poniedziałek, 16 września 2019

Od Joela "Nowa plaga szczeniąt"

Październik 2024 r.
– Joel! – ryknęła Yuki, a jej dźwięk zdał się zmienić w locie w srebrny sztylet. Przed oczami mężczyzny błysnęło niewidzialną stalą, a uszy przeszył nagły ból. Docisnął doń dłoń, czując jakby miała mu zaraz pociec krew. Rzucił się biegiem w kierunku, z którego przybył. Ciężkie trapery miarowo uderzały o miękką ściółkę leśną.
Nagle czubek jego buta zahaczył o wystający korzeń. Joel z rozpędu upadł i sturlał się po stromym zboczu. Usiłował zahamować to zapierając się łokciami, lecz na niewiele mu to pomogło. Przystanął dopiero obok wejścia do jaskini, w której ulokowano ich na tym przystanku.
Poderwał się na czworaka, ale świat nadal był pijany. Drzewa zlewały mu się w rozszalałą karuzelę barw.
Yuki wrzasnęła znowu.
Spróbował ruszyć w tamtym kierunku, lecz szło mu to bardzo mozolnie. Przy kolejnym wrzasku zmienił pozycję na klęczki i zatkał uszy. Jego twarz i ubrania były umazane od wilgotnej ziemi. Musiało niedawno padać.
– Joel, błagam! – krzyczała zdesperowana kobieta.
Joel zebrał dość siły, aby podnieść się z klęczek i pewniejszym – choć wciąż pijanym i nierównym – krokiem ruszył ku małżonce. Przytrzymywał się ręką chropowatej ściany jaskini.
– Idę... – jęknął, mrugając oczami. Z każdym krokiem karuzela się zatrzymywała, a jego krok czynił coraz odważniejszym. Jej łkanie upiornie odbijało się od ścian. Zacisnął wolną dłoń w pięść.
Wtedy ją zobaczył. Leżała na ziemi. Dookoła niej kamień był mokry, jednak nie była to woda. Wyglądała na stanowczo zbyt lepką jak na wodę. Podbiegł. Na końcu upadł na kolana. Już wiedział, co oznacza taka sytuacja. Choć nie był to ich pierwszy raz i mniej więcej wiedział, co robić, to bicie jego serca przyspieszyło. Naprzemiennie słyszał krzyki Yuki i szum własnej krwi.
– Spokojnie, jestem tutaj... Przyj, po prostu przyj – mówił szybko. Odszukał jej dłoni i zacisnął na niej palce. Wbiła mu paznokcie aż do krwi. Zacisnął szczęki. Nie żałował zdartej skóry.
Spróbował rozebrać dół jej ubrania do końca. Sama nie dała rady. Cały czas wstrząsały nią konwulsje bólu. Drżącym kciukiem głaskał jej skórę dłoni, ale prawdopodobnie nawet tego nie czuła. Miał wrażenie, że podziela jej ból. Powtarzał jej uspokajające formułki, ale od samego momentu już sam nie wiedział, co mówi. Ona chyba też nie.
Gorąca stróżka krwi spłynęła w dół jego dłoni. Skapnęła na kamienie. Drżał na całym ciele. Chciał ją przytulić, ale zbyt bardzo bał się, że coś jej zrobi.
Wtedy z kolejnym wrzaskiem zrzuciła ludzką postać. W jej oczach błysnęła drobna ulga, ale nie trwała ona długo. Znowu się wygięła. Joel spróbował ją chwycić nieco inaczej. Teraz wbijała pazury we wnętrze jego dłoni. 
– Iść po lekarza...? – wykrztusił. Pokręciła głową.
Po jego policzkach popłynęły słone łzy. Tak bardzo chciał jej pomóc, ulżyć...
Niedługo potem usłyszał kwilenie pierwszego ze szczeniaków. Trochę się ożywił.
Pierwszy był tak ciemny, że prawie czarny. Kleił się, ale mimo to wziął go na ręce. Wtedy zaczynało iść już tylko łatwiej. Drugi miał futro tak jasne, że prawie białe, a trzeci był całkiem rudy. Szczeniaki były tak małe, że bez problemu mógł trzymać wszystkie na rękach. Szumiało mu w głowie. Wszystkie się kuliły, popiskując cicho. Choć już raz został ojcem, to i tak nie mógł powstrzymać drżenia dłoni. Zaczął płakać. Nie ze smutku, a ze wzruszenia.
– Joel... daj mi je... Są głodni – wyszeptała wykończona Yuki.
Przytulił je po raz ostatni, po czym delikatnie przystawił do brzucha partnerki. Oddalił się, przysiadł pod ścianą i w milczeniu obserwował jak zaspokajały pragnienie. Dopiero wtedy otarł policzki, jednak to sprawiło, że były tylko brudniejsze. Yuki leżała na ziemi w taki sposób, jakby umierała. Miarowo unosząca się i opadająca klatka piersiowa dawała mu jednak pewność, że wszystko było w porządku. Uchyliła powieki i uśmiechnęła się blado do Joela. Odpowiedział tym samym. Znowu zaczęły go piec oczy.
– Jak ich nazwiemy? – wymamrotała – To chłopcy.
– Sześć synków? – powtórzył cicho – Nie wiem... Jakie ci się podobają...?
– Trevenic jest ładne.
– Może być Trevenic – Jego wzrok powędrował do kilku mlaszczących fasolek – Może ten pierwszy będzie Vicem...?
– A który był pierwszy?
– Ten najciemniejszy. Później ten jasny, a na końcu rudy...
– I może... może... – szeptała. Jej wzrok utkwił w suficie – Nie wiem.
– Gwidon...? Zawsze podobało mi się Gwidon.
– To Gwidon to niech będzie ten... jasny.
– Co sądzisz o Erastusie? – zapytał po chwili zadumy.
– To ostatni to Erastus – wyszeptała. Oczy się jej zamykały.
– Możesz się zdrzemnąć – powiedział i zbliżył się do niej na czworakach. Ucałował ją w czoło. Uśmiechnęła się.

niedziela, 15 września 2019

Od Asgrima "Zbieram drewno jak zawodowiec" cz. 1

Wrzesień 2024
Wpatrywałem się uparcie w drzewo. Biała kora była delikatnie postrzępiona w typowy dla brzóz sposób. Zielonożółte liście powiewały na wietrze, wydając przy tym cichy szum. Kojąca muzyka, którą dzieliły się ze sobą rośliny. A może rozmowa...? Kto wie, czy drzewa nie prowadziły ze sobą tajemnych konwersacji, niedostępnych dla wilczych uszu. Och, ile ciekawych rzeczy można byłoby się od nich dowiedzieć! Drzewa to milczący świadkowie wyznań, kłótni, życia tylu stworzeń. Widziały śmierć tak wielu...
Niektórzy mówili do roślin. Podobno miało to pomóc w ich rozwoju. Nie wiedziałem, czy była to prawda. Niemniej w tej chwili byłem tak zdesperowany, że byłbym nawet gotów błagać tego drzewa o jakąkolwiek pomoc.
Hm, może mógłbym faktycznie spróbować... Co mam do stracenia?
- O drzewo brzozowe, co swą koronę rozwijasz nad uszami mymi. Udziel mi drewna swego - powiedziałem głośno. Na moim pysku widniał rozbawiony uśmiech.
- Wątpię, by to zadziałało - miauknął Redian.
Zerknąłem w jego stronę. Kociak leżał na plecach, zakrzywiając łapkami światło. Nieustannie czułem, jak ciepłe promienie przesuwają się po moim grzbiecie. Było to całkiem przyjemne, więc nie reagowałem w żaden sposób, byle tylko nie zaprzestał.
- Spróbować nie zaszkodzi.
- Tracisz czas.
Przewróciłem oczami.
- I kto to mówi? - spytałem, próbując powstrzymać uśmiech. Gdyby to był ktoś inny, pewnie już bym zaczynał się irytować, jednak Redian... Miał w sobie coś urzekającego.
Kociak przewrócił się na brzuch i posłał mi butne spojrzenie. Jego ogon kołysał się na boki.
- Ja.
Nie dałem rady. Z mojego pyska wyrwało się rozbawione prychnięcie.
- Jakiś problem?
- Skądże znowu - mruknąłem. - A teraz pozwól, że wrócę do konwersacji z tą piękną brzozą. Nie jesteś godny rozmawiania ze mną.
- A drzewo już jest?
- Tak.
Redian prychnął podirytowany i zakrzywił światło w taki sposób, że poraził mnie prosto w lewe oko. Zmrużyłem je i odwróciłem się w stronę drzewa, głośno fukając. Przynajmniej ono nic mi nie zrobi.
Ze wszystkich sił wyobrażałem sobie, że pień przechyla się i dzieli na równe deski. Nic podobnego jednak nie nadchodziło. Z mojego pyska wyrwało się zirytowane prychnięcie. Zaczynałem mieć tego dość.
- Może spróbujesz zmienić taktykę? - spytał Redian.
Odwróciłem się w jego stronę, mrużąc oczy.
- Co masz na myśli?
Kociak (który musiał znowu ułożyć się na plecach, kiedy nie patrzyłem) wstał i podszedł do drzewa. Przejechał pazurami po korze, niszcząc białą korę. Kilka wiórek oderwało się od pnia, by odlecieć niesione przez wiatr.
- Kiedy korzystam z mojej magii nie myślę o ostatecznym wyniku. Skupiam się na samym zakrzywieniu - wyjaśnił kocur. Dla demonstracji przekierował jeden z promieni w taki sposób, by oświetlił ślady po jego pazurach.
- Chyba nie rozumiem... Magia umysłu działa w nieco inny sposób - mruknąłem.
Redian prychnął z dezaprobatą.
- Wyobrażam sobie, że to moje łapy odbijają światło. Są niczym zwierciadła.
Skinąłem głową, bojąc się jeszcze bardziej pogrążyć swoją niewiedzą. Niemniej słowa kocura sprawiły, że w mojej głowie zrodził się pewien pomysł. Zmarszczyłem brwi i wbiłem skupione spojrzenie w drzewo. Powoli wyciągnąłem łapę, wyobrażając sobie, że jest ona niczym wzmocnione magicznie ostrze. Delikatnym ruchem przejechałem nią po pniu. Wcięcie przesuwało się tuż za mną. Wyrysowałem trochę krzywy prostokąt, czując, że zaczynają mnie boleć wszystkie mięśnie jak po ogromnym wysiłku. Połączyłem linie i wyciągnąłem deski. Drzewo zachwiało się, tracąc połowę swojej objętości w pniu. W tamtej chwili nie miałem jednak siły, by zająć się resztą. Położyłem się na ziemi obok Rediana, ciężko dysząc.
- Dobra robota, As - mruknąłem, napotykając jego spojrzenie.
- Ujdzie - stwierdził kociak. Na jego pyszczku widniał uśmieszek.

<c.d.n.>

sobota, 14 września 2019

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 1

Wrzesień 2024
– Są. Trzy sztuki – powiedziałam cicho do Leah.
Paręnaście metrów przed nami siedziała nieduża grupka zajęcy. Wszystkie gryzonie były skupione na zajadaniu dorodnej koniczyny. Aż słyszałam, jak chrupały ze smakiem. Spłaszczyłam się jeszcze bardziej. Zające jeszcze nie zauważyły, że tu jesteśmy. Jednak żeby zaatakować, trzeba będzie podejść znacznie bliżej.
– Odetnij im drogę ucieczki z tamtej strony. Zagonię je do ciebie – szepnęła towarzysząca mi wadera.
– Zgoda – odparłam.
Ruszyłyśmy naprzód. Fakt, że musiałyśmy uważać na każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk, narzucał nam bardzo powolne tempo. Po jakimś czasie odłączyłam się od Leah, by dotrzeć do poletka koniczyny z drugiej strony. Kiedy zajęłam wyznaczoną pozycję, zniknęłam zupełnie w wysokiej trawie. Teraz już tylko czekać na atak w wykonaniu mojej przyjaciółki. 
Wadera wyskoczyła w stronę zajęcy. Zwierzęta natychmiast poderwały się i rzuciły do ucieczki. Niestety nie wszystkie ruszyły w moją stronę. Trzeci z nich czmychnął na bok i zniknął nam z oczu. 
Wyprostowałam się i schwyciłam zębami pierwszego gryzonia. Tymczasem drugi zając zawrócił, gotów obrać nową drogę ucieczki. Wtedy jednak dogoniła go Leah i zdusiła jednym kłapnięciem.
– Dobrze nam poszło – wymamrotałam z pełnym pyszczkiem. - Prawie wszystkie.
– No, na razie wystarczy – odparła moja przyjaciółka. - Ciekawe, czy Arkan też coś złapał.
– A to nie jest tak, że opiekunowie smoków przynoszą jedzenie też jemu? - Przekrzywiłam głowę. Wypuściłam swoją zdobycz z pyska i zaczęłam odgryzać kawałki mięsa.
– Większość z nich traktuje Arka na zasadach towarzysza – wyjaśniła Leah, również zaczynając posiłek. - Także... nie zawsze coś dostanie.
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem, jak wygląda sytuacja. 
Kiedy skończyłyśmy jeść, poczułam nowy zapach przyniesiony przez wiatr. Pachniał bardzo znajomo. Zaproponowałam, żebyśmy za nim poszły, po czym ruszyłam przed siebie nie czekając na opinię Leah. Wadera po chwili mnie dogoniła. Idąc tak dalej ścieżką pośród drzew, wkrótce udało nam się znaleźć źródło zapachu. Pod jakimś grubym pniem rosło kilka czerwonych kwiatów. Płatki wyglądały jakby były otoczone przez dziwną, ciemną mgłę. Znalazłyśmy Mroczne Płomienie. Byłam naprawdę zaskoczona takim odkryciem. Nie widziałam żadnych okazów tych roślin, odkąd opuściliśmy dawne tereny. Przynajmniej nie w dziczy; nie liczę targu. Mając na uwadze, że mogą się kiedyś przydać, postanowiłam narwać ich trochę, zanim zawrócimy.
***
Przed południem wróciłyśmy do doliny, w której pozostała większość watahy i smoki. Już z daleka wypatrzyłam Passera. Smok kiwał głową zgodnie z rytmem wybijanym przez Baldora na bębnie i nucił jakąś piosenkę. Nie zauważyłam jednak nigdzie w pobliżu Tinga.
Leah ruszyła pierwsza truchtem w dół po stromym zboczu. Ta droga prowadziła na dno doliny; dokładnie tam, gdzie przebywali nasi towarzysze. Pobiegłam za moją przyjaciółką. Wadera zatrzymała się pod drzewem, na którym siedział Arkan. Spytała, jak jemu poszło z łowami. Wyvern mruknął krótko coś, że bywało lepiej.
Ja w międzyczasie podeszłam do naszego przewoźnika i wielkiego Odmieńca. Jak zawsze, byli zbyt zajęci „muzyką”, żeby mnie od razu zauważyć.
– Hej! - zawołałam. - Przepraszam, że przerywam "dżem seszyn", czy jak to się nazywa, ale czy którykolwiek z was wie, gdzie zniknął Ting?
Passer pierwszy przestał śpiewać i spojrzał w moim kierunku. Bęben też wkrótce ucichł.
– Mnie nie mówił dokąd idzie – oznajmił smok.
– Miał się rozejrzeć w okolicy – mruknął Baldor.
– Żadnych więcej szczegółów...? - Popatrzyłam na obu z nich.
– Nic.
Westchnęłam. Dobra, pewnie sam się znajdzie; jak zawsze. Zostawiłam „muzyków” samych i poszłam zająć się sobą; innymi słowy pokręcić bez celu po okolicy. Jednak po niespełna dziesięciu minutach wróciłam w to samo miejsce. Takie szwendanie się nie było dla mnie dostatecznie zajmujące. Wtedy zwróciłam uwagę na kosz z bagażem, który dzieliłam z innymi pasażerami Passera. Cały ładunek obecnie znajdował się na ziemi, nie na grzbiecie smoka. Postanowiłam ponownie przejrzeć swoje rzeczy w nadziei, że to mi podsunie jakiś pomysł na ciekawe zajęcie. 
Otworzyłam pokrywę. Wtedy zrozumiałam, że nieważne, jak dobrze posegregowany i poukładany będzie nasz dobytek przed wylotem, popisy Passera i tak go znów przemieszają. Raz mniej, raz bardziej. Dzisiaj na sam wierzch tej kolorowej mozaiki magicznych przedmiotów trafił mój Medalion Wizji. Złapałam go w zęby i wyjęłam z kosza. Nigdy nie skorzystałam z jego właściwości, więc stwierdziłam, że co mi szkodzi spróbować. Teraz już dobrze pamiętałam, jak Kai objaśniał mi jego działanie:
"Po założeniu zobaczysz coś, co MOŻE się wydarzyć, dzieje się teraz, lub już wydarzyło. Przeszłość, teraźniejszość, możliwa przyszłość".
Po chwili wisiorek znalazł się na mojej szyi; tuż obok Medalionu Nieśmiertelności. 
Wtedy ujrzałam coś strasznego. Przed moimi oczami stanął najgorszy możliwy obraz - Więzienie. Wstrzymałam oddech z przerażenia. "To tylko wizja, to tylko wizja" - zaczęłam powtarzać sobie w myślach. Po chwili dostrzegłam z bliska szeregi podrapanych krat. To była moja cela. Wielką ulgą było ujrzenie jej nadal pustej. Więc to nie jest najgorsza możliwa opcja... 
W celi obok nadal był zamknięty Freeze. Wyglądał tak samo, jak w dniu, w którym mnie wypuścili. Siedział oparty o kraty, spoglądając w miejsce, gdzie kiedyś tkwiłam ja. 
– Jeszcze wrócę po swoją własność, Lind – mówił, jakby wiedział, że go widzę i słyszę. - Kiedy mnie wypuszczą, a to nastąpi, wrócę. Nie boję się ani ciebie, ani Strażnika Lasu, ani nawet całej twojej watahy. Nie boję się - powtarzał. 
Złapałam Medalion Wizji i zdjęłam go z szyi. Więzienie zniknęło. Wzięłam głęboki wdech i spróbowałam uspokoić walące mocno serce. To, co widziałam albo jest przeszłością, albo chwilą obecną, ewentualnie jakąś wersją przyszłości. Tylko ostatnia opcja dawałaby mi powód, by się tym nie przejmować. Jednak nie znałam żadnego sposobu, by zweryfikować, co tak naprawdę pokazał mi medalion.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Od Magnusa "Groźba pamięci" cz. 2

Wrzesień 2024 r.
Nie zliczę ile razy w zaciszu swojej jaskini rozmyślałem nad tym, kto to mógł być - tak chciałbym wtedy powiedzieć. Szybko odpuściłem dociekanie swojej przeszłości na rzecz spokojnego trybu życia. Co by mi to w zasadzie dało? Satysfakcję, bo poznałem imię osoby, która zawiniła mi w odciętym etapie mojego życia? Dużo ciekawszy był jej motyw, ale jakoś nigdy nie wpadłem na to, że wypierając się tożsamości mojej niedoszłej zabójczyni, wypieram się też historii, którą przede mną skrywała.
Przed oczami stanęła mi pustka sprzed paru minut i natychmiast wyrzuciłem z głowy wszystkie myśli. Poza tą, że historia może ukazać się teraz sama.
– Niemożliwe. – powiedziałem spokojnie, bardziej z rozpędu niż szczerze.
– No – Einar parsknął śmiechem, jakby dalej niepewny sytuacji. – a jednak. Taka trochę niezręczna sytuacja...
– A wytłumaczysz mi po co i skąd się tu wzięła?
– No, przyszła, no.
– Niezrównoważona kobieta, nawet nie wiem jak daleko od szpitala, z którego nie miała prawa uciec?
Einar przez chwilę nie reagował, błądził tylko spojrzeniem po jasnym, nocnym niebie, jakby szukając tam odpowiedzi. Podążyłem za jego wzrokiem i zjeżyłem się mimowolnie. Rozwiązań było aż za wiele.
– Przypomniała sobie, że wcale nie musi być człowiekiem – orzekł cicho.
– To też wilkołaczka? – nie zdziwiłbym się gdyby tak właśnie było. Może od dzieciaka otaczali mnie zmiennokształtni?
Rudy pokręcił wolno głową. Mimowolnie skierowałem uszy ku tyłowi.
– Nie do końca. To znaczy... – rozważał coś przez chwilę, wzniósł oczy do nieba. – W zasadzie to nie ma wiele z wilka. A raczej nic. Zmienia się... W coś innego.
– Sporo tych rewelacji jak na jeden dzień, może jednak zdecydowałbyś się mnie oświecić? – fuknąłem.
– Sam zobaczysz. Gdzieś tu jest i ewidentnie chce coś od ciebie albo twojego stada. Chodź, poszukamy jej – bezceremonialnie wstał i ruszył wgłąb lasu.
Niewiarygodne jak można być irytującym, mając rude futro i usiłując mówić jak najmniej. Dalej wiedziałem zdecydowanie mniej niż bym chciał, a wszelkie próby powrotu do tematu kończyły się fiaskiem. Einar perfekcyjnie mnie ignorował i po prostu szedł przez siebie ze wzrokiem wbitym gdzieś między drzewa. Z niczym lepszym do roboty ostatecznie przyjąłem jego taktykę.
W cieniu masywnego wzniesienia ciemne, zdrewniałe sylwetki zdawały się przemieszczać. Wrażenie było dziwnie nierealne, po pewnym czasie próbowałem odwrócić wzrok, by wyzbyć się poczucia niepokoju, ale wszędzie gdzie tylko spojrzeć wisiały nad nami czarne pnie. Zszargana wyobraźnia cichła w plamach światła, gdzie dodatkowo karmiłem ją myślami o absurdalności swoich domysłów o sekretnym życiu tutejszych roślin. W końcu światło odbite przez księżyc wypadło zza wzgórza i rozlało się w iglastych koronach. Jak na ironię razem z nim dosłyszałem donośny, urywany tętent i szmer w zaroślach.
Zza skupiska wysokich, gęstych krzewów, niespodziewanie wybiegł Falkhest, manewrując w galopie pomiędzy snującymi zapach żywicy pniami. Hipogryf parsknął po swojemu, zauważywszy nas. Minimalna ulga wyrwała mi się w cichym westchnieniu. Już chciałem go przywołać, gdy kątem oka dostrzegłem błękitną poświatę, rosnącą na zaciśniętej pięści Einara. Towarzysz jednocześnie rozcapierzył szpony, skrzecząc wyzywająco.
Nie od razu pojąłem co się dzieje, przez kilka sekund przerzucałem w głowie obraz przed sobą, aż w końcu spanikowany skoczyłem pomiędzy tą dwójkę, jeszcze w locie zmieniając formę na ludzką. Zamarłem.
Falkhest wydał z siebie przeraźliwy wrzask, coś na granicy ptasiego okrzyku i końskiego kwiku. Hamując zerwał się na tylne nogi, bijąc skrzydłami z nieprzyjemnym furkotem. Zacisnąłem powieki i postąpiłem w tył kilka niepewnych kroków, gdy towarzysz z rozpędu niemal mnie przewrócił. Einar ogłupiały zamarł z ręką w połowie drogi do ciśnięcie w hipogryfa ognistym pociskiem. Nie miałem pewności, ale chyba podsycił płomień.
Otworzyłem oczy, gdy usłyszałem jak Falkhest opada na cztery łapy. Wyciągnąłem rękę i poklepałem go po łopatce. Coś takiego chyba działa jakoś na konie, a nie miałem lepszego pomysłu.
– Jest mój – uspokoiłem przyjaciela.
Einar stał jeszcze przez chwilę w bezruchu, patrząc na hipogryfa czujnie. Gdy tylko odwróciłem wzrok, tuż po mojej prawej świsnęła błękitna kula. Płomienie przelotnie musnęły skrzydło towarzysza, a ten natychmiast wyskoczył ku napastnikowi ze skrzekliwym wrzaskiem.
– Hola! – ryknąłem.
Falkhest zatrzymał się. Aż zadrżał z irytacji, ale nie zaatakował Einara. Kłapnął dziobem, złożył skrzydła i odsunął się, łypiąc na niego spode łba.
– Co ty wyrabiasz? – odwróciłem się do tego rudego idioty.
– To tak dla pewności – uśmiechnął się niewinnie, bez cienia wstydu.
Przez chwilę próbowałem coś powiedzieć, ale żadna myśl nie sklejała się w porządnie brzmiące słowa. Zamiast tego wziąłem głębszy wdech i po prostu poszedłem dalej, przywołując go gestem.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

piątek, 13 września 2019

Od Mortimera "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 4

Październik 2024 r.
Mijały tygodnie, a Mortimer na wspólnych zajęciach wciąż czuł na sobie spojrzenie Elanor. Nieustannie odnosił wrażenie, że ta ma zamiar z nim ponownie porozmawiać, z tego też powodu starał się trzymać blisko braci. Elanor miała w sobie coś niepokojącego, czego nie umiał w żaden sposób doprecyzować za pomocą słów. Póki tylko mógł, udawał zajętego, a kontakt z nią ograniczał do absolutnego minimum. Gdy przychodziło do pracy w grupie, albo starał się o bycie razem z braćmi, albo z jakimikolwiek innymi szczeniakami.
Niestety nastał ten dzień, kiedy Kai swoim jak zwykle pogodnym głosem przydzielił ich razem do pary. Nie miał świadomości, jak ciężko Morti pracował nad tym, aby nie mieć z nią nic wspólnego. Spojrzał na nią z żywym przerażeniem w oczach. Uśmiechała się. Posłał błagalne spojrzenie do nauczyciela, ale on już poszedł dalej. Theo, który doskonale znał obawy Mortiego, wytknął złośliwie język i życzył mu powodzenia. Westchnął cichutko. Nie mógł protestować głośno, bo wiedział, że Kai to opiekun Elanor. Mógł nie odebrać tego dobrze.
– Ciekawe jaki temat dostaniemy.
– Tak, bardzo ciekawe... – potaknął jej, starając się nie patrzeć na jej pysk.
– Lubisz historię? – Nie odpuszczała.
– Tak, chyba. Wydaje mi się, że tak – burknął. Myślał tylko o tym, jak bardzo chciałby uciec.
– Jaki jest twój ulubiony przedmiot?
– Sztuki kreatywne.
– Tak myślałam – Zaśmiała się wesoło, ale jemu w ogóle nie było do śmiechu – Bardzo ładnie malujesz, wiesz?
– D-dziękuję – zająknął się. Poczuł, jak na jego policzki spływa płonący rumieniec.
– Zawsze podziwiałam artystów... – rozmarzyła się.
Popatrzył na nią nieufnie.
– Nie jestem artystą.
– Nie? – Zdziwiła się – Masz talent.
Nim zdążył odpowiedzieć, Kai już do nich wrócił. Elanor cały czas się uśmiechała. Przeszły go dreszcze. Z drugiej strony... chyba już jej tak nie nie lubił jak chwilę temu. W końcu powiedziała, że twierdzi, iż jest artystą.
– Zadaniem dla was... będzie opowiedzenie trochę o pierwszej wojnie z Watahą Czarnego Kruka.
Elanor grzecznie pokiwała głową, a Morti tylko smętnie położył uszy po sobie. Obserwował, jak basior odchodził.
– Co to za mina?
– Mówiłaś, że nie można mówić "Wataha Czarnego Kruka", a on właśnie to zrobił.
– Nie, głuptasie – Roześmiała się. Kiedy Kai skarcił ją wzrokiem, ucichła. Przeszkadzała pozostałym grupom w pracy. – Chodzi o to, że teraz jesteśmy jednym stadem. Wtedy było trochę inaczej. Uważałeś w ogóle na lekcjach?
– Może – Wzruszył ramionami. Starał się ukryć to, że było mu głupio. Że zorientowała się, że faktycznie nie słuchał.
– To jest właśnie powód, dla którego twierdzę, że zamiast tracić czas na odpływanie myślami na zajęciach, lepiej się skupić – Patrzyła na niego z zadziornie błyskającymi ślepiami.
– Jaki niby powód? – jęknął.
– Do pracy! – rzucił nagle Kai.
Elanor pochyliła głowę i wyszeptała Mortiemu na ucho:
– Nic nie wiesz o tym, co nas otacza. Zupełnie jakbyś był w innej rzeczywistości.
Morti wywrócił oczami, ale nim zdążył odpowiedzieć, Elanor już zmieniła temat.
– Pierwsza wojna miała na pewno miejsce krótko po założeniu watahy... Prawdopodobnie około trzy później lata.
Morti patrzył na nią spod zmarszczonych brwi.
– Nie umiesz liczyć, prawda?
– Prawda.
– Ja też – Uśmiechnęła się krzywo – Wiem tylko jak idzie pierwsze dziesięć cyfr.
– A ja nic.
Wypuściła powietrze z płuc.
– No tak. W sumie jesteś znacznie młodszy... – Przez krótki moment patrzyła w milczeniu prosto w jego oczy, ale zaraz potem się otrząsnęła – Znowu odbiegamy od tematu. Pewnie mi nie pomożesz, skoro nawet nie wiedziałeś, że byliśmy kiedyś oddzielną watahą...
Morti patrzył na nią wyczekująco. Odrobinę zrezygnowana kontynuowała:
– Na pewno też Wataha Magicznych Wilków wygrała. Wygrywała wszystkie wojny, mimo przewagi liczebnej Watahy Czarnego Kruka. We wszystkich wojnach byli słabo zorganizowani i to zaważyło o zwycięstwie. Nie jestem jednak pewna o co poszło... Za każdym razem mieli jakiś powód.
Patrzyła przed siebie, w skupieniu marszcząc brwi. Morti nie wiedział co dodać, więc po prostu czekał, raz na jakiś czas potakując głową.

<C.D.N.>