wtorek, 27 sierpnia 2019

Od Edel "Czuję tylko zagubienie" cz. 9

Styczeń 2024
Drzwi zamknęły się za basiorem z cichym trzaskiem. Westchnęłam cicho i zerknęłam na swoje odbicie w niewielkim, nieco porysowanym lustrze. Jedna z rys przechodziła przez mój pysk, nadając mu jeszcze bardziej żałosny wygląd. Jasna sierść sterczała na wszystkie strony. Przejechałam po niej łapą i wzdrygnęłam się. Była szorstka i nieprzyjemna. 
Pod wpływem mojego dotyku włosy wypadły z cebulkami. Opadały, nieznacznie zmieniając kierunek lotu. Czasem ponownie unosiły ku górze. Ciągnąca się nieskończoność podróż ku ciemnobrązowej podłodze. 
Potrząsnęłam pyskiem i zgarnęłam z szafki sakiewkę z pieniędzmi. Miałam wychodzić, kiedy w mojej głowie stanął obraz Rediana. Kociak znowu gdzieś wędrował i nie miałam pojęcia, kiedy zamierzał wrócić. Westchnęłam głośno i uchyliłam drzwi w taki sposób, by mógł z łatwością wślizgnąć się do środka pod moją nieobecność. Na szczęście nie posiadałam w pokoju żadnych wartościowych rzeczy. 
W jadalnej części karczmy było zaskakująco mało gości. Szybko rozejrzałam się po pomieszczeniu i zatrzymałam wzrok na jednym z największych stolików. Moją uwagę przyciągnęła potargana sierść o rudej barwie. Torance musiała wyczuć na sobie moje spojrzenie, bo odwróciła się jednym, szybkim ruchem. Od razu zmarszczyła brwi i szturchnęła siedzącego obok Asgrima. Odwróciłam wzrok gotowa umknąć w stronę wyjścia, jednak wadera nie zamierzała mi na to pozwolić. 
- Hej, Edel! 
Przymknęłam nieznacznie oczy, obracając ponownie pysk w jej stronę. Wilczyca machała przyzywająco łapą w moim kierunku.
- Cześć - mruknęłam, podchodząc do stolika. 
Odpowiedziało mi kilka głosów należących do pozostałych wilków, które przy nim siedziały. Jedynie Cess była zbyt zaoferowana czymś, co pokazywał jej Elvin i jedynie mruknęła coś, co nawet nie przypominało słowa. 
- Chciałabyś się może do nas przyłączyć? Elvin uczy nas jak grać w… Libanę – Tori wskazała na porozstawiane na stole karty. 
- Leevanę – poprawił ją karczmarz. Wilczyca jedynie machnęła łapą. 
Poruszyłam nerwowo ogonem. Crane już pewnie czekał na mnie na zewnątrz. Nie miałam czasu na dłuższą rozmowę, nie wspominając o nauce gry. 
- Nie, dzięki. Może kiedy indziej. 
Torance wymieniła spojrzenie z Asem. 
- Och, dawaj. Co ci szkodzi? – Do rozmowy włączyła się Lind. Posłałam jej spojrzenie spod przymrużonych powiek, na co wilczyca zmarszczyła brwi. 
- Mam już plany. 
- Idziesz gdzieś z Cranem – Bardziej stwierdził, niż powiedział Asgrim. 
- Jeśli tak, to co w związku z tym? – spytałam, mimowolnie zaciskając zęby. 
Tori wyciągnęła w moją stronę łapę. Prawdopodobnie chciała mnie uspokoić z pomocą magii. Uchyliłam się przed nią tak gwałtownie, że omal nie wpadłam na sąsiedni stolik. 
Moja przyjaciółka już otwierała pysk, żeby coś powiedzieć, jednak przerwałam jej głośnym warknięciem. Czułam na sobie zdezorientowane spojrzenia reszty grupy. Pewnie nie wiedzieli, jak powinni zareagować na tę nietypową sytuację. Nie rozumieli całego tego konfliktu.
Mimowolnie zerknęłam na Lind, a moje serce nieznacznie zabolało. Wilczyca była jedyną osobą, która była na tyle blisko Crane’a, że mogła wiedzieć o wszystkim. A nawet o wielu innych rzeczach. Zacisnęłam mocniej zęby. 
- Bawcie się dobrze – warknęłam cicho i na tyle szybko, na ile pozwalały mi łapy, ruszyłam w stronę wyjścia. 
Przed drzwiami faktycznie już czekał na mnie Crane. Momentalnie całe zdenerwowanie zaczęło zanikać. Nikt nie potrafił mnie tak uspokoić swoją obecnością jak basior. A przynajmniej, kiedy chodziło o nerwy tego rodzaju.
- Przepraszam, że musiałeś tyle czekać – zawahałam się, nie wiedząc czy powinnam podawać powód, dla którego tak długo mnie nie było. Zacisnęłam powieki gotowa się odezwać, jednak nieświadomy tego samiec mi przerwał. 
- Nie szkodzi. Sam przed chwilą przyszedłem. 
Otworzyłam oczy, by zobaczyć, że uśmiechał się do mnie ciepło. Pewnie wziął moje zachowanie za objaw wstydu i chciał mnie uspokoić. Kochany. 

<c.d.n.>

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Od Joela "To nie wróży nic dobrego"

Maj 2024
Tego dnia wybrałem się wraz z chłopcami na spacer po okolicy. Miałem już upragniony komplet puszorków i smyczy, więc miałem większą pewność, że żaden z nich nie wpadnie na pomysł, aby niespodziewanie mi się wymknąć. Wszyscy szli spokojnie, oprócz Exana, który wlókł się na samym końcu. Z tym, że on już tak miał. Chciał pokazywać swoją niezależność... ale i tak wiedziałem, że nas kocha. Czy mu się to podoba, czy nie.
- Co chcielibyście dzisiaj porobić? - zapytałem.
- Tato, patrz! Tam jest jakiś ogród! - pisnął nagle Morti. Nieco zaskoczony skierowałem głowę w kierunku, który mi wskazywał. Rzeczywiście dopiero wtedy rzuciła mi się w oczy tabliczka z napisem "Królewski ogród" i wymalowanymi pięknymi kwiatami tuż obok. Zapuściliśmy się w okolice Białego Pałacu, więc właściwie powinienem się spodziewać, że możemy trafić na takie znalezisko. O dziwo nie pałętało się tam zbyt wiele osób... Wszyscy byli zbyt zajęci swoimi sprawunkami. Biegali od sklepu do sklepu.
Uśmiechnąłem się i spojrzałem na maluchy.
- Co wy na to?
- Wszystko jedno - wywrócił oczami Exan. Theo jak zwykle podzielił optymizm Moritego.
Rad z takich reakcji, postanowiłem ruszyć w tamtym kierunku.
Tabliczka była ukryta za jednym z dość bogatych i potężnych za razem domów. Im bardziej się zbliżaliśmy, tym więcej szczegółów widziałem, w tym również i straż. Zaniepokoiło mnie to trochę. Wejście do ogrodu było oddzielone od reszty miasta złotym płotem. Było tam coś ważnego? Przełknąłem ślinę, ale i tak postanowiłem zapytać. Do odważnych świat należy.
Pierwszy ze strażników był lisem, drugi zaś gepardem. Tak jak każdy strażnik tutaj, ubrani byli w ciężkie zbroje ze srebrnego tworzywa... może stali? W każdym razie jeden i drugi nie był szczególnie zainteresowany naszym pojawieniem się. Dopiero kiedy odchrząknąłem, łaskawie na mnie spojrzeli.
- Dzień dobry. Czy można odwiedzać ogród... ot tak? Aby pozwiedzać.
Wymienili spojrzenia, po czym znowu na mnie zerknęli.
- Można, ale trzeba zapłacić jak się coś wyniesie - powiedział gepard. Nie patrzył na mnie szczególnie przyjaźnie.
- Czyli są przeszukania, tak? Przy wychodzeniu - dopytywałem. Nie chciałem mieć później kłopotów.
- Tak. Zależnie od ilości towaru są określone ceny. Istnieje też spis roślin, których nie należy tykać oraz teren królewskiego ogrodu, do którego nie należy naruszać - mówiąc to, gepard dotknął łapą drewnianej tabliczki zamontowanej obok. Zacząłem się w nią wpatrywać. Nie można niszczyć drzew, ale można zbierać liście oraz to, co z nich spadnie. Naruszać krzewów, deptać trawy tam gdzie nie trzeba... oczywiste oczywistości. Zaraz potem starałem się zapamiętać te rośliny, które nazwano "Symbolami Białego Rodu", i których wyniesienie kosztowałoby mnie więcej niż jeden Bellos, ale jakoś w połowie się pogubiłem.
- Czy są jakieś ulotki z tym spisem? - uśmiechnąłem się koślawo. Spojrzeli na mnie jak na wariata.
- Nie? No dobrze - zaśmiałem się nerwowo - Chłopcy, idziemy. Musimy znaleźć jakiś ładny kwiatek dla mamy... albo kilka. Na pewno się ucieszy.
- Tak! - krzyknął Theo. Zaraz potem rzucił się naprzód. Rzuciłem jeszcze jedno przepraszające spojrzenie w kierunku straży, ale już stracili mną zainteresowanie. Szybko potruchtałem za synkiem, ciągnąc jednocześnie za sobą również Exana oraz Mortiego.
Co prawda widzieliśmy fragment ogrodu jeszcze nim tam weszliśmy, ale tak naprawdę był to tylko przedsionek tego, co mieliśmy tam zobaczyć. Im głębiej się zapuszczaliśmy, tym bardziej zarośnięty był, stwarzając tym samym efekt pięknego i za razem uporządkowanego chaosu. Jakkolwiek dziwnie to by nie miało zabrzmieć. Strach pomyśleć, że spora część z nich jeszcze nawet nie rozkwitła...
Nawet Theo zwolnił kroku, a Exan zdawał się być pochłonięty obserwowaniem przeróżnych roślin, które prawdopodobnie widział pierwszy raz w życiu. Ja właściwie też. Poznawałem czerwone róże, ale po krótkim przyjrzeniu się uświadamiałem sobie, że wcale nie mogły być różami. Pachniały raczej jak konwalie i miały fioletowe brzegi płatków...
- Mama chyba lubi czarne kwiatki - powiedział nagle Morti.
- Mama w ogóle lubi czarny - dorzucił Theo.
- To prawda - odpowiedziałem powoli. Domyślałem się, że poszukiwali już czegoś, co by jej wpadło w oko. Chyba po raz pierwszy wybrałem się z synami na poszukiwania takiego właśnie prezentu... Zwykle przynosili Yuki jakieś śmieci bez mojej pomocy.
***
Ostatecznie wyszliśmy z ogrodu z czymś, co strażnicy określili jako chaber czarci. Machnęli łapami na ustaloną opłatę i powiedzieli, żebym sobie wziął to za darmo, bo i tak rośnie jak chwast. Zapewniali, że nikt nie zauważy takiego ubytku, a nawet się im przysłuży. Właściwie nietrudno było wpaść na przyczynę ich tak doskonałego humoru, bo zalatywało od nich ostrą wonią alkoholu. Nie powiedziałem tego jednak chłopcom. Byli zbyt zajęci niesieniem prezentu dla mamy i spekulowaniem, jak zareaguje na niespodziankę.
– Pewnie nas pochwali! – ekscytował się Theo.
– A później wyrzuci to do kosza – wywrócił oczami Exan, na co Morti się oburzył.
– Nie wyrzuci!
– Właśnie! – poparł Theo.
– Zakład? – podjudzał Exan.
– Nie zakładajcie się o takie rzeczy – zmartwiłem się – Dopilnuję, żeby mama włożyła je do wazoniku... Kto wie, może mają jakieś magiczne zdolności? Możemy później iść do Kai'ego i najwyżej zasuszymy na później.
– I co z nimi zrobimy? – dopytał Morti.
– Może przyda się do warzenia eliksiru – Wzruszyłem ramionami – Albo nam, albo komuś to odsprzedamy. Z tego co mi wiadomo zapanowała moda na pałanie się alchemią.
– Alchemią? – powtórzył Morti.
– Robienie eliksirów i tak dalej... Nie mieliście tego w szkole? Chyba jest taki przedmiot.
– Nie – Potrząsnął głową – Będzie dopiero jak będziemy mieć... więcej lat. Czy tam miesięcy.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem. Akurat dochodziliśmy już do karczmy należącej do Elvina. Po przekroczeniu progu drzwi od razu dotarła do nas mieszanka gęstej aż woni piwa wymieszanej z zapachem gotowanego jedzenia. Pewnie akurat była przerwa na drugie śniadanie w niektórych zakładach pracy.
Zgrabnie wyminęliśmy wszystkie stoły, po czym wwlekliśmy się na pierwsze piętro.
Słysząc przyciszone głosy, zatrzymałem się tuż przed drzwiami naszego pokoju. Yuki miała gości? Nie zapowiadała mi tego. Jako, że był to męski głos moje serce zaczęło bić jak szalone. Choć wciąż miałem świadomość, że ze względu na wciąż działający Eliksir Miłości szansa zdrady była dość nikła, myśl o takiej możliwości mnie nie opuszczała.
Chłopcy zaczynali się niecierpliwić, więc nareszcie odważyłem się nacisnąć klamkę.
Yuki leżała na łóżku. Na krześle pod ścianą siedział z nogą na nogę Patrick, tutejszy lekarz. Rozmawiali ze sobą. W momencie, gdy otworzyłem drzwi, oboje na mnie spojrzeli. Nie wyglądali na szczególnie zaskoczonych, więc nieco się uspokoiłem. Najwyraźniej nie rozmawiali o niczym, czego nie powinienem wiedzieć.
– Coś się stało? – zapytałem, zmieniając się w człowieka i rozpinając puszorki synków. Natychmiast się rozbiegli. Przynieśli Yuki kwiatek, o którym do tej pory kompletnie zapomniałem.
Wadera nie spieszyła się z odpowiedzią. Pogłaskała chłopców, pochwaliła i odłożyła roślinę na stolik nocny. Doktor przyglądał się temu w milczeniu. Zupełnie jakby go tam wcale nie było.
– Cieszyłbyś się, gdybyśmy mieli więcej szczeniąt? – zapytała w końcu.
Uniosłem brwi. Spojrzałem na lekarza, ale jego mina nic zupełnie nie wyrażała.
– Tak, sądzę że tak.
– Z ilu?
Wypuściłem powietrze.
– Nie mów, że to kolejne trojaczki.
Uśmiechnęła się tajemniczo, ale ja już znałem odpowiedź. Nagle zrobiło mi się słabo. Musiałem przytrzymać się ściany.
– Wszystko w porządku? – zapytał ze spokojem doktor.
– Dajcie mi chwilę...

niedziela, 25 sierpnia 2019

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz, co się wydarzy" cz. 5

Styczeń 2024 r.
Po sali echem niósł się stukot ciężkich łap uderzających o posadzkę. Postać biegła naprawdę szybko. Król nie stanął przodem do posłańca, a jedynie obserwował odbicie jego sylwetki w szklanej podłodze. Był to Gabriel, najszybszy z jego poddanych. Jego długie ptasie nogi miarowo uderzały o ziemię, a długi dziób niemalże sięgał do czubków jego stóp. W momencie, gdy rozpostarł skrzydła, na podłogę opadło kilka ciemnych piórek.
– Królu! – krzyknął Gabriel. Dopiero wtedy Glory powoli obrócił się w jego stronę. Posłaniec zaczął zwalniać, aż w końcu całkiem przystanął. Dyszał niespokojnie, z trudem łapiąc oddech.
– Cóż się stało?
– Po mieście... niesie się wieść! Że ktosik chciałby na nas napaść i zająć tron. O, tak! – krzyknął, ponownie rozpościerając skrzydła. Król obserwował go bez większego zainteresowania. Gabriel pod wpływem jego iście morderczego spojrzenia pochylił głowę, jakby czyniąc pokłon.
– Zająć tron, powiadasz... – powiedział cicho Glory – Jak według ludu chciałby tego dokonać?
– Tego... tego już mi nie wiadomo, wasza wysokość.
– Skąd zatem ta parszywa wieść wypełzła?
– Z ust mieszczan, panie. Gadają od tym już od samego rańca, ale nikt nie wie, kto ją rozpuścił.
– Strażą straszyć próbowaliście?
– Ano, próbowaliśmy! Nic to nie dało, wasza wysokość. Dalej nic, a nic im nie wiadomo.
– To tyle, co wciągnąć zdołaliście?
– To wszystko, wasza znakomitość.
– Dobrze zatem – Król skinął głową – Możesz wracać do swoich obowiązków. Jeśli cokolwiek nowego dojdzie do twych uszu, lub uszu twoich przyjaciół, masz to natychmiast przekazać dowódcy straży – mówiąc to, wskazał za pomocą głową stojącego dotąd w milczeniu Patricka.
– Tak jest, wasza wysokość – powiedział Gabriel, a następnie skierował się do wyjścia. Tym razem już nie biegł, lecz jego krok nadal pozostawał żwawy. Glory odczekał, aż straż zatrzaśnie za nim drzwi, po czym zwrócił się do dowódcy straży.
– Musicie aresztować wszystkich potencjalnych spiskowców.
– Moi agenci się tym zajmą – potwierdził Patrick, patrząc pustym wzrokiem w przestrzeń.

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz, co się wydarzy" cz. 4

Koniec grudnia 2023 r.
Hitam zaczął zwalniać.
– Co tak wolno?! Nie masz już siły?! – krzyknął roześmiany Theodore.
Hitam zwiesił głowę.
– Nie, nie o to chodzi. Po prostu... Przepraszam, ale mam trudniejszy okres.
– Co się stało? – Theo nieco zmartwiony podszedł bliżej Alfy.
– Nic takiego... sprawy dorosłych. Nie jestem pewien, co powinienem zrobić w takiej sytuacji.
Maluch przekręcił głowę.
– Jakiej sytuacji?
Hitam spojrzał na niego przelotnie, a później zawrócił.
– Wiesz co? Odprowadzę cię do mamy. To był kiepski pomysł, abym miał się tobą teraz zajmować. Mam inne rzeczy do roboty...
Theo prychnął. Hitam udał, że tego nie usłyszał.
– Mamie też tak będziesz mówić? Żeby się nie wtrącała?
– Od kiedy jesteś taki mądry?
– Od zawsze! – krzyknął maluch, przyspieszając kroku. Znowu biegł. Hitam pokręcił głową ze zrezygnowaniem.
– Wiesz, że Suzanna trafiła do więzienia?
– Wiem! – odkrzyknął Theo, łapiąc tępymi ząbkami za jakąś wyschniętą gałąź. Wystawała z donicy na schodach czyjegoś domu. Nim zdążył szarpnąć za nią po raz drugi, Hitam chwycił go za skórę na karku i przeniósł o kilka metrów. Maluch westchnął z niezadowoleniem.
– No, Suzanna jest w więzieniu. I co dalej?
– To, że mam wyrzuty sumienia, że kazała mi zostać na wolności. Mamy zakaz spotkań, wobec czego nie wiem, czy powinienem wyprowadzić stąd watahę, czy może jeszcze zostać.
– Mnie się tutaj podoba – odpowiedział dumnie Theo.
– Naprawdę?
– Naprawdę!
Hitam pogrążył się w myślach..
– A mamie i tacie się podoba?
– Chyba tak – Szczeniak wzruszył ramionami.
– A innym członkom watahy?
– Chyba też.
***
Hitam siedział na stołku przy barze, obserwując jak Elvin uwija się nad przygotowywaniem posiłku. Zwieńczając swoje dzieło, zerwał listek bazylii z doniczki i dorzucił na sam czubek kupki ryżu z warzywami. Zaraz potem odstawił talerz tuż przed Hitama. Pachniało nieziemsko. Ochoczo wziął do ręki nóż i widelec.
– Smacznego – rzucił Elvin. Zatoczył koło palcem w powietrzu, a woda prysnęła z kranu za jego plecami, pieniąc się i pryskając we wszystkie strony, jednak nie przekraczając granicy zlewu. Talerze i kubki, wesoło szczękając, podnosiły się i opadały. Plamy brudu i zaschnięte resztki jedzenia schodziły z nich z zaskakującą łatwością.
Hitam patrzył na to jak zaczarowany tylko przez moment, ale zaraz potem zapach ryżu przypomniał mu o obiedzie. Zaczął jeść. Wciąż jednak pobieżnie obserwował zapracowanego karczmarza, który wyglądał, jakby nie zaprzątał sobie głowy niczym, prócz pracy. Hitam nabrał wątpliwości, czy warto mu przeszkadzać.
– Wszystko w porządku? – zapytał nagle Elvin. Hitam uświadomił sobie, że od dłuższej chwili lustruje go dość niepokojącym spojrzeniem.
– Tak, tak... Jest dobrze – Wbił widelec w kawałek gotowanej marchewki. – Tak sobie tylko myślałem... chyba masz wprawę w doradzaniu innym, prawda?
– Tak... sądzę, że tak – Elvin zaśmiał się krótko, nie przestając wycierać szklanego kufla – Choć też zależy o co chodzi.
– Gdybyś był Alfą watahy... Mojej watahy. Chyba ją znasz.
Elvin mu potaknął.
– Co byś zrobił, gdyby aresztowano twoją partnerkę? I nie patrząc na nią kazała ci odlecieć po zakończeniu zimy.
Elvin wypuścił z sykiem powietrze. Odstawił kufel.
– Trudna sytuacja – skomentował karczmarz. Hitam skinął głową, czekając na dalszy werdykt. – Sądzę, że powinno o tym zadecydować stado.
– Stado... – powtórzył pod nosem Alfa.
– Jeśli jednak dostała się na mniej niż rok, moglibyście poczekać.
Hitam potrząsnął głową. Zalała go kolejna fala rezygnacji. 
– Dziesięć lat.
Elvin otworzył usta w zdumieniu.
– Co jest, miśki? – wtrącił nagle jakiś żeński głos. Hitam obrócił w tamtą stronę głowę, poznając w kobiecie Florę.
– Jego żona dostała się na dziesięć lat do więzienia.
– Dziesięć? – powtórzyła Flora, unosząc brwi – Co ona zrobiła? Okradła jakiegoś magnata?
– Trochę spóźniła się z zarejestrowaniem watahy – objaśnił Alfa.
– Ach. No tak. Mają na tym punkcie bzika – zaśmiała się nerwowo księżniczka.
– Można chyba zapłacić jakiś wykup skracający odsiadkę – dorzucił Elvin.
– Można, można – potaknęła Flora, patrząc wyczekująco na Hitama. Przeszły go dreszcze.
– Nie mamy tyle Bellos.
Flora wyglądała na rozczarowaną.
– Może moglibyśmy się dorzucić? – wtrącił Elvin, cały czas obserwując księżniczkę.
– Nie, nie trzeba... – zaczął Hitam, ale Flora mu przerwała:
– Trzeba, trzeba. Słyszałam, że jakaś wasza koleżanka też ma odsiadkę.
– Lind – potwierdził Hitam jeszcze bardziej skwaszony.
– Same z wami kłopoty – Wywróciła oczami rozbawiona Flora – O tej rozróbie chyba słyszało całe miasto.
– Ja nie słyszałem – dorzucił Elvin.
– No to wszyscy, prócz ciebie – Wyszczerzyła się – Co powiesz na pięćset Bellos na wykup Lind i tej twojej żony?
– I drugie pięćset ode mnie – dorzucił karczmarz.
Hitam zbity z tropu spojrzał to na nią, to na niego.
– Naprawdę?
– Nie, na niby – zażartowała Flora. Odpięła brzęczącą sakwę zza pasa i położyła tuż przed Hitamem. – Później doniosę ci więcej. Tylko nie przewal na głupoty. – Mrugnęła do niego okiem.
– Głupio mi...
– Chcesz pozwolić, aby za takie bzdury kisiły się w więzieniu latami? – zapytał Elvin. Hitam potrząsnął głową. – W takim razie zaufaj nam, że to najlepsze wyjście.
– Dziękuję... – powiedział słabo Hitam. Ledwo widział przez napływające mu do oczu łzy.

sobota, 24 sierpnia 2019

Od Leah "Koniec koszmarów" cz. 4

Listopad 2023 r.
Oczywistym było, że musimy powybijać cieniste bestie jakimś szybszym i skuteczniejszym sposobem. Siły Lind regeneruje jej medalion, ale ja i (tak przynajmniej myślę) Ting w końcu się zmęczymy. Tantibusy powoli schodziły z porośniętych pleśnią ścian, niektóre wręcz zeskakiwały z sufitu. Tknęła mnie nagła myśl, odwróciłam wzrok w kierunku wyjścia z piwnicy, ale stwory już zdołały je zasłonić. Ciemna masa ich ciał tłoczyła się przy ścianach, czerwone ślepia błyskały zewsząd złowrogo.
Przyjęliśmy postawy obronne. Co śmielsze stwory zaczęły atakować, reszta z szaleńczym sykiem uskakiwała od światła. Sekundy mogły nas dzielić od zmasowanego ataku.
- Odejdą jeżeli zniszczymy to leże? - zapytałam towarzyszy.
- Nie liczyłbym na to - Ting dmuchnął w tą swoją czaszkę na patyku, posyłając tym samym strumień ognia w stronę z podpełzających bestii – W mieście mają stałe źródło pokarmu, nie odpuszczą tak łatwo.
Dwa Tantibusy z gardłowym warczeniem, przeradzającym się w odrażający ryk, skoczyły na mój grzbiet, usiłując mnie przewrócić. W odruchu odskoczyłam, szarpiąc łbem w bok. Jednego zrzuciłam uderzeniem wiatru, następnego przy drugiej próbie schwyciłam kłami za jedną z łap i odrzuciłam w stronę gromady. Powierzchowne rany na grzbiecie od ich pazurów dały o sobie znać dokuczliwym pieczeniem.
- Może spróbujemy je tu jakoś uwięzić? – podsunęła Lind, szybko spoglądając na praktycznie niewidoczne już wyjście z winiarni.
- Też odpada, piwnica może mieć inne wyjścia o których nie wiemy – ponownie kontrargumentował Odmieniec, uskakując przed atakującym go Tantibusem – Poza tym, chwilowo to my tu jesteśmy uwięzieni.
Spróbowałam zastąpić pesymistyczne określenie naszej sytuacji czymś weselszym. Nie udało mi się.
- W takim razie może ty masz jakieś sugestie? – niemal fuknęłam.
Ting nie odpowiedział.
Powoli zaczynało robić się nieprzyjemnie. Wszelkie pomysły jakie przychodziły mi do głowy szybko odrzucałam, w dodatku cieniste kreatury zmusiły mnie do niemal całkowitego poświęcenia uwagi walce z nimi. Na domiar złego pośród licznych zadrapań i niewielkich ran pojawiły się co najmniej dwie nieco poważniejsze. Niemal czułam jak siły powoli zaczynają mnie opuszczać. A może dramatyzuję?
Powaliłam łapą szarżującego Tantibusa, dla pewności wzmacniając jeszcze uderzenie wiatrem. Rozległ się trzask gruchotanej czaszki (o ile stwór w ogóle takową posiadał), a bestia legła bezwładnie, szybko niknąc pod łapami swoich byłych towarzyszy. Szczerząc kły wypatrywałam następnego napastnika, gdy kątem oka dostrzegłam Tinga wymachującego rozpaloną czaszką na patyku. Po twarzy, rzecz jasna, nie mogłam tego stwierdzić, ale odniosłam wrażenie, że Odmieniec usiłuje przekrzyczeć jazgot rozwścieczonych Tantibusów. Z marnym skutkiem. Szybko zerknęłam na Lind, zmagającą się z dwiema bestiami. Chyba próbowała postawić barierę między sobą, a kreaturami, albo odepchnąć je od siebie tą właśnie metodą, ale Tantibusy stale naruszały wichrowy mur, zanim ten zdołał się do końca ukształcić. Nić energii magicznej przebiegała naokoło całej naszej trójki, na razie rozbudowywana tylko na niewielkiej przestrzeni. Lind chciała nas osłonić?
To podsunęło mi pewien pomysł. Pojedynczym uderzeniem wiatru odepchnęłam od siebie najbliższe potwory i zaczęłam kształtować własną barierę tuż przed tą stworzoną przez Lind. Tantibusy mi także uniemożliwiły jej ukończenie i mogły niemal tak samo swobodnie jak wcześniej przez nią przebiegać, ale zmusiłam je do stałego jej rozpraszania, tym samym znacząco odciążając drugą barierę. Gdy wadera przestała odczuwać opór, w kilkanaście sekund dokończyła swój wietrzny mur. Czarne postacie runęły na niego mglistą falą, wściekle sycząc i ujadając. Dla całkowitej pewności chwilowego bezpieczeństwa przywróciłam swoją barierę, tym razem od wewnętrznej strony. Obie linie dzielące zlały się ze sobą, dając nam niemal pewność, że Tantibusy ich nie przerwą.
- Znalazłem kolejne przejście – natychmiast zaczął Ting. – Niemal na pewno prowadzi gdzieś w pobliże głównej bramy.
Nawet nie próbowałam się domyślić jak i kiedy udało mu się to stwierdzić.
- Awaryjna droga ucieczki? – Lind nadstawiła uszu.
- Tak myślę – Odmieniec obrzucił spojrzeniem półprzezroczystą, falującą ścianę, zalewaną przez czarne istoty - Zróbcie coś wielkiego, coś, co niekoniecznie wykończy wszystkie, ale je wystraszy. Jeśli to rzeczywiście tunel prowadzący na powierzchnię, uciekną do niego. Wtedy Srebrzysta wyśle do muru Dzięcioła, a my jeszcze dla pewności je pogonimy. Jeżeli zostaną, trzeba będzie wykończyć wszystkie tutaj.
Plan Tinga brzmiał o wiele lepiej niż perspektywa walki aż do ostatniego Tantibusa (albo ostatniego z nas). Utrzymywanie barier było coraz bardziej męczące.
- Wicher nie zda się na wiele w zamkniętym pomieszczeniu – spojrzałam na Lind. – Coś przychodzi ci do głowy?
- Coś dużego, co nie będzie po prostu wiatrem... - wadera obrzuciła barierę spojrzeniem, jakby szukając w niej podpowiedzi.
Podążyłam za jej wzrokiem. Nasze wspólne dzieło stale wymagało wzmacniania przez silne podmuchy od wewnątrz, które skutecznie odpychały nacierające Tantibusy. Porywy zawracały w miejscu, w którym koliście wokół nas przebiegała linia mocy. Rozbijając się w tym miejscu zawracały i przez krótką zmagały się z siłą następnych i następnych, tworząc maleńkie, srebrzyste wiry...
Niemal jednocześnie ja i moja przyjaciółka spojrzałyśmy po sobie, szukając potwierdzenia. Telepatycznie przesłałam jej i Tingowi propozycję jak cała operacja ma wyglądać. Wadera potaknęła krótko, a Odmieniec wskoczył na jej grzbiet. Natychmiast wzięłyśmy się do roboty. W kilka sekund rozproszyłyśmy barierę i obie przywołałyśmy skrzydła wiatru. Momentalnie poczułam jak jednocześnie uderza mnie ulga i zmęczenie po dość nietypowym wysiłku. Miałam wielką nadzieję, że wystarczy mi sił, by wprowadzić w życie nasz plan.
Gdy Tantibusy przestały odczuwać opór, natychmiast wpadły gromadą do środka koła. W miarę wznoszenia się dostrzegłam parę stworów pełznących po ścianach. Jeszcze chwila zwłoki i zaatakowałyby od góry. Zatrzymałam się w oddalonym od mutantów miejscu i przymknęłam powieki. By wykonać swoje zadanie, musiałam poświęcić mu całą swoją uwagę. Powietrze w piwnicy było stare i zatęchłe, ale wyczułam kilka większych „przecieków" z zewnątrz. Mogły okazać się niezbędne.
Plan zakładał utworzenie dwóch wirów przez sam ruch powietrza. Prawdziwego tornada pod ziemią nie utworzymy, ale „wicherki” powinny wystarczająco przerazić Tantibusy, oczywiście o ile w ogóle uda nam się nadać im odpowiednio dużą siłę. Po kilku chwilach moc zaczęła działać. Na początku niewielkie ilości powietrza z sykiem zaczynały wpadać jedną luką, a wypadać drugą. Zjawisko zaczęło przyspieszać, w końcu całe masy krążyły pomiędzy wylotami na powierzchnię, a pomieszczeniem. Kiedy huk narósł tak, że musiałam stulić uszy, odcięłam piwnicę od swoich wyrw. Otworzyłam oczy.
Dwie niemal niewidoczne trąby powietrzne wirowały naokoło siebie, roznosząc po całym pomieszczeniu zalegający po kątach zapach wina. Ryk nie był nie do zniesienia, ich siła nie była nawet porównywalna z dziełami natury, ale okazały się nadspodziewanie skuteczne. Ciskały syczącymi przeraźliwie Tantibusami po całej piwnicy. Wiry rzucały nimi od ściany do ściany, bestie panicznie chwytały się wszystkiego, co tylko się do tego nadawało. Cienistych stworów zaczęło ubywać. Kiedy zostało już zaledwie parę, wiry niewzmacniane dłużej samoistnie zaczęły słabnąć, by w końcu całkiem zamrzeć. Wylądowałam na starej posadzce i momentalnie ugięły się pode mną łapy. To był chyba mój największy wyczyn z wykorzystaniem mocy wiatru i byłam dosłownie wykończona. Ale udało się.
Po pewnym czasie dotarliśmy w okolice granicy miasta i z lotu ptaka bardzo szybko udało nam się dostrzec umykające w cieniu murów Tantibusy. Arkan leciał ponad stadem, z przeszywającym sykiem pikując w stronę gromady i traktując ją imponującym splunięciem ognia.
Raczej nie powrócą tu prędko.

Uwagi: brak.