piątek, 6 września 2019

Od Crane'a "To nie był błąd" cz. 1 (Cd. Edel)


Czerwiec 2024
Podjąłem ostateczną decyzję w sprawie związku z Edel. Po bezsennej nocy i godzinach rozmyślania, wreszcie zrozumiałem, jakie jest moje stanowisko. Naprawdę chcę, żeby każdego dnia ta wadera była u mojego boku; chcę byśmy sobie nawzajem przysięgli wierność. Fakt, narażałem w ten sposób swój plan na bycie partnerem samicy o wysokiej randze, ale pozostałe pozytywne strony związku wyciszyły ten jeden głos przeciw. Dlatego kiedy tylko słońce wstało, pobiegłem do Edel. 
Po sekundzie stanąłem pod jej drzwiami. Uniosłem łapę, ale wtem w mojej głowie pojawiało się pytanie: "Co z moimi sekretami?". Na to jednak odpowiedź była prosta - "Dotychczas zdołałem je ukryć przed wszystkimi w watasze, więc i teraz podołam zadaniu".
Zastukałem parę razy i sam otworzyłem sobie drzwi, by moja ukochana nie musiała wstawać. 

Wrzesień 2024
Po wielu sporach pośród członków watahy, wreszcie podjęto decyzję o opuszczeniu Białego Miasta. Niewykluczone, że raz na zawsze. Pobyt ostatecznie przedłużył się o całe pół roku. Z początku myślałem, że miało to jakiś związek z terminami wypuszczenia Lind i Suzanny, jednak nie udało mi się potwierdzić tej teorii. Koniec końców tylko jedna z nich wyszła z więzienia przed odlotem stada. 
Był jednak jeden powód, dla którego nie byłem całkowicie zachwycony wiadomością, że już wyruszamy. Tym powodem była moja ukochana Edel. Z upływem czasu słabła w oczach. Miałem absolutną pewność, że męcząca droga nie jest wskazana komuś tak ciężko choremu. Ale co nam pozostało? Alfa miałby zgodzić się na odwlekanie podróży ze względu na jednego członka stada? Nie trzeba było czegoś takiego proponować, żeby znać odpowiedź. Do tego coraz mniej wierzyłem że stan mojej partnerki ulegnie poprawie na tyle, by miała dość sił. 
Pozostanie na miejscu jednak też nie było opcją. Prawda, nadal miałem Naszyjnik Pożywienia, więc nie musielibyśmy się martwić o ceny jedzenia. Jednak nadal pozostawały koszty noclegu. Po tym, jak wydałem wszystkie Bellos na wykup Lind (z perspektywy czasu może nie był to aż tak dobry strategicznie ruch), nie miałbym z czego płacić. Zresztą... im dłużej przebywałem w Białym Mieście, tym bardziej się martwiłem, że w końcu każdego z nas wsadzą do więzienia pod byle jakim zarzutem. Od jakiegoś czasu na ulicach pojawiało się coraz więcej straży. Stosunkowo często trzymali jakiegoś wierzgającego obywatela. 
Tak więc, nastał dzień w którym po raz ostatni przeszliśmy przez wielką, białą bramę. Edel szła tuż obok mnie. Czasem potykała się, ale za każdym razem zdążyłem ją złapać. Dotarliśmy na polanę, gdzie czekały smoki. Diligitis ze względu na swoje niewielkie rozmiary z łatwością przecisnęła się między swoimi pobratymcami, by wyjść nam na spotkanie. Prawie zapiała z radości, jak dowiedziała się, że jesteśmy małżeństwem.
- Wiedziałam, wiedziałam! - zakrzyknęła, unosząc pysk ku górze. Z jej nozdrzy wyleciały kłęby pary. - Wiedziałam, że tak będzie!
Smoczyca chwilę tańczyła w miejscu. Potem przypomniała sobie o swoim zadaniu jako przewoźnika i położyła się na brzuchu, żeby łatwiej było nam wsiąść. Tak jak dawniej, pozwoliłem swojej ukochanej wejść po mnie. Następnie i ja wskoczyłem na grzbiet Diligitis. Smoczyca rozłożyła skrzydła i po krótkim rozbiegu, zaczęła zbliżać się do swoich krewniaków, już kołujących nad polaną. Nachylenie lotu sprawiło, że nasza dwójka była przyciśnięta do spakowanego kosza, znajdującego się za nami. Diligitis nadal była w doskonałym humorze, więc leciała naprawdę szybko. Nigdy nie spodziewałbym się po niej takich prędkości. To jednak sprawiło, że zimny wiatr był jeszcze bardziej dokuczliwy. Edel przysunęła się nieco bliżej mnie. Niestety nie miałem niczego, czym dałoby się ją szczelnie okryć. Postanowiłem, że już na pierwszym postoju znajdę kogoś, kto mógłby nam coś pożyczyć.
- Hej! Crane! - usłyszałem nagle. 
Rozejrzałem się za źródłem tego głosu. Dostrzegłem, że całkiem blisko Diligitis szybował Passer. Pośród wilków znajdujących się na jego grzbiecie, jedna wadera stała prosto. Była to Lind. Spoglądała teraz w naszą stronę. Po chwili przeskoczyła nad głowami swoich przyjaciół, pobiegła po naprężonej błonie długich skrzydeł Passera i wzleciała w powietrze na własnych, powstałych z wiatru. Wkrótce wadera dotarła bliżej do naszego przewoźnika. Kiedy szybowała już tuż nad Diligitis, znów się odezwała:
- Nie miałam okazji ci podziękować, Crane - Utworzyła barierę od silnego wichru między sobą, a grzbietem smoka, na którym siedzieliśmy. Miało to ułatwić nam rozmowę na tej wysokości. - Dopiero teraz dowiedziałam się, ile Bellos wydałeś na mój wykup. 
- Nie ma sprawy - odparłem z uśmiechem. - Czego się nie robi dla przyjaciół.
- Jestem twoim dłużnikiem - wyszczerzyła zęby Lind. 
Trzymam za słowo, trzymam za słowo. Dobrze, że mamy świadków tej rozmowy. 
Biała wadera zakręciła się w locie parę razy wokół własnej osi, po czym zaczęła pikować w dół. Następnie zahamowała i wróciła bliżej Passera. Pewnie jak skończymy kołować w oczekiwaniu na pozostałe smoki, nie będzie jej tak łatwo dotrzymać kroku naszym przewoźnikom. 
Pomyślałem, że w przyszłości względy samicy Beta mogą być bardzo, ale to bardzo przydatne. Nie wiem, jakim cudem Lind tak często przyjmuje ten tytuł. Wtedy przypomniało mi się, iż obok mnie siedzi ktoś z niewiele mniej ważnym stanowiskiem. Niedawno okazało się, że moja najcudowniejsza Edel została Gammą. Co za tym szło, JA zostałem samcem Gamma. Pamiętam swoją wielką radość, kiedy się o tym dowiedziałem. Wtedy miałem już absolutną pewność, że ten ślub nie był błędem. Do teraz nie zmieniłem zdania. 
Zbliżyłem pysk do Edel i polizałem ją w policzek. Samica zachichotała. 
- Aż taka słodka jestem, że musisz mnie całować przynajmniej raz na godzinę? 
- Jeszcze słodsza - odparłem. - Ale niestety muszę być oszczędny. 
Wadera zaśmiała się jeszcze głośniej. Diligitis już zwolniła, więc wiatr już trochę mniej nam doskwierał.

<Edel?> 


Uwagi: Piszemy "zresztą", nie "z resztą".

czwartek, 5 września 2019

Od Lind "Prawa i obowiązki Strażnika"

Lipiec 2024
Przez następne dni nie wychodziłam z zajazdu. Nawet nie wystawiałam nosa za drzwi swojego pokoju. Trudno było mi w ogóle wstać z posłania. Byłam już wolna, z dala od tamtej strasznej celi, ale nie czułam się tak samo, jak przed paroma miesiącami. Teraz ogarniało mnie poczucie beznadziei, przygnębienia i obojętności. Nie miałam na nic siły. Jadłam niewiele więcej niż w więzieniu, zmuszałam się do picia. 
Moi przyjaciele przychodzili czasem zobaczyć, jak się trzymam. (Raz przyszedł Crane wraz z Edel. Później dowiedziałam się, że kiedy mnie nie było, zostali małżeństwem.) Ja jednak nadal nie miałam ochoty na odwiedziny, ani na rozmowy. Odpowiadałam na wszystko krótkimi pomrukami albo wcale. W ten sposób upłynął pierwszy tydzień od mojego powrotu. Przynajmniej czas między wschodem, a zachodem nareszcie płynął szybciej. 
Pewnego dnia Ting postanowił sprawdzić, czy może tym razem uda mu się mnie czymś zainteresować. Podszedł do mojego posłania i zaczął rozmowę:
- Pierzasta, może chciałabyś coś przeczytać? - zaproponował. - Pewnie ci tego brakowało. 
Nie ruszając głową, spojrzałam w stronę Odmieńca. 
- Co masz? - spytałam po chwili. 
- Trafiłem w Królewskiej Bibliotece na... 
- Nigdzie nie pójdę - westchnęłam cicho, przymykając oczy. Moje nikłe zainteresowanie tematem zarzuconym przez Strażnika Wichury, zniknęło zupełnie. Nie było mowy, bym wyszła na miasto. 
- Spodziewałem się tego - oznajmił Ting. - Dlatego przyniosłem ci kopię. 
Otworzyłam z powrotem oczy i przekręciłam głowę w jego stronę. Skąd on mógł wziąć kopię czegoś, co znajdowało się w Bibliotece pałacu? Przecież wszystkie moje Bellos zostały przekazane straży, w zamian za wczesne zwolnienie z więzienia.
Odmieniec położył obok mnie na łóżku stertę kartek. Każda miała z lewej strony arkusza dwie dziury, przez które poprowadzono sznurek. W ten sposób wszystkie były połączone w jeden, nieco wygnieciony tom. 
- Jak to zdobyłeś? - przejechałam wzrokiem po stercie papieru. 
- Z Królewskiej Biblioteki nie można niczego wynosić, więc po prostu przepisałem całą książkę - odparł Ting. 
- Specjalnie dla mnie...? - Otworzyłam pyszczek ze zdziwienia. 
Podniósłszy głowę, dostrzegłam, że na pierwszej stronie istotnie widniało pismo Tinga. Tymczasem Odmieniec zerknął w bok, a następnie z powrotem na mnie. 
- Chciałem ci to przynieść wcześniej, Pierzasta... - mruknął. - Ale nawet mnie nie wpuścili do ciebie - przyznał, nieco ciszej. 
Opuściłam nieznacznie uszy. Więc istotnie chciał mnie odwiedzić. Nie powinnam była w to w ogóle wątpić. 
- Przeczytaj. Treść jest naprawdę ciekawa - Podsunął stos kartek bliżej mnie.
Skinęłam głową. Powoli wstałam do pozycji siedzącej. 
- Ja pójdę znaleźć ci coś do jedzenia - oznajmił Odmieniec, idąc w stronę drzwi. - A, właśnie - zatrzymał się. - Przy czwartym rozdziale jest coś, co może cię zainteresować. Tylko zapoznaj się z resztą, bo nic nie zrozumiesz. 
Potem zniknął w korytarzu. Chwilę patrzyłam w szparę między framugą, a drzwiami. Zostałam sama w pokoju. Warto wspomnieć, że od niedawna Baldor przenosił się czasem na parter zajazdu; tak samo było i dzisiaj. 
Przejechałam wzrokiem po pomieszczeniu Zauważyłam, że szafka nocna była przysunięta bliżej łóżka, niż zanim zniknęłam. Dostrzegłam też w kącie jakiś nowy przedmiot - małe, błyszczące pudełeczko. Prawdopodobnie kolejne trofeum Odmieńców z gry w pokera. 
Sięgnęłam wiatrem po wspomniany przedmiot. Kiedy wylądował obok mnie, obróciłam go parę razy w łapach. Pudełko nie miało zamka, jedynie małą blokadę, którą wystarczyło nacisnąć. Kiedy ją zwolniłam, nagle rozległa się przepiękna cicha muzyka. Wsłuchana z zachwytem, zaczęłam się zastanawiać, czy gdzieś już nie spotkałam się z takim "grającym pudełkiem". Brzmienie urządzenia tego typu było bardzo charakterystyczne. 
Po chwili zamknęłam małą, błyszczącą szkatułkę; tym samym przerywając muzykę. Odłożyłam przedmiot na szafkę. Obiecałam sobie, że jeszcze do niego wrócę, jeśli żaden Odmieniec nie będzie miał pretensji, że w ogóle ruszałam ich zdobycz. 
Zwróciłam oczy z powrotem na "książkę". Przewróciłam nieco rozmazaną, prowizoryczną kartę tytułową i zaczęłam czytać. Ting wrócił parę minut później, zanim w ogóle skończył się poemat na wstępie. Odmieniec niósł w łapach kawał mięsa. Kiedy tylko przekroczył próg, poczułam, że to sarnina. Odłożyłam gruby tom na bok i zeszłam bez pośpiechu z posłania. Nie byłam głodna, ale z rozsądku zaczęłam jeść. Odmieniec przycupnął nieopodal, przyglądając się mi. Już po paru kęsach poczułam się syta. Wtedy podniosłam głowę i spytałam mojego towarzysza:
- Dlaczego strażnicy nie wpuścili cię do więzienia? 
- Powiedzieli, że muszę zostawić plecak, naszyjnik i czaszkę. Nie mogłem tego zrobić - odparł, patrząc w jakiś nieokreślony punkt w przestrzeni. 
Zrobiło mi się przykro. Ewidentnie moja mowa ciała zdradziła to, bo po chwili Odmieniec znów się odezwał:
- Nie możesz mieć do mnie żalu, Pierzasta. Są decyzje, których jako Strażnik Wichury nie mogę podjąć.

Uwagi: brak.

środa, 4 września 2019

Od Magnusa "Groźba pamięci" cz. 1

Wrzesień 2024 r.
Obudziło mnie poruszenie w ciszy.
Uniosłem łeb z łap i rozejrzałem się. Zdecydowana większość wilków i smoków już dawno odpłynęła w sen. Tych, którzy jeszcze nie posnęli wyczułem gdzieś dalej, błądzących albo rozmawiających ze sobą półgłosem. Miałem jednak wrażenie, że to nie oni mnie zbudzili. Wysoko ponad śniącym stadem wisiał łuk klifu, rozświetlany nikłą poświatą księżyca. Dół masywnego wzgórza na którym się zatrzymaliśmy porastał gęstniejący las, stygnące powietrze rozpraszał ciepły wiatr, napływający z południa. Nic poza nierównymi oddechami nie zakłócało spokoju tego miejsca.
Dźwignąłem się na łapy, nie bez trudu. Od jakiegoś czasu gdy tylko z nieba znikały chmury, nie czułem się najlepiej. Jakby na przekór moim przeczuciom, że gdy ponownie ujrzymy słońce, trochę odetchnę. Odszukałem wzrokiem Cess i młodego basiora na okresie próbnym, również lecącego na Illae, z którym nie miałem jeszcze okazji porozmawiać. Wadera drzemała w najlepsze w pobliżu niebieskiego smoka, a wilk (Alexander?) spoglądał w nocne niebo. Nie zwrócił na mnie większej uwagi. Nie chciałem go zaczepiać, nie wyglądał na zainteresowanego rozmową. Nawet mi to odpowiadało, bo o moje uszy znowu obiło się to samo wrażenie na pograniczu dźwięku i przeczucia. Wolałem to sprawdzić. Najlepiej sam.
Z uszami postawionymi na sztorc ruszyłem w dół zbocza, niemal się nie zsuwając. Było tak stromo, że co jakiś czas musiałem przystanąć przy jakimś nieugiętym wystąpieniu terenu, jak skała czy drzewo. Wtedy jeszcze nie zastanawiałem się nad tym jak w ogóle wrócę i co w zasadzie strzeliło mi do łba, by pakować się na dół.
Poruszenie to znikało, to wracało, raz gdzieś przede mną, a raz niemal u szczytu wzgórza. Gdy schodziłem coraz niżej, wrażenie też się przemieszczało, zupełnie tak, jakby to ono podążało za mną. Na tą myśl dreszcz przebiegł mi po plecach. Niemal ślizgałem się po trawie, by zachować w miarę szybkie tempo, nie przystawałem już. Coś albo śledziło mnie, albo na odwrót. Może nawet nawzajem deptaliśmy sobie po piętach, ale w takiej sytuacji raczej tajemniczy prześladowca miałby przewagę. Zerknąłem za siebie. Skarpa narosła do rozmiaru góry, teren powoli opadał, a drzewa gęstniały. Nie ma mowy bym teraz zawrócił. Niepokojący byt przemieszczał się znacznie sprawniej ode mnie, a wolałbym nie stawiać mu czoła w miejscu z którego może mnie zepchnąć z łatwością zabrania dziecku lizaka.
W pewnym momencie przystanąłem, nieco skołowany. Pojawiło się coś jeszcze – dzika, ostra woń, od której w głowie mi zawirowało. Dziwne wrażenie drżenia w głębi piersi, rozchodzące się po łapach i wzdłuż kręgosłupa, jakby mnie otumaniło. Postawiłem jeden, dwa kroki i niemal upadłem. Ten zapach... niebezpieczny, przytłaczający i stary jak cała moja pamięć. Nagle tak bardzo go zapragnąłem, pomimo rozpaczy jaką zaczął mną szarpać. Nie rozumiałem go, nie wiedziałem skąd pochodził, gdzie było jego wytęsknione źródło. Poczułem się jakbym wpadł do wody, powoli stracił oddech i osunął się w mrok. Gdzie to jest?
Zjeżyłem się, zmiażdżony przez falę strachu z okrytej mgłą przeszłości, a cały świat przez moimi oczami zapadł się w sobie, w czymś, czego nie widać, bo doskonale wiedziałem skąd znam tę woń.
– Hej, dlaczego za każdym razem jak cię widzę, to odlatujesz?
Mignęło ogniste futro, a potem rozbawione zielone spojrzenie. Zanim dotarło do mnie jak bardzo nie na miejscu jest obecność Einara, już stałem o własnych siłach i wychodziłem z szoku, gdy rudzielec, w swojej ludzkiej postaci, przypatrywał mi się wesoło. Dziwne wrażenie sprzed paru chwil zamazało się, a niepokojący zapach zniknął, zastąpiony przez swojską, zalatującą dymem woń mojego starego przyjaciela.
Zniknęło.
– Skąd ty tutaj…
– Ma się swoje sposoby, a obiecałem ci przecież, że pogadamy. – Einar zachwycony jak dziecko, które po raz pierwszy zobaczyło spadające gwiazdy, zmierzwił moje futro, na co fuknąłem niechętnie. – I tak się składa, że kogoś jeszcze szukam, ty byłeś drugi w kolejności, ale plany trochę się zmieniły.
– Kogo? – odsunąłem się od Rudego, gdy znowu spróbował mnie pogłaskać.
– A pamiętasz tę laskę, co świrowała na twoim oddziale?
– Coś mi świta. – przyjrzałem mu się sceptycznie, szukając na jego twarzy jakichś oznak tego, że zaraz zniknie, a ja się obudzę. – Jej imię zaczynało się na A.
– Ta, no, głupia sprawa – zaśmiał się. – A wtedy cię okłamałem, nazywa się Nora.
– Chyba nie rozumiem.
– Postrzeliła cię, stary.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Od Lind "Już dobrze, Pierzasta"

Koniec czerwca 2024
Usłyszałam szczęk metalu. Był to jeden ze stosunkowo rzadkich odgłosów; szczególnie w tej części więzienia. Tak więc, odrobinę zainteresowana, podniosłam uszy, a następnie uchyliłam napuchnięte powieki. Dostrzegłam przed sobą strażnika więziennego. Stał przed moją celą. Jednak jego postać była wyjątkowo wyraźna, jak na coś, co znajdowało się za kratami. 
Moment... On nie jest za kratami.
Zamrugałam oczami. Pomyślałam, że to znów halucynacje. Jednakże, jak podniosłam wzrok z powrotem na znaną sylwetkę, nic się nie zmieniło. Strażnik stał w drzwiach celi, nie za nimi. 
D... dlaczego? 
- Wstawaj - rzucił.
Wykonałam polecenie, chociaż obejmujące całe ciało bóle nie ułatwiały tego zadania. Kiedy wreszcie stanęłam stabilnie na wszystkich czterech łapach, strażnik znów się odezwał: 
- Idziemy.
- Dokąd? On też idzie? - zwróciłam wzrok na Freeze'a. 
Przecież w oczach władz byliśmy tak samo winni i mamy odbyć tę samą karę. Czemu więc jego cela była zamknięta? 
- On zostaje - burknął bez wyrazu postawny samiec. 
- Jak to? - wydusiłam, nadal wpatrując się w basiora. 
Nie otrzymałam odpowiedzi. Strażnik jedynie skinął głową w kierunku, w którym miałam iść. Z opuszczonym ogonem ruszyłam przed siebie. Miałam wrażenie, że znam ten korytarz. Jednak nie pamiętałam, dokąd prowadził. Mijałam kolejne cele identyczne z moją. Jednocześnie zachodziłam w głowę, co mnie teraz czeka. 
Gdyby miała to być kara śmierci, raczej nie zwlekaliby z tym całe miesiące. Nie, to niemożliwe.
Nie wiedziałam kompletnie, jak powinnam się zachować. W celi wszystko było proste; siedzisz, jesz i śpisz. A teraz? Co mam robić teraz?
Zatrzymaliśmy się za zakrętem korytarza. Stało tam coś na kształt biurka. Siedział za nim jakiś kotowaty humanoid. Zapytał mnie o imię. Zawahałam się. W Białym Mieście kazano mi używać trochę innej formy. Dopiero po chwili odnalazłam ją w pamięci: 
- Lind Gale, Córka Niczyja - odparłam. 
Wszystkie wilki z watahy, które nie znały rodziców przedstawiały się tu jako "synowie i córki niczyje". Reszta podawała imiona rodziców, albo chociaż jednego z nich. Pojedynczy członkowie (najczęściej wilkołaki) szczyciły się "nazwiskiem", chociaż według mnie te było trudniej zapamiętać. 
Humanoid przekartkował grubą księgę, która leżała na jego biurku. Mamrocząc coś pod nosem, przeglądał drobno rozpisane imiona i tytuły. Wkrótce znalazł to, czego szukał. Wówczas wstał z miejsca i poszedł w korytarz, znajdujący się za nim. Spojrzałam na towarzyszącego mi strażnika, jakbym czekała na podpowiedź, co mam robić. Nawet nie drgnął, więc uznałam, że należy po prostu poczekać.
Wkrótce kotowaty wrócił, niosąc coś w łapach. Przez kiepskie oświetlenie w tym korytarzu i napuchnięte oczy, dopiero z bliska rozpoznałam, co to było. Humanoid położył na biurku moją wypchaną torbę i Medalion Nieśmiertelności. 
Jeszcze bardziej zdezorientowana spojrzałam temu osobnikowi w oczy. Gestem łapy dał mi znak, że mam pełen dostęp do tych rzeczy. Wtedy już bez namysłu dopadłam moich własności; natychmiast narzuciłam torbę i założyłam Medalion na szyję. Ból mięśni, kości, głowy i oczu momentalnie zniknął. Kiedy skończyłam odbierać z powrotem to, co mi wtedy zabrali, strażnik więzienny ruszył dalej w drogę. Poszłam oczywiście za nim. Zaczęliśmy wspinać się po stromych schodach. Nagle moich oczu sięgnęło światło. Promienie słoneczne w pełnej okazałości. Z szoku aż zatrzymałam się na chwilę. Świat zewnętrzny... Jest tak blisko. 
Towarzyszący mnie wilk wyprowadził mnie na ulice miasta. Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę tutaj jestem. Wszystko wydawało się być takie wielkie, a powietrze takie lekkie. Obejrzałam się na strażnika, jakbym oczekiwała potwierdzenia, że naprawdę jestem wolna. Wtedy on nałożył sobie na szyję jakiś wisior i położył na nim łapę. Wymruczał jakieś zaklęcie. Rozpoznałam jedno słowo, które w wielu językach oznaczało "wiatr". 
Wtem poczułam chwilowe osłabienie. Nogi ugięły się pode mną; prawie upadłam na twarde podłoże. Następnie przez chwilę ogłuszył mnie narastający, wszechobecny szum; bliskie i naprawdę odległe dźwięki. Po raz kolejny nie mogłam uwierzyć w to, co się działo. Moje moce wróciły! Wróciły! 
Podniosłam wzrok na basiora. Ten jeszcze chwilę się we mnie wpatrywał, po czym wrócił do fortyfikacji, z której właśnie wyszliśmy i zniknął. Zostałam sama. Na wolności. 
Przymknęłam oczy. Czy to sen? To wszystko wydaje się być zbyt prawdziwe, jak na nocne urojenie. Wszystko wygląda na autentyczne! Powoli podniosłam powieki. Nadal byłam na zewnątrz. Tak... Tak... Jestem na zewnątrz. 
Jakby moja radość nie mogła być jeszcze większa, wówczas usłyszałam znajomy głos. Ten, którego najdłużej nie słyszałam:
- Pierzasta! To naprawdę ty! - ryknął Ting. 
Odmieniec znikąd przybiegł do mnie i przycupnął obok. Parę razy przejechał łapami po moim pysku, jakby też nie był pewien, że to się faktycznie dzieje. Zaczęłam płakać. Objęłam mojego przyjaciela łapami i mocno uściskałam. Nie opierał się.
- Lind, wróciłaś! - Moich uszu dobiegł kolejny głos. 
Nie wypuszczając Strażnika Wichury, zaczęłam rozglądać się za tą kolejną osobą. Przez łzy dostrzegłam, że parę metrów dalej stała Leah. A jeszcze dalej... Torance i Asgrim. Pozostali przyjaciele podbiegli do naszej dwójki. Lee pierwsza dołączyła do grupowego uścisku. Jednak siła jej łap to było już za dużo dla Odmieńca. Tak więc, Ting umknął kawałek dalej, zanim Tori z Asem także mnie dopadli. Słowa nie opiszą tego, jak wtedy się czułam. Płakałam jak bóbr i nie potrafiłam się uspokoić. 
Ruszyliśmy ulicą w stronę zajazdu. Przyjaciele najpierw zasypali mnie pytaniami, a kiedy zobaczyli, że nadal milczę, zaczęli mi opowiadać co się ostatnio działo. Jednakże niewiele z tego do mnie trafiało. W głowie huczało mi z emocji. 

***

Ting zdołał przekonać pozostałych, by zostawili mnie samą w pokoju. On najlepiej widział to, jak bardzo wykończona jestem. Wreszcie zamknął drzwi za rozemocjonowaną grupką wilków. Tymczasem ja już leżałam na wielkim, niemożliwie miękkim posłaniu. Kątem oka dostrzegłam, że Baldor - Drugi Strażnik, spoglądał w moim kierunku. 
- Dobrze cię widzieć żywą, Pierzasta - mruknął znacznie łagodniejszym tonem, niż bym się po nim spodziewała. Po tych słowach, zajął się znów sobą. 
Łzy nadal nie wyschły na moim pyszczku. Te wszystkie dawno zapomniane zapachy, dźwięki, widoki... To wszystko było tak daleko. 
Zwinęłam się w kłębek.
Ile czasu minęło? Ile czasu byłam oddzielona od świata? Nie wiem... Nie wiem... 
Wspomnienie celi nagle stało się nie do zniesienia. Mały, zimny kawałek przestrzeni pod ziemią, którzy przecież właśnie zostawiłam za sobą, stanął mi ponownie przed oczami.
Zaczęłam znów płakać. Medalion działał na ból fizyczny i tylko fizyczny. Nie działał na to, co teraz gryzło mnie od środka. Nie potrafił wymazać z mojej pamięci tych strasznych chwil, począwszy od spotkania z Freeze'm na placu. Położyłam uszy, cicho pochlipując.
Wtedy poczułam na swojej głowie delikatny dotyk chudej łapy Tinga. Otworzyłam oczy. Odmieniec stał przy łóżku. 
- Już dobrze, Pierzasta - powiedział cicho. - Już dobrze.

Uwagi: brak.

wtorek, 3 września 2019

Od Lind "Trzecia albo piąta doba" cz. 4

Styczeń 2024
Następne dni Freeze poświęcał nauczeniu mnie "dodawania" i "odejmowania". Polegało to głównie na zadaniach typu "Jeden wilk upolował dwa zające, kolejny cztery. Ile zajęcy mają razem?" oraz "Gospodarz miał w kurniku dwanaście kur. Lisy ukradły stamtąd osiem kur. Ile ptaków zostało gospodarzowi?". Na początku pomagałam sobie, licząc na palcach, ale wkrótce coraz rzadziej sięgałam po tę technikę. Zwłaszcza, że nie można było jej użyć na liczbach większych niż dwadzieścia. 
Nigdy nie wiedziałam, że mam konkretnie tyle palców. Ni mniej, ni więcej. Ciekawe odkrycie. 
Kilka dni później, mój sąsiad wreszcie wprowadził liczby powyżej setki. Znów musiałam wkuwać na pamięć nowe nazwy; tym razem kończące się na "-set". Na szczęście bazą nadal były numery od dwóch do dziewięciu; także poszło jeszcze łatwiej niż z liczbami z grupy "naście". 
Po jakimś czasie już w zupełności opanowałam tworzenie nazw wartości większych od stu. (Polegało to głównie na poprzedzaniu znanej liczby wyrazem "sto", "dwieście" albo "pięćset". Łatwizna.) Wówczas Freeze zapoznał mnie z pojęciem "mnożenia" i "dzielenia". Zadania robiły się coraz bardziej skomplikowane, ale nadal wykonalne. Wystarczyło dalej ćwiczyć. No i przede wszystkim nie zapomnieć nazwy żadnej liczby, co na początku (aż wstyd przyznać) zdarzało mi się całkiem często. 
Jak na ironie, skupiona na nauce matematyki, straciłam rachubę czasu. Przestałam zwracać uwagę na to, ile dni upłynęło odkąd tu jestem. Nie byłam pewna, czy Freeze zaczął przekazywać mi wiedzę na temat liczenia, tydzień, dwa, czy może cały miesiąc temu. Teraz przynajmniej miałam jakieś zajęcie, ale mimo to wszystkie chwile między wschodami i zachodami słońca zlewały mi się w jedno. 
Cela nic się nie zmieniła, odkąd tutaj jestem. Nadal była ciasna, zimna i niewygodna. Jedynym jej plusem było to, że z więzienia odprowadzano wszelkie nieczystości. Więc przynajmniej zapach był znośny. 
Znałam już każdy kąt przydzielonego mi kawałka przestrzeni. Nawet gdybym zamknęła oczy, byłabym w stanie wyminąć wiadro z wodą, miskę na jedzenie i stertę kości w kącie. Znalazłabym też na ślepo ubytek w ścianie z krat, przez który co dzień przekładałam wspomniane drewniane naczynie. 
Za każdym razem, jak mieliśmy przerwę od nauki (niezależnie czy przez nastanie ciszy nocnej, czy dlatego, że znów pożarłam się ze swoim nauczycielem) w mojej głowie roiły się na nowo różnorakie myśli. Najczęściej odwoływały się one do moich przyjaciół, watahy, a także Tinga. Najczęściej zatrzymywałam się nad wspomnieniami związanymi z tym Odmieńcem. Im więcej czasu tak spędzałam, tym częściej miałam przed oczami też jego "kuzyna" - Baldora. Co za tym szło, kontemplowałam także nad trzema artefaktami i Trzecią Strażniczką. 
Do tej pory nie miałam odwagi spytać Freeze'a, skąd w ogóle wiedział o Kamiennym Lesie. Nie dociekałam też kto teraz ma ten przedmiot, dokąd basior odesłał swoją "podwładną" i jaką część historii artefaktów naprawdę poznał mój sąsiad. Zasady, klucze, spadkobiercy... Zastanawiałam się, ile z tego będzie skłonny mi w ogóle zdradzić.
I tak zastanawiałam się, zastanawiałam... Kolejne godziny i dni... Ale nie mogłam się zebrać w sobie, by faktycznie zacząć którykolwiek temat. 


Początek marca 2024
Jestem zmęczona. Potwornie zmęczona. 
A przecież nic tu tak naprawdę nie robię. Ot, tkwię w miejscu. Śpię, jem, piję i znów śpię. 
Ewentualnie jeszcze od czasu do czasu rozmawiam z Freeze'm. Dotychczas głównym tematem naszych rozmów była matematyka. A kiedy to wreszcie się nam przejadło, zaczęliśmy prowadzić konwersacje o przeszłości. Dowiedziałam się wówczas, że Stary Juan nie żyje, mój wuj, a ojciec Freeze'a też, że Hasley zniknęła w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach... Słysząc te wieści zdałam sobie sprawę, iż ledwie już pamiętałam, jak te wilki w ogóle wyglądały.
Nikogo jednak nie zdziwiłby fakt, że wciąż przynajmniej raz na kilka dni dochodziło do kłótni między mną, a moim sąsiadem. Przy paru okazjach nawet współwięźniowie darli się, żebyśmy zamknęli już pyski. 
Co poradzę? Nadal żywiłam dozgonną urazę do tego basiora. 


Maj 2024
Słońce wschodzi i zachodzi. Wschodzi i zachodzi. Codziennie. 
Zegar bije i bije... Liczy godziny... Pierwsza, drugą, trzecią... I tak codziennie.
Strażnik chodzi tam i z powrotem... Tam i z powrotem... I tak codziennie. 
A ja siedzę w miejscu. Siedzę albo leżę. Kończyny mam już zupełnie zesztywniałe przez brak ruchu. Mięśnie wiecznie spięte przez niewygodę. Żołądek wiecznie ściśnięty przez głód, którego te maleńkie porcje nigdy nie zaspokoją. Tkwię w tej celi. Czuję się, jakbym ledwie żyła. 
Z czasem przestałam w ogóle rozmawiać z Freeze'm. Miałam absolutnie dosyć jego widoku, jego zapachu, jego głosu. Basior przyjął moją decyzję bez protestów. Od teraz w porach, kiedy zwykliśmy rozmawiać, po prostu patrzył przed siebie. Podczas tych kontemplacji, w ogóle się nie poruszał. Zupełnie, jakby już cały zmienił się w bryłę lodu. 
Przed moimi oczami majaczyły sylwetki moich przyjaciół. Zdawało mi się, że kilka razy niektórzy z nich zjawili się tutaj. Chyba, że to był tylko piękny sen, który przez głód i wyczerpanie wyglądał dla mnie jak jawa. Jednak z jakiegoś powodu pośród tych sylwetek ani razu nie widziałam Tinga.

Uwagi: W połowie opowiadania zmieniłaś czas narracji z przeszłego na teraźniejszy.