czwartek, 20 czerwca 2019

Od Eterny "Skąd się wzięłam?"

Lipiec 2023
Tego dnia radośnie biegałam za kolorowymi motylkami. W okolicy było ich naprawdę mnóstwo! Wszystkie były duże i śliczne. Nie mogłam się zdecydować, który podoba mi się najbardziej, więc biegałam raz za jednym, raz za drugim, a raz za ósmym. Czasem kręciło mi się od tego w głowie, ale starałam się to ignorować. Moim obecnym najważniejszym zadaniem było doścignięcie i przygwożdżenie łapkami do ziemi choć jednego. Chciałam go zamknąć w słoiczku! Tylko że... Gdzie ja mam swoje słoiczki? Gwałtownie się zatrzymałam. Ja miałam w ogóle jakieś słoiczki?
Motylki odleciały, trzepocząc swoimi kolorowymi skrzydełkami. Ja jednak dalej tkwiłam w wysokiej trawie, wpatrując się pustym wzrokiem przed siebie. Pamiętałam coś? Nie, nie sądzę... Pamiętałam tylko trawę, motyle i bieganie po okolicy. Nie wiem co było wczoraj, a chyba powinnam.
- Asgrim! Asgrim, do jasnej anielki, gdzie jesteś?! - krzyczała jakaś wadera. Szybko skoczyłam w pobliskie krzaki. Coś mi podpowiadało, że powinnam się ukryć.
To właśnie tam zauważyłam leżące pod moimi miękkimi łapkami... W sumie co? Kolorowe jajka. Dużo kolorowych jajek. Do takich wniosków doszłam dopiero w momencie, gdy postanowiłam się do nich nachylić i obwąchać. Prychnęłam cichutko, po czym po pobieżnym rozejrzeniu się po okolicy postanowiłam wziąć sobie jedno w zęby. Wadery nie było widać w pobliżu, co sprawiło, że czułam się choć odrobinę bezpieczniej. Nie wiem kim był ten Asgrim, ani po co go szukała. Chyba wolałam nawet nie wiedzieć.
Pognałam w przeciwnym kierunku, z którego przyszła. Tam jej nie powinno być. Przebierałam żwawo swoimi krótkimi łapkami, raz na jakiś czas przebijając się górą przez trawę, a raz po prostu w niej tonąc. Zazdrościłam dużym wilkom. One nie miały takich problemów, chociaż podobno też kiedyś były małe. Jakoś nie chciało mi się w to wierzyć, ale... Chwila, to kolejna rzecz, którą wiem, a nie mam pojęcia, kto mi ją przekazał, ani kiedy.
Nagle usłyszałam jakiś szelest. Zatrzymałam się i zastrzygłam uszkami, w oczekiwaniu na dalszy przebieg wydarzeń. Choć raczej nie byłam zbyt groźna, to i tak przybrałam pozycję obronną. Nim jednak zdołałam cokolwiek zrobić, usłyszałam za sobą głos:
- Hej, zgubiłaś się?
Głos ten był troskliwy i z całą pewnością należał do wadery. Nieźle przerażona podskoczyłam, jeżąc futro, obróciłam się i groźnie marszcząc nosek odsunęłam się od niej. To była ta sama, która wzywała jakiegoś Asgrima.
- O, znalazłaś jajko? - zagadywała - Gdzie?
Wycofałam się o jeszcze jeden krok. Westchnęła.
- Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć. Jeśli chcesz, mogę cię odprowadzić do rodziców.
- Ni mham - wymamrotałam przez jajko, które wciąż ściskałam w moich tępych ząbkach.
- Jesteś z Watahy Czarnego Kruka, prawda?
Patrzyłam na nią po części nieufnym, a po części zdezorientowanym wzrokiem. Wataha... czego? Kruka? Co to takiego?
Wadera zaś nieco zaskoczona uniosła brwi i lekko się zaśmiała.
- Nie jesteś jedną z nas, prawda? Jesteś tylko jakimś samotnym maluchem?
Nie odpowiedziałam jej. Gwałtownie ruszyłam biegiem w kierunku miejsca, w którym znalazłam jajka. Te krzaki były tak gęste, że tam by mnie w żaden sposób nie mogła przechwycić. Nawet tymi swoimi długimi łapami, ani wielkimi zębiskami.
Tam jednak spotkało mnie niezłe rozczarowanie. Tuż przy gniazdku stał inny szczeniak, który przebiegał wzrokiem po pozostałych jajkach. Liczył je?
Gdy tylko mnie zobaczył, wrzasnął na całe gardło:
- Złodziejka!
Pisnęłam cichutko i po raz kolejny zmieniłam kierunek. Coś ukradłam? Niech sobie sam radzi, a kolorowe jajko będzie od dzisiaj częścią mojej kolekcji w nieistniejących słoikach!
- Nie uciekaj! - krzyknęła nieco zdesperowanym głosem wciąż goniąca mnie wadera. Słyszałam też, że mały basiorek też rozpoczął pościg. Przyspieszyłam najbardziej jak tylko umiałam...
To nie skończyło się najlepiej. Nie zauważyłam wystającego kamienia. Potknęłam się o niego, po czym wywróciłam i sturlałam po trawiastym zboczu. W międzyczasie jajko musiało mi wypaść z zębów, ale się tym już nie przejmowałam. Kręciło mi się w głowie, było mi niedobrze. Słyszałam, że wadera coś krzyczy, ale nie wiedziałam co.
Po jakimś czasie zaczęłam zwalniać, by na samym końcu zupełnie się zatrzymać. Jęknęłam zbolała. Wadera zaraz potem mnie dogoniła i westchnęła zatroskana. Wszystko wirowało, nie widziałam jej najlepiej. Machnęłam łapką, jakby chcąc ją uderzyć, ale była stanowczo za daleko. Ona mogła to odebrać jako jakąś próbę wstania.
- Przepraszam cię, kochanie! Naprawdę nie chciałam cię nastraszyć - mówiła naprawdę spanikowana - Jeśli coś ci się stało, mogę cię zabrać do medyków. Obiecuję, że ci pomogą. Wszyscy ci możemy pomóc. Jeśli nie masz rodziców... My możemy być jak rodzina.
Zmarszczyłam brwi. Widziałam ją do góry nogami i nadal wirowała. O czym ona wygadywała? Nie miałam pojęcia. Z tego wszystkiego nie byłam zdolna do logicznego połączenia faktów.
- Zgadzasz się?
Co, na co? Mruknęłam przeciągle, potrząsnęłam główką i powiedziałam niemrawe "tak", licząc na to, że chodziło o próbę podniesienia mnie.
Tylko że ona usiadła tuż obok, jakby czekając, aż się sama podniosę. Sapnęłam jeszcze kilka razy i dopiero wtedy postanowiłam obrócić się na bok. Próba wstania zakończyła się ponownym upadkiem. Warknęłam cichutko i spróbowałam jeszcze raz. Tym razem tajemnicza wadera wsparła mój bok nosem. Spojrzałam na nią z drobnym oburzeniem, więc się odsunęła.
- Jestem Edel - powiedziała nagle.
- Eterrna... - zaczęłam. Wadera otworzyła pysk, aby to jakoś skomentować, ale ja kontynuowałam - Eterna Alvarelle Venris.
Wyglądała na zaskoczoną. Postanowiłam to zignorować i ruszyć we własnym kierunku.
- Eterna brzmi trochę jak Elanor. Mogę cię tak nazywać?
Nie wiedziałam, w którym miejscu niby widzi podobieństwo, ale w tamtym momencie wydało mi się to nieistotne. Pewnie i tak już nigdy się nie spotkamy. Wzruszyłam ramionami.
- A, i wataha jest w drugą stronę - oznajmiła. Przystanęłam i spojrzałam na nią po raz kolejny z tak samo zbulwersowanym wyrazem pyszczka. Ona się uśmiechała.

niedziela, 16 czerwca 2019

Od Crane'a "Czuję tylko zagubienie" cz. 1 (cd. Edel)

Listopad 2023
Przekręciłem klucz w zamku, a następnie rzuciłem go na komodę. Obejrzałem się za siebie, jakbym nadal miał wątpliwości, czy aby na pewno jestem sam w pokoju. Nie dostrzegłem żywego ducha. Uniosłem drżącą łapę do granatowego szalika, który okrywał moją szyję. Powoli go rozluźniłem i ściągnąłem przez głowę. Odłożyłem kawałek materiału na łóżko, po czym spojrzałem na odsłonięty Naszyjnik Nieśmiertelności. Wisiorek praktycznie tonął w moim grubym, zimowym futrze. Następnie podniosłem wzrok na swoje odbicie w lustrze. Z niemałym zdziwieniem odkryłem, iż mój pysk nie wyglądał na tak pogodny i przyjazny, jak niegdyś. W obawie, że zaczynam wypadać ze swojej perfekcyjnej roli, wygiąłem kąciki ust, udając przyjazny uśmiech. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w porządku. Jednakże im dłużej patrzyłem na samego siebie, tym bardziej miałem ochotę odwrócić się od lustra. Coś sprawiało, że stopniowo zacząłem żywić urazę do tego widoku. Nie był już przyjazny. Nie dla mnie. Rozluźniłem mięśnie pyska. Znów poczułem się zagubiony. 
Coś robię nie tak?
Potarłem łapą oczy i podniosłem wzrok z powrotem na swoje odbicie. Znów zwróciłem uwagę na Naszyjnik Nieśmiertelności. Przyjrzałem się swojemu wizerunkowi z uwzględnieniem tego elementu. Wtedy w mojej głowie zawitała myśl, że wisiorek w ogóle tu nie pasuje. Zdjąłem go z szyi, jak z resztą planowałem już od dobrych parunastu minut. Zasady walki będą te same; nie mogłem go wziąć ze sobą. Wreszcie odwróciwszy się od lustra, podszedłem do szafki nocnej. Wrzuciłem swoją własność za jedną z szuflad; tuż obok Medalionu Śmierci. Po ukryciu najcenniejszego naszyjnika, jeszcze raz rozejrzałem się po pokoju. Po raz kolejny nie dostrzegłem nikogo. 
Wyprostowałem się, podniosłem klucz i ruszyłem do drzwi prowadzących na korytarz. Odemknąłem zamek, nacisnąłem klamkę, po czym pociągnąłem do siebie. Wtedy doznałem prawdziwego szoku. W progu zastałem wychudzoną wilczycę noszącą krótkie i mało osobliwe imię - Edel. Zatrzymałem się w pół kroku, kompletnie nie wiedząc, jak reagować. Tymczasem wadera czym prędzej spojrzała na sufit, potem zerknęła bez powodu na okno w korytarzu. Zapewne to miało sprawić wrażenie, że znalazła się pod moimi drzwiami zupełnie przypadkowo. Nie mniej jednak E nie potrafiła być w tym momencie przekonująca. Wcale. 
Zacząłem zachodzić w głowę, czemu ta wilczyca znalazła się przed wejściem do tego pokoju. Pierwsze przypuszczenie - przyszła tu podsłuchiwać. Ale co? Wszyscy wiedzą, że nikt mnie nie odwiedza w moim pokoju. To wyjaśnienie nie miało sensu. Kolejna myśl głosiła, że wadera przyszła tu oglądać obiekt swojego tymczasowego zauroczenia przez dziurkę od klucza.
O nie... Co jeśli w ten sposób Edel była w stanie zobaczyć ten kradziony Naszyjnik Nieśmiertelności?Przełknąłem ślinę i upewniłem się, że zachowałem niczego nie zdradzający wyraz pyska. Zrozumiałem, jak strasznie nieostrożnym posunięciem było wyjęcie klucza z zamka. Nagle E chrząknęła nerwowo, żeby pozbyć się naprawdę nieprzyjemniej ciszy. 
- Cóż... Cześć, Crane - zaczęła. Starała się brzmieć pewnie, lecz pewne wahania tonu psuły dobre wrażenie.
- Cześć - odparłem. Miałem w planach brzmieć sucho i obojętnie, ale kompletnie mi nie wyszło. Zamiast tego wydałem z siebie coś a'la zająknięcie zakłopotania. Fantastyczny początek konwersacji. - Masz jakąś sprawę do mnie? - kontynuowałem.
Edel westchnęła. Opuściła lekko uszy i spuściła wzrok. 
- Chciałam cię zobaczyć - odparła. 
Po tych słowach, zacisnęła oczy i skuliła się jeszcze bardziej. Poczułem prawdziwą lawinę jej strachu. Wyczułem, że wilczyca bała się mojej reakcji na prawdę, którą właśnie mi przedstawiła. Znów poczułem zagubienie; po raz kolejny rosnące w siłę. Moje wszelkie pomysły, plany postępowania... zniknęły. Nie miałem w głowie już żadnej z tych rzeczy. Nie wiedziałem co robić. Z chaosu własnego umysłu nieporadnie wydobyłem zdanie:
- Tak po prostu?
- Tak... po prostu - powtórzyła E. Z początku próbowała akcentować to, jak zdanie twierdzące, lecz pod koniec wypowiedź brzmiało to jak pytanie. Wilczyca zaczęła nerwowo przestępować z prawych łap na lewe. 
Nabrałem powietrza. Poczułem, że tym razem zdołam wrócić do kreacji, którą miałem teraz odegrać. Przygotowałem sobie konkretne słowa, a następnie zacząłem:
- To... to... - zaciąłem się zupełnie. Bez powodu. W mojej głowie znów zawrzał chaos, a w samym jego środku, znów ukazała się pustka. 
Poczułem, na sobie spojrzenie błękitnych oczu Edel. Ewidentnie czekała, aż dokończę. Jednocześnie bała się, co zamierzam jej powiedzieć. 
Jaką w ogóle różnicę by jej to sprawiło? 
- Więc... - podjąłem kolejną próbę ułożenia zdania. - ...zobaczyłaś mnie - dokończyłem szybko. 
Niestety dopiero po fakcie dotarło do mnie, jaka głupota wypłynęła z mojego pyska. Wilczyca zaśmiała się nerwowo. Zapragnąłem cofnąć czas, by w ogóle nie dopuścić do tego całego spotkania, ale wiedziałem, że nic z tego. Jednocześnie dręczyło mnie pytanie, czy E widziała, jak zdejmuję Naszyjnik Nieśmiertelności. 
- Nie da się ukryć - usłyszałem.

<Edel?>

Uwagi: brak.

Od Cess „Wieczór poszukiwań” cz. 2 (cd. Exan)

Październik 2023 r. 
Był to chłodny, późny wieczór. Z powodu silnego i zimnego wiatru, postanowiliśmy zatrzymać się niedaleko lasu, który dostrzegł Hitam. Przestrzeń wydawała się na tyle duża, aby wszystkie smoki mogły wygodnie się usadowić. Potrzebowały odpoczynku, zresztą my także. Zwróciłam łeb w stronę usypiającego na siedząco Magnusa i zaśmiałam się. 
- Dlaczego się nie położysz? Przecież jest miejsce - uniosłam brwi, przesuwając się ostrożnie w bok. Basior pokręcił tylko głową i zmęczonym tonem odpowiedział: 
- Jak się położę, to wtedy usnę. Jak to zrobię, to już nie wstanę - ziewnął, otwierając szeroko szczękę. Pokręciłam bezradnie głową. - Jeszcze chwilkę wytrzymam…
Zanim zdążyliśmy wylądować, wilk już dawno leżał plackiem na grzbiecie Illae oraz głośno chrapał. Smok nie zastanawiał się długo i od razu po dotknięciu wilgotnej trawy, zrzucił go z pleców. Co ciekawe, Magnus nie obudził się. Spał w najlepsze.
Co innego można było powiedzieć o mnie. Kompletnie nie miałam ochoty na drzemkę. Choć podróż była bardzo męcząca, to jednak ja byłam pełna energii. Byłabym w stanie przebiec maraton bez większej zadyszki. Nie wiedząc, co z sobą zrobić, ruszyłam w stronę lasu. Miałam nadzieję, że dam radę znaleźć czystą wodę. Bardzo mi jej brakowało. 
Mruknęłam smętnie, wchodząc w gęste chaszcze. Nie było czymś przyjemnym, zahaczanie się o różne gałęzie, czy kolce. Pod moimi łapami trzaskały patyki, a w uszach szumiał wiatr. Położyłam je wzdłuż karku i brnęłam dalej w głąb puszczy. Było coraz ciemniej, jedynie słaby blask księżyca przedzierał się przez korony drzew. Nie dawało jednak to zbyt wiele. Starałam się nie potknąć o własne łapy, co jak na mnie byłoby wielkim wyczynem. 
Usłyszałam ciche sapanie i poczułam czyiś zapach. Zdziwiłam się tym, że kojarzyłam go. Nie sądziłam o tym, że ktoś o zdrowym rozsądku wybierze się o takiej porze do lasu. Postawiłam uszy ku górze oraz zaczęłam iść w stronę odgłosów. Zza gęstych krzaków udało mi się dopatrzeć dwie małe sylwetki szczeniaków, zwiniętych koło siebie. Spały w najlepsze. Nie wiedziałam, co myśleć. Dopiero co wylądowaliśmy, a już ktoś zgubił dwa basiory, które zasnęły w lesie. Pozostawione bez opieki nie były tu zbyt bezpieczne. Podeszłam i usadowiłam się przy nich. Co jak co, ale nie mogłam przejść obok nich obojętnie i zostawić samych w lesie. Nie widziałam koloru ich sierści, ze względu na późną porę. Małe szczeniaki chrapały uroczo, a ja zaczęłam się zastanawiać nad stanem mojego zdrowia. Czy na pewno wszystko było ze mną okej? Nie rozumiałam dlaczego postanowiłam ich pilnować. 
W oddali usłyszałam szelest liści i dostrzegłam jak poruszają się minimalnie. Zmrużyłam oczy, widząc kolejnego szczeniaka. Czy naprawdę nikt ich tu nie pilnuje? Przecież może im się coś stać... - pomyślałam lekko sfrustrowana, a następnie wstałam na równe nogi i zaczęłam powoli podążać w stronę wilczka. Ten najwyraźniej także mnie zauważył, co mogłam stwierdzić po jego zdziwionym spojrzeniu. Im bliżej byłam, tym bardziej mi się przyglądał. Chcąc, nie chcąc, zaczęłam jakoś rozmowę. 
- Co tu robisz, mały? - powiedziałam przyjaznym tonem. Basiorka rozzłościło to określenie, ponieważ wykrzywił się w niezadowolonym grymasie.
- To pani jest mała! Ja jestem tylko niski! - fuknął na mnie, na co się cicho zaśmiałam. Fakt - nie byłam jakoś super wysoka, lecz gdyby nie był to szczeniak, kłóciłabym się. To raczej ja byłam niska, a on po prostu jeszcze małym dzieckiem. Pokręciłam głową. 
- Czego tu szukasz? Wiesz, że noc to nieodpowiednia pora dla takich szkrabów, jak ty? - powiedziałam spokojnie, zniżając głowę do jego wysokości. Basiorek był bardzo porywczy, co w pewnym stopniu dodawało mu uroku. 
- Nie boję się, tak samo jak pani! - zakrzyknął dumnie. Odwróciłam się szybko, by sprawdzić, czy przypadkiem nie obudził tych dwóch śpiących szczeniaków. Nic na szczęście się nie stało. Odetchnęłam cicho z ulgą. Znów przeniosłam wzrok na małego wojownika i uniosłam brew. 
- Odwagi ci nie brak, co? No dobrze, młody. Czego szukasz? - powiedziałam już bardziej stanowczo, stwierdzając, że czas nas nagli. Potrzebowałam szybkiej odpowiedzi, aby szybko podjąć jakiekolwiek działania. 
- Mojego rodzeństwa! - odparł szybko, na co spadł mi kamień z serca. Wypuściłam powietrze z płuc i odsunęłam się dwa kroki w tył. 
- Ale oni są tutaj. Śpią. - odrzekłam, pokazując łbem na dwa małe wilki. Młodemu zaświeciły się oczy i nie mógł uwierzyć w co widzi. Wyglądało to komicznie. Uśmiechnęłam się mimowolnie. - Musieli być bardzo zmęczeni.
- Nie wątpię! - usłyszałam w odpowiedzi.
Podeszliśmy do basiorków i postanowiliśmy doprowadzić ich do obozu. Nie było to łatwą sprawą. Nie chciałam ich budzić, nie miałam odwagi. Zarazem, chciałam ostrożnie je przenieść, bez żadnego uszczerbku na ich zdrowiu. Jakimś cudem, udało mi się (oczywiście z pomocą szczeniaka) umieścić śpiące wilki na swoim grzbiecie. Gdy upewniłam się, że nie spadną, ruszyłam wraz z basiorkiem w stronę naszego obozowiska. 
- ...Emm dziękuje pani… - młody po chwili milczenia, zaczął mówić. Nie wiedział, jak się nazywam, lecz nie było to zaskoczeniem. Już chciałam powiedzieć „Kas Ceres II”, ale powstrzymałam się w ostatnim momencie. Było to dziecko, nie rudy, tajemniczy wilk. Pokręciłam gorączkowo łbem. 
- Mów mi Cess, mały - uśmiechnęłam się lekko, na co on postawił uszy. 
Wróciliśmy do miejsca naszego pobytu. Młody rozglądał się gorączkowo, uparcie kogoś szukając. Powoli kroczyłam za nim, uważnie obserwując jego ruchy. 
- Rodzice nie wrócili? - zapytałam spokojnie i zarazem cicho, aby nie obudzić nikogo wokół. Szczenię kiwnęło lekko głową, kładąc uszy wzdłuż karku. - Który to wasz smok? 
- Chyba tamten - wskazał łapą na dużego smoka, który leżał niedaleko od nas. Zaczęłam iść w jego stronę, a mały poszedł za mną. Kiedy znaleźliśmy się obok niego, schyliłam się i położyłam na ziemi dzieciaki. 
- Ja jestem Ex… - rzekł rozpromieniony basiorek, lecz ja mu przerwałam.
- Nie mówi się swojego imienia nieznajomemu - mrugnęłam do niego. Popatrzył na mnie zaskoczony, nie rozumiejąc, czemu mu przerwałam. - Nigdy nie wiesz, komu możesz ufać.
- Tobie chyba mogę, prawda? - zapytał zdezorientowany, na co ja wykrzywiłam pysk w lekkim uśmiechu. 
- Zależy… 

<Exan?>

Uwagi: brak.

Od Lind "Znajdziemy gryfa. Co dalej?" cz. 1 (cd. Torance/Asgrim)

Listopad 2023 
Paroma susami pokonałam długość schodów prowadzących na piętro zajazdu. Wkraczając do nowego korytarza, o mało nie zderzyłam się z jakimś drobnym stworzeniem. Przed oczami mignęła mi plama kilku kolorów. Wówczas mojego nosa dosięgnął znajomy zapach, który rozwiał wszelkie wątpliwości, kogo właśnie znalazłam. Był to Ting. Stał teraz spłaszczony pod ścianą, tuż obok pierwszego z wynajmowanych przez watahę pokojów.
- Czemu znów próbujesz tratować wszystkich na swojej drodze, Pierzasta? Stało się coś? - rzucił. 
- Nie wiem, czy tak bym to ujęła - odparłam. - Z resztą wiedziałbyś, gdybyś nie znikał bez uprzedzenia - Przeniosłam wzrok na szereg drzwi. Zastanowiłam się, czy pamiętam, gdzie zameldowano Asa i Tori. 
- Nigdy nie miałaś z tym problemu - Odmieniec wzruszył ramionami. - Ja w przeciwieństwie do ciebie potrafię o siebie zadbać.
Prychnęłam cicho. Miało to zastąpić zdanie "Ta, dobre sobie". 
Ruszyłam naprzód. Minęłam parę pierwszych pokojów, w tym także swój.
- Kogoś szukasz? - usłyszałam znów głos Tinga. 
- Mhm... - mruknęłam. - I już znalazłam. 
Stanęłam przed jednymi z zamkniętych drzwi i uderzyłam w nie parę razy łapą. Odpowiedziało mi jakieś mruczenie, a następnie dziwny szelest. Zaraz po tym, moich uszu sięgnął głos... Cess:
- Kogo niesie?! - rzuciła, zanim jeszcze przekręciła klucz w zamku. 
Po chwili ujrzałam jej charakterystyczny pyszczek. Wadera podniosła na mnie wzrok. Należał on do kogoś wyrwanego ze snu; śmiem nawet twierdzić, że nie sypiającego dobrze od kilku dni. 
- Cześć... - mruknęłam, odsłaniając nieśmiało zęby w uśmiechu. - Daruj, pomyliłam drzwi - przyznałam. 
- Aha... - westchnęła moja znajoma z wyraźnym grymasem niezadowolenia. 
- Nie wiesz może, w którym pokoju mieszka Tori i As?
- Drzwi obok - Wadera skinęła głową we właściwym kierunku. 
- Dzięki. To ja już nie przeszkadzam - Zakończyłam rozmowę, widząc, że Cess niezbyt miała ochotę na dalsze pogaduszki. 
Ruszyłam w stronę właściwego pokoju. W międzyczasie wilczyca zatrzasnęła drzwi mamrocząc coś o "godzinie, w której nawet skowronki jeszcze śpią". Podniosłam łapę, żeby zastukać w następne drzwi.
- Wyjaśnisz mi o co chodzi? - mruknął Ting. 
- Za chwilę - odpowiedziałam i zastukałam w lakierowane drewno.
Tym razem już otworzyła poszukiwana przeze mnie osoba. 
- Hejka, Tori - przywitałam się. - Mogę zająć chwilę? 
- Cześć, Lind - mruknęła w odpowiedzi wadera. - Rozumiem masz jakąś konkretną sprawę? - Zmrużyła oczy, już zainteresowana, z czym też do niej przyszłam.
- Tak, dokładnie - Pokiwałam energicznie łbem. - Otóż - Używając mocy wiatru, wyjęłam z torby pewne ogłoszenie i rozwinęłam je. - W mieście szaleje gryf, który uciekł właścicielom - Streściłam, zerkając na kartkę.
- Mhm... - mruknęła Torance, na znak, że uważnie słucha.
- Potrzeba kogoś, kto go uspokoi i sprowadzi z powrotem - kontynuowałam. - Albo, jeśli będzie trzeba, zabije. 
- Aha, już wiem do czego zmierzasz - uśmiechnęła się wadera. 
- Nie było to trudne odgadnięcia - rzucił Ting.
- To jak, wchodzisz w to? - spytałam koleżankę. - Oferują niezłą nagrodę . 
- A co mi tam, niech będzie - odpowiedziała Torance. 
- Co tam kombinujecie? - wtrącił Asgrim, nagle stając w korytarzu tuż obok mnie. 
- Idziemy z Lind zrobić porządek z rozszalałym gryfem - wytłumaczyła partnerowi Tor. - Chcesz zabrać się z nami?
- Pft, pewnie muszę - parsknął As. - Beze mnie możecie sobie nie poradzić.
- Ta, jasne - mruknęłam żartobliwie. 
Zwinęłam kartkę, a następnie schowałam z powrotem do torby. Wtedy zauważyłam, że Strażnik Wichury zdążył cofnąć się do drzwi mojego pokoju i już łapał za klamkę.
- Chwila, nie idziesz z nami, Ting? - zawołałam. 
- Mam inne rzeczy do roboty - odparł. Nie raczył nawet zerknąć w naszą stronę. 
- Niby jakie?
- Muszę nauczyć mojego kuzyna, jak grać w karty. Dopiero co wygrałem zupełnie nową talię - Podniósł łapę, w której błyszczało małe pudełko. Aż dziwne, że nie zauważyłam go wcześniej. 
Po tych słowach zniknął za drzwiami, zanim zdążyłam spytać, jak i gdzie wygrał ten komplet. 
- Nie spodziewałam się, że on w ogóle zna zasady gier karcianych - oznajmiła Tori. 
- Mnie to jakoś nie dziwi - dodał As. - To idziemy szukać tego gryfa?
- Idziemy, idziemy - mruknęłam. 
Wyszliśmy z zajazdu. Wtedy Torance zaczęła nowy temat:
- Baldor wyszedł chociaż raz na zewnątrz odkąd tu przyjechaliśmy?
- Nie widziałam, żeby to zrobił - odparłam.
- To co on tak właściwie robi cały dzień? - zaciekawił się As. - Poleruje swoje igły? - zażartował.
- Głównie siedzi w kącie - Skręciłam w jedną z alejek. - Tylko od czasu do czasu urządza z Tingiem coś, co Joel określił jako Jam session.
- To znaczy..?

- Siedzą i grają byle co - westchnęłam. 
- A, więc to ich słyszałam zeszłego wieczora - zachichotała Tori. - Przywykłam do słyszenia z twojego pokoju tylko jednego instrumentu. 
- To i tak było o jeden instrument za dużo - Opuściłam nieznacznie uszy. 
- Przecież potrafią naprawdę dobrze się nimi posługiwać - zaznaczył Asgrim z miną znawcy. - Nie rozumiem, czemu ci to tak przeszkadza. 
- W takim razie z chęcią odeślę te Odmieńce do ciebie - westchnęłam. 
- Ale tak poważnie, dlaczego nie lubisz ich "dżem seszyn?" - powtórzył to śmieszne określenie. 
- Bo trwają stanowczo za długo, do tego w porach, w których próbuję spać. 
Torance znów musiała powstrzymać śmiech. 
***
Wiadomość, że podejmujemy się tego zadania, została przyjęta przez radę z prawdziwym entuzjazmem i ulgą. Spostrzegłam jednak, że pewna para wilkołaków, wydała się być dosyć zaniepokojona sytuacją. Dopiero po paru minutach wypytywania o niezbędne informację, dowiedzieliśmy się, że właśnie to są opiekunowie rozwścieczonego gryfa. Czuli się odpowiedzialni za tę sytuację i nie chcieli stracić swojego towarzysza. Kompletnie nie rozumieli, dlaczego stwór nagle uciekł i zaczął niszczyć wszystko na swojej drodze. Obawiali się, że ostatecznie nasza trójka będzie musiała go zabić. 
Po około pół godziny, wyszliśmy z powrotem na rynek. Ruszyliśmy pewnym krokiem we właściwym kierunku. Powiedziano nam, iż Profogusa ostatni raz widziano na zachód stąd. 
- Masz jakiś plan działania, Lind? - spytała mnie Torance. 
- Uznałam, że najlepiej będzie, jak ja użyję swoich mocy, by unieruchomić gryfa, a ty w międzyczasie użyjesz swoich zdolności, żeby wyciszyć jego emocje. 
- Widzę plan aż nad wyraz prosty - mruknęła sceptycznie moja koleżanka. 
- Zapomniałaś uwzględnić najważniejszego uczestnika tej wyprawy - stwierdził As, niezbyt dyskretnie wskazując siebie. 
- Nie zapomniałam; po prostu nie założyłam, że będziesz chciał się zaangażować - odparłam. - Możemy po prostu oddelegować cię do osłaniania nas. Może być?
- Hm, no dobrze - pokiwał głową basior.
- Ewentualnie As będzie mógł spróbować się z nim dogadać telepatycznie, jeśli ten osobnik nie umie mówić. Nie wszystkie gatunki w końcu to potrafią - dodała Tori.
- Tak, słuszna uwaga - pokiwałam głową. 
- Nastawiamy się, że uda się z nim negocjować, czy zakładamy, że jednak czeka nas walka? - spytał Asgrim. 
- Nie jestem pewna... - mruknęła Tor. 
Z relacji opiekunów gryfa wynikało, iż jak dotąd nie sprawiał im wielu problemów. Dlaczego w takim razie nagle uciekł i zaczął demolować miasto?
<Torance/Asgrim?>


Uwagi: brak.

sobota, 8 czerwca 2019

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz co się wydarzy" cz. 1

Późny listopad 2023 r.

Patrick
Gdy otworzył oczy, w końcu zawirowania, jakie do tej pory czuł, minęły. Leżał tak przez chwilę, po prostu patrząc w sufit. Kolejna noc i kolejny zły sen. Nie umiał tego nazywać koszmarem, bo zbyt do nich przywykł. Bardziej od samej treści bolało go to, że nie czuł w nich nic. Nie chodziło o ból, lecz o emocje, a raczej ich brak. W zasadzie to po przebudzeniu niewiele się zmieniało.
Powoli, niezbyt chętnie usiadł na łóżku. Cicho zaskrzypiało pod jego ciężarem. Potarł twarz. Nadal czuł zmęczenie. Nie pamiętał kiedy ostatnio się wyspał.
W pomieszczeniu nadal panowała ciemność. Prócz kilku srebrnych przebłysków światła księżyca przebijających się przez drewniane okiennice, nie widział nic. Mimo że do wschodu słońca musiało wiele brakować, doskonale wiedział, że już nie zaśnie. Za oknem dął wiatr, a ciężkie krople deszczu uderzały o brukowaną ulicę na zewnątrz, raz po raz zacinane na ścianę jego willi. Powietrze było ciężkie, wilgotne. Znowu trzasnął piorun. Mężczyzna był pewien, że to nie on go obudził. Miał poczucie, że powodem nagłej pobudki po części był sen, a po części swego rodzaju niepokój.
Odsunął dłonie od twarzy i nachylił się do stolika nocnego, na którym miał postawioną świecę. "Klasyka", przeszło mu przez myśl, gdy chwycił za pudełko zapałek położone tuż obok. Czasem brakowało mu miejskiej elektryczności, ale tradycyjne metody napawały jakimś spokojem, którego chyba nie chciałby zaburzać. Z drugiej jednak strony nadal pamiętał te dwa pożary, w których...
Po zapaleniu knota czym prędzej zgasił zapałkę. Po prostu miał pecha do pożarów.
Odgarnął długie blond włosy, a dopiero potem ostrożnie chwycił za świecznik. Wstał z łóżka i skierował się do drzwi. Po opuszczeniu pokoju znalazł się w długim, zupełnie pustym i ciemnym korytarzu. Nawet nie było tam służby. Ostatnia musiała zwolnić się do domu nie tak dawno temu. Musiała dokończyć najpierw sprzątanie holu.
Patrick skręcił w lewo, żeby zejść po schodach na niższe piętro. Po drodze mijał kilka obrazów, które niegdyś stworzył i postanowił powiesić na ścianie, a także roślin doniczkowych, na które narzekały jego sprzątaczki, bo stawiał je w dość niefortunnych miejscach. Powtarzał, że mogą je przestawić gdzie im się podoba, ale to nigdy nie nastało. Zamiast robić, wolały narzekać. Jak zresztą większość ludzi (choć tutaj nie było ich w ogóle, Patrick jednak z przyzwyczajenia określał tak wszystkich). On należał do tej nielicznej mniejszości, która wybierała nieco inną drogę działania.
Już stojąc u szczytu schodów, zauważył co mu tak nie pasowało. Miał wtedy widok na hol, na którym majaczyła mu się ciemna sylwetka, której głowa była zwrócona ku niemu. Zaobserwował rozwarte w przerażeniu usta oraz lśniące oczy. Sposób, w jaki odbijało się w nich światło podpowiedział mu, że nie jest to wilkołak, lecz przemienione zwierzę nocne w ludzką formę. Ktokolwiek to był, musiał widzieć go bardzo dobrze.
- Dzień dobry! - zaczął głośno. Postać się nie ruszała. Nie wyglądało na to, aby miała w zamiarze uczynić mu krzywdę. Miał już co do tego dość instynktu.
- D-dzień dobry - wyjąkała dopiero, kiedy lekarz był już na schodach. Patrickowi się nie spieszyło.
- Kto cię tu wpuścił, madame? - dopytał, lekko muskając dłonią poręcz schodów.
- Ja... Myślę, że to była służąca. Miała wychodzić i... - zaśmiała się nerwowo. Dopowiedział sobie, że głos jej ugrzązł w gardle. Prawdopodobnie się bała.
- Co cię do mnie sprowadza?
- Jest pan lekarzem, tak przynajmniej słyszałam... Nie wiedziałam gdzie jest przychodnia, a tamta wadera twierdziła, że mogę poczekać tutaj. Nie mogłam spać, dlatego przyszłam tak wcześnie. Mam nadzieję, że nie pomyliłam domów, ani nic z tych rzeczy... Nie chciałam być nachalna, ale zaczynało padać, a do karczmy w której mam wynajęty pokój jest niezły kawałek. Niech się pan nie gniewa na tamtą waderę, ona tylko chciała dobrze... - Mówiła coraz szybciej i coraz bardziej zachrypniętym głosem. Patrick już stał tuż przed nią.
- Spokojnie. Rozumiem - odparł z opanowaniem - Tak, jestem lekarzem. Co się stało, że to takie pilne?
Powoli otaksował ją wzrokiem. Nie wyglądała na ranną, nie była też dość sina, aby zasugerować nudności czy inne niepokojące dolegliwości. Nawet w nikłym świetle świecy widział, że jest dość blada, ale domyślał się, że była to wina strachu. Ostatecznie był mężczyzną pokrytym bliznami, o surowym wzroku i przede wszystkim wyższym od niej o dobrą głowę. Musiał być dla niej przerażający, szczególnie w takich warunkach.
- Więc... Ja jestem chora. Słabnę coraz bardziej. Przepowiedziano mi, że niebawem umrę, ale nie wiem kiedy. Sądzę, że niewiele mi brakuje. Nie chcę umierać. Tak bardzo nie chcę - mówiła, a jej głos przerażał się w mieszankę pisku i szeptu. W oczach zebrały się łzy, a dłonie przyciśnięte do piersi drżały. Patrick powoli wypuścił powietrze z płuc.
- Nowotwór, jak dobrze mniemam?
Kobieta patrzyła na niego zagubiona, a łzy już płynęły po jej policzkach. Nie odpowiedział. Domyślił się, że prymitywna medycyna, z jaką miała dotychczas do czynienia, nie zdołała jej określić dokładnej nazwy choroby. Przeklął w duchu poziom leczenia w niektórych kręgach. Może chemioterapia by zdołała jej pomóc, gdyby rozpoznano to wcześniej...
Skierował się do swojego gabinetu na parterze. Kątem oka zauważył, że kobieta nieśmiało ruszyła za nim, ocierając jednocześnie łzy. Nie chciały przestać płynąć.
Znał to uczucie.
- Skąd pochodzisz?
- Słucham...? - zapytała drżącym głosem. Patrick nacisnął klamkę i wpuścił ją do środka. Sam usiadł na swoim fotelu. Wskazał jej gestem krzesło naprzeciwko niego. Również usiadła.
- Masz obcy akcent, wyglądasz na zagubioną, a ubrania są zbyt nowoczesne jak na Białe Królestwo.
Nerwowo się uśmiechnęła, a zaraz potem znowu spoważniała. Wyglądała, jakby miała zemdleć. Lekarz spokojnie położył świecznik na biurku.
- Na nasze tereny spadł dziwny deszcz. Chcieliśmy się przeprowadzić. Nie mieszkamy tutaj, pewnie będziemy dalej szukać swojego miejsca...
- Zarejestrowaliście się?
- Co...? - zapytała już kompletnie zbita z tropu.
- Przekaż swojemu przywódcy, że powinien się zgłosić do biura przy Białym Pałacu. Ostatnio przybyło nam sporo nieokreślonych imigrantów, i to musicie być wy. Jest was ponad setka, czyż nie?
- Tak... Tak, setka - po raz kolejny uśmiechnęła się nerwowo. Patrick skupił się na przeglądaniu dokumentów, jakie zostawił sobie na biurku poprzedniego wieczora.
- Jestem odpowiedzialny za kontrolowanie tego - objaśnił krótko. Dostrzegł, że pokiwała głową ze zrozumieniem. Domyślał się, że zastanawia się, dlaczego akurat lekarz miałby to robić, ale nie chciał już jej więcej tłumaczyć. Prędzej czy później dowie się wszystkiego.
Jeszcze chwilę przeglądał kartki, po czym odłożył, nachylił się do biurka, wsparł o nie łokcie, a palce splótł. Patrzył prosto w oczy nieznajomej.
- Jeśli jest to nowotwór, jestem w stanie ci pomóc, ale musisz wiedzieć, że nie jest to za darmo.
- Ile...? - zadała pytanie z nadzieją.
- Dwieście Bellos.
Kobieta oparła się o oparcie, jednocześnie chwytając dłonią za czoło. Jej wzrok nieobecnie błądził po półce z książkami, która stała za plecami Patricka.
- To... chyba dużo, prawda? Musi być dużo.
- Zależy jak dla kogo - oświadczył, leniwie chwytając wieczne pióro i obracając je między palcami. Kobieta wciąż milczała.
- Nie umiesz liczyć - stwierdził za chwilę. Zacisnęła powieki. Wtedy przestał obracać przedmiotem i patrzył na nią uważnie. Była jeszcze bledsza niż chwilę temu. Sinizna twarzy już nie mogła być zwykłym strachem.
- Chcesz się położyć?
Powoli pokiwała głową. Podniósł się z fotela, podszedł do niej i pomógł wstać. Zaprowadził ją na skórzaną kanapę postawioną pod ścianą, tuż przy wejściu. Dla siebie przyniósł krzesełko, na którym siedziała jeszcze chwilę temu i ustawił obok niej.
- Może chcesz zmienić się w swoją prawdziwą postać?
Potrząsnęła głową. Dostrzegł kropelki potu na jej czole.
- Nie mam siły... - wyszeptała, zamykając oczy.
Usiadł tuż obok i chwycił za jej dłoń. Choć była wątła, od razu zacisnęła mocno palce na jego. Dopiero wtedy dostrzegł, jak bardzo wystawały jej żebra. Musiała mało jeść. "Sylwetka podobna do anorektycznej, ale może ma to coś wspólnego z chorobą", pomyślał. Raz jeszcze zerknął na jej twarz.
- Gdzie boli?
Położyła dłoń na brzuchu. Tak jak myślał.
- Niedobrze ci?
Pokiwała głową. Szybko przebiegł wzrokiem po pomieszczeniu. Nie miał miski pod ręką. Postanowił improwizować. Sprawnie podszedł do parapetu, wyjął kwiat z ozdobnej doniczki i wrócił do kobiety, ponownie chwytając ją za rękę. Zawsze można było umyć doniczkę lub kupić nową.
- W razie czego możesz do tego zwymiotować... - powiedział cicho, podstawiając jej przedmiot. Skinęła głową, nawet nie patrząc co to takiego.
Czuł, że wbijała mocno paznokcie, a w pewnym momencie cienką stróżkę krwi płynącą po jego dłoni. Ignorował to. Ważniejsze było dla niego dobro pacjentki i pewność, czy jest przytomna.
Na szczęście ból samoczynnie minął, a zdobiona doniczka pozostała czysta. Kobieta stopniowo się uspokajała, ze zmęczeniem patrząc w sufit. Coś mu mówiło, że zaczynało powoli świtać, ale niemijająca ulewa nie dawała temu jasnych znaków.
- Dasz radę sama wrócić, mam cię odprowadzić, czy wolisz tu jeszcze zostać...?

<Ktoś chce dokończyć? Czas do 09.06.2019, godz. 12:00>