środa, 18 września 2019

Od Crane'a „Życie kołem się toczy” cz. 2 (cd. Edel)

Lipiec 2024
Słyszałem, co powiedział medyk. Każde słowo. Stałem z boku i nawet nie drgnąłem. Wiedziałem jednak, że wolałbym nie słyszeć tej diagnozy. Już dużo wcześniej zdawałem sobie sprawę, że Edel niedługo umrze, ale odkąd zostaliśmy parą... Nie wróciłem myślami do tematu nawet raz. Zamiast tego chłonąłem każdą chwilę, w której byliśmy razem. Tak skupiałem się na teraźniejszości, że wszelkie rozważania o przyszłości nie dawały nawet o sobie znać. Dziś jednak świadomość, że E umrze wcześniej, niż ja, wróciła. Nie wiedziałem, jak mam zareagować. Mam mówić, że jest mi przykro? Rozpłakać się? Kazać Edel przerwać ciążę? Każda opcja wyglądała na równie bezcelową. Nieważne co bym zrobił, moja partnerka umrze. Umrze.
Nigdy dotąd to słowo nie uderzyło mnie tak mocno. Śmiertelność w mojej watasze była co roku stosunkowo duża, więc przyzwyczaiłem się do tego określenia. Wilki umierają cały czas. Każda wieść tego typu, nawet ta dotycząca Fermitate'a, spływała po mnie. Nigdy nie zostawiła żadnego trwałego efektu. Jedynie wraz z innymi machinalnie spuszczałem głowę nad grobem. Udawałem, że i ja jestem w żałobie, bo umarł członek watahy. Tymczasem tak naprawdę żaden z nich nic dla mnie nie znaczył. Byli to tylko kolejni potencjalni wrogowie, którzy sami posłusznie usunęli się w cień i nie wrócili.
Teraz na szali było życie Edel. Powtórzę; Edel. Jedynej osoby, o której dobro kiedykolwiek się martwiłem. (Do dzisiaj nie wiem skąd to się tak naprawdę brało.) Chciałem zachować ją przy sobie na zawsze. Niestety to wszystko, co usłyszeliśmy, było prawdą. Miała odejść. Prawdopodobnie maksymalnie za parę miesięcy. To nie jest wcale dużo. Ten czas przeleci, zanim zdążę powiedzieć „Smocza Róża”. 
Volga pożegnał nas i opuścił pokój. Dalej stałem jak słup soli w tym samym miejscu, obserwując jak basior powoli zamyka za sobą drzwi. Miałem nieuzasadnioną ochotę coś rozszarpać. Przynajmniej do czasu, aż Edel szepnęła:
– Jesteś zły..?
– Nie wiem – odparłem. - Wiem, że nie na ciebie - Podszedłem do posłania i położyłem się obok niej na brzuchu. Położyłem pysk na poduszce i zająłem obserwowaniem ściany.
– Co teraz zrobimy?
– Tego też nie wiem – mruknąłem. 
– Crane, ja... – zaczęła, ale przerwałem jej gestem.
– Jeśli chcesz przepraszać, przestań – mruknąłem.
Znów to zrobiłem; pozwoliłem, by odezwały się we mnie skrajne emocje. Tym razem; wściekłość i smutek. To drugie zdecydowanie przeważało. Nie potrafiłem za nic zdusić uczuć. Nie miałem już siły z nimi walczyć. 
Co będzie z tym szczenięciem? Jest moje, ale nie czułem się jak rodzic. Malec pojawił się z próżni tak nagle. Jak duże były szanse, że chora matka zdoła go donosić? Jakie były szanse, że istotnie będzie zdrowy? Że sam nie padnie kilka dni po porodzie?
Jedno było pewne; nie mogę go winić za rychłą śmierć E. „Ona i tak umrze”...
Przekręciłem się na bok. Poczułem, jak Medalion Nieśmiertelności opierał się o moją szyję. W teorii... on mógłby rozwiązać ten problem. Niestety teraz przeszkodą byłoby nastawienie Edel. Znam już bardzo dobrze jej nastawienie do kwestii nieśmiertelności: Prędzej sama odgryzłaby sobie uszy, niż zgodziła się osobiście nosić ten wisiorek. Skoro już teraz znam jej odpowiedź, nadal zachowam go w tajemnicy.
Ach, Edel... Czemu jesteś taka głupia?
A może to ja jestem tym głupim, bo przywiązałem się do ciebie? Teraz już nie zdołam się wycofać. Pragnienie twojej obecności obok jest zbyt mocne. A pewnego dnia się obudzę, a ciebie tutaj nie będzie.
Co wtedy?
CO WTEDY?!
Nie chcę myśleć o tym, że ona ma odejść. Nie mam żadnego planu, co wtedy zrobię.

<Edel?>

Uwagi: brak

wtorek, 17 września 2019

Od Lind "(Nad)zwyczajne dni w podróży" cz. 2

Wrzesień 2024
Zaczęłam chodzić niespokojnie tam i z powrotem. Najbardziej prawdopodobnym było, że to, co pokazał mi Medalion Wizji jak najbardziej ma odniesienie w rzeczywistości.
Co robić, co robić? Czy istnieje ktokolwiek, z kim mogłabym o tym teraz pomówić? 
Dotarło do mnie, że raczej nie. Nikomu w watasze nie powiedziałam, co stało się na placu w Białym Mieście. Może wreszcie powinnam? A może lepiej jednak nie..?
Stanęłam w miejscu i spojrzałam na Baldora. Strażnicy zdecydowanie NIE MOGĄ się dowiedzieć kim on jest. 
Co teraz, co teraz? Dobra, spokojnie Lind. Freeze jeszcze tutaj nie przyszedł. Na pewno mam jeszcze trochę czasu.
Zaczęłam głowić się nad tym, ile konkretnie potrwa jeszcze wyrok Freeze'a:
Skazano nas na więzienie zeszłej zimy. Mamy teraz jesień. Wróć; początek jesieni. Czyli... czyli... wrzesień. A wtedy był... grudzień albo styczeń. W najlepszym wypadku luty. Skupiłam się, by wyliczyć, ile konkretnie miesięcy minęło. Podczas nauki matematyki dowiedziałam się, że w całym roku mamy ich dwanaście. Zajęło mi to dosyć długo, ale wreszcie obliczyłam, że został rok i trzy miesiące „z hakiem”. Potem Freeze zostanie wypuszczony. Do tego czasu wataha będzie jeszcze dalej. Basior nie będzie w stanie nas znaleźć. Chyba, że użyje magii. 
Kogo ja próbuję oszukać? Jeśli naprawdę mu zależy, na pewno użyje magii, by mnie znaleźć. Będę zmuszona trzymać się blisko watahy... Ale przecież jest tyle sposobów, żeby się przedrzeć. Niewidzialność, teleportacja, kontrola umysłu...
Nabrałam w płuca większy haust powietrza. 
Może przesadzam... Nie jest chyba aż tak OP. Był blisko wygrania pierwszego pojedynku, ale to nie jest tak, że jednym ruchem może wgnieść mnie w ziemię. Pamiętajmy, iż do czasu ewentualnego kolejnego spotkania ja też stanę się potężniejsza. Zwłaszcza, jeśli...
Jeśli opanuję moc Wichury Płomieni.
Rozejrzałam się po okolicy. Tinga nadal nie było nigdzie widać. Muszę z nim o tym porozmawiać. Przemilczę kwestię Freeze'a, ale temat artefaktu trzeba koniecznie poruszyć.
Wrzuciłam Medalion Wizji z powrotem do kosza z moim wyposażeniem. Postanowiłam, że mam dosyć czekania. Znajdę tego Odmieńca sama. Zbliżyłam nos do ziemi i zaczęłam węszyć. Parę razy odniosłam wrażenie, że znalazłam właściwy trop, ale wtedy zapach znikał pośród innych. Nie mogę powiedzieć, że cieszyłam się z tego powodu.
- Co znów zgubiłaś, Pierzasta? - usłyszałam nagle znajomy głos.
Podskoczyłam, jakby ktoś mnie polał ukropem. Odwróciłam się gwałtownie. Miałam teraz tuż przed nosem pysk Tinga.
- Stało się coś? Jakoś dziwnie się zachowujesz – mruknął mrużąc oczy.
Otworzyłam pyszczek, ale nie mogłam wydusić nawet słowa. Nie wiedziałam od czego zacząć. Do tego momentu chyba zdążyłam już zupełnie zapomnieć ze stresu po co chciałam go znaleźć. Odmieniec przez chwilę patrzył na mnie wyczekująco, ale potem znudziło mu się to, więc zaczął własny temat:
- Pierzasta, potrzebuję cię do czegoś.
Nie odpowiedziałam. Spróbowałam przypomnieć sobie, o czym miałam z nim porozmawiać. 
- Pierzasta, słyszysz mnie? Słońce ci przygrzało czy co? 
- Co chcesz? - mruknęłam. 
- Znalazłem wejście do jakiejś jaskini i chcę zobaczyć, co jest w środku – wyjaśnił bardzo powoli Odmieniec. - Niestety przejście blokują głazy, które musiały spaść z lawiną. Chyba jesteś w stanie z tym pomóc, co nie?
- Chyba jestem, chyba jestem... - burknęłam. 
Po co ja się tak stresuję...? Mamy dużo czasu. Nie muszę na gwałt szukać rozwiązań mojego problemu z Freeze'm. Zajęcie się na razie drobnymi sprawami bieżącymi nie zaszkodzi. Całe zamieszanie może poczekać. Mam cały długi rok. 
Ruszyłam za Tingiem. Jednocześnie próbowałam skupić uwagę na świecie dookoła mnie i przestać się przejmować tamtą wizją. Odmieniec podszedł do „swojego kuzyna” i zakomunikował mu, że chce aby on też poszedł. Po krótkiej chwili namawiania, udało mu się zmusić Baldora do wstania z miejsca. Nie wiem, jak Ting to robił; ja nadal nie opanowałam tej sztuki.
Spytałam leżącego nieopodal Passera, czy też nie chciałby iść. Smok oznajmił, że dziś zdecydowanie woli odpocząć, a nie biegać po okolicy. Tak więc, wyruszyliśmy w teren tylko we trójkę. Ting zaprowadził nas w niżej położone, małe przesmyki między skałami. Przez swoją drobną posturę, nie miał problemu z szybkim przemykaniem dalej tą drogą. Tymczasem Baldor ledwo zdołał przeciskać się bokiem, szurając igłami o otaczające nas skały. Byłam pod wrażeniem, że przez całą drogę nie narzekał, nawet popędzany przez Tinga. Niestety ja trafiłam na koniec pochodu, więc musiałam poruszać się tym samym, ślimaczym tempem co większy Odmieniec. Bardzo żałowałam, że nie miałam możliwości wylecenia stąd i wykorzystania drogi powietrznej.
Po jakimś czasie wynurzyliśmy się z powrotem na kawałek otwartego terenu; o długości maksymalnie piętnastu metrów. Przypominało mi to trochę dziedziniec jakiegoś budynku - z każdej strony odgrodzony wysoką, prawie pionową ścianą. Po naszej prawej stronie leżał stos kamieni, o których wspomniał Ting. Dostrzegłam między nimi parę szpar, jednak były zbyt małe nawet dla tego Odmieńca. 
Nagle w oczy rzuciły mi się jakieś rośliny wyrastające z innej szczeliny w skale. Nie wyglądały bynajmniej na pospolite polne kwiaty. Musiałam trochę wytężyć umysł, żeby przypomnieć sobie, gdzie je już widziałam. Odpowiedź brzmiała: targ w Białym Mieście. Na jednym straganie leżał kiedyś identyczny okaz; opisany "Róże Hery". Doszłam do wniosku, że skoro handlarze zbierają te rośliny i sprzedają, na pewno warto zabrać ze sobą kilka kwiatów. Jak postanowiłam, tak zrobiłam, puszczając mimo uszy uwagi Tinga, że miałam pomóc z tymi głazami. Co mu się tak spieszy? 
Skończywszy zbierać kwiaty, złapałam wiatrem pierwszy kamień od góry i zrzuciłam z tego stosu na dół. Tak samo postąpiłam z każdym kolejnym. Wkrótce przyłączył się do mnie jeszcze Baldor. Kilka razy niechcący zrzuciłam jakiś mniejszy odłamek skalny w jego stronę, ale żaden nie zrobił wrażenia na Strażniku Lasu. Pierwsze dwa odbiły się od jego głowy jak piłka, a trzeci został złapany w wielką, szponiastą łapę.

<C.D.N.>

Uwagi: Skąd Lind znałaby takie wyrażenie jak "OP"? Jest to mimo wszystko skrót od angielskiego słowa, istniejący w slangu ludzi. Pilnuj tych pór roku, proszę.

poniedziałek, 16 września 2019

Od Crane'a "Czasem warto wyświadczyć komuś przysługę" cz. 2

Wrzesień 2024
Tym razem smoki wylądowały dopiero późnym wieczorem. Pośród wilków, ich towarzyszy i przewoźników, szybko przekazano wiadomość, iż wyruszymy dalej z samego rana. Jak zawsze, ja zeskoczyłem pierwszy z grzbietu Diligitis i pomogłem mojej partnerce dostać się na pewny grunt. Nie mogę powiedzieć, że Edel wyglądała dziś znacznie lepiej, niż poprzedniego dnia. Jednak zapytana o samopoczucie, powiedziała: "Jest w miarę dobrze". Chwilę nie chciałem jej wierzyć, ale fakt, że zdołała samodzielnie się przejść bez potknięcia, zmienił nieco moje podejście. Wbrew pozorom, była w bardzo dobrej formie.
Wyczarowałem z Naszyjnika Pożywienia coś na kolację i podsunąłem część z tego Edel. Ku mojej dalszej uciesze, nawet dopisał jej trochę apetyt. Po posiłku, przycupnęliśmy obok Diligitis. Wieczór był naprawdę chłodny, więc ogień gotujący się w brzuchu smoka był idealnym sposobem na rozgrzanie. Oczywiście nie zapomniałem przy tym o owinięciu Edel pożyczonym kocem. Odkąd zdobyłem te okrycie, moja ukochana znacznie lepiej znosiła podniebne podróże. 
Tego wieczora trochę rozmawialiśmy; rzecz jasna szeptem, żeby nie przeszkadzać innym wilkom. Opowiedziałem wtedy mojej partnerce jedną z ciekawszych historii, które zmyśliłem. Jej głównym bohaterem był oczywiście mój wyidealizowany ojciec i jego smok. Kiedy skończyłem, dostrzegłem, że Edel zasnęła, wtulona we mnie. Zamknąłem oczy, by też odpocząć po całym dniu. 
Po niespełna godzinie coś mnie obudziło. Nie był to żaden dźwięk, ani nawet zapach. Zrozumiałem, że od kogoś w pobliżu biła aura olbrzymiego strachu. Wtedy też poczułem, że jestem dużo bardziej zmęczony, niż przed pójściem spać. Z początku myślałem, iż może lunatykowałem. Jednak fakt, że znajdowałem się w tym samym miejscu, w tej samej pozycji, wykluczał tę możliwość. Zainteresowany, co konkretnie się działo/nadal dzieje, powoli wstałem. Musiałem bardzo uważać, żeby przy okazji nie obudzić E. 
Podążyłem w stronę źródła lęku. Oddaliłem się nieco od Diligitis i innych smoków. Ta droga prowadziła do jakiegoś samotnego drzewa nad płytką rzeką. Podchodząc bliżej, dostrzegłem, że pod rozłożystą koroną falowało coś na kształt czarnej mgły. Zmrużyłem oczy i zaciągnąłem się powietrzem. Tak, jak myślałem - Tantibusy. Co najmniej dwa osobniki. 
Ukryłem się w wysokiej trawie i spróbowałem podejść jeszcze bliżej. Wtedy pośród charakterystycznego swądu potworów poczułem zapach kogoś ze swojej watahy. "Więc wszystko już jasne" - pomyślałem. "Ktoś postanowił spać z dala od reszty, zaczęły go dręczyć koszmary i to ściągnęło Tantibusy."
Odwróciłem się, gotowy wrócić do bezpieczniejszego miejsca, niż ta otwarta przestrzeń. Uznałem, że to, co się tam dzieje, nie jest moją sprawą. Te stwory przecież nigdy nie zabijają źródła pożywienia. Wtem coś poruszyło się w trawie bliżej mnie. Zastygłem w bezruchu. Nim zdążyłem cokolwiek wymyślić, z roślinności wyłonił się czarny cień. Kolejny Tantibus. Odruchowo postawiłem dwa kroki w tył i odsłoniłem zęby. Z mojego gardła wypłynęło stanowcze warknięcie. Spodziewałem się dwóch wariantów; potwór albo zaatakuje, albo ucieknie, widząc, że nie jest w stanie mnie przestraszyć
Wówczas stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Czerwonookie połączenie małpy z czarnym wilkiem, oparło przednie, dłuższe łapy na ziemi, skuliło się nieco i spojrzało na mnie z przechyloną głową. Ta poza kryła jakiś przekaz, dobrze znany tym stworzeniom. Ja go jednak nie rozumiałem. Nie od razu. Stałem w tym samym miejscu, kompletnie zdezorientowany. 
Po chwili Tantibus bezszelestnie zniknął mi sprzed oczu. 
Wkrótce doszedłem do kolejnego wniosku, co konkretnie mogło się stać tej nocy. Monstrum uznało mnie za sojusznika po tym, jak przez sen sprowadziłem na kogoś koszmar, umożliwiając Tantibusom pożywienie się. 
Ruszyłem dalej; byle jak najszybciej wrócić do Edel i Diligitis. Jednak w drodze powrotnej dostrzegłem, że na sterczącej gałęzi jakiegoś krzewu wisiał pewien osobliwy przedmiot. Nauczony doświadczeniem, postanowiłem zabrać go ze sobą. Niestety nie byłem w stanie dobrze go obejrzeć, mając do dyspozycji tylko światło księżyca. 
***
Na mój nos spadła jedna kropla deszczu, potem następna. Otworzyłem oczy. Dostrzegłem, że Edel też już nie spała. Zawinięta w koc, oglądała szary świat dookoła nas. Wtem moich uszu dosięgnął głuchy grzmot. Zdaje się stosunkowo niedaleko od nas była burza. Podniosłem wzrok ku górze. Całe niebo było zakrywały chmury, z których siąpił drobny deszcz. Co jakiś czas uderzał nas mocniejszy podmuch wiatru. 
- Nikt się nie zbiera do wylotu - zauważyła Edel, przejeżdżając wzrokiem po innych wilkach i ich przewoźnikach. - Crane, pójdziesz dowiedzieć się o co chodzi? 
- Tak, oczywiście - Wstałem, wyminąłem Diligitis i poszedłem dalej w obóz. 
Wkrótce znalazłem Hitama. Rozmawiał właśnie z Raurą i Arminem - innymi organizatorami ruchu. 
- Macie rację; jeśli teraz wylecimy, trafimy prosto w tę burzę - mruknął przywódca stada. - Poinformujcie wszystkich, że musimy to przeczekać. Wyruszymy jutro. 
Oba wilki pokiwały głowami na znak, że rozumieją. Następnie Raura ruszyła na lewo, a Armin na prawo. 
- O, ty też tu jesteś, Crane? - Hitam zauważył moją osobę. - W takim razie ty też idź poinformować watahę, że dziś nie wylatujemy. 
- Tak jest - odparłem i ruszyłem z powrotem w kierunku, z którego przyszedłem.
Absolutnie nie powinienem sprzeciwiać się obecnemu samcowi Alfa. Tak więc, po drodze przekazywałem dalej informacje o zmianach planu podróży. Kiedy dotarłem do Edel, zakomunikowałem o tym także jej. Dostrzegłem wtedy na drobnym pyszczku wadery lekki wyraz ulgi. Dodałem, że porozmawiamy za chwilę i poszedłem dalej, by powiadomić kolejne wilki, co się dzieje. 
Po paru minutach obszedłem już tę całą część obozowiska, więc mogłem wrócić do mojej partnerki. Usiadłem naprzeciwko niej i poprawiłem koc, którym się okrywała, żeby osłonił też jej głowę. 
- Dzięki - westchnęła i spojrzała gdzieś w dal. 
- O czym rozmyślasz? - spytałem. 
- Chyba o niczym... - mruknęła wadera. - Miałam dzisiaj dziwny sen. 
- Jak chcesz wiedzieć, co oznaczał, mogę pożyczyć od Lind Bransoletkę Snu.
- Nie, nie trzeba - zapewniła E.
Jeszcze chwilę pogawędziliśmy o snach, potem o nocy, dniach, zachodach słońca. W pewnym momencie wspomniałem coś o mojej rodzinie, a Edel w odpowiedzi opowiedziała mi śmieszną historię z czasów, kiedy była jeszcze mała. Widać nawet w takim miejscu jak Zakon, szczenięta pozostaną szczeniętami.
Wtedy przypomniałem sobie o tajemniczym przedmiocie, który znalazłem ostatniej nocy. Wstałem i wydobyłem go z kosza, w którym przewożone były nasze rzeczy. W świetle dnia wreszcie mogłem się mu lepiej przyjrzeć. Okazało się, że był to kolejny wisiorek; również dosyć bogato zdobiony. Najbardziej przykuwającym uwagę elementem medalionu, był okrągły, czerwono-niebieski kamień. Po krótkiej kontemplacji nad tym znaleziskiem, odniosłem wrażenie, że gdzieś już widziałem podobny egzemplarz. 
Nagle dostrzegłem z daleka Camusa. Krążył po okolicy, co jakiś czas zawracał. Stwierdziłem, że to dobra okazja, by zabrać go na kolejne poszukiwanie surowców. Oczywiście za drobną zapłatą jedzeniem. Odłożyłem nowy medalion z powrotem do kosza i wyciągnąłem stamtąd Naszyjnik Pożywienia.
- Edel, jesteś głodna? Bo właśnie będę wyczarowywał trochę mięsa - wyjaśniłem. 
- Nie, nie - odparła wadera. Nie zdziwiła mnie ta odpowiedź. I tak po południu przekonam ją, by coś zjadła. 
Parę sekund później pojawił się przede mną pyszny zając. Odłożyłem Naszyjnik Pożywienia na miejsce, pożegnałem chwilowo E i ruszyłem zanieść Camusowi tego smacznego gryzonia. Jeśli już muszę codziennie zostawiać Edel na trochę samą, przynajmniej dobrze spożytkuję ten czas. 
Basior zachęcony przez podarek, oczywiście zgodził się na wyruszenie w teren. Dzisiaj szukał odpowiedniego miejsca na "wydobywanie z ziemi skarbów" (jego słowa) dobre paręnaście minut. Wreszcie zatrzymał się w wyschniętym korycie dawnego dopływu pobliskiej rzeki. Tak jak wcześniej, chwilę trwał w skupieniu, po czym zakomunikował mi, że coś znalazł. Coś naprawdę ciekawego. Jednak wydobycie tego przedmiotu ze skał pod miękką glebą, zajęło Camusowi tym razem wyjątkowo długo. 
Zaczynałem już wątpić w jego umiejętności, kiedy pod moimi łapami wylądowała nowa bryła ziemi. Natychmiast zerwałem się z miejsca i zająłem oczyszczaniem zdobyczy mojego znajomego z watahy. Kolejny kamień szlachetny. Ten jednak był większy i cięższy, niż odłamki szafiru. Jego kolor także był nieco odmienny od tamtego surowca.

<C. D. N. >

Uwagi: brak.

Od Joela "Nowa plaga szczeniąt"

Październik 2024 r.
– Joel! – ryknęła Yuki, a jej dźwięk zdał się zmienić w locie w srebrny sztylet. Przed oczami mężczyzny błysnęło niewidzialną stalą, a uszy przeszył nagły ból. Docisnął doń dłoń, czując jakby miała mu zaraz pociec krew. Rzucił się biegiem w kierunku, z którego przybył. Ciężkie trapery miarowo uderzały o miękką ściółkę leśną.
Nagle czubek jego buta zahaczył o wystający korzeń. Joel z rozpędu upadł i sturlał się po stromym zboczu. Usiłował zahamować to zapierając się łokciami, lecz na niewiele mu to pomogło. Przystanął dopiero obok wejścia do jaskini, w której ulokowano ich na tym przystanku.
Poderwał się na czworaka, ale świat nadal był pijany. Drzewa zlewały mu się w rozszalałą karuzelę barw.
Yuki wrzasnęła znowu.
Spróbował ruszyć w tamtym kierunku, lecz szło mu to bardzo mozolnie. Przy kolejnym wrzasku zmienił pozycję na klęczki i zatkał uszy. Jego twarz i ubrania były umazane od wilgotnej ziemi. Musiało niedawno padać.
– Joel, błagam! – krzyczała zdesperowana kobieta.
Joel zebrał dość siły, aby podnieść się z klęczek i pewniejszym – choć wciąż pijanym i nierównym – krokiem ruszył ku małżonce. Przytrzymywał się ręką chropowatej ściany jaskini.
– Idę... – jęknął, mrugając oczami. Z każdym krokiem karuzela się zatrzymywała, a jego krok czynił coraz odważniejszym. Jej łkanie upiornie odbijało się od ścian. Zacisnął wolną dłoń w pięść.
Wtedy ją zobaczył. Leżała na ziemi. Dookoła niej kamień był mokry, jednak nie była to woda. Wyglądała na stanowczo zbyt lepką jak na wodę. Podbiegł. Na końcu upadł na kolana. Już wiedział, co oznacza taka sytuacja. Choć nie był to ich pierwszy raz i mniej więcej wiedział, co robić, to bicie jego serca przyspieszyło. Naprzemiennie słyszał krzyki Yuki i szum własnej krwi.
– Spokojnie, jestem tutaj... Przyj, po prostu przyj – mówił szybko. Odszukał jej dłoni i zacisnął na niej palce. Wbiła mu paznokcie aż do krwi. Zacisnął szczęki. Nie żałował zdartej skóry.
Spróbował rozebrać dół jej ubrania do końca. Sama nie dała rady. Cały czas wstrząsały nią konwulsje bólu. Drżącym kciukiem głaskał jej skórę dłoni, ale prawdopodobnie nawet tego nie czuła. Miał wrażenie, że podziela jej ból. Powtarzał jej uspokajające formułki, ale od samego momentu już sam nie wiedział, co mówi. Ona chyba też nie.
Gorąca stróżka krwi spłynęła w dół jego dłoni. Skapnęła na kamienie. Drżał na całym ciele. Chciał ją przytulić, ale zbyt bardzo bał się, że coś jej zrobi.
Wtedy z kolejnym wrzaskiem zrzuciła ludzką postać. W jej oczach błysnęła drobna ulga, ale nie trwała ona długo. Znowu się wygięła. Joel spróbował ją chwycić nieco inaczej. Teraz wbijała pazury we wnętrze jego dłoni. 
– Iść po lekarza...? – wykrztusił. Pokręciła głową.
Po jego policzkach popłynęły słone łzy. Tak bardzo chciał jej pomóc, ulżyć...
Niedługo potem usłyszał kwilenie pierwszego ze szczeniaków. Trochę się ożywił.
Pierwszy był tak ciemny, że prawie czarny. Kleił się, ale mimo to wziął go na ręce. Wtedy zaczynało iść już tylko łatwiej. Drugi miał futro tak jasne, że prawie białe, a trzeci był całkiem rudy. Szczeniaki były tak małe, że bez problemu mógł trzymać wszystkie na rękach. Szumiało mu w głowie. Wszystkie się kuliły, popiskując cicho. Choć już raz został ojcem, to i tak nie mógł powstrzymać drżenia dłoni. Zaczął płakać. Nie ze smutku, a ze wzruszenia.
– Joel... daj mi je... Są głodni – wyszeptała wykończona Yuki.
Przytulił je po raz ostatni, po czym delikatnie przystawił do brzucha partnerki. Oddalił się, przysiadł pod ścianą i w milczeniu obserwował jak zaspokajały pragnienie. Dopiero wtedy otarł policzki, jednak to sprawiło, że były tylko brudniejsze. Yuki leżała na ziemi w taki sposób, jakby umierała. Miarowo unosząca się i opadająca klatka piersiowa dawała mu jednak pewność, że wszystko było w porządku. Uchyliła powieki i uśmiechnęła się blado do Joela. Odpowiedział tym samym. Znowu zaczęły go piec oczy.
– Jak ich nazwiemy? – wymamrotała – To chłopcy.
– Sześć synków? – powtórzył cicho – Nie wiem... Jakie ci się podobają...?
– Trevenic jest ładne.
– Może być Trevenic – Jego wzrok powędrował do kilku mlaszczących fasolek – Może ten pierwszy będzie Vicem...?
– A który był pierwszy?
– Ten najciemniejszy. Później ten jasny, a na końcu rudy...
– I może... może... – szeptała. Jej wzrok utkwił w suficie – Nie wiem.
– Gwidon...? Zawsze podobało mi się Gwidon.
– To Gwidon to niech będzie ten... jasny.
– Co sądzisz o Erastusie? – zapytał po chwili zadumy.
– To ostatni to Erastus – wyszeptała. Oczy się jej zamykały.
– Możesz się zdrzemnąć – powiedział i zbliżył się do niej na czworakach. Ucałował ją w czoło. Uśmiechnęła się.

niedziela, 15 września 2019

Od Asgrima "Zbieram drewno jak zawodowiec" cz. 1

Wrzesień 2024
Wpatrywałem się uparcie w drzewo. Biała kora była delikatnie postrzępiona w typowy dla brzóz sposób. Zielonożółte liście powiewały na wietrze, wydając przy tym cichy szum. Kojąca muzyka, którą dzieliły się ze sobą rośliny. A może rozmowa...? Kto wie, czy drzewa nie prowadziły ze sobą tajemnych konwersacji, niedostępnych dla wilczych uszu. Och, ile ciekawych rzeczy można byłoby się od nich dowiedzieć! Drzewa to milczący świadkowie wyznań, kłótni, życia tylu stworzeń. Widziały śmierć tak wielu...
Niektórzy mówili do roślin. Podobno miało to pomóc w ich rozwoju. Nie wiedziałem, czy była to prawda. Niemniej w tej chwili byłem tak zdesperowany, że byłbym nawet gotów błagać tego drzewa o jakąkolwiek pomoc.
Hm, może mógłbym faktycznie spróbować... Co mam do stracenia?
- O drzewo brzozowe, co swą koronę rozwijasz nad uszami mymi. Udziel mi drewna swego - powiedziałem głośno. Na moim pysku widniał rozbawiony uśmiech.
- Wątpię, by to zadziałało - miauknął Redian.
Zerknąłem w jego stronę. Kociak leżał na plecach, zakrzywiając łapkami światło. Nieustannie czułem, jak ciepłe promienie przesuwają się po moim grzbiecie. Było to całkiem przyjemne, więc nie reagowałem w żaden sposób, byle tylko nie zaprzestał.
- Spróbować nie zaszkodzi.
- Tracisz czas.
Przewróciłem oczami.
- I kto to mówi? - spytałem, próbując powstrzymać uśmiech. Gdyby to był ktoś inny, pewnie już bym zaczynał się irytować, jednak Redian... Miał w sobie coś urzekającego.
Kociak przewrócił się na brzuch i posłał mi butne spojrzenie. Jego ogon kołysał się na boki.
- Ja.
Nie dałem rady. Z mojego pyska wyrwało się rozbawione prychnięcie.
- Jakiś problem?
- Skądże znowu - mruknąłem. - A teraz pozwól, że wrócę do konwersacji z tą piękną brzozą. Nie jesteś godny rozmawiania ze mną.
- A drzewo już jest?
- Tak.
Redian prychnął podirytowany i zakrzywił światło w taki sposób, że poraził mnie prosto w lewe oko. Zmrużyłem je i odwróciłem się w stronę drzewa, głośno fukając. Przynajmniej ono nic mi nie zrobi.
Ze wszystkich sił wyobrażałem sobie, że pień przechyla się i dzieli na równe deski. Nic podobnego jednak nie nadchodziło. Z mojego pyska wyrwało się zirytowane prychnięcie. Zaczynałem mieć tego dość.
- Może spróbujesz zmienić taktykę? - spytał Redian.
Odwróciłem się w jego stronę, mrużąc oczy.
- Co masz na myśli?
Kociak (który musiał znowu ułożyć się na plecach, kiedy nie patrzyłem) wstał i podszedł do drzewa. Przejechał pazurami po korze, niszcząc białą korę. Kilka wiórek oderwało się od pnia, by odlecieć niesione przez wiatr.
- Kiedy korzystam z mojej magii nie myślę o ostatecznym wyniku. Skupiam się na samym zakrzywieniu - wyjaśnił kocur. Dla demonstracji przekierował jeden z promieni w taki sposób, by oświetlił ślady po jego pazurach.
- Chyba nie rozumiem... Magia umysłu działa w nieco inny sposób - mruknąłem.
Redian prychnął z dezaprobatą.
- Wyobrażam sobie, że to moje łapy odbijają światło. Są niczym zwierciadła.
Skinąłem głową, bojąc się jeszcze bardziej pogrążyć swoją niewiedzą. Niemniej słowa kocura sprawiły, że w mojej głowie zrodził się pewien pomysł. Zmarszczyłem brwi i wbiłem skupione spojrzenie w drzewo. Powoli wyciągnąłem łapę, wyobrażając sobie, że jest ona niczym wzmocnione magicznie ostrze. Delikatnym ruchem przejechałem nią po pniu. Wcięcie przesuwało się tuż za mną. Wyrysowałem trochę krzywy prostokąt, czując, że zaczynają mnie boleć wszystkie mięśnie jak po ogromnym wysiłku. Połączyłem linie i wyciągnąłem deski. Drzewo zachwiało się, tracąc połowę swojej objętości w pniu. W tamtej chwili nie miałem jednak siły, by zająć się resztą. Położyłem się na ziemi obok Rediana, ciężko dysząc.
- Dobra robota, As - mruknąłem, napotykając jego spojrzenie.
- Ujdzie - stwierdził kociak. Na jego pyszczku widniał uśmieszek.

<c.d.n.>