piątek, 11 października 2019

Od Naidy "Pierwsze polowania" cz. 2 (cd. Mortimer)

Styczeń 2025 r.
Naida siedziała spokojnie przysłuchując się rozmowie Yuki z Sino. Za chwilę miała uczyć się polowania na kraby! Czymkolwiek one są. W pewnym momencie poczuła na sobie czyiś wzrok. Zerknęła niepewnie w stronę Elanor siedzącej kawałek dalej. Waderka mierzyła ją morderczym wzrokiem. Naida uśmiechnęła się do niej przyjaźnie. Nie chciała mieć wrogów.
- No co? - zapytała cicho.
- Nie gadamy podczas lekcji!
Wilczyca przestraszona spojrzała na Yuki. Najwidoczniej nauczycielka mała bardzo dobry słuch.
- Tak, proszę pani!
- Krab przyjdzie... niebawem - kontynuowała Yuki. - Możecie się teraz rozejść i rozejrzeć za krabem.
- A duże to jest? Małe? - odezwał się jakiś szczeniak.
- Małe - odpowiedziała - A teraz idźcie. Nie chcę was tu widzieć!
Szczeniaki zaczęły się powoli rozchodzić. Każdy wyglądał na podekscytowanego wizją zapolowania na jakieś nowe zwierzę. Po dłuższym wpatrywaniu się w Elanor, Naida postanowiła wykorzystać okazję i spróbować zaprzyjaźnić się z waderką.
- Cześć... - odezwała się cicho.
Nie doczekała się jednak odpowiedzi, ponieważ waderka zmierzyła ją tylko spojrzeniem, a następnie bez słowa poszła za Mortim. Naida wstała i orientując się, że zaraz zostanie sama, pobiegła za nimi.
- Morti, czekaj na mnie!
Młody basior odwrócił się i zamerdał ogonem.
- Wiesz jak wyglądają kraby? - zapytał.
- Nie wiem, ale podejrzewam, że skoro są małe to muszą mieć skrzydła aby szybko uciekać! Czyli muszą być podobne do ptaków, smoków albo latających wilków.
Przysłuchujący się rozmowie Theo ruszył nagle biegiem w stronę plaży.
- Widzę ptaki! - krzyknął do reszty. - O nie! Kraby uciekają!
Naida patrzyła jak przestraszone krzykami mewy wzleciały w powietrze chcąc uciec przed wilkami. Niewiele się zastanawiając ruszyła za nimi wraz z Theo i Mortim.
- Szybko! Gońmy je! - wydyszała. - Musimy je złapać zanim uciekną!
Kiedy wilczyca odwróciła się aby sprawdzić, czy reszta biegnie za nimi, zauważyła że Elanor i Exan zostali w tyle. Oboje szli powoli za biegnącymi szczeniakami.
- No chodźcie! Sami nie damy rady ich złapać! Za szybko latają!
- Odleciały! - wykrzyknął zawiedziony Theo.
Naida ponownie spojrzała przed siebie. Byli na skraju dżungli. Morti zwolnił i podszedł do brata. Naida także zamierzała zwolnić, ale potknęła się o wystający korzeń i wpadła na drzewo. Upadła na ziemię i spojrzała zawstydzona na resztę. Wydawało jej się, że dostrzegła cień uśmiechu u Elanor. Szybko wyrzuciła tą myśl z głowy tłumacząc sobie, że tylko jej się przewidziało. Nawet nie zauważyła kiedy Morti i Theo do niej podbiegli.
- Nic Ci się nie stało?
- Chyba wszystko w porządku... - wstała i chwiejnym krokiem podeszła do Elanor. - Gdybyś nam pomogła, już byśmy je mieli!
Wilczyca zaśmiała się cicho. Naida poczuła, że chyba jej nie lubi. Postanowiła jednak, że postara się jeszcze przez jakiś czas być dla niej miła. Może po prostu jej się wydaje?
- Tylko, że to nie są kraby. Dostałam informację od Kai'ego, że mają pancerze, szczypce i są mniejsze od żółwi.
- To czemu nic nie mówiłaś?- odezwał się nagle Exan.
- Właśnie! Mogłaś coś powiedzieć! - wykrzyknęła Naida, po czym po chwili dodała - A co to są sz-szczy-pce? To jakiś rodzaj skrzydeł?
- Powiedział mi to dopiero przed chwilą. A szczypce szczypią.
- A powiedział Ci może, gdzie je znaleźć? Na drzewach? Pod ziemią? W wodzie?
- Zwykle pod piaskiem - odparła rozglądając się po okolicy.
- Więc chodźmy na plażę! Tam jest dużo piasku!
Theo przeskoczył kawałek dalej.
- Już!
- Ja będę szukać bliżej wody! Wy możecie przeszukać inne miejsca!
Naida minęła resztę i skierowała się w stronę brzegu. Nie odbiegła jednak na tyle daleko, by nie słyszeć rozmowy reszty kolegów.
- Morti, szukamy razem? - westchnęła Elanor.
Naida zerknęła w ich stronę. Theo już gdzieś pobiegł, a Exan odchodził powoli gwiżdżąc. Z niewiadomych przyczyn poczuła ukłucie zazdrości. Też chciałaby szukać krabów razem z Mortim. Tak się podekscytowała wizją złapania tej dziwnej istoty, że tylko umożliwiła koleżance spędzenie trochę czasu z basiorem.
- Wiesz... Chyba poradzimy sobie sami.
- W parach pójdzie szybciej!
- Boisz się sama?
- Nie. Czego miałabym się bać? - odpowiedziała Elanor marszcząc nos.
- To powodzenia. Poradzisz sobie.
Morti poklepał wilczycę po boku i poszedł w swoją stronę. Naida miała już za nim zawołać i zapytać się, czy nie poszukają razem, ale zamiast tego stwierdziła, że czas na rozmowę z Elanor.
- Tego piasku jest naprawdę dużo! - jęknęła. - Elanor, jeśli chcesz, możemy szukać razem! Ty lepiej wiesz, jak wyglądają kraby...
- Już podjęliśmy decyzję! Każdy szuka sam! - odkrzyknęła zdenerwowana.
- Ale ja naprawdę nie dam rady! Za dużo tego...
Elanor jednak już jej nie słuchała. Naida ziewnęła i położyła się wygodnie na piasku. Rozejrzała się dokoła. Wszyscy z zaangażowaniem przekopywali plażę. Naida stwierdziła, że wygląda to na bardzo męczącą i nudną pracę.
- Poczekam aż wyjdą - mruknęła. - Kiedyś muszą, a ja przynajmniej się nie zmęczę.
Leżała tak przez pewien czas wpatrując się w fale na wodzie. Była tak zamyślona, że nawet nie zauważyła małego zwierzątka, które wygrzebało się z piasku obok niej. Dostrzegła go dopiero kiedy krab postanowił uszczypnąć ją w nos. Podskoczyła z piskiem.
- Potwór! Zaatakował mnie! Umieram! Morti, ratuj! - krzyczała biegając w kółko.
Krab stwierdził, że pora się ewakuować, więc puścił ją i zaczął uciekać. Słysząc wołanie o pomoc, Theo oraz Morti ruszyli w stronę spanikowanej Naidy. Exan zerknął tylko z drobnym zainteresowaniem w ich stronę, jednak postanowił szukać dalej. Elanor nawet nie było nigdzie widać.
- Theo na pomoc!
- Zabijcie go! On jest niebezpieczny! - zapiszczała, a następnie oddalając się powoli krzyknęła do kraba - Nie uciekniesz!
Theo postanowił naskoczyć na zwierzę, które próbowało się bronić. Jednak żaden z nich nie trafił drugiego.
- Mamooo! - wykrzyknął.
- Co znowu?! - z oddali dobiegł ich głos Yuki.
- Krab! - odpowiedzieli chórem bracia.
Naida zerknęła na biegnącą w ich stronę wilczycę, po czym skierowała zdziwiony wzrok na małą istotę.
- To to jest krab? Znalazłam kraba! Ha! Znalazłam Cię, potworze!
Podbiegła bliżej zwierzęcia z radością. Nie pomyślała jednak, że przestraszony krab może być niebezpieczny. Nim się obejrzała, znowu została uszczypnięta. Tym razem bolało mocniej.
- Krab znowu atakuje! Proszę pani, pomocy! On mnie bije!
Yuki postanowiła jednak nie zareagować. Stanęła obok przyglądając się całej sytuacji z powagą. Spojrzała na wszystkich po kolei.
- Musicie sami sobie z nim poradzić - odrzekła.


<Mortimer?>


Uwagi: Eterna wśród innych wilków jest znana jako Elenor. Narracja (trzecioosobowa również) oddaje to, co widzi i czuje bohater, więc sądzę, że i w niej powinno być to zawarte.

czwartek, 10 października 2019

Od Lind „Koniec podróży” cz. 1

Grudzień 2024
Łapy smoka uderzyły o piasek. Wielkie pazury zniknęły pod sypką warstwą podłoża. Odruchowo zwróciłam oczy ku ziemi, ale widząc, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego, pozwoliłam sobie wrócić do oglądania linii horyzontu i nieskończenie wielkiego morza. Stąd ten bezmiar wód wydawał się być jeszcze rozleglejszy, aniżeli z widziany z góry. Przy samym nieboskłonie nabierał odcieni intensywnego granatu, ale zbliżając się do brzegu, przechodził w przepiękny turkusowy.
Nigdy nie widziałam niczego podobnego. Ta właściwie... nigdy nie widziałam żadnego zbiornika wodnego większego od jeziora. Słyszałam historie o morzach i oceanach; oglądałam je na rysunkach, ale w tym momencie zrozumiałam, że opisy nie mogą się równać z rzeczywistością. Coś tak wspaniałego było niemożliwe do zreplikowania. W żadnej formie.
Falująca woda delikatnie szumiała; w teorii ten odgłos nigdy nie był mi obcy. Jednak odniosłam wrażenie, że tutaj nie jest on taki sam; raczej pełen własnego, specyficznego uroku. Nie umiałabym tego wyjaśnić.
Ting podobnie jak ja oglądał linię horyzontu i niekończącą się toń morską. Chyba siedzieliśmy tak bez ruchu trochę zbyt długo; w końcu Passer ponaglił nas ruchem skrzydła, żebyśmy dołączyli do pozostałych na piasku. Drgnęłam i momentalnie odzyskałam świadomość. Wstałam ze swojego miejsca, rozprostowałam nogi i zeskoczyłam na ziemię. Parę razy musiałam przestąpić z łapy na łapę; piasek był o wiele gorętszy, niż wyglądał. Zwłaszcza jak na tę porę dnia i roku. W powietrzu nie było czuć ani krzty zimowego klimatu. To dziwne. A może po prostu pomyliłam się z liczeniem dni w podróży i tak naprawdę jest już lato?
Ting dołączył do nas na ziemi, używając mojego grzbietu jako podnóżka. Odwróciłam się i już-już chciałam go za to skarcić, ale głos uwiązł mi w gardle. Dopiero teraz zauważyłam, co wznosiło się ponad gęstym lasem, obok którego wylądowaliśmy. Kształtem przypominało to górę, ale kłęby pary unoszącej się z jej szczytu nasuwały inne wnioski.
– Czy to...  – wydusiłam.
– Wulkan – oznajmił As ze szczenięcym zachwytem. – Prawdziwy wulkan!
Usiadłam z wrażenia. To miejsce było jak obraz ze snu. Pełne widoków, które zawsze były ode mnie zbyt daleko; niczym miejsca z historii opowiadanych na dobranoc. Wierzyłam, że istnieją, oczywiście. Jednak... zobaczenie ich na żywo...
– Trzeba będzie się wreszcie pożegnać – westchnął Passer, wyrywając mnie z kolejnej zadumy. – Jutro odlatujemy. Wataha zostanie tutaj. Cieszę się, że trafiłem akurat na was – Opuścił nieco głowę, spoglądając na naszą siódemkę; cztery wilki, dwa odmieńce i jednego kota.
– I wzajemnie – odparła Torance z uśmiechem. W jej głosie nie było zbyt wiele entuzjazmu.
– Dzięki za wszystko – dodał As.
– Dziękuję   – powiedziałyśmy równocześnie z Leah.
Elena także coś bąknęła pod nosem. Ku niczyjemu zdziwieniu (a przynajmniej nie mojemu), Odmieńce darowały sobie jakiekolwiek słowa wdzięczności.
– Już teraz wiem, że będę za wami tęsknił – mruknął Passer i spojrzał w stronę olbrzymiego wulkanu.
– A może... chciałbyś zostać? - spytałam naszego przewoźnika. - Jako towarzysz.
Passer na chwilę odwrócił głowę, po czym popatrzył na swoich pobratymców. Niektórzy także już teraz żegnali się ze swoimi pasażerami. Nasz przewoźnik zamruczał pod nosem i kontynuował:
– Nie mogę. Nie byłbym szczęśliwy z dala od moich braci. Mam własne sprawy do załatwienia. Wy również – Jego spojrzenie skierowało się na mnie i odmieńce. – Mam nadzieję, że kiedyś znajdziecie złodzieja  – dodał.
Baldor skinął głową, Ting zrobił coś podobnego, ale żaden z nich nic nie powiedział. Tymczasem Torance zerknęła w moją stronę. Niewykluczone, że domyśliła się, iż istnieje powiązanie między złodziejem, a wilkiem, który chciał odebrać mi Wichurę. Kiedy moje spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem Tori, odwróciłam głowę. Zupełnie jakbym bała się, że może to doprowadzić do zdradzenia pozostałym, jak wyglądała cała sytuacja.
Passer wyrzucił z nozdrzy kłąb pary i złożył skrzydła. Znalazłszy sobie na piasku idealne miejsce, położył się żeby odpocząć po tym ostatnim odcinku trasy. Mogłabym przysiąc, że był to jeden z najdłuższych jak dotąd.
Usłyszałam kroki na piasku. Odwróciłam się, by dostrzec stojącą nade mną Verum. Biała smoczyca trzymała w pysku jajo, które znalazłam parę miesięcy temu z Asgrimem. Położyła je ostrożnie tuż przede mną. Pachniało już zupełnie jak ona. Na skorupce nie było nawet rysy; nikt nie wątpił, że Verum dobrze zajmie się niewyklutym pisklakiem podczas podróży.
– Oddaję go pod waszą opiekę – oznajmiła smoczyca. Po tych słowach, zawróciła i odeszła od nas.
Delikatny wiatr zmienił kierunek. Poczułam mieszaninę zapachów z gęstego lasu. Próbowałam rozróżnić jakikolwiek z nich, ale wszystkie były zupełnie obce. Większości nie mogłabym nawet do niczego porównać. Od teraz tak pachnie nasz dom.
Skupiłam wzrok na dziwacznych drzewach, które rosły na pograniczu plaży z gęstym lasem. Z daleka wyglądały jak paprotki wyrastająca z czubków grubych, drewnianych słupów. U podstawy „korony” widać było coś na kształt owoców. Ciekawe czy są jadalne - pomyślałam.

<C. D. N.> 

Uwagi: brak.

Od Crane'a „Życie kołem się toczy” cz. 7

Koniec listopada 2024
Po tym, jak Redian założył mi Naszyjnik Prawdy, nadszedł dosyć trudny moment w naszej relacji z Edel. Pierwsze dni mało rozmawialiśmy, niewiele robiliśmy wspólnie. Wiele czasu spędzałem poza zasięgiem wzroku E. Kiedy tylko wyczytywałem z jej zachowania, że znów pragnęła chwili samotności, posłusznie odchodziłem.
Powoli traciłem nadzieję, że słowa Lind się sprawdzą; że moja relacja z partnerką jeszcze ulegnie poprawie. Jednak wkrótce dostrzegłem pierwsze przesłanki, że ostatecznie tamta wadera miała rację. Pewnego wieczoru E ułożyła się do snu nieco bliżej mnie. Innego, pozwoliła mi obetrzeć jej pyszczek po wymiotowaniu krwią. Krok po kroku, zbliżaliśmy się znów do siebie. Z czasem, zaczynaliśmy ze sobą coraz dłużej rozmawiać. 
Uznawszy, że nadszedł na to czas, zdecydowałem powiedzieć Edel, jak wszystko wyglądało naprawdę w moim życiu; bez pominięcia żadnego detalu czy przeinaczenia jakichkolwiek informacji. Niegdyś zdobyłem jej zaufanie podstępem. Podawałem się za kogoś, kim nie jestem, więc tak naprawdę nie ja byłem z nią w związku. Powinno się to zmienić.
Na jednym z postojów; na osobności, opowiedziałem E o tym, jak moi rodzice mnie porzucili. Opowiedziałem o warunkach, w jakich dorastałem. Przyznałem się partnerce do popchnięcia kilku wilków w stronę toni Jeziora Zapomnienia. Zdjąłem przed nią nawet szalik, by pokazać skradziony Medalion Nieśmiertelności. Przywołałem wszystkie dostępne szczegóły z mojej przeszłości. Chociaż kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, zdradziłem jej kompletną całość. Zasługiwała na to od samego początku.
Moja partnerka różnie reagowała na poszczególne informacje. Jedne budziły w niej współczucie, inne wzburzenie. Nie ukrywała przede mną żadnych emocji; nie szczędziła ani łez, ani agresywnych warknięć złości. Wiedziałem, że będzie trzeba się z tym liczyć.
Po całym wyznaniu, powróciła obawa, że Edel każde mi odejść; tym razem na zawsze. To jednak nie nastąpiło. E zamiast tego powiedziała, że mi wybacza. Widziałem, jak wiele wysiłku ją to kosztowało, ale zdecydowała, że właśnie te słowa mi powie. To była jej świadoma decyzja. Wtedy zacząłem płakać; nie wiem dlaczego. Po prostu to zrobiłem. Wadera objęła mnie i przytuliła tak mocno, jak tylko była w stanie.

Grudzień 2024
Po narodzeniu Morgana przez większość dni byłem spokojny o życie Edel. Śmierć nie dosięgnęła jej tamtego dnia, więc wadera musiała być wiele, wiele silniejsza, niż wszystkim się zdawało. Widać było, że jest nadal chora; widać było, że nadal cierpi. Jednak na jej pyszczku często widniał uśmiech. Kiedy patrzyła domagającego się zabawy Morgana, zdawało się zapominała o bólu. 
Wkrótce nasz maluch otworzył oczka. Od tamtej pory stał się jeszcze bardziej ruchliwy i ciekawski. Co więcej, nadal rósł jak szalony i wszystko wskazywało na to, że jest zdrowy. Byliśmy szczęśliwi. Szczęśliwi jako rodzina.
A potem nadszedł ten dzień. Od pierwszych oznak zrozumiałem, na co się zanosi. W mig pojąłem, że z Edel lada chwila uleci życie. Próbowała mówić, ale z jej gardła wyrywało się tylko skamlenie bólu. Przestraszony Morgan uciekł aż na drugi koniec prowizorycznego kojca z koca.
Nie wahałem się w tamtej chwili. Zdarłem z szyi szalik i schwyciłem Medalion Nieśmiertelności, by go też zdjąć. Jednak on, jakby usłuchał słów E sprzed kilku dni, nie ustąpił. Tak jak przewidziałem; wadera nigdy nie zgodziła się założyć tego wisiorka. Teraz jednak nie przejmowałem się jej słowami. Miałem szansę ją uratować i to zamierzałem zrobić. 
Złapałem Medalion Nieśmiertelności obiema łapami i pociągnąłem. Nadal nie chciał zejść z mojej głowy. Zaplątał się. Absolutnie nie chciałem odpuścić; dalej szarpałem, wyrywając sobie z szyi całe kępki futra i zdzierając skórę do krwi. Podduszałem samego siebie każdą kolejną próbą ściągnięcia naszyjnika. Mieliśmy coraz mniej czasu. I ja i Edel. Wszystkie łapy drżały mi z emocji. Tymczasem oczy wadery traciły blask. Jej powieki powoli zaczęły opadać, a oddech cichnąć.
Udało mi się zdjąć medalion. Prawie naderwałem sobie przez niego ucho. Kiedy magiczny przedmiot wisiał już w mojej łapie, sam się rozplątał. Nie zwlekałem nawet ułamka sekundy; zarzuciłem go mojej partnerce. Ona jednak... nie poruszyła się już. Całe jej ciało zastygło w bezruchu, a z nim klatka piersiowa. Głowa oparta o ziemię, łapy leżące bezwładnie. Tylko wiatr poruszał jej rzadkim futrem, wyrywając słabsze włosy.
A ja tam stałem. Na moment zastygłem, zupełnie jak ona. Tyle, że moje serce wciąż biło. Może lepiej by było, żeby w tym momencie przestało. Wtedy zniknąłby ból. Ból, który chwilę potem, wyrwał ze mnie donośny skowyt.
Edel odeszła. Edel odeszła.
Nie jestem pewien, co działo się potem. Pamiętam tylko urywki następnych wydarzeń; jakby to był tylko sen, który już miał być za chwilę zapomniany. Widziałem malutkiego Morgana. Przytulał się do sztywnego ciała wadery. Zdawało mi się, że jakiś czas później przyszli do nas inni członkowie watahy. Chyba ktoś pobiegł po medyka. Jakiś basior pytał mnie o coś. Ja jednak nie zrozumiałem nawet słowa. Jedna wadera z mojego stada nachyliła się, żeby zabrać Morgana od Edel. Wtedy coś sprawiło, że odgoniłem ją głośnym warknięciem. Tak mi się zdaje, że to zrobiłem. 

Uwagi: brak.

środa, 9 października 2019

Od Dante "Tydzień lub dwa w dziczy" cz. 1 (cd. Asgrim lub Leah)

Grudzień 2024 r.
– Wszyscy są? – zapytał Gayle, patrząc na korony drzew.
Dante obejrzał się za siebie. Kiedy jego wzrok napotkał wzrok Janey, uśmiechnął się.
– Tak. Wygląda na to, że tak – odpowiedział.
Gayle skinął głową ze zrozumieniem i wkroczył w dżunglę. Część watahy przyglądała im się z drobnym zainteresowaniem, jednak zdecydowana większość zbyt pochłonięta innymi zadaniami zupełnie zignorowała to, że zaraz potem zniknęli im z oczu.
Dana przeszedł dreszczyk emocji. Jeszcze nikt nie zapuszczał się w dżunglę głębiej. Byli pierwsi.
– Jak się czujesz? – zapytała Janey.
– Nieźle – zaśmiał się cicho – Jest trochę duszno, ale dam radę.
– Myślisz, że to zadziała na twoje kości? – zmartwiła się.
– Daj spokój. Co ma być, to będzie. Najwyżej mnie poniesiesz.
– Bardzo śmieszne – prychnęła, ale nie mogła ukryć uśmiechu. Dan szturchnął ją swoim bokiem.
– Patrz tam – wskazał głową kierunek. Na jednym z drzew siedział bardzo kolorowy ptak, który patrzył na nich z zainteresowaniem. Zaraz potem wypatrzył jeszcze jednego, i kolejnego, i kolejnego. Z początku brał je za kwiaty, ale właśnie wtedy zaczęły poruszać główkami. Janey uchyliła pysk w zaskoczeniu.
– To papugi – objaśnił Dan. Kilka wilków z ich ekipy również przykuło swoją uwagę na nie.
– Na co patrzycie?! – rzucił basior o nietoperzych skrzydłach. Papugi z łoskotem skrzydeł zerwały się do lotu.
– Zgłupiałeś? – warknął Gayle.
– Gapiły się! – próbował się usprawiedliwić basior.
Dan wywrócił oczami i schylił się do pobliskiego krzaka. Za pomocą zębów ostrożnie zerwał intensywnie czerwonego kwiata i delikatnie wpiął we włosy Janey. Uśmiechnęła się uroczo.
– Dziękuję.
– Proszę bardzo – odwzajemnił uśmiech.
– Będziecie się tak migdalić przez całą drogę? – skomentowała idąca za nimi Raura.
– Nie wiem, może – Dan wzruszył ramionami.
– Daj im spokój, przeżywają drugą młodość – dodała rozbawiona Jasmine.
– Dokładnie – potaknął Dan – Nie mamy ze sobą Sino, więc trzeba się sobą nacieszyć.
– A, własnie. Gdzie jest Sino? – wtrącił Joel.
– Zostawiliśmy ją u Navri – odpowiedziała ostrożnie Janey. Z Dana uleciało powietrze. Już umiał przewidzieć, jakie komentarze ich spotkają.
– Nie pobije się czasem znowu z Ismanise? – pytał dalej Joel. Brzmiał na zmartwionego.
– Chłopcy ci mówili, co? – westchnął Dan.
– Trudno było tego nie słyszeć... Maluchy rzadko kiedy się biją. Ismanise i Sino są jakieś wyjątkowe pod tym względem. Podobno wyrywały sobie futro zębami.
Zapanowała niezręczna cisza.
– Następnym razem ktoś powinien z nią zostać... – dorzucił Joel.
Dan odwrócił wzrok. Wolał o tym nie myśleć. Nie miał nigdy takich problemów z Navri, a Janey nie miała nigdy wcześniej potomstwa. Nie chciał przyznać się do tego, że nie mają pojęcia, co poradzić na zaistniałą sytuację.
Przez kolejne kilka minut szli przez dzicz w zupełnej ciszy. Wszystko wyglądało jednakowo, lecz jako że bez przerwy przesuwali się naprzód, Dan wiedział, że na pewno się nie zgubili, a dżungla tylko sprawiała takie wrażenie. Ścieżka wyglądała na niewydeptaną od lat i w dodatku tak wąską, że ledwo mieściły się na niej dwa wilki. Raz na jakiś czas trafiali jakieś drobne żyjątka, których zwykle nie umieli nawet dobrze zauważyć, a już zbiegały wystraszone przybyszami.
– Jak możecie wytrzymywać z bachorami? – wypalił w końcu Zev.
Joel odpowiedział mu śmiechem.
– Ma to swoje uroki. Dostałeś kiedyś od szczeniaka kamień w prezencie?
– Nie.
– A kwiatki? – wtrąciła Janey.
– A po co mi kwiatki?
– Kardia jest w ciąży – powiedział nagle Gayle.
Wszyscy ucichli, nie licząc nierównego kroku grupy zwiadowczej. Janey otworzyła pysk i z lśniącymi z radości ślepiami spojrzała na Dana.
– Gratuluję!
– Właśnie, gratulacje – dorzuciła Raura, tak że ostatnie słowo zlało się z gratulacjami Jasmine.
– A ja nie. Dzieci to chłam i...
– Zev, słownictwo – syknął Gayle.
– Moja partnerka też jest w ciąży, więc lepiej trzymaj język za zębami – dorzucił Asgrim. Tego dnia był wyjątkowo małomówny. Wyglądało na to, jakby był dość rozkojarzony. Dan był pewien, że odpływał gdzieś daleko myślami.
Zev westchnął i zwolnił kroku. Teraz znajdował się już za Danem.
– A ty? Chciałabyś mieć szczeniaki?
Kiedy Dan obejrzał się przez ramię zobaczył, że Zev truchtał tuż przy Leah. Tak blisko, że stykali się niemal bokami. Nachylał się teraz do niej, oczekując odpowiedzi.

<Leah? Asgrim?>

wtorek, 8 października 2019

Od Mortimera "Pierwsze polowania" cz. 1 (cd. Naida)

Styczeń 2025 r.
Morti siedział wpatrzony w falujący spokojnie ocean. Słońce dopiero wschodziło, więc niebo było nadzwyczaj barwne. Oddychał niespiesznie. Cały czas nadsłuchiwał nadejścia Naidii, jednak jedyny bodziec jaki dochodził do jego uszu był szum fal. Przymknął ślepia, relaksując się. Cisza. Spokój. Podobało mu się tutaj. Całkowicie zamknął oczy, dając się pochłonąć tej chwili. Uchylił wargi, chłonąc słone powietrze w płuca. Wdech, wydech. Po jakimś czasie przestał w ogóle słyszeć fale. Wszystko zlewało się w jeden szum i... melodię...?
Nagle coś chlupnęło tak mocno, że obryzgało jego futro. Chcąc się ratować odskoczył do tyłu, lecz upadł na chłodny piasek. Podczas gdy kopał na oślep tylnymi łapami, do jego uszu dobiegł znajomy głos:
– Cześć, Morti!
Jego głowa opadła z ulgą na piasek. Z wody wytruchtała Naida.
– Ha! Przestraszyłeś się?
– Tak nie wolnoo... – jęknął. Przeturlał się na bok i wstawszy otrzepał futro.
– Ach, tak? A co mi zrobisz? – zakpiła waderka, gotując się do ucieczki – Dziewczyn nie wolno bić!
Kłapnął w jej kierunku zębami, lecz wystarczająco wolno, aby zdołała odskoczyć. Ku jego zaskoczeniu upadła na ziemię.
– Ała! – pisnęła, mimo że nawet jej nie drasnął – Nie bij mnie!
Rozbawiony skoczył kilka razy na boki, a ona siląc się z trudem na powagę, powstała i spróbowała oddać mu łapą. Udał, że próbuje ją ugryźć, warcząc ostrzegawczo.
– Zaraz będziesz... E... – zająknął się – Pięciołapą Naidą!
– Pięciołapą? Liczyć nie umiesz! Nie pięco, ale dwułapą! – krzyknęła, rzucając się do ucieczki w kierunku wody. Morti popędził tuż za nią. Miał wrażenie, Naida że poruszała się tak szybko i zgrabnie, jakby w ogóle nie była w wodzie. On zaś niemiłosiernie chlapiąc, szedł coraz wolniej i wolniej.
– Nie chlap tak! – zawyła teatralnie – Zachowujesz się jakbyś nie umiał pływać!
Podniósł wzrok. Teraz tylko głowa Naidy wystawała ponad powierzchnię wody.
– Bo jeszcze mam dno! – odgryzł się, śmiejąc się złowrogo. W głębi jednak czuł, że nie ma z nią szans we wodzie.
– I tak nie powinieneś tak chlapać! Chodzisz jak ranna kaczka! – krzyczała, pływając sprawnie w jedną i w drugą stronę.
Morti już przygotował plan. Rzucił się w wodę, wiedząc doskonale, że na tamtym odcinku była zapaść, na której teoretycznie nie powinien się nigdy pojawiać. Przebierał łapkami, lecz okazało się to dla niego znacznie trudniejsze, niż początkowo sądził. Jeszcze nigdy nie pływał. W momencie, kiedy powoli zaczynał łapać rytm, zalała go fala wody. Kiedy tylko zdołał, wynurzył się i zaczął głośno kaszleć. Woda była wszędzie. Oczy piekły, ledwo widział. Szumiało mu w uszach, czuł też jak zimna ciecz przepływa do jego brzuszka. Ogarnęła go panika.
– Topisz się? Mam jakoś zareagować? – pytała szybko, niczym z karabinu, Naida.
Zakaszlnął jeszcze kilka razy, przebierając coraz szybciej łapkami. Wtedy wadera poklepała go po głowie.
– Oddychaj! – krzyknęła.
Nim zdołał jej powiedzieć, że nic mu to nie dało, ponownie zalała go fala wody. Tym razem była znacznie wyższa, a przed jego pyskiem przemknęła żółta ryba. Chciał krzyknąć, ale tylko wciągnął więcej wody. Kiedy ponownie wybił się na powierzchnię, słyszał tylko skrawek wypowiedzi Naidy. "Dorosłego" - to było jedyne, co zarejestrował, kiedy przez uszy przebiegł kolejny strumyk morskiej wody.
Naida uderzyła w jego pierś własną głową, lecz nie mocno. Wystarczająco, aby go popchnąć. Nie był pewien, jaki wybrała kierunek. Stracił całkowicie jego poczucie. Wiedział jednak, że mimo drobnej budowy ciała waderki, kryła się w niej zaskakująca siła. Po raz kolejny odniósł wrażenie, jakby ona wcale nie była pod wodą. Jakby wcale nie sprawiała jej oporu.
Cały czas kaszlał i krztusił się. Na szczęście zdołał wyrzucić z siebie wystarczająco dużo wody, by odzyskać spokój na tyle duży, by iść o własnych siłach na płyciźnie. Było mu słono i chłodno. Ledwo widział. Oczy go szczypały. Tata mawiał, żeby się w takich momentach wypłakać, ale czuł, jakby mu zupełnie zaschły.
– Przestań się topić! Jak umrzesz to oberwę! – krzyknęła Naida. Dopiero wtedy zwrócił uwagę, że ta cały czas biegała wokoło niego. Nie był pewien, czy wrzeszczała coś wcześniej. Nadal w jego uszach się przelewało. Odkaszlnął jeszcze kilka razy, i odpowiedział jej zachrypniętym głosem:
– Topię się...?!
Naida zwolniła.
– Nie wiem, ale jak umrzesz to będę wiedziała.
– Nie chcę umrz... – urwał, ponownie zanosząc się kaszlem. Po jego brodzie spłynął kolejny strumyk wody. 
– Kiedyś słyszałam, że jak ktoś się topi powinien pozbyć się wody z... siebie? – Zrobiła pauzę – Pluj, to może ci przejdzie.
Potrząsnął głową, próbując wylać wodę również z uszu. Zaraz potem zgodnie za jej radą zaczął nieszczególnie elegancko pluć. Nie czuł jednak najmniejszej różnicy.
Naida ruszyła biegiem przed siebie.
– O, cześć! – krzyknęła.
Morti podniósł głowę, a zauważając brata, uśmiechnął się nieco nerwowo. Exan patrzył na niego krytycznym wzrokiem. Jak zwykle.
– Brat ci się topi... Ale to nie moja wina! Sam chciał! – próbowała się wytłumaczyć Naida.
Morti zauważył jeszcze człapiącą w ich kierunku mamę z Theo u boku. Choć nie wyglądała na zachwyconą, to w duchu ucieszył się na jej widok.
– Gdzie się topi? – warknęła. Theo wskazał w jego kierunku łapką. Morti uśmiechnął się koślawo, mrugając nieregularnie puchnącymi oczami.
– Właśnie widzę... – mruknęła ze znużeniem mama.
– E... dzień dobry! – przywitała się Naida, z przestrachem wskazując na Mortiego – Uratowałam mu życie!
Morti chcąc dodać wiarygodności jej słowom, wysilił się na jeszcze szerszy uśmiech. Mama jednak nadal mierzyła ich wzrokiem. Nie wyglądało na to, aby planowała cokolwiek zrobić. W tamtym momencie jego ciche nadzieje na przytulenie w ramach pocieszenia zupełnie wyparowały.
Wtedy zza krzaków wybiegła dość duża gromadka szczeniaków, które Morti doskonale znał. To była reszta ich grupy. Morti przyspieszył kroku, Naida zaś na ich widok wydała się zdumiona.
– Co tak stoisz? Jazda na zajęcia – warknęła mama.
Morti nabrał ochoty, by ją obronić, ale tylko zacisnął mocniej zęby. Z mamą nie było warto się kłócić.
– T-tak jest, proszę pani! – wydukała, biegnąć tuż za Mortim – Przepraszam, jeśli źle go ratowałam... Ale pozbył się wody.
Morti nie widział miny koleżanki, jednak minę mamy już owszem. Patrzyła na nią z góry, niepochlebnie. Jej wzrok bez większego zainteresowania przeniósł się na zbierającą się grupę. Morti zakaszlnął po raz kolejny. Najchętniej by się otrząsnął z wody, ale miał świadomość, że obryzgałby wtedy resztę uczniów. Mama mówiła mu, że tak nie wolno robić.
– Wszyscy są? – zapytała chłodno wadera.
Odpowiedziała jej cisza. Nie trwała ona na szczęście długo, bo inaczej mogłoby to się źle dla nich wszystkich skończyć.
– Tak! – pisnął ktoś.
Morti dopiero widząc wzrok Isy siedzącej nieopodal, domyślił się, że musiała to być Sinope. Przeszły go dreszcze na wspomnienie ich bójki na lekcji.
– No dobrze... – mówiła już spokojniej mama – Dzisiaj będziemy polować na kraby.
Łapka Sino powędrowała w górę.
– A co to kraby?
– Zobaczysz jak przyjdzie – odparła mama.

<Naida?>