piątek, 20 września 2019

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 4

Październik 2024
Błony na skrzydłach Passera delikatnie falowały na wietrze. Co chwila odnosiłam wrażenie, że kolejne podmuchy stawały się odrobinę cieplejsze. Nie pierwszy raz spotykało nas już takie zjawisko. Parę dni temu Magnus wyjaśnił to twierdząc, że „Pewnie trafiliśmy w jakiś front atmosferyczny”. Niestety ja nadal nie znałam ludzkiego nazewnictwa na tyle dobrze, by zrozumieć, co to do diaska oznaczało.
Dziś z jakiegoś tajemniczego powodu nasz przewoźnik nie miał ochoty ani na popisy, ani nawet na piosenki. Oba Odmieńce wielokrotnie się dopominały o to drugie, ale smok pozostawał nieugięty. (Co za ulga, chociaż jeden lot bez banjo i jembe!) Tak więc, lot był nad wyraz spokojny. Dało się nawet prowadzić w miarę swobodne rozmowy z siedzącymi obok.
– Ting, wy dwaj jesteście nieśmiertelni? – spytała Torance, korzystając z okazji.
– Ja i Baldor? Nie, oczywiście, że nie – odparł mój towarzysz. – Jednym z dwóch sposobów na zdobycie artefaktu jest zabicie Strażnika. Robienie z nas nieśmiertelnych byłoby nielogiczne. Nie uważasz, Ruda?
– A... Tak, w sumie racja – Wadera zmarszczyła odrobinę nos. – A co by było gdyby przyszedł do któregoś z was nieśmiertelny wilk? - Na chwilę jej wzrok powędrował na mnie. Było w nim coś przyprawionego niechęcią. Coś zrobiłam nie tak? Czy może chodziło jej o Medalion?
– Zależy od formy nieśmiertelności – mruknął Ting. – Na wrodzoną raczej nic nie moglibyśmy poradzić – pokiwał głową. – Jednak gdyby w grę wchodził na przykład Medalion taki, jak Pierzastej, mogłoby być różnie – Uniósł łapę. Trzymał w niej wisiorek, o którym właśnie mówił.
Spojrzałam na swoją pierś. Magiczny medalion zniknął stamtąd.
– Hej! Oddawaj natychmiast! – rzuciłam, chwytając swoją własność w zęby. Strażnik wichury oddał mi to bez walki.
– Nie ma potrzeby się denerwować, Pierzasta. Chciałem tylko coś zademonstrować - oznajmił, jak gdyby nigdy nic. 
***
Wylądowaliśmy pod wieczór; kiedy chmury nabierały pięknego, różowawego koloru. Passer wraz z innymi smokami opadł na ziemię przy rozgałęzieniu szerokiej rzeki. Wilki, których przewoźnicy zatrzymali się jako pierwsi, już dawno zeszły na ziemię. My tego dnia byliśmy jednymi z ostatnich. W międzyczasie Hitam już zarządził kilka rutynowych czynności; wyznaczył wilki do sprawdzenia najbliższej okolicy, kazał zbadać jakość wody oraz rozkazał myśliwym podzielić się na grupy, a jak wrócą zwiadowcy, szukać tropów zwierzyny.
Mnie dzisiaj nie przypadło żadne konkretne zadanie. Tak samo było z Asgrimem; tego dnia nie miał zajęć z żadną grupą szczeniąt. Wspominał coś, że podczas przeprowadzki czasem zachodzą jakieś drobne zmiany w planie.
– Skoro mamy wolne, może poszukamy jakiś roślin tu, przy obozowisku? – zaproponowałam. Było to jedno z ciekawszych zajęć dostępnych w podróży.
– Skoro nalegasz – Skinął głową basior. – Pewnie moja pomoc będzie niezbędna. Ty też wyglądasz na kogoś, kto mógłby trafić na Wodną Muchołówkę – zachichotał.
– Sama też potrafię sobie poradzić – Podniosłam dumnie głowę.
– Tak, oczywiście – Basior ruszył przed siebie. - Oczywiście.
Pociągnęłam go wiatrem za ucho i wyprzedziłam. Po jakimś czasie marszu ja pierwsza zauważyłam coś ciekawego. Mianowicie krzak, z którego wyrastało parę czarno-białych kwiatów. Dosyć wyróżniały się na zielonym tle pozostałej roślinności. Podeszłam do wspomnianego krzewu i obwąchałam nietypowe kielichy. Z kształtu przypominały pospolite róże, ale z zapachu już nie.
– To coś przydatnego? – spytałam eksperta, który mi towarzyszył.
– Róża sprawiedliwości – wyrecytował As z miną znawcy. – Składnik Eliksiru Zmiany Stosunków, Eliksiru Miłości, Błękitnego Napoju, Kryształków...
– Rozumiem, biorę je ze sobą – powstrzymałam Asgrima przed dalszym wymienianiem.
Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Łodygi były co prawda usiane drobnymi kolcami, ale dla posiadacza Medalionu Nieśmiertelności nie była to żadna przeszkoda. Kiedy już schowałam swoją zdobycz do torby, coś pod liśćmi krzewów rzuciło mi się w oczy. Dostrzegłam tam jakiś połyskujący, niebieskawy przedmiot. Rozgarnęłam gałązki na bok, by móc w ogóle określić, co to było.

<C. D. N.>

Uwagi: Nie jestem pewna, co do tej zieleni roślin. 

czwartek, 19 września 2019

Od Edel "Życie kołem się toczy" cz. 3

Październik 2024
Kroki roznosiły się echem po mojej głowie. Niemal czułam, jak skronie mi pulsują. Zacisnęłam mocniej powieki, starając odizolować się od wszystkich dźwięków. Pyszczek opuścił cichy pisk bólu. W umyśle formułowały się modlitwy do nikogo, by zbliżający się wilk odszedł. Nie chciałam rozmawiać. Nie miałam na to sił.
Moje prośby nie zostały wysłuchane.
- Edel? Możemy porozmawiać?
Ciche i niepewne słowa zawisły w powietrzu. Do uszu dochodził irytująco głośny oddech. Uniosłam powieki, by zobaczyć Tori. Patrzyła na mnie z wyczekiwaniem. Językiem nerwowo oblizywała nos. Typowo psi zwyczaj, którego nadal się nie wyzbyła w całości.
Zmarszczyłam brwi. Wilczyca nie rozmawiała ze mną od chwili, kiedy dotarła do niej wieść, że ja i Crane zostaliśmy parą. Przed oczyma stanęła mi nasza ostatnia sprzeczka. Torance stwierdziła wówczas, że dałam mu się całkiem omotać i nie rozumie, co w nim widzę. Z perspektywy czasu widzę, że obie powiedziałyśmy o kilka słów za dużo, niemniej... Nie miałam zamiaru przepraszać. To ona okazała się okropną przyjaciółką, nie ja. To ona nie potrafiła zaakceptować mojego partnera i dla własnego widzimisię kazała zrezygnować mi z własnego szczęścia.
A teraz... Przyszła sama. Po co?
- O czym? Z tego co kojarzę, nie chciałaś widzieć ani mnie, ani Crane'a.
Słysząc ton mojego głosu (oraz zapewne wyczuwając ode mnie dość negatywne emocje), samica opuściła uszy.
- Ja... - powiedziała i zamilkła. Wbiłam w nią wyczekujące spojrzenie, starając się zignorować ból głowy. Torance jednak uparcie go unikała, wpatrując się na przemian w ziemię i coś za mną.
- Tak, ty. Czego chcesz? - warknęłam.
- Przeprosić - mruknęła, nadal nie patrząc mi w oczy.
- Ach tak? - Uniosłam brwi. - Co tak nagle?
- Dowiedziałam się, że jesteś w ciąży i...
Och, czyli to tak...
Z mojego gardła wydobył się niekontrolowany warkot. Serce biło jak szalone. Ból odszedł w zapomnienie. Wściekłość dodawała mi sił. Wstałam, nieznacznie się chwiejąc i zmniejszyłam dystans. Górowałam nad niską wilczycą, posyłając jej groźne spojrzenia.
- I co? Sumienie cię ruszyło? Zdałaś sobie sprawę, że warto byłoby mnie przeprosić zanim umrę?
Wilczyca skuliła się, jednak nie odeszła. Pozwalała się zlinczować, co jeszcze bardziej mnie irytowało.
- A może chciałaś przy okazji znowu obrazić Crane'a za to, że miał czelność zrobić mi szczeniaka? Albo ponarzekać jakim to fatalnym ojcem nie będzie? No dawaj, nie krępuj się. Jesteś przecież taka dobra w wyzywaniu go bez powodu.
Słowa wylewały się ze mnie szybko. Nie kontrolowałam ich. Wiedziałam, że za jakiś czas będę ich żałować, jednak teraz... Nie miałam najmniejszego zamiaru zamilknąć.
- Nie chcę go wyzywać - wtrąciła cicho wilczyca. - Myliłam się co do niego... 
- Och, serio? Już nie uważasz, że chce mnie jedynie wykorzystać?
Uniosła niepewnie wzrok. Kiedy tylko nasze spojrzenia się skrzyżowały, odwróciła pysk.
- On cię naprawdę kocha - mruknęła.
Roześmiałam się.
- Jak do tego doszłaś? Niech zgadnę... As zdołał cię w końcu przekonać?
Drgnęła. Kolejny punkt dla mnie.
- Edel, przepra... - zaczęła, jednak ja nie zamierzałam jej słuchać.
- Odejdź. Jesteś żałosna. Zwyczajnie żałosna.
Nie odpowiedziała od razu. Podniosła łeb. Zdawało mi się, czy w jej oczach zabłyszczały łzy? Nie, niemożliwe. 
- Jak sobie życzysz - powiedziała smutno.
Odsunęła się ode mnie i bezszelestnie zniknęła w półmroku lasu, w którym się zatrzymaliśmy. Westchnęłam głośno. Emocje zaczynały opadać. Ból głowy wrócił, a łapy ponownie stawały się słabe. Adrenalina odchodząc, zabierała ze sobą wszystkie swoje dary. Pospiesznie wróciłam na swoje miejsce i wtuliłam się w koc, który przytargał jakiś czas temu Crane. Zaciągnęłam się jego zapachem. Dawał poczucie bezpieczeństwa i miłości. Kochałam go.

<c.d.n.>

środa, 18 września 2019

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 3

Wrzesień 2024
Wreszcie powstało odpowiednio duże przejście, byśmy zdołali wejść do jaskini. Pierwsza wskoczyłam do nowo odkrytego miejsca. Powitała mnie tam tylko ciemność. Po odgłosach rozpoznałam, że Ting wskoczył do groty zaraz po mnie. Baldor dostał się tu ostatni. Strażnik Wichury użył swojej ptasiej czaszki na kiju, by rozświetlić to tajemnicze miejsce ogniem.
Okazało się, że jaskinia nie była aż taka wielka. Pomimo wysokiego sklepienia, nie zmieściłyby się w niej nawet dwa średnie smoki. Co innego, gdyby każdy był wielkości Diligitis. Czarne ściany groty w wielu miejscach przecinały białe smugi. Dodawało to temu miejscu nieco charakteru. Po chwili rozglądania się, dostrzegłam, że coś na skałach połyskiwało w złocistym świetle płomieni. Ting pierwszy podszedł bliżej, by zbadać to zjawisko. Ja byłam tuż za nim. Z bliska dało się dostrzec, że ściany jaskini były w wielu miejscach obłupane. Wnętrze tych skał wyglądało trochę jak krzemień. Strażnik Wichury podrapał pazurem jeden głaz, potem polizał łapę. Nie rozumiałam, co to miało na celu, dopóki nie oznajmił:
- To sól.
- Prawdziwa? - Popatrzyłam po ścianach i sklepieniu. - Ale jak to?
- Nie wiesz, skąd się bierze sól, Pierzasta? - Odmieniec spojrzał na mnie.
- E... -  zawahałam się. Już chyba za późno, żeby udawać, że nie miał racji.
- Sól kamienną wydobywa się z ziemi. Jak kamienie szlachetne – powiedział Ting. - Już rozumiesz?
- Ta... - westchnęłam. 
- Zamierzacie zabrać trochę ze sobą? - odezwał się nagle Baldor.
- W sumie, czemu nie – mruknęłam.
Uderzyłam pazurami miejsce, które wcześniej podrapał Ting. Spod mojej łapy sypnęły się maleńkie odłamki. Sól raczej nigdy nie należała do najtwardszych materiałów na świecie. Dziwnie się czułam zdobywając ją w ten sposób. W życiu bym nie pomyślała, że coś, co się je, wykuwane jest ze skał. 
Strażnik Lasu także podszedł do ściany jaskini i bez większego zamachu uderzył w nią młotem. Zdobył w ten sposób kilka znacznie większych kryształów solnych. 
Ting spojrzał na swoją płonącą ptasią czaszkę na kiju. Zastygł w tej pozycji trochę długo, po czym sięgnął do plecaka po drugą, by użyć jej do wydobycia garści soli ze ścian. 
- Co się z nimi tak właściwie stało? - spytał nagle Baldor, także patrząc na płonącą broń drugiego Odmieńca.
- Złamały się. Ja je złamałem. Oba – odparł Ting cicho. Przerwał pracę i znów smętnie zwrócił oczy na "pochodnię".
- Wolno mi spytać o czym wy teraz mówicie? - wtrąciłam, nie rozumiejąc kompletnie kontekstu wypowiedzi.
Strażnicy obrócili się w moją stronę. 
- Zwróciłaś kiedyś uwagę, że Baldor nosi zwykłą broń połączoną z czaszką jakiegoś zwierzęcia, a ja mam tylko te czaszki ptaków? - spytał Strażnik Wichury.
Przejechałam wzrokiem po wspomnianych przedmiotach. Prawda, pod tym względem się różniły.  
- Co to oznacza? - kontynuowałam.
- Bronią Baldora jest młot, moją były... dwa kilofy. A tak właściwie oskardy - wytłumaczył Strażnik Wichury. - Idealne do przebijania skóry, kości, czasem nawet zbroi – Ting w dalszym ciągu melancholijnie oglądał płonący ptasi dziób. - Byłem pewien, że uderzenie obu naraz zawsze będzie kończyć walkę. W końcu to nie był zwyczajny metal. 
- I co się wtedy stało? - usiadłam na ziemi, wpatrując się w Odmieńca. Byłam naprawdę zainteresowana tą historią.
- Raz uderzyłem nimi w zaklętą tarczę. Ostrza złamały się, jak zapałki – posumował.
Wbił płonący kij w ziemię. Kucnął nad ogniem i podniósł odrobinę czaszkę przywiązaną do drugiego kija. Istotnie była pod nią metalowa obręcz z paroma odstającymi resztkami ostrzy. 
- Ale ostatecznie wygrałem ten pojedynek. Tarcza uratowała go raz, ale za drugim zabrakło mu odpowiednich umiejętności – Ting spuścił wzrok na swoje pazury.
Nie komentowałam tej historii w żaden sposób. To, jak Ting przedstawił ją przedstawił, sprawiło, iż zrobiło mi się autentycznie przykro. Zerknęłam na broń Baldora. Dopiero wtedy zwróciłam uwagę, że i na niej była dosyć głęboka rysa. Ciekawe, jaka historia kryje się za tym... Albo za łańcuchem na łapie Strażnika Lasu. Nie widziałam, żeby inni strażnicy też byli tak przywiązani do swojego rynsztunku.
- Mam ochotę na kawę – mruknął Ting.
- Wracajmy do obozowiska. Może jakiś wilkołak ma parę ziaren – odparłam.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Od Crane'a „Życie kołem się toczy” cz. 2 (cd. Edel)

Lipiec 2024
Słyszałem, co powiedział medyk. Każde słowo. Stałem z boku i nawet nie drgnąłem. Wiedziałem jednak, że wolałbym nie słyszeć tej diagnozy. Już dużo wcześniej zdawałem sobie sprawę, że Edel niedługo umrze, ale odkąd zostaliśmy parą... Nie wróciłem myślami do tematu nawet raz. Zamiast tego chłonąłem każdą chwilę, w której byliśmy razem. Tak skupiałem się na teraźniejszości, że wszelkie rozważania o przyszłości nie dawały nawet o sobie znać. Dziś jednak świadomość, że E umrze wcześniej, niż ja, wróciła. Nie wiedziałem, jak mam zareagować. Mam mówić, że jest mi przykro? Rozpłakać się? Kazać Edel przerwać ciążę? Każda opcja wyglądała na równie bezcelową. Nieważne co bym zrobił, moja partnerka umrze. Umrze.
Nigdy dotąd to słowo nie uderzyło mnie tak mocno. Śmiertelność w mojej watasze była co roku stosunkowo duża, więc przyzwyczaiłem się do tego określenia. Wilki umierają cały czas. Każda wieść tego typu, nawet ta dotycząca Fermitate'a, spływała po mnie. Nigdy nie zostawiła żadnego trwałego efektu. Jedynie wraz z innymi machinalnie spuszczałem głowę nad grobem. Udawałem, że i ja jestem w żałobie, bo umarł członek watahy. Tymczasem tak naprawdę żaden z nich nic dla mnie nie znaczył. Byli to tylko kolejni potencjalni wrogowie, którzy sami posłusznie usunęli się w cień i nie wrócili.
Teraz na szali było życie Edel. Powtórzę; Edel. Jedynej osoby, o której dobro kiedykolwiek się martwiłem. (Do dzisiaj nie wiem skąd to się tak naprawdę brało.) Chciałem zachować ją przy sobie na zawsze. Niestety to wszystko, co usłyszeliśmy, było prawdą. Miała odejść. Prawdopodobnie maksymalnie za parę miesięcy. To nie jest wcale dużo. Ten czas przeleci, zanim zdążę powiedzieć „Smocza Róża”. 
Volga pożegnał nas i opuścił pokój. Dalej stałem jak słup soli w tym samym miejscu, obserwując jak basior powoli zamyka za sobą drzwi. Miałem nieuzasadnioną ochotę coś rozszarpać. Przynajmniej do czasu, aż Edel szepnęła:
– Jesteś zły..?
– Nie wiem – odparłem. - Wiem, że nie na ciebie - Podszedłem do posłania i położyłem się obok niej na brzuchu. Położyłem pysk na poduszce i zająłem obserwowaniem ściany.
– Co teraz zrobimy?
– Tego też nie wiem – mruknąłem. 
– Crane, ja... – zaczęła, ale przerwałem jej gestem.
– Jeśli chcesz przepraszać, przestań – mruknąłem.
Znów to zrobiłem; pozwoliłem, by odezwały się we mnie skrajne emocje. Tym razem; wściekłość i smutek. To drugie zdecydowanie przeważało. Nie potrafiłem za nic zdusić uczuć. Nie miałem już siły z nimi walczyć. 
Co będzie z tym szczenięciem? Jest moje, ale nie czułem się jak rodzic. Malec pojawił się z próżni tak nagle. Jak duże były szanse, że chora matka zdoła go donosić? Jakie były szanse, że istotnie będzie zdrowy? Że sam nie padnie kilka dni po porodzie?
Jedno było pewne; nie mogę go winić za rychłą śmierć E. „Ona i tak umrze”...
Przekręciłem się na bok. Poczułem, jak Medalion Nieśmiertelności opierał się o moją szyję. W teorii... on mógłby rozwiązać ten problem. Niestety teraz przeszkodą byłoby nastawienie Edel. Znam już bardzo dobrze jej nastawienie do kwestii nieśmiertelności: Prędzej sama odgryzłaby sobie uszy, niż zgodziła się osobiście nosić ten wisiorek. Skoro już teraz znam jej odpowiedź, nadal zachowam go w tajemnicy.
Ach, Edel... Czemu jesteś taka głupia?
A może to ja jestem tym głupim, bo przywiązałem się do ciebie? Teraz już nie zdołam się wycofać. Pragnienie twojej obecności obok jest zbyt mocne. A pewnego dnia się obudzę, a ciebie tutaj nie będzie.
Co wtedy?
CO WTEDY?!
Nie chcę myśleć o tym, że ona ma odejść. Nie mam żadnego planu, co wtedy zrobię.

<Edel?>

Uwagi: brak

wtorek, 17 września 2019

Od Lind "(Nad)zwyczajne dni w podróży" cz. 2

Wrzesień 2024
Zaczęłam chodzić niespokojnie tam i z powrotem. Najbardziej prawdopodobnym było, że to, co pokazał mi Medalion Wizji jak najbardziej ma odniesienie w rzeczywistości.
Co robić, co robić? Czy istnieje ktokolwiek, z kim mogłabym o tym teraz pomówić? 
Dotarło do mnie, że raczej nie. Nikomu w watasze nie powiedziałam, co stało się na placu w Białym Mieście. Może wreszcie powinnam? A może lepiej jednak nie..?
Stanęłam w miejscu i spojrzałam na Baldora. Strażnicy zdecydowanie NIE MOGĄ się dowiedzieć kim on jest. 
Co teraz, co teraz? Dobra, spokojnie Lind. Freeze jeszcze tutaj nie przyszedł. Na pewno mam jeszcze trochę czasu.
Zaczęłam głowić się nad tym, ile konkretnie potrwa jeszcze wyrok Freeze'a:
Skazano nas na więzienie zeszłej zimy. Mamy teraz jesień. Wróć; początek jesieni. Czyli... czyli... wrzesień. A wtedy był... grudzień albo styczeń. W najlepszym wypadku luty. Skupiłam się, by wyliczyć, ile konkretnie miesięcy minęło. Podczas nauki matematyki dowiedziałam się, że w całym roku mamy ich dwanaście. Zajęło mi to dosyć długo, ale wreszcie obliczyłam, że został rok i trzy miesiące „z hakiem”. Potem Freeze zostanie wypuszczony. Do tego czasu wataha będzie jeszcze dalej. Basior nie będzie w stanie nas znaleźć. Chyba, że użyje magii. 
Kogo ja próbuję oszukać? Jeśli naprawdę mu zależy, na pewno użyje magii, by mnie znaleźć. Będę zmuszona trzymać się blisko watahy... Ale przecież jest tyle sposobów, żeby się przedrzeć. Niewidzialność, teleportacja, kontrola umysłu...
Nabrałam w płuca większy haust powietrza. 
Może przesadzam... Nie jest chyba aż tak OP. Był blisko wygrania pierwszego pojedynku, ale to nie jest tak, że jednym ruchem może wgnieść mnie w ziemię. Pamiętajmy, iż do czasu ewentualnego kolejnego spotkania ja też stanę się potężniejsza. Zwłaszcza, jeśli...
Jeśli opanuję moc Wichury Płomieni.
Rozejrzałam się po okolicy. Tinga nadal nie było nigdzie widać. Muszę z nim o tym porozmawiać. Przemilczę kwestię Freeze'a, ale temat artefaktu trzeba koniecznie poruszyć.
Wrzuciłam Medalion Wizji z powrotem do kosza z moim wyposażeniem. Postanowiłam, że mam dosyć czekania. Znajdę tego Odmieńca sama. Zbliżyłam nos do ziemi i zaczęłam węszyć. Parę razy odniosłam wrażenie, że znalazłam właściwy trop, ale wtedy zapach znikał pośród innych. Nie mogę powiedzieć, że cieszyłam się z tego powodu.
- Co znów zgubiłaś, Pierzasta? - usłyszałam nagle znajomy głos.
Podskoczyłam, jakby ktoś mnie polał ukropem. Odwróciłam się gwałtownie. Miałam teraz tuż przed nosem pysk Tinga.
- Stało się coś? Jakoś dziwnie się zachowujesz – mruknął mrużąc oczy.
Otworzyłam pyszczek, ale nie mogłam wydusić nawet słowa. Nie wiedziałam od czego zacząć. Do tego momentu chyba zdążyłam już zupełnie zapomnieć ze stresu po co chciałam go znaleźć. Odmieniec przez chwilę patrzył na mnie wyczekująco, ale potem znudziło mu się to, więc zaczął własny temat:
- Pierzasta, potrzebuję cię do czegoś.
Nie odpowiedziałam. Spróbowałam przypomnieć sobie, o czym miałam z nim porozmawiać. 
- Pierzasta, słyszysz mnie? Słońce ci przygrzało czy co? 
- Co chcesz? - mruknęłam. 
- Znalazłem wejście do jakiejś jaskini i chcę zobaczyć, co jest w środku – wyjaśnił bardzo powoli Odmieniec. - Niestety przejście blokują głazy, które musiały spaść z lawiną. Chyba jesteś w stanie z tym pomóc, co nie?
- Chyba jestem, chyba jestem... - burknęłam. 
Po co ja się tak stresuję...? Mamy dużo czasu. Nie muszę na gwałt szukać rozwiązań mojego problemu z Freeze'm. Zajęcie się na razie drobnymi sprawami bieżącymi nie zaszkodzi. Całe zamieszanie może poczekać. Mam cały długi rok. 
Ruszyłam za Tingiem. Jednocześnie próbowałam skupić uwagę na świecie dookoła mnie i przestać się przejmować tamtą wizją. Odmieniec podszedł do „swojego kuzyna” i zakomunikował mu, że chce aby on też poszedł. Po krótkiej chwili namawiania, udało mu się zmusić Baldora do wstania z miejsca. Nie wiem, jak Ting to robił; ja nadal nie opanowałam tej sztuki.
Spytałam leżącego nieopodal Passera, czy też nie chciałby iść. Smok oznajmił, że dziś zdecydowanie woli odpocząć, a nie biegać po okolicy. Tak więc, wyruszyliśmy w teren tylko we trójkę. Ting zaprowadził nas w niżej położone, małe przesmyki między skałami. Przez swoją drobną posturę, nie miał problemu z szybkim przemykaniem dalej tą drogą. Tymczasem Baldor ledwo zdołał przeciskać się bokiem, szurając igłami o otaczające nas skały. Byłam pod wrażeniem, że przez całą drogę nie narzekał, nawet popędzany przez Tinga. Niestety ja trafiłam na koniec pochodu, więc musiałam poruszać się tym samym, ślimaczym tempem co większy Odmieniec. Bardzo żałowałam, że nie miałam możliwości wylecenia stąd i wykorzystania drogi powietrznej.
Po jakimś czasie wynurzyliśmy się z powrotem na kawałek otwartego terenu; o długości maksymalnie piętnastu metrów. Przypominało mi to trochę dziedziniec jakiegoś budynku - z każdej strony odgrodzony wysoką, prawie pionową ścianą. Po naszej prawej stronie leżał stos kamieni, o których wspomniał Ting. Dostrzegłam między nimi parę szpar, jednak były zbyt małe nawet dla tego Odmieńca. 
Nagle w oczy rzuciły mi się jakieś rośliny wyrastające z innej szczeliny w skale. Nie wyglądały bynajmniej na pospolite polne kwiaty. Musiałam trochę wytężyć umysł, żeby przypomnieć sobie, gdzie je już widziałam. Odpowiedź brzmiała: targ w Białym Mieście. Na jednym straganie leżał kiedyś identyczny okaz; opisany "Róże Hery". Doszłam do wniosku, że skoro handlarze zbierają te rośliny i sprzedają, na pewno warto zabrać ze sobą kilka kwiatów. Jak postanowiłam, tak zrobiłam, puszczając mimo uszy uwagi Tinga, że miałam pomóc z tymi głazami. Co mu się tak spieszy? 
Skończywszy zbierać kwiaty, złapałam wiatrem pierwszy kamień od góry i zrzuciłam z tego stosu na dół. Tak samo postąpiłam z każdym kolejnym. Wkrótce przyłączył się do mnie jeszcze Baldor. Kilka razy niechcący zrzuciłam jakiś mniejszy odłamek skalny w jego stronę, ale żaden nie zrobił wrażenia na Strażniku Lasu. Pierwsze dwa odbiły się od jego głowy jak piłka, a trzeci został złapany w wielką, szponiastą łapę.

<C.D.N.>

Uwagi: Skąd Lind znałaby takie wyrażenie jak "OP"? Jest to mimo wszystko skrót od angielskiego słowa, istniejący w slangu ludzi. Pilnuj tych pór roku, proszę.