wtorek, 3 grudnia 2019

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 2

– Nie powiadomisz o zajściu Srebrzystej, ani nawet Rudej? – zapytał mnie Ting, oglądając się przez ramię. – Tylko Przywódcę?
– Nie ma na to czasu – wymamrotałam. – Haslaye wyraziła się jasno!
– Doceniam, że wyjaśniłaś mi, co ci powiedziała przez ten kamień – rzucił odmieniec, mrużąc oczy.
– Szczegóły nie są ważne – prychnęłam. – Grunt, że muszę przenieść się do rodzinnego domu. Jak najszybciej – dodałam. – Resztę opowiem ci po powrocie.
– Trzymam za słowo, że powrócisz w jednym kawałku, Pierzasta – mruknął Strażnik Wichury. 
– Przyśpieszyłbyś nieco kroku – ponagliłam, ignorując ostatni komentarz.
– Już jesteśmy na miejscu – oznajmił Ting.
Zatrzymaliśmy się. Zlokalizowanie Hitama pośród innych wilków z watahy Czarnego Kruka zajęło mi chwilę. Dostrzegłam, że Alfa rozmawiał z kilkoma wojownikami. Ignorując wszelkie zasady dobrych manier (nie miałam na nie wówczas czasu), wcięłam się w środek ich konwersacji. Wyjaśniłam pokrótce Hitamowi sprawę mojej wyprawy. Wspomniałam, że nie mam pewności ile ona potrwa. 
Przywódca zmarszczył nieco czoło. Tymczasem jeden ze wspomnianych wojowników rzucił jakiś złośliwy komentarz pod moim adresem. Nie mogę powiedzieć, że mnie to ruszyło. Oczekiwałam tylko z niecierpliwością na werdykt Alfy. Nie jestem pewna ile Hitam kontemplował moje słowa; wiem tylko, iż z każdą chwilą coraz bardziej się niepokoiłam. A co jeśli w ogóle nie uzyskam zgody na to przedsięwzięcie?
Wreszcie przywódca stada otworzył pysk, żeby coś powiedzieć. Zagłuszył go jednak kolejny komentarz tego samego wojownika. Podirytowana użyłam wiatru, żeby zacisnąć gębę tamtego wilka. Wtedy usłyszałam, że samiec Alfa wyznaczy kogoś, kto zastąpi mnie na patrolu. Więc mogę wyruszyć!
Wybełkotałam coś na kształt słów podziękowania i uwolniłam pysk wojownika z drugiego stada. Następnie, oddaliłam się od tej grupy. Usłyszałam, jak Ting drepce tuż za mną.
Znalazłszy na plaży odrobinę wolnej przestrzeni, zrzuciłam torbę i wydobyłam z niej kamień, w którym zawarto zaklęcie teleportacji. Odłożyłam go na piasek przed sobą. Towarzyszący mi odmieniec, uważnie obserwował każdy mój ruch. Otrzepałam się; zupełnie jakbym liczyła, iż to pozwoli chociaż trochę uspokoić dygoczące ze stresu ciało.
Miałam szczerą nadzieję, że pamiętam, jak użyć energii magicznej zawartej w przedmiocie. Ostatni raz ćwiczyłam tę sztukę lata temu; kiedy jeszcze mieszkałam w domu Babci. Postanowiłam zacząć od położenia łapy na kamieniu. Zacisnęłam oczy i skupiłam wszystkie myśli na swoim zadaniu. Pewnie całość będzie podobna do sięgania po moc wichru; jedyną różnicę stanowi umiejscowienie źródła energii magicznej.
Po chwili poczułam, jak specyficzna aura otacza moje ciało. Miałam pewność, że właśnie uzyskałam nad nią całkowitą kontrolę. Była gotowa do wykorzystania; jedynie czekała na moją ostateczną zgodę. Nabrałam w płuca więcej powietrza i skupiłam się na uwolnieniu zaklęcia. 
Usłyszałam szum i dziwne rzężenie. Potem grunt pod moimi łapami rozpłynął się w nicość. Nie śmiałam otworzyć oczu. Nie chciałam rozkojarzyć się i zakłócić działanie energii magicznej.
Czy to groziło czymś poważnym w przypadku tego typu zaklęć? Nie pamiętam. Wiem tylko, że nie chcę niczego sprawdzać na własnej skórze.
Nagle moje łapy zatonęły w czymś niewyobrażalnie zimnym. Momentalnie cała zesztywniałam. Po ciele przebiegły mi dreszcze. Moich nozdrzy dosięgnął lodowaty zapach igliwia. Zdecydowałam się wreszcie otworzyć oczy. Pierwszym, co dostrzegłam, była lśniąca biel. W mig zrozumiałam, że stoję po łokcie w śniegu. Więc istotnie jest teraz zima.
Podniosłam wzrok. Znalazłam się na małej łące tuż przed chatą Babci. Wszystko było dokładnie takie samo, jak zapamiętałam. Dach budynku nadal chylił się minimalnie na lewo, a kawałek za ogrodem wciąż rosły te same trzy sosny. Nie mógł być to sen. 
Podniosłam łapę i postawiłam pierwszy krok naprzód. Zaczęłam się już przyzwyczajać do zimna. Zauważyłam, iż na dłuższą metę jest ono łatwiejsze do zniesienia, niż upał plaży. Chociaż nikomu się do tego nie przyznałam, na nowym terenie często doskwierał mi fakt, że grube futro zatrzymywało zbyt dużo dużo ciepła.
Nagle śnieg za mną zaskrzypiał. Zanim zdążyłam się odwrócić, coś uderzyło o mój grzbiet. Podskoczyłam, ledwo utrzymując równowagę. Dopiero po kilku sekundach zrozumiałam, kto był przyczyną tego zjawiska.
– B-błagam, Pierzasta... W-wejdźmy już do środ-dka – wymamrotał Ting, chowając łapy w mojej sierści.
– Co ty tutaj robisz?! – rzuciłam, odwracając głowę. – Myślałam, że doszliśmy do porozumienia, że ty zostajesz z watahą!
– Nie pytałem cię, cz-czy mogę iść z tobą, bo wiedziałem, że się n-nie z-zgodzisz.
Otworzyłam pyszczek, ale nie wiedziałam, co powinnam mu powiedzieć. Strażnik Wichury po raz kolejny wykazał się brakiem szacunku do zdania Właścicielki Wichury. Po tylu latach znajomości przestało mnie to już dziwić, jednak nadal straszliwie denerwowało.
– Jak to w ogóle zrobiłeś? – spytałam, marszcząc czoło.
– S-specyfika takich zak-klęć. Wystarczy stać odpow-wiednio b-blisko – mruknął odmieniec. – Idź-dź już do t-tej chaty!

<C.D.N>

Uwagi: Nie musisz przy każdej wypowiedzi komentować, co kto mówi. Szczególnie gdy są tylko dwie postacie. Można się wówczas bardzo łatwo domyślić. Takie ciągłe wtrącenia nieco utrudniają czytanie. Jakby było tego mało - nie musisz zawsze informować, że ktoś powiedział coś ze złością, czy też nie. Często wynika to z kontekstu i sposobu, w jaki zdanie zostało wypowiedziane.


poniedziałek, 2 grudnia 2019

Od Glücka "Nie taka nudna szkoła" cz.6

Kwiecień 2025
 Zaczęła się lekcja logiki. Glück rozmawiał akurat z Aresem. Hitam zaczął mówić.
– Macie samodzielnie rozwiązać problem. Wyobraźcie sobie, że wasz przyjaciel jest ciężko chory. Musicie coś zrobić żeby jak najszybciej został wyleczony – powiedział Hitam.
Glück zaczął się zastanawiać. Po chwili basior zapytał Sticky'ego, ale on nie odpowiedział. Szczeniak rozejrzał się po okolicy, może na coś wpadnie. Jego wzrok zatrzymał się na jakichś ziołach. Trzeba podać mu leki, ale skąd będzie wiedział jakie mu dać?
– Za chwilę kończymy ­– powiedział Hitam.
Zdenerwowany Glück zaczął się zastanawiać, kto zna się na leczeniu. Wpadł na pomysł, lekarz się na tym zna. W samą porę, ponieważ Hitam już zaczął się pytać pierwszego szczeniaka o odpowiedź. Glücka zapytał jako drugiego.
– Co wtedy powinniśmy zrobić?
– Iść z tym do graba... To znaczy do lekarza – odpowiedział Gück.
Osoby siedzące obok niego zachichotały.
– Dobrze.
Kiedy wszyscy odpowiedzieli Hitam zadał kolejne pytanie.
– Nie macie jedzenia, jedyne co zostało to te dziwne owoce – Wskazał na zieloną kulę na drzewie – jak je zdobędziecie?
Wilki zaczęły się zastanawiać. Dla Glücka było to bardzo trudne pytanie. Owoce był wysoko, a drzewo nie nadawało się do tego żeby się po nim wspinać. Glück spojrzał na kamień. Rzucenie nim w owoc mogłoby pomóc, ale basior nie miał tyle siły. Raczej by tam nie doskoczył. Szczeniak przyjrzał się drzewu. Może udałoby się je przewalić, jednak basior szczerze w to wątpił. Kiedy tak na nie patrzył pomyślał sobie, że jest to niemożliwe. Jednak gdyby uderzyć w drzewo odpowiednio mocno owoc spadłby wtedy na ziemię.
– Za chwilę kończymy – powiedział Hitam.
Glück zaczął się zastanawiać czym można uderzyć w drzewo. Po niedługim czasie wpadł na pomysł, że może je kopnąć, wtedy wszystkie owoce spadłyby na ziemię. Od razu po tym jak znalazł rozwiązanie podszedł do niego Hitam.
– Gdyby kopnąć mocno drzewo owoce spadłyby na ziemię – powiedział Glück.
– Bardzo dobrze – odpowiedział nauczyciel.

Uwagi: Podczas odmieniania imienia "Glück" raczej niepotrzebny jest apostrof. Cząstkę "by" piszemy z czasownikami łącznie. "Od razu" piszemy oddzielnie. Przed "że" stawiamy przecinek. Literówki.

niedziela, 1 grudnia 2019

Od Asgrima "Zawirowanie liczb" cz. 1

Marzec 2025
- Mam dość.
Moja łapa zawisła w połowie drogi w stronę tułowia Yvara. Zerknąłem na Tori, która gromiła wzrokiem niebieski agrest. Kiedy tylko poczuła na sobie moje spojrzenie, uniosła łeb. W jej oczach tliła się lekka irytacja.
- Czego?
Wilczyca ponownie spojrzała na niebieskawe kulki, po czym wymownym spojrzeniem na mnie oraz Yvara. Następnie, pewnie z przyzwyczajenia, spojrzała w stronę, gdzie powinna stać Yngvi. Mimowolnie przeniosłem wzrok na białą waderkę, która wyśpiewywała coś wysokim głosikiem. Obok niej leżała Elena i chyba przysypiała. Torance odchrząknęła, więc czym prędzej ponownie skierowałem na nią uwagę.
- Czas nauczyć się liczyć - oznajmiła.
Yvar jakimś cudem podskoczył na tyle wysoko, by dotknąć pyszczkiem mojej łapy. Odłożyłem ją z roztargnieniem na piach. Wilczek od razu do niej przypadł i zaczął ją podgryzać.
- Dzieciaki są chyba trochę zbyt małe - stwierdziłem niepewnie.
- Miałam na myśli ciebie.
Uniosłem brwi.
- Mnie?
Przytaknęła.
- Ale... Czemu?
- Jesteś nauczycielem tworzenia eliksirów, a nawet nie znasz dokładnych dawek składników.
Wstałem odpychając od siebie delikatnie Yvara.
- Tatoo - jęknął - Zapasy.
- Poczekaj moment, mały. Mama właśnie obraża tatusia.
Yvar spojrzał to na mnie, to na Torance.
- Stwierdzam tylko fakty.
- Świetnie sobie radzę, dodając rzeczy na oko. No i umiem liczyć.
Tori parsknęła śmiechem. Yvar znudził się obserwowaniem nas i podbiegł w stronę siostry, którą od razu zaczął namawiać na walkę. Między szczeniakami wywiązała się drobna sprzeczka. Nie warto było nawet reagować. Tym bardziej, że miałem teraz na głowie własną.
- Do ilu?
- Do wielu - burknąłem.
Wilczyca pokonała dzielący nas dystans i usiadła tuż naprzeciw mnie. Zadarła łeb najwyżej jak mogła i spojrzała mi prosto w oczy. Mimowolnie się uśmiechnąłem. W takiej sytuacji nie wyglądała na nauczycielkę. Przypominała raczej szczeniaka, który z zaangażowaniem słucha słów opiekuna.
- Zademonstruj - zażądała tonem, który z kolei aż za bardzo skojarzył mi się z Yuki. Powstrzymałem wzdrygnięcie.
- Nie muszę ci niczego udowadniać.
Uniosła brwi. Na jej pyszczek wstąpił lekko drwiący uśmieszek.
- Chcę ci tylko pomóc.
Ugryzłem się w język przed burknięciem czegoś niemiłego. Nie lubiłem, gdy wilczyca wypominała mi rzeczy, których nie opanowałem pomimo upływu lat. Potrafiłem zorientować się, który jest miesiąc i to mi wystarczało. Moje eliksiry były całkiem dobre i bez tej umiejętności. Nie musiałem umieć liczyć, żeby sobie radzić.
Byłem świadomy, że kiedyś, jako maleńki szczeniak, nie miałem większych problemów z nauką tej sztuki. Nawet Zielony przemógł swoją niechęć i mnie pochwalił. Jednak teraz... Znałem jedynie kilka wyrwanych z kontekstu liczb, które zawarte były w przepisach różnych mikstur. Z jakiegoś powodu te pozostały w mojej pamięci nienaruszone, kiedy umiejętności czytania, pisania czy właśnie liczenia zanikły. Wściekłość wściekłością, ale czar Wielkiego Mistrza mógłby być chociaż trochę mniej wybiórczy...
Nauka czytania była frustrująca. Miałem ochotę wyć, czując dziwne wrażenie, że znam znaczenie każdej z liter. Kiedy próbowałem je jednak uchwycić, te odlatywało daleko poza mój zasięg. Nie miałem wątpliwości, że z liczeniem będzie tak samo.
Z drugiej strony... Torance miała rację. Odzyskanie tej zdolności pomogłoby mi tworzyć jeszcze doskonalsze eliksiry i łatwiej wprowadzać w nich poprawki. Słyszałem, że szczeniaki uczyły się podstaw liczenia na lekcjach logiki. Nie było to wiele, ale potrafiły zawstydzić mnie znajomością czysto matematycznych zwrotów, które dla mnie, ich nauczyciela, były całkiem niezrozumiałe.
- Niech ci będzie. Nauczysz mnie? - poprosiłem, unikając jej wzroku.
Na pysk wilczycy wkroczył uśmiech. W tej chwili skojarzyła mi się z przebiegłą lisicą i to nie tylko ze względu na rude futro.
- Z chęcią.
Odwróciła się i złapała delikatnie w pyszczek chustkę z niebieskim agrestem. Położyła ją tuż przede mną. Kulki przesuwały się przez moment wedle własnej woli, jednak Tori szybko poustawiała je z pomocą nosa.
- Ile widzisz kupek? - spytała.
Odetchnąłem z ulgą. Akurat na to pytanie znałem odpowiedź.
- Dwie.
Tori skinęła z zadowoleniem głową.
- O Losie, dobrze, że nie jesteś aż tak głupi.
Prychnąłem.
- Jeśli masz zamiar mnie obrażać, to...
- Przepraszam - wtrąciła, ponownie przesuwając jagody. - A teraz?
- Trzy.
- W porządku. Ile jagód jest w tej? - Wskazała łapą na najmniejszą z nich.
Słaby uśmiech zamarł na moim pysku. Oto nadeszła chwila, w której się pogrążę. Nachyliłem się nad agrestem i z uwagą przyjrzałem kuleczkom.
- Za mało, żeby zrobić z tego cokolwiek - stwierdziłem w końcu.
Moja partnerka westchnęła głośno.
- Miałeś policzyć.
- Ale nie umiem - burknąłem.
- Spróbuj.
Tym razem ja westchnąłem.
- Jeden, dwa, trzy, cztery... - zamilkłem. Do tego momentu byłem prawie pewien, że miałem rację. Jednak co było dalej? - Dziesięć, piętnaście, osiemdziesiąt...?
- Początek był dobry - stwierdziła wilczyca. Nie musiałem jednak zbyt wiele czekać na jakieś "ale" - ale po czwórce jest pięć.
Skinąłem łbem, udając, że zrozumiałem. I nici z miłego popołudnia...

<c.d.n.>

czwartek, 28 listopada 2019

Od Naidy "Pierwsze polowania" cz. 7 (cd. Sinope)

Styczeń 2025 r.
Theo biegał jak oszalały za krabem. Reszta jego grupy podążała tuż za nim. Naida z uśmiechem skierowała się w ich stronę. Nadal była zła na Elanor, ale starała się tego nie okazywać. Nie chciała psuć innym humoru. I tak nikt by jej nie uwierzył, gdyby powiedziała im, że Elanor jej nie lubi. Kiedy Naida była już blisko, zauważyła siedzącą nieopodal grupę Sino. Wyglądali na zrezygnowanych.
– Cześć! – zawołała Naida. – Jak wam idzie? Złapaliście już coś?
– Nie – odpowiedziała smętnie Sino.
– Na pewno uda wam się coś złapać. Musicie tylko dobrze szukać!
– Melduję, że na horyzoncie nie ma żadnego kraba! – wykrzyknął Morti.
Naida odwróciła się w jego stronę. Wychodził właśnie z wody. Był cały mokry. Wyglądał na zawiedzionego. Waderka ze zdziwieniem wpatrywała się w kolegę. Nie mogła uwierzyć własnym oczom.
– Morti, udało ci się nie utopić!
– Bo wchodziłem tylko do kolan!
– Rozumiem... Ale to i tak dobrze.
Szczeniaki siedzące obok zerkały na nich niepewnie. Morti otrzepał się i podszedł do reszty. Naida nie wiedziała co ze sobą zrobić. Złapała już swojego kraba. Siedziała więc bezczynnie wpatrując się w biegającego po plaży Theo.
– To... – zaczęła. – Może wam jakoś pomóc?
– Nie pomagamy sobie! – zawołała z oddali Yuki.
Naida prychnęła cicho. Ta nauczycielka ma chyba jakiś super słuch. Przecież nie powiedziała tego aż tak głośno.
– To co ja mam robić? Skończcie szybko z tym krabem!
– Ile masz miesięcy? – zapytał nagle jakiś szczeniak.
– Sto dwanaście! Jeśli dobrze liczę...
Basior patrzył na nią przez chwilę. Chyba się nad czymś poważnie zastanawiał.
– A ty, ile masz?
– Osiemset...?
– Wow! Czyli tylko o pięć mniej ode mnie!
Yuki przechodziła akurat obok. Słysząc ich rozmowę przystanęła na chwilę. Naida spojrzała na nią z zainteresowaniem. Mina nauczycielki wyglądała jakoś dziwnie. Była podobna do tej, którą miały szczeniaki słysząc jej rozmowę z Mortim.
– A pani ile ma? – zapytała z uśmiechem Naida.
– Jedenaście lat.
– Niemożliwe! Jest pani za stara na jedenaście lat!
Yuki wyglądała na załamaną. Pewnie była smutna z powodu swojego wieku. Naida dziwiła się, że w ogóle ona jeszcze żyje. W pewnym momencie podbiegła do nich zainteresowana rozmową Sino. Usiadła obok szczeniaka i przyglądała się całej sytuacji.
– Zamiast negocjować zajęcia z gotowania, lepiej poszukajcie kogoś, kto nauczy was liczyć – mruknęła nauczycielka.
– Przecież ja umiem liczyć! Zresztą, bez tego też można żyć... – oburzyła się Naida.
– Właśnie stwierdziliście, że jesteście starsi ode mnie.
– Niemożliwe! Przecież to pani jest starsza! Nawet wygląda pani staro... starzej ode mnie – poprawiła się.
– A osiemset to znacznie więcej niż sto dwanaście.
Szczeniaki wpatrywały się w nauczycielkę ze zdziwieniem. Naida nie wiedziała jak na to odpowiedzieć. Yuki nie była już młoda, przecież mogła się pomylić.
– A skąd pani to wie? Może to ja mam rację, a to pani nie umie liczyć?
– Uczyłam się liczyć, więc wiem na pewno.
– W takim razie ja też się nauczę i udowodnię pani, że mam rację!
– Dobrze, czekam – powiedziała ironicznie i odwróciła się w stronę Sino. – Znaleźliście coś?
Waderka już miała jej odpowiedzieć, ale Theo był szybszy. Zaszedł je od tyłu i rzucił martwego kraba tuż pod łapy Yuki.
– Oho... Gratuluję – powiedziała z uśmiechem. – Naida, przypomnij towarzystwu teorię krojenia krabów.
Naida spojrzała z przerażeniem na waderkę. Nie pamiętała dokładnie jak to się robiło. Miała nadzieję, że nie powie niczego głupiego.
– No więc... bierze się nóż i... – wbiła wzrok w martwego kraba. – Rozłupuje się go?
– Gdzie?
Waderka wskazała niepewnie odcinek wzdłuż boku kraba.
– Tutaj.
Yuki nic nie odpowiedziała. Skinęła tylko głową i zaczęła prezentować wszystko grupie. Sino i Theo oglądali pokaz ze skupieniem. Naida rozejrzała się po szczeniakach i zauważyła, że jeden z nich odwrócił wzrok. Nie wyglądał na zadowolonego.
– Coś się stało? – zapytała waderka.
– Fuj.
Naida uśmiechnęła się lekko. Spojrzała na rozłupanego już kraba. Nie wyglądał jakoś smacznie.
– Masz rację – wyszeptała. – Fuj!
Siedzieli tak przez chwilę słuchając Yuki. Wyjaśniała im co mogą jeść, a czego lepiej unikać. W końcu nauczycielka odłożyła rozłupanego kraba na piasek przed nimi.
– Jak chcecie, to możecie go zjeść...
– Ja podziękuję – jęknął szczeniak.
– Ja chcę! – wykrzyknął Theo.
– Ja też! – dodała szybko Sino.
Naida wahała się przez chwilę. Może i faktycznie krab nie wyglądał zachęcająco, ale skoro tyle osób chciało go spróbować to mógł być smaczny.
– Jeśli starczy... to też chcę spróbować.
– Ty nie polowałaś! – wykrzyknęła Sino.
Nim Naida zdążyła zareagować, waderka kopnęła ją tylną łapą w pysk. Upadając słyszała westchnięcie Yuki, która wpatrywała się w nie z rezygnacją.
– Ej! To boli! – wykrzyknęła Naida.
Popchnęła Sino, która nie czekała aż jej przeciwnik się podniesie i szybko oddała cios.
– Spokój! – krzyknęła nauczycielka.
Naidzie udało się w końcu stanąć na nogi. Była gotowa do dalszej walki. Sino widząc to, popchnęła ją jeszcze mocniej. Waderka ponownie wylądowała na piasku. Chwyciła jednak za łapę przeciwniczki i pociągnęła ją w swoją stronę. Sinope wylądowała obok niej. Tarzały się w piasku przez chwilę. Naida poczuła mocne uderzenie w pysk.
– Przestań! – warknęła ze złością.
Rzuciła się ponownie na Sino. Yuki nie wytrzymała i podbiegła do bijących się szczeniaków. Starała się je oddzielić, jednak nie było to takie proste. Sino próbowała ugryźć Naidę, ale dostała tylko kopniaka w pysk. Szczeniaki w końcu oddaliły się od siebie.
– To ona zaczęła! – wykrzyknęła Naida.
Słysząc to, Sino postanowiła staranować wilczycę, jednak przeszkodziła jej w tym Yuki. Nauczycielka przytrzymała mocno waderkę.
– Chodź tu, tchórzu!
– Tchórzu? – warknęła Naida. – Nie nazywaj mnie tak!
Skoczyła w stronę Sino. Yuki nie marnowała czasu. Wskoczyła między nie i oddzieliła od siebie.
– Proszę pani! Niech się pani odsunie!
– Jeszcze krok, a będziecie miały karę!
Sino zaśmiała się ironicznie. Naida trochę się przestraszyła. Nie dostała jeszcze kary od nauczyciela. Nie wiedziała co może dla nich wymyślić ta staruszka. Wyglądała na groźną.
– Będziecie polować aż do wieczora!
– A na co? Ja mogę zapolować na Sino...
– Tylko spróbuj!
Sino przeskoczyła nad Yuki i rzuciła się na nią. Naida obróciła się szybko i ugryzła waderkę w ogon.
– Zostaw mnie! – warknęła Naida.
– Uspokójcie się! – wykrzyknęła już wyraźnie rozzłoszczona nauczycielka.
Teraz już agresywniej starała się rozdzielić szczeniaki.
– Ale ja jestem spokojna! To ona mnie atakuje! Ja się tylko bronię... – rzuciła szybko Naida.
– Nie obchodzi mnie to!
Sino zaczęła warczeć. Naida spojrzała na nią i wytknęła w jej stronę język. Waderka nie wytrzymała i ponownie skoczyła w stronę rywalki. Nim jednak zdążyła jej dotknąć, jakaś niewidzialna siła odrzuciła ją do tyłu. Naida wpatrywała się ze zdziwieniem w Sino. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to Yuki użyła swojej mocy.
– Ha! Dobrze ci tak!
Nauczycielka słysząc to odrzuciła Naidę kawałek dalej.
– Nie może pani tak robić! Mogłaby mnie pani zabić!
Yuki zignorowała ją i odwróciła się w stronę grupy. Wszyscy wyglądali na zdezorientowanych.
– Dałam wam za dużo luzu. Od teraz nie będzie tak przyjemnie!
– Co? Niech pani tego nie robi! – wykrzyknęła podbiegając do nauczycielki. – Przepraszam! Będę już grzeczna!
Naida przypomniała sobie o siedzącej kawałek dalej Sino.
– Ty też przeproś!
Waderka nie odpowiedziała. Siedziała do reszty tyłem.
– Przynieście te kraby i zjeżdżać mi z oczu! – zawołała Yuki.
– Że niby ja i Sino? – zapytała niepewnie. – A ile tych krabów?
– Wszyscy!
Szczeniaki przybiegły do niej z wszystkimi krabami, które upolowali.
– Czyli... Już nie musimy polować za karę? – zapytała merdając ogonem.
– Wy zostajecie – odpowiedziała groźnie Yuki.
– Dobrze...
Naida usłyszała cichy płacz Sino. Uśmiechnęła się nerwowo.
– Nie płacz, Sino – powiedziała z udawaną troską.
Waderka spojrzała na nią z nadzieją.
– Chyba nie może nas zabić, więc przeżyjemy...
Zerknęła niepewnie w stronę nauczycielki. Sino płakała dalej. Naida miała nadzieję, że ich kara nie będzie taka zła na jaką się zapowiada.

<Sinope?>

Uwagi: "Niemożliwe" piszemy razem. Zdania w pierwszej połowie tekstu (tzn. mam tu na myśli akapity z narracją) mają mało zróżnicowaną długość, przez co są dość monotonne. Zrobiłaś naprawdę fajny opis walki.

czwartek, 21 listopada 2019

Od Magnusa "Groźba pamięci" cz. 4

Wrzesień 2024 r.
Nie zdążyłem zrobić zupełnie nic, to i tak zadziałało na nią jak płachta na byka. Zupełnie tak jakby mój każdy, choćby i najmniejszy ruch sprawiał jej ból. Chciałem doskoczyć do szczeniąt, ale nie pozwoliła mi się zbliżyć. Pchnięciem zakończonych pazurami łap odrzuciła od siebie Falkhesta, niemal go powalając. Einara wytrąciła z równowagi i pewnie zamroczyła uderzeniem w tył głowy. Nie zdążyłem mrugnąć, a mój wzrok również zasnuł mrok. Po głowie rozszedł się pulsujący ból. Straciłem poczucie położenia własnego ciała, równie dobrze mogłem już całować glebę.
Znowu oberwałem w łeb, tym razem na pewno nie utrzymałbym się na nogach. Nie miałem pojęcia jak się bronić. Z trudem uchyliłem powieki. Bestia przyczaiła się parę metrów dalej, tak jakby upewniała się, że na pewno jestem już nieszkodliwy. Nagle uderzyło mnie tępe przeświadczenie, że się zmieniła, zmalała i nabrała bardziej filigranowych kształtów. Spojrzała na mnie twarz, której jako jedynej nigdy nie zapomniałem. Ale nie śmiała się, nawet nie uśmiechała. Patrzyła z wyrzutem, którego ciężar wgniatał w kamienie.
Co ja ci zrobiłem?
Z zaciemnienia wyrwało mnie wściekłe chrząknięcie i nagły świst wypuszczanego powietrza. Nigdzie nie było Nory, za to bestia stała nieruchomo oddalona o parę metrów. Zawisła w tragicznie przygarbionej pozie i zaczęła wpatrywać w tylko sobie znany punkt. Otwierała i zamykała usta, jak ryba wyrzucona na brzeg, i nagle zaczęła się krztusić, skręcać i kulić, może z bólu. Posłała mi jeszcze przepełnione furią spojrzenie, odwróciła się i zaczęła uciekać w długich, bezgłośnych susach. Po prostu odeszła, znikając za linią drzew.
Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że stoję wyprostowany, z lewą ręką uniesioną lekko w stosunku do ciała. Wyczułem jak prawie niezauważalne mrowienie w całym ciele ustaje, zastąpione przez ból podobny do tego po dużym wysiłku. Przegoniłem ją swoją magią?
Zaraz obok mnie świsnął Falkhest i cwałem popędził w kierunku drzew. Powiew mu towarzyszący rozbił się na mojej twarzy. Pokręciłem głową. Musiałem skupić się na tu i teraz, skoro już jej nie było. Najważniejsze są szczenięta.

***

Młodymi okazali się Chase i Luka, ledwie paromiesięczne rodzeństwo, zaniepokojone obecnością bestii w pobliżu smoków. Chase był tym "szopem", któremu dostało się kamieniem. Całe szczęście nie skończyło się poważniejszymi obrażeniami. Maluch był głównie oszołomiony. Falkhest nie powrócił do następnego ranka. Razem z Einarem odnaleźliśmy co prawda jego trop, ale nie zdecydowaliśmy się nim podążyć. Noc nie była już młoda, wataha niedługo wyruszała w dalszą drogę.
Księżyc powoli sunął w stronę horyzontu, doskonale widoczny z łagodniejszej strony zbocza. Widok nie był w żaden sposób porywający, ale wydawał mi się wtedy zdecydowanie lepszy niż pójście spać. Poza tym miałem parę pytań do Rudego, który postanowił tu chwilę odpocząć.
Zerknąłem na niego, gdy gwizdnął przeciągle. Patrzył w stronę linii drzew, a z jego twarzy przebijało zamyślenie.
– Nie wiem co żeś zrobił, ale podziałało. – mruknął, przebijając ciszę.
– Bardziej mnie teraz interesuje dlaczego musiałem to zrobić – Wróciłem do swojej taktyki.
Westchnął i skrzywił się nieznacznie. Coś mi się zdawało, że jeśli sam nie pociągnę tematu, to znowu się jakoś wykręci.
– Kim była Nora? – spytałem.
– Nasza przyjaciółka z gimnazjum, a potem twoja panna. – odparł beznamiętnie, z poddańczą nutą w głosie. – Jakoś tak się złożyło, że potem trafiliśmy do różnych szkół, a między wami zaiskrzyło.
To nie była ostatnia rzecz jakiej się spodziewałem, ale i tak w niejakim osłupieniu zapatrzyłem się w losowy punkt przed sobą. Partnerka. Dawno o tym nie myślałem.
– I co takiego się stało?
Rudy odchylił nieco głowę i zapatrzył się w niebo.
– Konkretnie jej odbiło. Mocno nas wszystkich zaskoczyła, gdy zaczęła przebąkiwać o śmierci swojego ojca, który jak dotąd miał się dobrze... Matki w ogóle nie poznała. Coś koło tego żaliłeś mi się, że coraz rzadziej z tobą rozmawia. A kiedy staruszek rzeczywiście wykitował, oskarżyła cię o to.
Zdążyłem się domyślić co stało się potem, ale jakoś to do mnie nie docierało. Miałem niejasne wrażenie, że dalej nie wiem wszystkiego. I dlaczego nikt wcześniej nie zauważył jej choroby? Bo to była choroba, tak? Nie chciałbym myśleć, że miała w tym wszystkim jakiś konkretny cel.
Wzdrygnąłem się, poczuwszy dziwny, wewnętrzny chłód.
- Och, i jeszcze jedna rzecz zanim się zmyję - napomknął nagle mój towarzysz z niewesołym uśmiechem. - Spotkałem twoją matkę.
Poczułem się jakby ktoś z całej siły uderzył mnie w brzuch. Zapomniałem?
- W skrócie kazała mi się oddalić w tempie natychmiastowym. I wybacz mi bezpośredniość, ale raczej się już nie zobaczycie. Lepiej byś wiedział.
Serce mi się ścisnęło, a z płuc nagle uleciało powietrze. Za dużo było tego wszystkiego, nie chciałem już go słuchać. Najlepiej gdyby po prostu odszedł.
- Nie żyje?
- Nie, no co ty - spanikował. - Ma się świetnie, to znaczy prawie... Ale nie chce cię widzieć, nikogo nie chce. Może coś się stało mężowi.
Kiedy Einar odszedł, księżyc powoli zaczął zachodzić. Przez jakiś czas nie drgnąłem z miejsca, myśląc o wszystkim albo nie myśląc w ogóle. Spokojny światek w jakim jak dotąd żyłem właśnie się kruszył, rozpadał na to wszystko co zobaczyłem i usłyszałem tej nocy.
Nie czułem bezdennej rozpaczy, żadnego łamania serca czy innych cholerstw. To była wzburzona niepewność. Martwa, kosmiczna cisza.

Uwagi: Przecinki.