poniedziałek, 21 października 2019

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 1

Luty 2024
Ten dzień nie zapowiadał się na nic nadzwyczajnego. Skończywszy swój patrol, wyruszyłam na kolejny połów małży. Dziś w tym zajęciu miała towarzyszyć mi Leah. Wadera i tak stosunkowo często brodziła w morzu; odparowująca z sierści woda pozwalała chociaż na chwilę ochłodzić się właścicielom grubych futer. Przynajmniej wtedy, kiedy nie zmieniali formy na ludzką.
Pomysł wspólnego „polowania” powstał, kiedy rozmawiałyśmy o podopiecznej Leah - Sileenthar. Moja przyjaciółka wspomniała coś wtedy, że jak dotąd dawała małej do jedzenia tylko mięso ryb morskich. Wtedy zaproponowałam, żeby spróbowała zaznajomić Silee ze smakiem małży. Leah wyglądała na nastawioną trochę sceptycznie. Koniec końców zdołałam jednak przekonać przyjaciółkę do swojego pomysłu. Mieszkaliśmy na tej plaży już dwa miesiące i nikomu z watahy jeszcze ten rodzaj mięsa nie zaszkodził.
Skoro zabrałyśmy ze sobą na połów Silee, trzymałyśmy się tylko i wyłącznie płycizny. Tego dnia fale przy brzegu unosiły wiele otwartych, już pustych pancerzyków. Znalezienie pośród nich nienaruszonych małży, nie było aż tak proste. Trochę to zajęło, ale we trzy (Silee nie pozwoliła, by jej ślepota powstrzymała ją przed zaangażowaniem się w łowy) znalazłyśmy ich nawet sporo. Mnie przypadło po raz kolejny dziesięć sztuk.
Miłym dodatkiem do zdobytego przeze mnie pożywienia były kolejne dwa błyszczące kamyki. Kiedy pokazałam je Leah, usłyszałam od niej, że to perły. Zdziwiłam się; to słowo wcale nie brzmiało obco. Miałam absolutną pewność, że już znałam to określenie. Czemu więc nie dopasowałam go do tych przedmiotów już za pierwszym razem?
Po zakończeniu „polowania”, Leah i Silee poszły gdzieś w głąb plaży. Moja przyjaciółka mówiła, że ma jakieś swoje prywatne sprawy do załatwienia. Nie wytłumaczyła szczegółów.
Pożegnawszy waderę i jej podopieczną, postanowiłam zobaczyć, czym zajmują się akurat moi towarzysze. Może jeśli teraz nie trwa kolejne jam session, będą w stanie mi powiedzieć, czy perły mają jakieś praktyczne zastosowania; na przykład w wyrobie magicznych wisiorków. Bardzo liczyłam na to, że Strażnicy wiedzą cokolwiek o tej sztuce.
Wypatrzyłam oba odmieńce w cieniu paprocio-drzew. Kiedy byłam już parę metrów od nich, nagle koło mnie rozległ się potężny huk. Dźwięk był bardzo krótki, ale tyle wystarczyło, by zapiszczało mi w uszach. Mimowolnie odskoczyłam, a oba odmieńce natychmiast przybrały pozycje bojowe. Wszystkie wilki w pobliżu zwróciły oczy w tę stronę, szukając przyczyny hałasu. Otrząsnąwszy się po ataku na mój wrażliwy zmysł słuchu, dołączyłam do nich.
Spostrzegłam, że w piasku powstał nieduży krater; jakby coś małego spadło na ziemię z bardzo dużej wysokości. Wyciągnęłam szyję, żeby zajrzeć do dołu. Na jego dnie leżał fioletowy, obłupany kamień. Było w nim coś znajomego. Moją szczególną uwagę przyciągnął zapach, którym ten przedmiot był przesiąknięty.
Zanim jednak mogłam się nad tym zastanowić, do krateru wskoczył Eitrao. Złapał odłamek w łapy i niewątpliwym było, że zamierza go stąd zabrać. Nie chciałam na to pozwolić. Wezwałam wiatr, by przetrzymać basiora, ale on wydostał się już z dołu. Gnał przed siebie, przemykając pośród gapiów ze swojej watahy. W tej sytuacji, postawiłam ścianę z wichru kawałek dalej na jego drodze. Eitrao wykazał się spostrzegawczością i zatrzymał tuż przed ledwo widoczną barierą. Podbiegłam do niego i spojrzałam nań z góry (z jego wzrostem nie było to wcale trudne).
– Oddaj mi to – zażądałam.
– Bo co? Co mi zrobisz? – wybełkotał wilk.
Mówił tak szybko, że ledwo go zrozumiałam. Przygotowałam się do odpowiedzi, ale basior kontynuował:
– Znalezione, nie kradzione – Zmrużył złośliwie oczy, podrzucając kamień. Spróbowałam schwytać przedmiot w locie, ale bez powodzenia. – Od teraz należy do mnie – mówił dalej Eitrao. – Pogódź się z tym, Opierzony Kuraku – zadrwił. – Żebym nie musiał...
Zanim ja zdążyłam zareagować, w stronę basiora wystrzelił Ting. Nawet nie zauważyłam, kiedy nas dogonił. Odmieniec uczepił się sierści na grzbiecie wilka szponami tylnych łap, a przednimi mocno opiął gardło delikwenta. Eitrao sapnął głośno, podduszany przez Strażnika Wichury.
– Pożałujesz, Trujący! – ryknął mój towarzysz.
– Spokój, spokój! – zawołał nagle Kai, wyłaniając się spośród obserwujących sytuację wilków. – Ting, masz natychmiast przestać – rozkazał.
Odmieniec spojrzał na starszego basiora. Nieznacznie rozluźnił uścisk. Tymczasem ja nadal nie mając pewności, czego oczekiwać, trzymałam na podorędziu skumulowaną moc wichru. Wreszcie Strażnik Wichury wyzwolił gardło Eitrao i zeskoczył na piasek. Kai nie skończył na tym swojej interwencji.
– O co tutaj chodzi? Do kogo należy ten kamień? – spytał.
– Do mnie – rzucił opryskliwie Eitrao.
– Po prostu go sobie zabrałeś, konusie – warknęłam.
– Lind – skarcił mnie Kai. – Więc kamień jest twój? – mruknął.
– Pojawił się znikąd – wyjaśniłam. – Ale czuje od niego znajomy zapach – dodałam szybko.
Starszy wilk popatrzył po naszej trójce.
– I co z tego? – rzucił członek Watahy Czarnego Kruka. – Ja czuję znajomy zapach od twojego Medalionu Nieśmiertelności.
– Pokaż jej ten kamień – powiedział Kai. – Trzeba ustalić, dlaczego się tutaj pojawił. Otacza go aura magiczna.
Eitrao skrzywił się; ewidentnie nie miał ochoty brać udziału w tej pogadance, ani tym bardziej pozwalać komuś, by dyktował mu, co ma robić. Jednak świadomość o sile Kai'a powstrzymywała go przed oporem. Rzucił kamień na ziemię. Wyciągnęłam łapę, by podnieść przedmiot. Ledwo musnęłam jego powierzchnię pazurem, a całe moje ciało przeszyła jakby iskra. Usłyszałam we własnych myślach cudzy głos:
– Lind – Znałam tę osobę. Na pewno znałam. – Musisz do nas wrócić!
Nagle w mojej pamięci odświeżyło się odpowiednie wspomnienie. Mówiła teraz do mnie Haslaye - córka starego Juana. Odkąd pamiętam, mieszkała ze swoim ojcem tuż obok mojego rodzinnego domu. Nie mogłam uwierzyć w to, co się działo.
– Tarnie jest bardzo słaba – kontynuował nieposiadający ciała głos.
Zamarłam. Haslaye mówiła o mojej Babci.
– Prawdopodobnie niedługo umrze. Chce się z tobą jeszcze raz spotkać, zanim odejdzie. W tym przedmiocie zawarliśmy zaklęcie, którego możesz użyć by się do nas przenieść. W ten sam sposób też wrócisz. Nie trać czasu! – Po tym zdaniu głos już nie powrócił.
Teraz rozumiałam wszystko. Absolutnie wszystko. Kto, jak kto ale córka Juana na pewno znała się dobrze na zamykaniu zaklęć w przedmiotach. Nie miałam nawet cienia wątpliwości, że powinnam uwierzyć wiadomości.
– Przysłano go mnie! – oznajmiłam głośno.
Eitrao przekrzywił nieco głowę. W jego oczach widziałam, że nadal nie chciał mi pozwolić na zachowanie tego przedmiotu. Pomyślałam, że pewnie wierzył, iż kamień jest coś wart i chciał oń dalej walczyć.
– Masz jakieś zastrzeżenia? – Kai zwrócił się do członka drugiej watahy.
– Być może – parsknął tamten.
– Mamy potwierdzenie pochodzące bezpośrednio od nadawcy, możesz iść – mruknął spokojnie starszy wilk.
Eitrao splunął na ziemię, obrócił się i ruszył w swoją stronę. Zniknął pośród innych wilków, z których wiele już straciło zainteresowanie sytuacją. Zgaduję, liczyli na prawdziwą walkę.
Spojrzałam na Kai'a pytająco. Nie byłam pewna, co się działo dookoła mnie, kiedy słyszałam głos Haslaye. Wszyscy dookoła słyszeli to samo, co ja, czy...?
Basior westchnął i odwrócił głowę z powrotem w moją stronę.
– Kiedy energia magiczna dotarła do twojego umysłu, obawiałem się, że może wyrządzić w nim szkody – powiedział. – Nawet jeśli jej aura nie wyglądała na niebezpieczną. Pozwoliłem sobie wejść do twoich myśli, więc siłą rzeczy też usłyszałem wiadomość – wytłumaczył mi.
– A... Rozumiem – pokiwałam głową. – Dziękuję za pomoc.
– Nie ma sprawy – Wilk uśmiechnął się lekko.
Podniosłam kamień za pomocą wiatru. Byłam gotowa od razu sięgnąć po energię, która pozwoli mi się przenieść do rodzinnego domu. Kai widząc, co zamierzam, postanowił mnie jeszcze przez chwilę powstrzymać:
– Zaczekaj. Jeśli masz zniknąć na nie wiadomo ile, wypadałoby najpierw powiadomić o tym Hitama, nie sądzisz?
– A... tak. Tak, powinnam – przyznałam. – Gdzie jest Hitam? – Zaczęłam się rozglądać.
– Tego nie wiem – mruknął basior.
– Ja wiem, gdzie on jest, Pierzasta – wtrącił Ting.
– Świetnie. Prowadź – powiedziałam.
Chciałam jak najszybciej wyruszyć. Spełnienie prośby mojej Babci było teraz moim jedynym celem. Momentalnie zapomniałam o dotkliwych słowach Eitrao i tej całej nieprzyjemnej sytuacji.

<C. D. N.>

Uwagi: Silee jest chyba mimo wszystko nadal wciąż zbyt mała by faktycznie łowić.

niedziela, 20 października 2019

Od Ismanise "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 10

Grudzień 2024 r.
Isa smętnie stała we wodzie i wpatrywała się we własne odbicie. Analizowała to, co się stało zaledwie godzinę temu. Nadal emocje nie zeszły z niej do końca. Nie mogła uwierzyć w to co zrobiła. Była na siebie wściekła.
Reszta grupy właśnie kończyła lekcje, a Sino wylegiwała się na piasku, obserwując ją. Niedługo potem nieopodal położył się Infinite.
– Powodzenia! – krzyknął.
Isa nie odpowiedziała. Chciała, aby ktoś jej pomógł, bo nigdy nie radziła sobie z polowaniem ryb. Ani w polowaniu ogóle czegokolwiek. Chodziła w kółko, a jedyna ryba, którą chwyciła w zęby wyślizgnęła się jej jeszcze nim dotarła do brzegu. Spróbowała pójść i polować kawałek dalej, ale ryb wciąż nie było w pobliżu.
Nagle usłyszała chapanie dobiegające zza jej pleców. Założyła, że to jakiś szczeniak, który chce popływać, więc z początku nie przywiązała do tego większej wagi.
– Pomóc ci? – zapytał nagle ów szczeniak.
Dopiero wtedy odwróciła się i poznała w nim jednego z synów Yuki. Tego największego. Nie pamiętała jednak jego imienia.
– Jestem Morti – powiedział, widząc zagubienie na jej pyszczku.
– Jasne. Znaczy... tak, możesz pomóc.
– Więc... chodźmy bliżej skał. Tam zawsze jest więcej ryb. Takich w paski. Są bardzo smaczne.
Poszła w ślad za nim. Zerknęła na Infinite. Uśmiechał się do niej zachęcająco. Sino zaś wyglądała na niepocieszoną. Pewnie spodziewała się, że będzie oglądać jej spektakularną porażkę. Isa upewniwszy się, że nikt nie patrzy, wytknęła na nią język.
– Tutaj – powiedział Morti, zatrzymując się nagle. Isa zrobiła to samo – Musisz być najszybsza, jak tylko potrafisz. I mocno zagryzać zęby. Tak mocno, żeby strzelił kręgosłup i przestała się ruszać. Patrz.
Zanurzył pyszczek, a kiedy go wynurzył, podrygiwała w nim pomarańczowo-czarna rybka. Kiedy wzmocnił uścisk, coś faktycznie chrupnęło i przestała się ruszać. Isa na wspomnienie własnego chrupnięcia w szczęce, które zapoczątkowało bójkę z Sino, wzdrygnęła się.
– Wsysko ogej? – zaniepokoił się basiorek. Wciąż w pyszczku trzymał rybę.
– Tak – Odpowiedziała, ciągnąc zębami za koniuszek ogona rybki – Zaniosę na brzeg.
Morti oddał jej zdobycz, a następnie przygotował się do ponownego łowienia. Isa odłożyła rybę tuż obok Infinite.
– Będę pilnować – oznajmił.
Isa skinęła głową i zawróciła do Mortiego. Czekał na nią z kolejną rybą w pyszczku i merdał ogonem. Uniosła brwi w zdumieniu.
– Chyba lubisz łowić... – Powiedziała, kiedy była już wystarczająco blisko, aby nie zagłuszył ją szumiący ocean – Może ty będziesz polować, a ja zanosić na brzeg?
Oddał jej rybę.
– Może być. Jakby mama się denerwowała, że nie jesteś sama, to powiedz, że robię to z własnej woli. I że później nauczę cię jak się poluje.
Niepewnie skinęła głową i zawróciła do brzegu.


– O czym tak gadacie? – zapytał zaintrygowany Infinite już przy którymś z kolei kursie Isy.
Sino na szczęście już jakiś czas temu zasnęła z nudów.
– O niczym ciekawym. Głównie o rybach. To tylko pojedyncze zdania. Nic szczególnego. Gadka jakich wiele.
– A może cię podrywa? – mrugnął do niej Infinite.
– Daj spokój – prychnęła – Mówił, że po prostu lubi pomagać.
– Ale żeby aż tak?
– Tak, aż tak.
– Tam była taka wielka ryba! Niestety nie złapałem jej – krzyknął nagle Morti. Isa uśmiechnęła się pod nosem i odkrzyknęła:
– Łów dalej, żebym miała co zanosić!
Infinite spojrzał na dość okazałą kupkę ryb. Część z nich już zabrała Yuki, aby rozdać niektórym członkom watahy w formie obiadu. Powinno starczyć dla wszystkich. Praca szła im wyjątkowo sprawnie, szczególnie od momentu, kiedy Sino przestała ich obserwować.
Isa ponownie zawróciła do Mortiego.

<C.D.N.>

Od Naidy "Opowiedz nam historię" cz. 1

Styczeń 2025 r.
Naida siedziała zamyślona na piasku. Miała akurat lekcję sztuk kreatywnych, ale nie za bardzo interesowało ją słuchanie jak inne szczeniaki fałszują. Nie miała też ochoty niczego malować. Rozglądała się dookoła nie wiedząc co ma ze sobą zrobić. Z nudów zaczęła szukać jakiś ciekawych rzeczy na piasku. Niedaleko niej leżało parę kamieni. Zaczęła układać z nich różne wzorki. Przynajmniej nauczyciel nie będzie się czepiał, że nic nie robi. Przecież zabawa kamieniami też jest bardzo kreatywna, prawda?
- A ty, co robisz Naido?
Waderka podskoczyła nagle wyrwana z zamyślenia. Podniosła wzrok i ujrzała swojego nauczyciela. Dernet spojrzał na koślawy rysunek z kamieni.
- Co robisz? - powtórzył.
- Em... Układam uśmiechniętą buźkę.
Naida miała nadzieję, że nie będzie jej kazał śpiewać za karę, że się obija. Czekała więc niecierpliwie na jego reakcję. Basior patrzył przez jakiś czas na jej dzieło.
- Nie jestem pewien czy to wygląda jak uśmiech... Potrafisz może zrobić coś bardziej... kreatywnego?
- Raczej nie.
- Może lubisz śpiewać albo tańczyć?
- Nie, nie za bardzo.
- Patrząc na to coś, stwierdzam że rysowanie też nie idzie Ci najlepiej...
Naida spojrzała na niego z oburzeniem. Jej kamyczkowy uśmiech był przecież piękny! Była pewna, że Dernet nie dałby rady ułożyć lepszego. Powstrzymała się jednak od niemiłych komentarzy. Nie chciała narobić sobie wrogów wśród nauczycieli.
- To może umiesz wymyślać jakieś ciekawe opowiadania? - zaśmiał się cicho. - Yuki mówiła mi ostatnio, że czasami potrafisz stworzyć bardzo ciekawe historie... Na przykład o latających krabach albo królikach w dżungli!
Naida mruknęła coś w odpowiedzi. To z mewami nie było celowe. Nie wiedziała przecież jak wyglądają kraby. Miała prawo się pomylić! Nie znała też tego miejsca na tyle dobrze, aby zdawać sobie sprawę z tego, że króliki zwykle żyją w zupełnie innych miejscach niż dżungle.
- Jak tylko szczeniaki przestaną śpiewać, możesz spróbować coś nam opowiedzieć. Dasz radę, prawda?
Nim zdążyła zaprzeczyć, nauczyciela już nie było. Naida poczuła nagle wielki stres. Nie miała ochoty występować przed tymi wszystkimi wilkami. Zerknęła jeszcze raz na kamienie. Dwa z nich zalśniły lekko w słońcu. To nie były zwykłe kamienie. Naida postanowiła wziąć je ze sobą. Może są magiczne i przyniosą jej szczęście? Miała taką nadzieję. Chwyciła szybko dwa najzwyklejsze bursztyny i podbiegła trochę bliżej miejsca, gdzie miała za chwilę wystąpić. Chciała za wszelką cenę wymyślić coś niesamowitego, tak aby zaimponować Mortiemu. Nie wiedziała dlaczego tak bardzo zależało jej na tym, aby mu się spodobało. Rozejrzała się dookoła. Niedaleko niej stała Elanor. Naida poczuła, że nie może się teraz zbłaźnić. Chciała pokazać waderce, że jest w czymś od niej lepsza. Szczeniaki przestały właśnie śpiewać, więc Dernet ogłosił, że chętni mogą podejść i posłuchać opowiadania młodej wilczycy. Na szczęście niewielu było zainteresowanych jej występem. Wokół niej zgromadziła się mała grupka słuchaczy. Wśród nich Naida dostrzegła Mortiego wraz z braćmi.
- Tylko nas tym nie zanudź - szepnął ktoś do jej ucha.
Była to oczywiście Elanor, która przeszła obok Naidy i usadowiła się naprzeciwko niej z lekkim uśmieszkiem. Niedobrze. Przerażona zaczęła się lekko trząść. Wbiła wzrok w bursztyny. Błagała w duchu, aby przyniosły jej szczęście. Siedziała tak jeszcze przez jakiś czas. Ze stresu zaczęła się lekko uśmiechać.
- Co ona się tak szczerzy do tych kamieni? - zapytał jeden ze szczeniaków. - Zacznie w końcu?
- J-już... Zastanawiam się jeszcze.
Nie miała pomysłu na żadne opowiadanie. I po co Yuki mówiła mu o tych królikach? Miała ochotę uciec i ukryć się pod wodą. Wiedziała jednak, że jeśli to zrobi, Elanor będzie się z niej śmiała. Nie mogła też nic nie mówić. Zorientują się, że nie wie co powiedzieć. Odetchnęła głęboko.
- Dawno temu, w pewnej dżungli żył sobie królik o imieniu... - rozejrzała się po wilkach. Jej wzrok zatrzymał się na Mortim - Timor. Był on bardzo przystojny i miły. Pewnego razu poznał innego królika o imieniu Nadia. Timor bardzo się z nią zaprzyjaźnił. Często bawili się razem i spędzali ze sobą dużo czasu. Byli bardzo szczęśliwi. Aż do dnia, kiedy w ich dżungli pojawił się pewien nieproszony gość. Okazało się, że był to kret o imieniu - przerwała i zerknęła ukradkiem na Elanor - Norela... Kiedy Timor i Nadia spotkali nieznajomą, stwierdzili że może zostać ich przyjaciółką. Pierwsze parę dni mijało im dobrze, ale Nadia czuła, że nie może ufać Noreli. Okazało się, że kret... krecica... - przerwała na chwilę nie wiedząc jak nazwać samicę kreta - bardzo zazdrościła królikom ich przyjaźni. Zaczęła więc powoli ją niszczyć. Minęło parę dni, a Nadia została bez przyjaciela. Była bardzo smutna. Chciała za wszelką cenę odzyskać Timora. Postanowiła więc, że będzie śledzić Norelę. Ku zaskoczeniu królika, kret dosypał coś do jej jedzenia. Były to trujące owoce... kokosów. Nadia widząc to zaatakowała ją. Gdy Timor dowiedział się co się właśnie stało, postanowił wygnać...
- Nadię? - zapytała z nadzieją Elanor.
- Oby nie! - odpowiedział jeden ze szczeniaków.
- Postanowił wygnać Norelę - kontynuowała Naida. - Za karę, trafiła do miejsca zwanego plażą, gdzie piasek palił ją w łapy i nigdzie nie było cienia. Żyły tam też krwiożercze i latające kraby. Timor i Nadia byli szczęśliwi, że udało im się pozbyć niebezpiecznego kreta. Szybko zapomnieli o tej nieprzyjemnej sytuacji... I żyli długo i szczęśliwie. Koniec!
Naida siedziała zestresowana czekając na reakcję reszty. Nie wiedziała, czy im się spodobało. Elanor wyglądała na zdenerwowaną. Pewnie znowu zrobiła coś źle...
- Wow! To było niesamowite! - odezwał się jakiś szczeniak.
- I to jak! Bałem się, że Norela wygra! - odpowiedział mu inny głos.
- Mi się nie podobało... Ciekawiej by było, gdyby kret okazał się zwykłą i miłą osobą. Wtedy okazałoby się, że tak naprawdę to Nadia jest tą złą - prychnęła Elanor.
Parę szczeniaków zaczęło protestować. Z dwa czy trzy przytaknęły waderce. Naida zauważyła, że Morti nie popiera pomysłu ze złą Nadią. Odetchnęła z ulgą. Może zdenerwowała tym opowiadaniem Elanor, ale przynajmniej podobało się ono Mortiemu.
- To była bardzo zabawna historia. Brawo - zaśmiał się Dernet. - Na dzisiaj koniec lekcji. Zmykajcie!
Wszyscy zaczęli się powoli rozchodzić. Naida była zadowolona ze swojego opowiadania. Wierzyła, że to wszystko dzięki jej szczęśliwym bursztynom. Zaraz po lekcji postanowiła poszukać ich jeszcze więcej. Słońce zaczynało już zachodzić, kiedy znalazła kolejny bursztyn. Szukała po całej plaży, ale coraz trudniej było coś znaleźć. Kolejne dwa znalazła na brzegu wody. Jeden leżał na widoku, ale aby znaleźć tego drugiego, musiała trochę pokopać w piasku.
- Znalazłam magiczne bursztyny! - krzyczała od czasu do czasu.
Biegała po plaży jeszcze przez jakiś czas, aż do momentu, gdy jeden ze starszych wilków nie kazał się jej uspokoić. Możliwe, że zakłócała trochę ciszę nocną. Szczęśliwa zakopała wszystkie pięć znalezisk pod jednym z tych dziwnych drzew na skraju dżungli, tak aby nikt ich nie znalazł.
- Słyszałam, że szukałaś jakiś kamieni. Ile udało Ci się ich znaleźć? - zapytała Sino, kiedy tylko Naida wróciła nad wodę.
- Nie kamieni, tylko bursztynów! A znalazłam ich aż dwadzieścia.
- Tak mało?
Naida postanowiła, że musi znaleźć takich więcej. Przynosiły jej szczęście. Była tego pewna. Z takimi bursztynami da radę dokonać wszystkiego! Nawet nauczyć się liczyć.

Uwagi: Przecinek przed "albo" stawiamy, kiedy używamy go kilkukrotnie w zdaniu. "Niedobrze" piszemy łącznie. Niewielkie liczby zapisujemy w opowiadaniach słownie. 

sobota, 19 października 2019

Od Sinope "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 9

Grudzień 2024 r.
Ku niezadowoleniu Sinope Isa zniknęła z ostatniej lekcji szybciej, niż by tego chciała. Nie mogła jej później znaleźć, nawet jeśli bardzo się starała. Nie widziała jej też ani razu po samych zajęciach. Pozostawało jej jedynie czekać na kolejną lekcję polowania. Na pytania rodziców o to, jak podobało się jej na zajęciach odpowiadała pozytywnie, jednak nie pisnęła ani słówka o kłótniach z Isą, czy nauczycielką. Yuki na całe szczęście najwyraźniej była zbyt leniwa na interwencję.
W końcu nadszedł kolejny dzień z zajęciami z polowania. Idąc na zbiórkę, widziała Isę rozmawiającą ze swoim kolegą już z daleka.
– Isa! – krzyknęła radośnie.
Isa mruknęła coś pod nosem i kontynuowała rozmowę z basiorkiem. Patrzył na Sino odrobinę zaniepokojony. Przestał dopiero wtedy, kiedy Sino usadowiła się tuż obok niego.
– O czym rozmawiacie?
Isa zamilkła.
– Nie chcemy się z tobą zadawać – powiedział basiorek.
– Jak ci na imię?
Przeniósł wzrok na Isę, ale ta patrzyła w zupełnie innym kierunku.
– Infinite.
– Więc mam jedno pytanie, Infinite – kontynuowała Sino.
– Tak?
– Jesteś adwokatem Isy?
Powoli wypuścił powietrze. Jego duże błękitne oczy badały jej pyszczek.
– Usiądź z kimś innym – oznajmił po dłuższej chwili.
– Ale ja chcę z wami.
– Ale my z tobą nie – wtrąciła Isa.
– Dlaczego?
– Jesteś denerwująca – warknęła Isa.
– Dlaczego?
– Naprawdę tego nie widzisz?
Infinite patrzył błagalnie na Isę.
– Nie, a dlaczego?
– Powiedz jeszcze słowo, a...
– A.
Isa zacisnęła szczękę tak mocno, że aż coś strzeliło w jej żuchwie. Sino zachichotała.
– Kruszysz się przeze mnie?
– Kruszyć mogą się zaraz twoje kości – warknęła Isa.
– Udowodnij.
– Isa... – zaczął Infinite, ale wadera już wstała z piasku. Jej jasne oczy płonęły.
Sino uśmiechnęła się szeroko. Patrzyła prosto w jej groźne ślepia, uśmiechając się szeroko. Isa patrzyła na nią w milczeniu. Infinite odczuwał między nimi napięcie tak duże, że zbliżenie się groziło poparzeniem. Zbyt bał się odezwać.
– Na co czekasz, siostrzeniczko? Maluszku, dzidziusiu, szczeniaczku... – podjudzała Sino.
Isa nie wytrzymała. Rzuciła się na waderkę. Przewróciła ją do tyłu i zdołała przytrzymać swoją łapą jedną jej łapę. Warcząc zażarcie, starała się ją ugryźć, ale Sino cały czas robiła uniki. Zaczęła krzyczeć boleśnie głośno i piskliwie. Broniła się jedyną wolną łapką. Isie udało się ją ugryźć kilka razy. Sino miotała się, jednak niewiele to dawało. Isa była większa i dużo silniejsza.
Infinite obserwował to spanikowany. Zaczął wołać o pomoc. Szczeniaki stojące na zbiórce na lekcję patrzyły na tę dwójkę jak sparaliżowane. Basiorek spojrzał na nie raz jeszcze i dostrzegł cieknącą po łapie Sino stróżkę krwi. Zaczął krzyczeć jeszcze głośniej.
W końcu przybiegł jakiś basior. Krzyczał, jednak nie głośniej niż piszczała Sino i warczała Isa. Nie miała zamiaru się uspokoić, ani odpuścić. Basior próbował je od siebie oderwać, ale zamiast tego zaczęły się turlać po piasku na boki. Musiał pobiec po wsparcie.
W końcu przybyła na miejsce również Yuki, ale jej krzyki też na niewiele się zdały. Po ostatnich zajęciach straciła całkowicie swój autorytet i szacunek u waderek. Może i nawet nie tylko u nich.
Ostatecznie w procesie odrywania ich od siebie uczestniczyły cztery dorosłe wilki. W końcu się udało. Uspokojenie Isy graniczyło z cudem. Sino zaś zwinęła się w kłębek kawałek dalej, powtarzając, że potrzebuje lekarza. Isa krzyczała, że to wszystko wina Sino, że ona to zaczęła. Dorośli jednak pozostawali zupełnie głusi na jej słowa.
Sino tymczasem dostrzegła, że jedyną osobą, która jakkolwiek się przejęła napastniczką, była Yuki. Kiedy już ją puszczono i leżała zmachana na piasku, zbliżyła się do niej i po chwili milczenia oznajmiła, iż ma do niej propozycję. Isa podniosła na nią pytający wzrok.
– Możesz oczyścić swoją kartę przez pomoc reszcie stada. Mam nawet pomysł, jak.
– Jak...?
– Złowisz trochę ryb. Dzisiaj niestety nie będziesz pracować z grupą.
Sino patrzyła na to spod zmrużonych powiek. Kiedy pielęgniarka bandażowała jej łapkę, pomyślała, że Isa nie zasługuje na tak małą karę.
– Niech łowi aż do wieczora! – krzyknęła, kiedy Isa miała odpowiedzieć.
Yuki popatrzyła na nią bezradnie.
– Niech będzie do późnego popołudnia. Nie masz chyba innych zajęć do końca dnia?
– Nie... – odburknęła ponuro Isa.
Sino położyła głowę za zdrową łapką uśmiechnęła się triumfalnie.

<C.D.N.>

piątek, 18 października 2019

Od Sinope "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 8

Grudzień 2024 r.
– Coś ty powiedziała? – warknęła nauczycielka. Sino nie sięgała jej nawet do ramienia, ale mimo tego bez trwogi patrzyła prosto w jej oczy.
– Isa tak mówi.
– Ja?! – wrzasnęła.
– Ismanise... – nauczycielka zwróciła się groźnie do jej siostrzenicy.
– Nic takiego nie mówiłam! To ona sobie coś wymyśla!
– Jak to nie? – prychnęła Sino.
– W życiu!
– Porozmawiam sobie z waszymi rodzicami po lekcjach – powiedziała lodowato Yuki, nieco się odsuwając.
Sino ostrożnie zerknęła przez ramię. Pozostała część grupy patrzyła na nich ze zgrozą.
– Teraz może wróćmy do tego, co mieliśmy zrobić od samego początku, czyli lekcji – Zaczęła Yuki, starając się zachować spokój – Wszyscy mamy iść w jednej grupie, nie ma oddalania się. Poruszamy się parami, więc znajdźcie sobie swoich towarzyszów.
Sino spojrzała wyczekująco na Isę. Isa zaś krzywiąc się na pysku zwróciła się do siedzącego obok białego basiorka. Sino zwiesiła głowę zawiedziona. Miała nadzieję na podenerwowanie jej jeszcze trochę.
– Jeśli ktoś odejdzie od grupy na więcej, niż niecały metr, zjedzą go dzikie bestie z dżungli.
– A co to jest dżungla...? – zapytała nagle ożywiona Sino.
Nauczycielka ją zignorowała. Zaczęła przydzielać do par pozostałe szczeniaki, które jeszcze tego nie zrobiły. Sino trafił się szaro-biały basior we wzorzystym szaliku. Patrzył przed siebie, ani razu nie zerknął na swoją parę. Sino zmrużyła ślepia.
– Hej.
– H-hej... – odpowiedział cicho.
– Jak masz na imię?
– Chase.
– Ja jestem Sino. Ale nie jestem sina. Czaisz żart? – Zaśmiała się – Sina Sino. Czaisz?
– Tak, chyba tak...
– Ale ja nie jestem sina, tylko ruda, więc to imię jest głupie.
– A ja sądzę, że ładne.
– Naprawdę? – ucieszyła się.
Nauczycielka akurat skończyła ich ustawiać w szeregu, więc nakazała im ciszę. Ruszyli przed siebie.
Sino i Chase byli bliżej końca, niż początku, powstałego ze szczeniaków węża. Waderka raz na jakiś czas przydeptywała łapkę dużo starszego basiora idącego przed nią i za każdym razem przepraszała.
– Nie rozumiem. Byłaś wredna, a teraz jesteś miła – powiedział nagle Chase.
– Ja zawsze jestem miła – oburzyła się Sino.
Chase zacisnął usta w wąską kreskę. Sino zmarszczyła brwi z brakiem zrozumienia wymalowanym na pyszczku.
– Przerażasz mnie – oznajmił po chwili.
Sino wywróciła oczami.
Yuki starała się opowiadać o mijanych terenach, ale były krótko mówiąc nudne. Jej opowieść nawet się nie kleiła. Wiedziała dokładnie tyle, co oni.
– Proszę pani, ale my wiemy, że to się nazywa "drzewo" – wypaliła nagle Sino.
Yuki posłała jej mordercze spojrzenie. Sino uśmiechnęła się szeroko.
– A tam jest kamień – kontynuowała ostentacyjnie nauczycielka.
– Wiemy – podkreśliła Sino.
– Dalej... jakiś krzak. Chyba ma owoce, ale lepiej ich nie jedzcie. Jeśli ktoś ma się zatruć, to tylko Bezumstvo.
Kilka wilków się zaśmiało. Sino znowu wywróciła oczami i popatrzyła ponownie na Chase'a. Patrzył na nią z mieszanką niedowierzania i zniesmaczenia.
– Mam coś na pyszczku, że tak się gapisz?
– I znowu jesteś wredna.
Sapnęła z niezadowoleniem.
– Nie to nie. Nie podoba ci się to spadaj.
Do końca lekcji Chase nie spojrzał na nią już ani razu.

<C.D.N>