drgnęła. Kolejny punkt dla mnie.
- Edel, przepra... - zaczęła, jednak ja nie zamierzałam jej słuchać.
- Odejdź. Jesteś żałosna. Zwyczajnie żałosna.
Nie odpowiedziała od razu. Podniosła łeb. Zdawało mi się, czy w jej oczach zabłyszczały łzy? Nie, niemożliwe. 
- Jak sobie życzysz - powiedziała smutno.
Odsunęła się ode mnie i bezszelestnie zniknęła w półmroku lasu, w którym się zatrzymaliśmy. Westchnęłam głośno. Emocje zaczynały opadać. Ból głowy wrócił, a łapy ponownie stawały się słabe. Adrenalina odchodząc, zabierała ze sobą wszystkie swoje dary. Pospiesznie wróciłam na swoje miejsce i wtuliłam się w koc, który przytargał jakiś czas temu Crane. Zaciągnęłam się jego zapachem. Dawał poczucie bezpieczeństwa i miłości. Kochałam go.

<c.d.n.>

środa, 18 września 2019

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 3

Wrzesień 2024
Wreszcie powstało odpowiednio duże przejście, byśmy zdołali wejść do jaskini. Pierwsza wskoczyłam do nowo odkrytego miejsca. Powitała mnie tam tylko ciemność. Po odgłosach rozpoznałam, że Ting wskoczył do groty zaraz po mnie. Baldor dostał się tu ostatni. Strażnik Wichury użył swojej ptasiej czaszki na kiju, by rozświetlić to tajemnicze miejsce ogniem.
Okazało się, że jaskinia nie była aż taka wielka. Pomimo wysokiego sklepienia, nie zmieściłyby się w niej nawet dwa średnie smoki. Co innego, gdyby każdy był wielkości Diligitis. Czarne ściany groty w wielu miejscach przecinały białe smugi. Dodawało to temu miejscu nieco charakteru. Po chwili rozglądania się, dostrzegłam, że coś na skałach połyskiwało w złocistym świetle płomieni. Ting pierwszy podszedł bliżej, by zbadać to zjawisko. Ja byłam tuż za nim. Z bliska dało się dostrzec, że ściany jaskini były w wielu miejscach obłupane. Wnętrze tych skał wyglądało trochę jak krzemień. Strażnik Wichury podrapał pazurem jeden głaz, potem polizał łapę. Nie rozumiałam, co to miało na celu, dopóki nie oznajmił:
- To sól.
- Prawdziwa? - Popatrzyłam po ścianach i sklepieniu. - Ale jak to?
- Nie wiesz, skąd się bierze sól, Pierzasta? - Odmieniec spojrzał na mnie.
- E... -  zawahałam się. Już chyba za późno, żeby udawać, że nie miał racji.
- Sól kamienną wydobywa się z ziemi. Jak kamienie szlachetne – powiedział Ting. - Już rozumiesz?
- Ta... - westchnęłam. 
- Zamierzacie zabrać trochę ze sobą? - odezwał się nagle Baldor.
- W sumie, czemu nie – mruknęłam.
Uderzyłam pazurami miejsce, które wcześniej podrapał Ting. Spod mojej łapy sypnęły się maleńkie odłamki. Sól raczej nigdy nie należała do najtwardszych materiałów na świecie. Dziwnie się czułam zdobywając ją w ten sposób. W życiu bym nie pomyślała, że coś, co się je, wykuwane jest ze skał. 
Strażnik Lasu także podszedł do ściany jaskini i bez większego zamachu uderzył w nią młotem. Zdobył w ten sposób kilka znacznie większych kryształów solnych. 
Ting spojrzał na swoją płonącą ptasią czaszkę na kiju. Zastygł w tej pozycji trochę długo, po czym sięgnął do plecaka po drugą, by użyć jej do wydobycia garści soli ze ścian. 
- Co się z nimi tak właściwie stało? - spytał nagle Baldor, także patrząc na płonącą broń drugiego Odmieńca.
- Złamały się. Ja je złamałem. Oba – odparł Ting cicho. Przerwał pracę i znów smętnie zwrócił oczy na "pochodnię".
- Wolno mi spytać o czym wy teraz mówicie? - wtrąciłam, nie rozumiejąc kompletnie kontekstu wypowiedzi.
Strażnicy obrócili się w moją stronę. 
- Zwróciłaś kiedyś uwagę, że Baldor nosi zwykłą broń połączoną z czaszką jakiegoś zwierzęcia, a ja mam tylko te czaszki ptaków? - spytał Strażnik Wichury.
Przejechałam wzrokiem po wspomnianych przedmiotach. Prawda, pod tym względem się różniły.  
- Co to oznacza? - kontynuowałam.
- Bronią Baldora jest młot, moją były... dwa kilofy. A tak właściwie oskardy - wytłumaczył Strażnik Wichury. - Idealne do przebijania skóry, kości, czasem nawet zbroi – Ting w dalszym ciągu melancholijnie oglądał płonący ptasi dziób. - Byłem pewien, że uderzenie obu naraz zawsze będzie kończyć walkę. W końcu to nie był zwyczajny metal. 
- I co się wtedy stało? - usiadłam na ziemi, wpatrując się w Odmieńca. Byłam naprawdę zainteresowana tą historią.
- Raz uderzyłem nimi w zaklętą tarczę. Ostrza złamały się, jak zapałki – posumował.
Wbił płonący kij w ziemię. Kucnął nad ogniem i podniósł odrobinę czaszkę przywiązaną do drugiego kija. Istotnie była pod nią metalowa obręcz z paroma odstającymi resztkami ostrzy. 
- Ale ostatecznie wygrałem ten pojedynek. Tarcza uratowała go raz, ale za drugim zabrakło mu odpowiednich umiejętności – Ting spuścił wzrok na swoje pazury.
Nie komentowałam tej historii w żaden sposób. To, jak Ting przedstawił ją przedstawił, sprawiło, iż zrobiło mi się autentycznie przykro. Zerknęłam na broń Baldora. Dopiero wtedy zwróciłam uwagę, że i na niej była dosyć głęboka rysa. Ciekawe, jaka historia kryje się za tym... Albo za łańcuchem na łapie Strażnika Lasu. Nie widziałam, żeby inni strażnicy też byli tak przywiązani do swojego rynsztunku.
- Mam ochotę na kawę – mruknął Ting.
- Wracajmy do obozowiska. Może jakiś wilkołak ma parę ziaren – odparłam.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Od Crane'a „Życie kołem się toczy” cz. 2 (cd. Edel)

Lipiec 2024
Słyszałem, co powiedział medyk. Każde słowo. Stałem z boku i nawet nie drgnąłem. Wiedziałem jednak, że wolałbym nie słyszeć tej diagnozy. Już dużo wcześniej zdawałem sobie sprawę, że Edel niedługo umrze, ale odkąd zostaliśmy parą... Nie wróciłem myślami do tematu nawet raz. Zamiast tego chłonąłem każdą chwilę, w której byliśmy razem. Tak skupiałem się na teraźniejszości, że wszelkie rozważania o przyszłości nie dawały nawet o sobie znać. Dziś jednak świadomość, że E umrze wcześniej, niż ja, wróciła. Nie wiedziałem, jak mam zareagować. Mam mówić, że jest mi przykro? Rozpłakać się? Kazać Edel przerwać ciążę? Każda opcja wyglądała na równie bezcelową. Nieważne co bym zrobił, moja partnerka umrze. Umrze.
Nigdy dotąd to słowo nie uderzyło mnie tak mocno. Śmiertelność w mojej watasze była co roku stosunkowo duża, więc przyzwyczaiłem się do tego określenia. Wilki umierają cały czas. Każda wieść tego typu, nawet ta dotycząca Fermitate'a, spływała po mnie. Nigdy nie zostawiła żadnego trwałego efektu. Jedynie wraz z innymi machinalnie spuszczałem głowę nad grobem. Udawałem, że i ja jestem w żałobie, bo umarł członek watahy. Tymczasem tak naprawdę żaden z nich nic dla mnie nie znaczył. Byli to tylko kolejni potencjalni wrogowie, którzy sami posłusznie usunęli się w cień i nie wrócili.
Teraz na szali było życie Edel. Powtórzę; Edel. Jedynej osoby, o której dobro kiedykolwiek się martwiłem. (Do dzisiaj nie wiem skąd to się tak naprawdę brało.) Chciałem zachować ją przy sobie na zawsze. Niestety to wszystko, co usłyszeliśmy, było prawdą. Miała odejść. Prawdopodobnie maksymalnie za parę miesięcy. To nie jest wcale dużo. Ten czas przeleci, zanim zdążę powiedzieć „Smocza Róża”. 
Volga pożegnał nas i opuścił pokój. Dalej stałem jak słup soli w tym samym miejscu, obserwując jak basior powoli zamyka za sobą drzwi. Miałem nieuzasadnioną ochotę coś rozszarpać. Przynajmniej do czasu, aż Edel szepnęła:
– Jesteś zły..?
– Nie wiem – odparłem. - Wiem, że nie na ciebie - Podszedłem do posłania i położyłem się obok niej na brzuchu. Położyłem pysk na poduszce i zająłem obserwowaniem ściany.
– Co teraz zrobimy?
– Tego też nie wiem – mruknąłem. 
– Crane, ja... – zaczęła, ale przerwałem jej gestem.
– Jeśli chcesz przepraszać, przestań – mruknąłem.
Znów to zrobiłem; pozwoliłem, by odezwały się we mnie skrajne emocje. Tym razem; wściekłość i smutek. To drugie zdecydowanie przeważało. Nie potrafiłem za nic zdusić uczuć. Nie miałem już siły z nimi walczyć. 
Co będzie z tym szczenięciem? Jest moje, ale nie czułem się jak rodzic. Malec pojawił się z próżni tak nagle. Jak duże były szanse, że chora matka zdoła go donosić? Jakie były szanse, że istotnie będzie zdrowy? Że sam nie padnie kilka dni po porodzie?
Jedno było pewne; nie mogę go winić za rychłą śmierć E. „Ona i tak umrze”...
Przekręciłem się na bok. Poczułem, jak Medalion Nieśmiertelności opierał się o moją szyję. W teorii... on mógłby rozwiązać ten problem. Niestety teraz przeszkodą byłoby nastawienie Edel. Znam już bardzo dobrze jej nastawienie do kwestii nieśmiertelności: Prędzej sama odgryzłaby sobie uszy, niż zgodziła się osobiście nosić ten wisiorek. Skoro już teraz znam jej odpowiedź, nadal zachowam go w tajemnicy.
Ach, Edel... Czemu jesteś taka głupia?
A może to ja jestem tym głupim, bo przywiązałem się do ciebie? Teraz już nie zdołam się wycofać. Pragnienie twojej obecności obok jest zbyt mocne. A pewnego dnia się obudzę, a ciebie tutaj nie będzie.
Co wtedy?
CO WTEDY?!
Nie chcę myśleć o tym, że ona ma odejść. Nie mam żadnego planu, co wtedy zrobię.

<Edel?>

Uwagi: brak

wtorek, 17 września 2019

Od Lind "(Nad)zwyczajne dni w podróży" cz. 2

Wrzesień 2024
Zaczęłam chodzić niespokojnie tam i z powrotem. Najbardziej prawdopodobnym było, że to, co pokazał mi Medalion Wizji jak najbardziej ma odniesienie w rzeczywistości.
Co robić, co robić? Czy istnieje ktokolwiek, z kim mogłabym o tym teraz pomówić? 
Dotarło do mnie, że raczej nie. Nikomu w watasze nie powiedziałam, co stało się na placu w Białym Mieście. Może wreszcie powinnam? A może lepiej jednak nie..?
Stanęłam w miejscu i spojrzałam na Baldora. Strażnicy zdecydowanie NIE MOGĄ się dowiedzieć kim on jest. 
Co teraz, co teraz? Dobra, spokojnie Lind. Freeze jeszcze tutaj nie przyszedł. Na pewno mam jeszcze trochę czasu.
Zaczęłam głowić się nad tym, ile konkretnie potrwa jeszcze wyrok Freeze'a:
Skazano nas na więzienie zeszłej zimy. Mamy teraz jesień. Wróć; początek jesieni. Czyli... czyli... wrzesień. A wtedy był... grudzień albo styczeń. W najlepszym wypadku luty. Skupiłam się, by wyliczyć, ile konkretnie miesięcy minęło. Podczas nauki matematyki dowiedziałam się, że w całym roku mamy ich dwanaście. Zajęło mi to dosyć długo, ale wreszcie obliczyłam, że został rok i trzy miesiące „z hakiem”. Potem Freeze zostanie wypuszczony. Do tego czasu wataha będzie jeszcze dalej. Basior nie będzie w stanie nas znaleźć. Chyba, że użyje magii. 
Kogo ja próbuję oszukać? Jeśli naprawdę mu zależy, na pewno użyje magii, by mnie znaleźć. Będę zmuszona trzymać się blisko watahy... Ale przecież jest tyle sposobów, żeby się przedrzeć. Niewidzialność, teleportacja, kontrola umysłu...
Nabrałam w płuca większy haust powietrza. 
Może przesadzam... Nie jest chyba aż tak OP. Był blisko wygrania pierwszego pojedynku, ale to nie jest tak, że jednym ruchem może wgnieść mnie w ziemię. Pamiętajmy, iż do czasu ewentualnego kolejnego spotkania ja też stanę się potężniejsza. Zwłaszcza, jeśli...
Jeśli opanuję moc Wichury Płomieni.
Rozejrzałam się po okolicy. Tinga nadal nie było nigdzie widać. Muszę z nim o tym porozmawiać. Przemilczę kwestię Freeze'a, ale temat artefaktu trzeba koniecznie poruszyć.
Wrzuciłam Medalion Wizji z powrotem do kosza z moim wyposażeniem. Postanowiłam, że mam dosyć czekania. Znajdę tego Odmieńca sama. Zbliżyłam nos do ziemi i zaczęłam węszyć. Parę razy odniosłam wrażenie, że znalazłam właściwy trop, ale wtedy zapach znikał pośród innych. Nie mogę powiedzieć, że cieszyłam się z tego powodu.
- Co znów zgubiłaś, Pierzasta? - usłyszałam nagle znajomy głos.
Podskoczyłam, jakby ktoś mnie polał ukropem. Odwróciłam się gwałtownie. Miałam teraz tuż przed nosem pysk Tinga.
- Stało się coś? Jakoś dziwnie się zachowujesz – mruknął mrużąc oczy.
Otworzyłam pyszczek, ale nie mogłam wydusić nawet słowa. Nie wiedziałam od czego zacząć. Do tego momentu chyba zdążyłam już zupełnie zapomnieć ze stresu po co chciałam go znaleźć. Odmieniec przez chwilę patrzył na mnie wyczekująco, ale potem znudziło mu się to, więc zaczął własny temat:
- Pierzasta, potrzebuję cię do czegoś.
Nie odpowiedziałam. Spróbowałam przypomnieć sobie, o czym miałam z nim porozmawiać. 
- Pierzasta, słyszysz mnie? Słońce ci przygrzało czy co? 
- Co chcesz? - mruknęłam. 
- Znalazłem wejście do jakiejś jaskini i chcę zobaczyć, co jest w środku – wyjaśnił bardzo powoli Odmieniec. - Niestety przejście blokują głazy, które musiały spaść z lawiną. Chyba jesteś w stanie z tym pomóc, co nie?
- Chyba jestem, chyba jestem... - burknęłam. 
Po co ja się tak stresuję...? Mamy dużo czasu. Nie muszę na gwałt szukać rozwiązań mojego problemu z Freeze'm. Zajęcie się na razie drobnymi sprawami bieżącymi nie zaszkodzi. Całe zamieszanie może poczekać. Mam cały długi rok. 
Ruszyłam za Tingiem. Jednocześnie próbowałam skupić uwagę na świecie dookoła mnie i przestać się przejmować tamtą wizją. Odmieniec podszedł do „swojego kuzyna” i zakomunikował mu, że chce aby on też poszedł. Po krótkiej chwili namawiania, udało mu się zmusić Baldora do wstania z miejsca. Nie wiem, jak Ting to robił; ja nadal nie opanowałam tej sztuki.
Spytałam leżącego nieopodal Passera, czy też nie chciałby iść. Smok oznajmił, że dziś zdecydowanie woli odpocząć, a nie biegać po okolicy. Tak więc, wyruszyliśmy w teren tylko we trójkę. Ting zaprowadził nas w niżej położone, małe przesmyki między skałami. Przez swoją drobną posturę, nie miał problemu z szybkim przemykaniem dalej tą drogą. Tymczasem Baldor ledwo zdołał przeciskać się bokiem, szurając igłami o otaczające nas skały. Byłam pod wrażeniem, że przez całą drogę nie narzekał, nawet popędzany przez Tinga. Niestety ja trafiłam na koniec pochodu, więc musiałam poruszać się tym samym, ślimaczym tempem co większy Odmieniec. Bardzo żałowałam, że nie miałam możliwości wylecenia stąd i wykorzystania drogi powietrznej.
Po jakimś czasie wynurzyliśmy się z powrotem na kawałek otwartego terenu; o długości maksymalnie piętnastu metrów. Przypominało mi to trochę dziedziniec jakiegoś budynku - z każdej strony odgrodzony wysoką, prawie pionową ścianą. Po naszej prawej stronie leżał stos kamieni, o których wspomniał Ting. Dostrzegłam między nimi parę szpar, jednak były zbyt małe nawet dla tego Odmieńca. 
Nagle w oczy rzuciły mi się jakieś rośliny wyrastające z innej szczeliny w skale. Nie wyglądały bynajmniej na pospolite polne kwiaty. Musiałam trochę wytężyć umysł, żeby przypomnieć sobie, gdzie je już widziałam. Odpowiedź brzmiała: targ w Białym Mieście. Na jednym straganie leżał kiedyś identyczny okaz; opisany "Róże Hery". Doszłam do wniosku, że skoro handlarze zbierają te rośliny i sprzedają, na pewno warto zabrać ze sobą kilka kwiatów. Jak postanowiłam, tak zrobiłam, puszczając mimo uszy uwagi Tinga, że miałam pomóc z tymi głazami. Co mu się tak spieszy? 
Skończywszy zbierać kwiaty, złapałam wiatrem pierwszy kamień od góry i zrzuciłam z tego stosu na dół. Tak samo postąpiłam z każdym kolejnym. Wkrótce przyłączył się do mnie jeszcze Baldor. Kilka razy niechcący zrzuciłam jakiś mniejszy odłamek skalny w jego stronę, ale żaden nie zrobił wrażenia na Strażniku Lasu. Pierwsze dwa odbiły się od jego głowy jak piłka, a trzeci został złapany w wielką, szponiastą łapę.

<C.D.N.>

Uwagi: Skąd Lind znałaby takie wyrażenie jak "OP"? Jest to mimo wszystko skrót od angielskiego słowa, istniejący w slangu ludzi. Pilnuj tych pór roku, proszę.

poniedziałek, 16 września 2019

Od Crane'a "Czasem warto wyświadczyć komuś przysługę" cz. 2

Wrzesień 2024
Tym razem smoki wylądowały dopiero późnym wieczorem. Pośród wilków, ich towarzyszy i przewoźników, szybko przekazano wiadomość, iż wyruszymy dalej z samego rana. Jak zawsze, ja zeskoczyłem pierwszy z grzbietu Diligitis i pomogłem mojej partnerce dostać się na pewny grunt. Nie mogę powiedzieć, że Edel wyglądała dziś znacznie lepiej, niż poprzedniego dnia. Jednak zapytana o samopoczucie, powiedziała: "Jest w miarę dobrze". Chwilę nie chciałem jej wierzyć, ale fakt, że zdołała samodzielnie się przejść bez potknięcia, zmienił nieco moje podejście. Wbrew pozorom, była w bardzo dobrej formie.
Wyczarowałem z Naszyjnika Pożywienia coś na kolację i podsunąłem część z tego Edel. Ku mojej dalszej uciesze, nawet dopisał jej trochę apetyt. Po posiłku, przycupnęliśmy obok Diligitis. Wieczór był naprawdę chłodny, więc ogień gotujący się w brzuchu smoka był idealnym sposobem na rozgrzanie. Oczywiście nie zapomniałem przy tym o owinięciu Edel pożyczonym kocem. Odkąd zdobyłem te okrycie, moja ukochana znacznie lepiej znosiła podniebne podróże. 
Tego wieczora trochę rozmawialiśmy; rzecz jasna szeptem, żeby nie przeszkadzać innym wilkom. Opowiedziałem wtedy mojej partnerce jedną z ciekawszych historii, które zmyśliłem. Jej głównym bohaterem był oczywiście mój wyidealizowany ojciec i jego smok. Kiedy skończyłem, dostrzegłem, że Edel zasnęła, wtulona we mnie. Zamknąłem oczy, by też odpocząć po całym dniu. 
Po niespełna godzinie coś mnie obudziło. Nie był to żaden dźwięk, ani nawet zapach. Zrozumiałem, że od kogoś w pobliżu biła aura olbrzymiego strachu. Wtedy też poczułem, że jestem dużo bardziej zmęczony, niż przed pójściem spać. Z początku myślałem, iż może lunatykowałem. Jednak fakt, że znajdowałem się w tym samym miejscu, w tej samej pozycji, wykluczał tę możliwość. Zainteresowany, co konkretnie się działo/nadal dzieje, powoli wstałem. Musiałem bardzo uważać, żeby przy okazji nie obudzić E. 
Podążyłem w stronę źródła lęku. Oddaliłem się nieco od Diligitis i innych smoków. Ta droga prowadziła do jakiegoś samotnego drzewa nad płytką rzeką. Podchodząc bliżej, dostrzegłem, że pod rozłożystą koroną falowało coś na kształt czarnej mgły. Zmrużyłem oczy i zaciągnąłem się powietrzem. Tak, jak myślałem - Tantibusy. Co najmniej dwa osobniki. 
Ukryłem się w wysokiej trawie i spróbowałem podejść jeszcze bliżej. Wtedy pośród charakterystycznego swądu potworów poczułem zapach kogoś ze swojej watahy. "Więc wszystko już jasne" - pomyślałem. "Ktoś postanowił spać z dala od reszty, zaczęły go dręczyć koszmary i to ściągnęło Tantibusy."
Odwróciłem się, gotowy wrócić do bezpieczniejszego miejsca, niż ta otwarta przestrzeń. Uznałem, że to, co się tam dzieje, nie jest moją sprawą. Te stwory przecież nigdy nie zabijają źródła pożywienia. Wtem coś poruszyło się w trawie bliżej mnie. Zastygłem w bezruchu. Nim zdążyłem cokolwiek wymyślić, z roślinności wyłonił się czarny cień. Kolejny Tantibus. Odruchowo postawiłem dwa kroki w tył i odsłoniłem zęby. Z mojego gardła wypłynęło stanowcze warknięcie. Spodziewałem się dwóch wariantów; potwór albo zaatakuje, albo ucieknie, widząc, że nie jest w stanie mnie przestraszyć
Wówczas stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Czerwonookie połączenie małpy z czarnym wilkiem, oparło przednie, dłuższe łapy na ziemi, skuliło się nieco i spojrzało na mnie z przechyloną głową. Ta poza kryła jakiś przekaz, dobrze znany tym stworzeniom. Ja go jednak nie rozumiałem. Nie od razu. Stałem w tym samym miejscu, kompletnie zdezorientowany. 
Po chwili Tantibus bezszelestnie zniknął mi sprzed oczu. 
Wkrótce doszedłem do kolejnego wniosku, co konkretnie mogło się stać tej nocy. Monstrum uznało mnie za sojusznika po tym, jak przez sen sprowadziłem na kogoś koszmar, umożliwiając Tantibusom pożywienie się. 
Ruszyłem dalej; byle jak najszybciej wrócić do Edel i Diligitis. Jednak w drodze powrotnej dostrzegłem, że na sterczącej gałęzi jakiegoś krzewu wisiał pewien osobliwy przedmiot. Nauczony doświadczeniem, postanowiłem zabrać go ze sobą. Niestety nie byłem w stanie dobrze go obejrzeć, mając do dyspozycji tylko światło księżyca. 
***
Na mój nos spadła jedna kropla deszczu, potem następna. Otworzyłem oczy. Dostrzegłem, że Edel też już nie spała. Zawinięta w koc, oglądała szary świat dookoła nas. Wtem moich uszu dosięgnął głuchy grzmot. Zdaje się stosunkowo niedaleko od nas była burza. Podniosłem wzrok ku górze. Całe niebo było zakrywały chmury, z których siąpił drobny deszcz. Co jakiś czas uderzał nas mocniejszy podmuch wiatru. 
- Nikt się nie zbiera do wylotu - zauważyła Edel, przejeżdżając wzrokiem po innych wilkach i ich przewoźnikach. - Crane, pójdziesz dowiedzieć się o co chodzi? 
- Tak, oczywiście - Wstałem, wyminąłem Diligitis i poszedłem dalej w obóz. 
Wkrótce znalazłem Hitama. Rozmawiał właśnie z Raurą i Arminem - innymi organizatorami ruchu. 
- Macie rację; jeśli teraz wylecimy, trafimy prosto w tę burzę - mruknął przywódca stada. - Poinformujcie wszystkich, że musimy to przeczekać. Wyruszymy jutro. 
Oba wilki pokiwały głowami na znak, że rozumieją. Następnie Raura ruszyła na lewo, a Armin na prawo. 
- O, ty też tu jesteś, Crane? - Hitam zauważył moją osobę. - W takim razie ty też idź poinformować watahę, że dziś nie wylatujemy. 
- Tak jest - odparłem i ruszyłem z powrotem w kierunku, z którego przyszedłem.
Absolutnie nie powinienem sprzeciwiać się obecnemu samcowi Alfa. Tak więc, po drodze przekazywałem dalej informacje o zmianach planu podróży. Kiedy dotarłem do Edel, zakomunikowałem o tym także jej. Dostrzegłem wtedy na drobnym pyszczku wadery lekki wyraz ulgi. Dodałem, że porozmawiamy za chwilę i poszedłem dalej, by powiadomić kolejne wilki, co się dzieje. 
Po paru minutach obszedłem już tę całą część obozowiska, więc mogłem wrócić do mojej partnerki. Usiadłem naprzeciwko niej i poprawiłem koc, którym się okrywała, żeby osłonił też jej głowę. 
- Dzięki - westchnęła i spojrzała gdzieś w dal. 
- O czym rozmyślasz? - spytałem. 
- Chyba o niczym... - mruknęła wadera. - Miałam dzisiaj dziwny sen. 
- Jak chcesz wiedzieć, co oznaczał, mogę pożyczyć od Lind Bransoletkę Snu.
- Nie, nie trzeba - zapewniła E.
Jeszcze chwilę pogawędziliśmy o snach, potem o nocy, dniach, zachodach słońca. W pewnym momencie wspomniałem coś o mojej rodzinie, a Edel w odpowiedzi opowiedziała mi śmieszną historię z czasów, kiedy była jeszcze mała. Widać nawet w takim miejscu jak Zakon, szczenięta pozostaną szczeniętami.
Wtedy przypomniałem sobie o tajemniczym przedmiocie, który znalazłem ostatniej nocy. Wstałem i wydobyłem go z kosza, w którym przewożone były nasze rzeczy. W świetle dnia wreszcie mogłem się mu lepiej przyjrzeć. Okazało się, że był to kolejny wisiorek; również dosyć bogato zdobiony. Najbardziej przykuwającym uwagę elementem medalionu, był okrągły, czerwono-niebieski kamień. Po krótkiej kontemplacji nad tym znaleziskiem, odniosłem wrażenie, że gdzieś już widziałem podobny egzemplarz. 
Nagle dostrzegłem z daleka Camusa. Krążył po okolicy, co jakiś czas zawracał. Stwierdziłem, że to dobra okazja, by zabrać go na kolejne poszukiwanie surowców. Oczywiście za drobną zapłatą jedzeniem. Odłożyłem nowy medalion z powrotem do kosza i wyciągnąłem stamtąd Naszyjnik Pożywienia.
- Edel, jesteś głodna? Bo właśnie będę wyczarowywał trochę mięsa - wyjaśniłem. 
- Nie, nie - odparła wadera. Nie zdziwiła mnie ta odpowiedź. I tak po południu przekonam ją, by coś zjadła. 
Parę sekund później pojawił się przede mną pyszny zając. Odłożyłem Naszyjnik Pożywienia na miejsce, pożegnałem chwilowo E i ruszyłem zanieść Camusowi tego smacznego gryzonia. Jeśli już muszę codziennie zostawiać Edel na trochę samą, przynajmniej dobrze spożytkuję ten czas. 
Basior zachęcony przez podarek, oczywiście zgodził się na wyruszenie w teren. Dzisiaj szukał odpowiedniego miejsca na "wydobywanie z ziemi skarbów" (jego słowa) dobre paręnaście minut. Wreszcie zatrzymał się w wyschniętym korycie dawnego dopływu pobliskiej rzeki. Tak jak wcześniej, chwilę trwał w skupieniu, po czym zakomunikował mi, że coś znalazł. Coś naprawdę ciekawego. Jednak wydobycie tego przedmiotu ze skał pod miękką glebą, zajęło Camusowi tym razem wyjątkowo długo. 
Zaczynałem już wątpić w jego umiejętności, kiedy pod moimi łapami wylądowała nowa bryła ziemi. Natychmiast zerwałem się z miejsca i zająłem oczyszczaniem zdobyczy mojego znajomego z watahy. Kolejny kamień szlachetny. Ten jednak był większy i cięższy, niż odłamki szafiru. Jego kolor także był nieco odmienny od tamtego surowca.

<C. D. N. >

Uwagi: brak.