wtorek, 24 września 2019

Od Lind "(Nad)zwyczajne dni w podróży" cz. 8

Październik 2024
Smoki wynurzyły się z chmur. Słońce było idealnie przed nami, więc jego promienie agresywnie ugryzły nas wszystkich w oczy. „Nas wszystkich”, to jest tych, którzy nie chowali się po plecionych koszach w obawie przed wypadnięciem. Dziś Passer tak szalał, że wszelkie koty, przebywające na jego grzbiecie, podjęły decyzję o pozostaniu w naszych bagażach aż do kolejnego postoju. Starym zwyczajem, smok przy okazji każdego nowego zestawu podniebnych popisów, zaczynał nową pieśń. Tego dnia odśpiewał już „Grotę Władcy Wulkanu”, „Wędrujące Węże” i „O Zapomnianym Szczycie”. Pierwsza pieśń była znośna, druga strasznie denerwująca, a trzecia... o dziwo bardzo mi się podobała. Dobrze pasowała do instrumentów Odmieńców, to jest banjo i djembe.
Podczas piątego refrenu, Passer zawołał głośno i wykonał pełen obrót w locie. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że akurat wtedy Ting chciał „zmienić akord”, czyli przesunąć łapę na gryfie swojej „małej gitarki”. Podczas piruetu smoka, instrument wyślizgnął się ze szponów Odmieńca i poleciał w dół. Strażnik Wichury skoczył w jego kierunku, ale było już za późno. As musiał schwycić Tinga za kołnierz, by i on nie poszybował w kierunku ziemi.
– Pierzasta, leć za nim! - rzucił błagalnie Odmieniec, łapiąc się podstawy skrzydła Passera.
Nie potrafiłam odmówić. To brzdąkanie zwykle mnie denerwowało, ale wiedziałam, jak ważne było banjo dla mojego towarzysza. Zeskoczyłam więc z grzbietu smoka i pomknęłam w dół za cennym instrumentem. Nie było czasu do stracenia, więc skrzydła zaczęłam przywoływać dopiero w drugiej kolejności. Szybko wypatrzyłam stracony przedmiot w powietrzu. Skupiłam się i schwyciłam go mocno wiatrem. Przyciągnęłam banjo do siebie, złapałam w zęby i dopiero wtedy rozłożyłam skrzydła. Musiałam nieźle się wysilić, by dogonić Passera. Zmieniłam kurs tylko na chwilę, lecz smok w tym czasie oddalił się o dobre paręset metrów.
Po chwili wylądowałam znów na pokrytym zielonkawą łuską grzbiecie, ściskając w zębach cenny przedmiot. Odmieniec natychmiast mi go odebrał (w sumie mogłabym użyć też słowa „wyrwał”).
– Dziękuję, Pierzasta – wysapał. – Dziękuję.
– Dobra robota – dodał Passer. – Talent twoich Odmieńców poszedłby na zmarnowanie bez instrumentów.
– Kto powiedział, że jesteśmy JEJ Odmieńcami? – odezwał się nagle Baldor. – Odgrywamy rolę jej niewolników czy co?
– Passerowi chodzi o relację właściciel-towarzysz – sprecyzowała Leah.
– Pierzasta nie jest naszym właścicielem – rzucił Ting. – Jest tylko właścicielką Wichury Płomieni – powiedział bardzo powoli, żeby wszyscy dookoła na pewno zrozumieli. 
Wtedy przypomniało mi się, jak bezwzględnie posłuszna była Trzecia Strażniczka wobec Freeze'a. Nic nie mówiła, tylko wykonywała polecenie. Jak tresowana.
– A jak wreszcie ujarzmię jej moc, będziesz moim podwładnym? – spytałam cicho mniejszego Odmieńca.
– Skąd taki pomysł, Pierzasta?
Nie odpowiedziałam nic. Popatrzyłam jedynie po pyskach pozostałych pasażerów. Nie wyglądały, jakby moi przyjaciele domyślali się, co widziałam w Białym Mieście. Asgrim i Torance tym bardziej byli zdezorientowani słuchając naszej wymiany zdań. Oni nie znali mojej historii z Tingiem aż tak szczegółowo, jak Leah.
Na znak jednego z większych smoków, wszystkie pozostałe zaczęły obniżać lot. Tym razem mieliśmy wylądować między lasem, a jeziorem. Zdawało mi się, że po drugiej stronie zbiornika wodnego było więcej miejsca do lądowania. Później wyjaśniono mi, że cały tamten teren to bagna. 
Nasz przewoźnik miał kaprys, by przed lądowaniem przelecieć bezpośrednio nad spokojnym jeziorem. Dostrzegłam, że wówczas Ting znów postanowił złapać się szpikulca na szyi smoka. Kiedy Passer był tak blisko gładkiej tafli, że jego pasażerowie mogli się w niej przejrzeć, wyciągnął łapy przed siebie. Jego pazury zaczęły przecinać lustro wody, rozbryzgując na boki hektolitry zimnej cieczy. Jak na komendę, wszyscy ścisnęliśmy się po środku smoczego grzbietu, żeby uniknąć ochlapania. Wszyscy, poza Asgrimem, który dalej wychylał się na bok i wystawiał język oraz Baldorem, który nawet nie drgnął przez cały lot. 
Passer zatoczył jeszcze jedno koło nad jeziorem, następnie zawrócił wreszcie w stronę wyznaczonego miejsca. Tam zatrzymał i stanął stabilnie na czterech łapach. Wtedy Tori zjechała pierwsza po jego boku na miękkie podłoże. Kiedy dołączył do niej Asgrim, wadera zaczęła mu mówić, że nie powinien był wystawiać się na tamtą wodę, bo nie wiadomo, czy nie jest trująca i tak dalej. Partner poklepał ją łapą po głowie i mruknął, iż docenia, jak ona się o niego martwi, ale tym razem jest to zbędne.
Dołączyłam do moich przyjaciół na pewnym gruncie. Dzięki stałemu dostępowi do wody, trawa była tutaj wysoka i intensywnie zielona. Był to dla mnie argument, że tutejsze jeziora raczej nie są zatrute, ani nic w tym stylu. Niemniej jednak Hitam jak zwykle wyznaczył wilki, które to sprawdzą. Następnie zarządził zbiórkę przywódców polowań, więc Tori musiała skończyć wykład i dołączyć do swoich kolegów w fachu. As posłał jej całusa na do widzenia. Tymczasem ja spojrzałam na horyzont. Słońce już ledwo wystawało zza linii dzielącej niebo i ziemię. Zgadywałam, że łowy odbędą się lada chwila, albo dopiero wczesnym rankiem.
Rozejrzałam się za jakimś lepszym miejscem na oglądanie zmieniającego się nieba. Wtedy dostrzegłam, że Strażnicy Artefaktów już je dla mnie znaleźli. Obaj siedzieli przy pniu powalonego drzewa. Ruszyłam w ich kierunku. Nagle zahaczyłam o coś pazurami; jakby o jakiś cienki łańcuszek. Stanęłam w miejscu i podniosłam łapę. Spostrzegłam, że potknęłam się o jakiś medalion. Był bardzo brudny, co pozwalało mi podejrzewać, iż leżał tu już dosyć długo. Jego kształt wyglądał bardzo znajomo. Odgarnęłam warstwę kurzu. Wtedy zrozumiałam, iż właśnie znalazłam Medalion Rosnącej Potęgi. Naprawdę wyjątkowe znalezisko. Z tego co słyszałam, egzemplarze były dostępne tylko w Zaginionej Krainie, do której jedyną drogą dostępu był jakiś portal. Założyłam sobie wisiorek na szyję i z szerokim uśmiechem na pyszczku wreszcie dołączyłam do Strażników. 
Usadowiłam się wygodnie obok mniejszego Odmieńca i oparłam o korę. Obserwowaliśmy w milczeniu, jak nad naszymi głowami pomarańczowe odcienie powoli, acz zdecydowanie przechodziły w fiolet, a następnie w coraz głębsze odcienie granatu. Proces był powolny, lecz olśniewający. Przez ostatnie dni raz po raz towarzyszyłam Odmieńcom w obserwowaniu pięknego świata. Pozwalałam, by udzielał mi się ich zachwyt i jednocześnie ćwiczyłam kontrolowanie swojej potrzeby ruchu. Dzięki Strażnikom odkrywałam nowe piękno w z pozoru zwyczajnych zjawiskach. 
Wreszcie na czarnym niebie zaczęły migotać pierwsze gwiazdy. Szybko dołączały do nich kolejne. Nim się obejrzałam, świeciło nad nami prawdziwe morze jasnych punkcików. W pewnym momencie niebo przecięła spadająca gwiazda. Baldor drgnął zaskoczony, a ja spytałam swoich towarzyszów:
– Widzieliście? 
– Meteoryt? Jasne – odparł Ting, przeciągając się. 
– Co? – Popatrzyłam na niego zdziwiona. – Miałam na myśli spadającą gwiazdę. 
– Gwiazdy nie spadają, Pierzasta – Strażnik Wichury przewrócił oczami. – Jak coś większego od naszej planety miałoby spaść? Skąd miałoby spaść? 
Zmrużyłam oczy. Pierwszego pytania nie zrozumiałam, ale za to drugie było naprawdę dobre. "Skąd spadają gwiazdy?" - powtórzyłam w myślach i zaczęłam się zastanawiać nad tym zagadnieniem. 
– To, co przeleciało przez niebo to nie gwiazda - przerwał moje rozmyślania Ting. – Czytałem o tym w Królewskiej Bibliotece. To kawałki skał, które spalają się, trąc o powietrze. 
– Skąd... skały wzięły się w powietrzu? – Jeszcze mniej rozumiałam z tego, co mówił. – Próbujesz zrobić ze mnie idiotkę? – obruszyłam się, podejrzewając, że Odmieniec stroi sobie żarty. 
– Tak, zdecydowanie tak - mruknął ironicznie Ting, kiwając głową. – Jak czegoś nie rozumiesz, to znaczy, że ktoś cię oszukuje. 
– Zacznij gadać z sensem – burknęłam. 
Strażnik Wichury westchnął ciężko. Chwilę milczał, potem wyciągnął łapę w stronę nieba. 
– Kilometry ponad ziemią; ponad powietrzem, jest pusta przestrzeń. Pełna planet, pyłu i odłamków skalnych, które są w ciągłym ruchu. 
Zwróciłam pyszczek we wskazanym kierunku. Nadal nie widziałam tam nic poza czarnym kolorem i świecącymi, podkreślę NIERUCHOMYMI gwiazdami. To wszystko brzmiało na absurdalnie przekomplikowane. Za nic nie potrafiłam zobrazować w myślach słów Odmieńca. 
– Nasz świat też jest taką planetą krążącą w kosmosie – kontynuował Ting. – Jest kulą złożoną z ognia, skał, ziemi i wody, otoczoną powietrzem. 
– To też wyczytałeś w Bibliotece w Białym Mieście? – spytałam. 
– Miałem dużo czasu, kiedy byłaś zamknięta w celi – odparł, opuszczając łapę. 
Po plecach przeszedł mi dreszcz. 
– Błagam, nie mówmy o tym – mruknęłam. 
– O, kolejna skała spalająca się w powietrzu – odezwał się znów Ting, wracając do poprzedniego tematu. 
Tym razem nie zdążyłam zobaczyć wspomnianego zjawiska. Akurat patrzyłam na inną część nieba. Wtedy przypomniała mi się książka, którą czytałam hen, hen daleko w przeszłości, kiedy jeszcze byliśmy na dawnych terenach. Przeglądałam ją, jak zawierucha skazała mnie na przesiadywanie całymi dniami w jaskini. Dowiedziałam się wtedy, że tarcie może rozgrzewać, nawet zapalać przedmioty, a także wytwarzać elektryczność. Pamiętałam, iż to drugie bardzo mnie interesowało. W mojej głowie znów zawitał pomysł, by wypróbować to w praktyce. Dostrzegłam na horyzoncie kilka chmur. Podobno tarcie w chmurach wytwarzało pioruny. 
Znów pogrążyłam się w głębokim zamyśleniu. Tymczasem delikatny powiew wiatru zmienił kierunek. Przyniósł ze sobą miłą woń kwiatów. Podniosłam pyszczek i zaczęłam węszyć. Ten zapach to... Nie, nie potrafiłam przywołać w myślach nazwy. Jednak pozytywne skojarzenia sprawiły, że wstałam i poszłam znaleźć źródło przyjemnego zapachu. Paręnaście metrów za pniakiem, przy którym siedzieliśmy, zastałam charakterystyczne fioletowo - różowe krzaki. Róże Hery. Aż dziwne, że nie zwróciłam na nie uwagi wcześniej. Podeszłam bliżej i wyciągnęłam łapę, by zerwać trochę kwiatów. Kiedy uznałam, iż nazbierałam ich już dość, wróciłam do Odmieńców. Co za tym szło, powróciłam do rozmyślań na temat przywoływania piorunów. 
Chyba mam coś, co może mi pomóc w osiągnięciu tego efektu... 

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

poniedziałek, 23 września 2019

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz, co się wydarzy" cz. 12

Sierpień 2024 r.
– Jeśli na kogoś trafimy, to tylko na straż – powiedział Carlo, trzymając klapę otwierającą przejście do systemu podziemnych tuneli pod Białym Królestwem, o którym opowiadał po drodze. Wiatr zawiewał dość mocno jego niebieską grzywkę. Tego dnia nie dawał im spokoju. Lucy owinęła się szczelniej ciężkim płaszczem pożyczonym od Severusa.
– Możemy iść... zależy, ile tej straży by tam było – zastanowiła się na głos Shaten.
– Wydaje mi się, że to dość kiepski pomysł. Patrick się nas pewnie spodziewa – wtrącił Anonim.
Carlo spuścił wzrok. Po raz pierwszy ktoś powiedział to głośno.
– Patrick? – Lucy popatrzyła na Anonima dość mocno zdezorientowana.
– To nie jest czasem ten generał? – dopytał Mirand.
– Czemu miałby się nas niby spodziewać? – zapytała już kompletnie zbita z tropu Lucy. Patrzyła to na Carlo, to na Anonima.
– Wiesz, że Carlo tutaj kiedyś mieszkał – zaczął Anonim – Niegdyś współpracował z Patrickiem i ich drogi nie rozeszły się... cóż, niekoniecznie pokojowo. Ja z kolei uciąłem mu ramię.
– Co proszę? – wykrztusiła – Severus o tym wie?
Anonim potrząsnął przecząco głową.
– Zapuścił się za którymś razem w nasze okolice. Szukali Alexandra.
– Nie rozumiem teraz jednej rzeczy – wtrąciła Shaten – Czemu miałby się nas spodziewać TERAZ, skoro Carlo jest u nas już od dawna?
– Ktoś o żywiole iluzji, ciemności, wspomnień, nocy lub umysłu nas podsłuchał. Czułem to. Nie wszystko, ale tyle, by zorientować się, że szykuje się coś grubego.
– To dlatego nas spowalniałeś? – zapytał Carlo.
– Ta... tak można powiedzieć – uśmiechnął się zadziornie Anonim.
– Może się nas spodziewać, bo nie traci tak łatwo czujności – dodał Carlo, zamykając ostrożnie klapę – Znam go na tyle dobrze, żeby wiedzieć to na pewno. Jeśli dotarły do niego faktycznie te informacje, nie zdziwiłbym się, gdyby miasto, mimo upływu tych kilku miesięcy, wciąż było gęsto obstawione strażą.
Lucy się wzdrygnęła i jeszcze mocniej owinęła płaszczem. Brakowało jej ciepła narzeczonego. Mirand z kolei zaniepokojony wodził wzrokiem po twarzy Anonima i Carlo.
– Może się wycofamy?
– Zostawiliśmy już dość śladów. Jeśli zawrócimy, będą mogli namierzyć Czarne Królestwo po naszym zapachu – objaśnił Anonim.
Arya patrzyła pustym wzrokiem w kierunku murów miasta. Choć nic nie widziała, to przykuło uwagę jej siostry. W zasięgu wzroku nigdzie nie majaczyła się wieża strażnicza, nikt ich nie widział. Ktoś jednak... zostawił drabinę. Nie sięgała ona jednak nawet do połowy muru. Ravyn zmarszczyła brwi.
– Ktoś się chyba próbował tam włamać.
Wszyscy w milczeniu podnieśli głowy w tamtym kierunku.
– Wygląda tak, jakby stała tam od kilku lat – powiedział Anonim – I jest popękana w kilku miejscach. Ktoś musiał z niej spaść.
– Strącają z murów – podsumowała Arya.
Mirand z przestrachem wycofał się za wysoki kamień, będący ich jedyną osłoną przed wzrokiem strażników, których jednak nie było w polu widzenia.
– W takim razie jaki mamy plan? – zapytał nieco kąśliwie Carlo. Unikał spojrzenia Anonima.
– Ktoś z nas musi się wbić do środka, upewnić że w pobliżu nie czai się straż i dać znak pozostałym. Ktoś, kogo nikt tam nie zna. Tylko to nam pozostało.
– Mogę ja – mruknęła Shaten – Na pewne odległości mogę wysyłać sygnały. Jeśli zobaczycie na niebie czarn...
– Tęczę? – podekscytował się Mirand.
– Czarną tęczę? – Zmierzyła go wzrokiem – Lepiej się puknij.
Mirand dopiero wtedy rozumiejąc swoją głupotę, spuścił wzrok. Na jego policzki wpłynęły intensywnie różowe wypieki.
– Czarny kwiat. Niech będzie czarny kwiat – Machnęła ręką Ravyn.
– Róża – doprecyzowała Shaten – Jeśli coś mi się stanie niech będzie to gałąź z liśćmi. Na pewno rozróżnicie.
Niechętnie skinęli głowami. Anonim w milczeniu patrzył przed siebie.
– Mam wam tylko zrobić rozeznanie, czy...
– Pozbądź się wszystkich strażników na trasie do Białego Pałacu. Nie ważne jak, byle ich nie było. Tylko dyskretnie, aby nie wywołać zamieszania – powiedział w końcu Anonim.
– Nie wiem jak trafić do...
– Pokieruję cię – Utkwił wzrok w jej twarzy – Idź. Nie ma co tracić czasu.
Patrzyła na niego jeszcze przez moment, a następnie naciągnęła na głowę kaptur. Odwróciła się na pięcie i odeszła.
Anonim dał pozostałym znak, aby usiedli za kamieniem tak, aby być niewidocznym dla straży.

Oczekiwanie na jakikolwiek znak zdawało się być niekończącą się męką. Ilekroć Carlo zerkał na zegarek, wszyscy inni spoglądali mu przez ramię, by też wiedzieć ile czasu minęło. Nie rozmawiali ze sobą. Raz przeszedł ścieżką nieopodal strażnik, jednak zdołali przeskoczyć kawałek dalej, aby ich nie dostrzegł. Kiedy tylko się odlał, wrócił na wartę na terenie Białego Miasta. Lucy skwitowała to kręceniem głową z dezaprobatą.
Po kilku godzinach, kiedy koniuszki palców u dłoni i stóp zupełnie im wymarzły, Anonim uniósł dłoń. Jego oczy lśniły, gdy patrzył ze szczerą fascynacją na niebo.
– Róża – szepnął.
Carlo poderwał się z ziemi i ostrożnie wyjrzał zza skały. Nim wstał, Anonim już popędził w stronę gdzie była Brama Główna. Carlo przeklął i popędził w ślad za nim. Cała reszta kompanii nie chcąc być gorsza, zrobiła to samo. Anonim po drodze dał im znaki na migi, aby się rozdzielili na dwie grupy. Wiedzieli dobrze jakie, i co powinni zrobić w Białym Królestwie. Mimo że dowodził, zdawał się być najmniej zestresowany z nich wszystkich. Jakby nie przewidywał możliwości, że cokolwiek nie pójdzie zgodnie z planem.
Przy bramie po raz pierwszy nie było strażników. Dopiero wtedy zupełnie zwolnili, starając się nie rzucać zbytnio w oczy. Jako pierwsza ruszyła grupa z Carlo na czele. Druga była ta z Anonimem. Obaj starali się podejmować przyjacielską rozmowę, udając, że są tylko grupką pielgrzymów. Niedługo potem już całkiem zniknęli sobie z oczu.
Carlo nerwowo poprawił grzywkę tak, aby nie wystawała mu z kaptura. Lucy z gracją stawiała kroki po brukowanej ulicy i sprawnie wymijała przechodniów. W jej głosie choć słyszał przyjacielską nutkę, to wzrok migdałowych oczu pozostawał zdecydowany, zacięty. Mirand zaś mówił wyjątkowo mało. Był spięty. Carlo przeszedł dreszcz na myśl, że zbyt duży stres może zepsuć im akcję.
Czas mijał, a na nich wciąż nie wpadła Shaten. Carlo zaczął się denerwować. Weszli już na jak zwykle zatłoczony rynek. Co prawda w polu widzenia ani razu nie mieli strażnika, co oznaczało, że siłą rzeczy musiała tamtędy przechodzić, ale mimo to pozostawał w nim przeszywający lęk. Był przyzwyczajony do tego, że zawsze wszystko szło zgodnie z planem. Co prawda wynikało to z perfekcjonistycznej natury Patricka, ale...
Uświadamiając sobie, że pomyślał o czasach współpracy z osobą, z którą niegdyś uwielbiał spędzać czas, a teraz działa dokładnie przeciwko niego, poczuł niesmak. Niesmak tak wielki, że zrobiło mu się niedobrze.
Wtedy nareszcie dostrzegł idącą im naprzeciw Shaten. Nie patrzyła mu w oczy. Jej krok był żwawy, stanowczy. Uciekł wzrokiem gdzieś na bok, kiedy uderzyła Miranda ramieniem tak mocno, że się zachwiał. Odeszła, znikając za nimi w tłumie.
– Masz? – szepnął Carlo.
W dłoni Miranda błysnęło metalem. Carlo skinął głową. Trudno mu było powstrzymać unoszący się kącik ust.
– Podobno mają tutaj pyszne ciasta – powiedziała ostentacyjnie Lucy.
Carlo wedle planu kontynuował ten bezsensowny temat, unikając wzmianek, że niegdyś regularnie bywał w tutejszych cukierniach.


Carlo "odzyskał" wzrok dopiero wraz ze szczękiem klucza w zamku. Patrzył w szare oczy zupełnie łysego mężczyzny, który wydał mu się dziwnie znajomy. Otwierając kratę, sprawnie usunął się z przejścia. Szarooki spojrzał nieufnie na Carlo, ale zaraz potem mocno kuśtykając wtopił się w tłum innych uciekinierów. Kątem oka widział, że upadł kilka kroków dalej, ale nie miał czasu na pomaganie mu. Na szczęście wyręczyli go inni byli więźniowie.
Mirand nadzorował ruchem, a Lucy, najwyraźniej znalazłszy inny klucz, otwierała cele po przeciwnej stronie. Mieli niewiele czasu. Stale zerkał na zegarek, otwierając kolejne przerdzewiałe kraty celi. Więźniowie płakali uszczęśliwieni na ich widok. Część z nich nie odchodziła wraz z pozostałymi, obiecując wsparcie w dalszych etapach akcji.
Carlo pozostawało mieć tylko nadzieję, że jeśli dojdzie do kolejnego przeskoku osobowości, Carl zechce z nimi współpracować, jak to było przez ostatnią godzinę. Lucy i Mirand najwidoczniej nawet nie zauważyli, że coś było nie tak.

<C.D.N.>

niedziela, 22 września 2019

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 7

Październik 2024
Na pewno nie było to moje pierwsze spotkanie z takim zapachem. Niestety nie potrafiłam odnaleźć w swojej głowie odpowiedniego obrazu, który by tu pasował. Idąc tą drogą znalazłam pośród młodych drzew wyraźne ślady złodzieja jeleni. Jego łapy były dosyć duże; z trzema palcami z przodu i jednym z tyłu. Zaciągnęłam się mocniej powietrzem. Wtedy zrozumiałam, że mam do czynienia z dzikim wyvernem.
Moich wrażliwych uszu dobiegł odgłos miarowych uderzeń. Rozpoznałam w tym łopot błoniastych skrzydeł. Źródło dźwięku było gdzieś na północ stąd; nie na południe, gdzie stacjonowały nasze smoki. Więc to pewnie ten gad, którego szukam. Pobiegłam w odpowiednim kierunku, przedzierając się między igliwiem. Jednakże pomimo tego, dźwięk zaczynał cichnąć. Po jakimś czasie nie mogłam już w ogóle określić stąd dobiegał. Zwolniłam, aż w końcu zatrzymałam się zupełnie. Charakterystyczny odgłos nie zniknął, ale nadal cichł. Powąchałam ziemię i drzewa dookoła. Potem omiotłam wzrokiem swoje otoczenie. Dopiero zwracając pysk ku górze, coś dostrzegłam. Wysoko ponad lasem, sunął brązowy cień gada, którego szukałam.
Przywołałam skrzydła z wiatru i również wystrzeliłam w górę. Przedarłam się przez gałęzie i poszybowałam ponad czubkami świerków i sosen. Niestety do tego czasu wyvern zniknął bez śladu. Zaczęłam wątpić, czy to całe przedsięwzięcie jest w ogóle warte zachodu. Przecież straciłam tylko kawałek łani.
Wróciłam do obozu z niczym. Wcześniej kołowałam jeszcze chwilę nad drzewami, ale samotnego wyverna już nie znalazłam. Ostatecznie musiałam się poddać. 
– Jak tam, co dziś znalazłaś ciekawego, Pierzasta? – spytał mnie Ting na powitanie. Oczy mu się świeciły jak szczenięciu, którego rodzic wrócił z polowania.
– Jakąś roślinę w zniszczonym budynku. Były tam też książki, ale dla nich czas nie był łaskawy – westchnęłam. - Upolowałam też łanię, ale coś mi ją ukradło.
– Poważnie? Myślałem, że potrafisz bronić zdobyczy – Odmieniec zmierzył mnie wzrokiem.
– To się stało, jak zwiedzałam tamten budynek – próbowałam się usprawiedliwić.
To jednak tylko bardziej rozbawiło Tinga. Burknęłam coś niezadowolona. Wyminęłam go i podeszłam do kosza, który za jakiś czas znów znajdzie się na grzbiecie Passera. Wyjęłam z torby zebrane w ruinach kwiaty i ostrożnie ułożyłam pośród innych bagaży. Nie śpieszyłam się z wykonaniem tej czynności. Nagle poczułam się bardzo zmęczona. 
– Wracasz w teren? – kontynuował rozmowę Odmieniec.
– Nie wiem – mruknęłam w odpowiedzi.
Po tych słowach ruszyłam dalej w obozowisko. Wsłuchałam się w panujący tutaj gwar, jednak nie mogłam oddzielić żadnej rozmowy od pozostałych. Wszystko zlewało się w szum głosów, pomruków smoków i skrzeczeń innych stworzeń, które wilki obrały za towarzyszów. Spuściłam pysk i zaczęłam myśleć o ostatnich wydarzeniach. Przerwałam dopiero, kiedy w oczy rzuciło mi się coś połyskującego pośród wyschniętej trawy. Znalezisko okazało się być kanciastymi kawałkami jakiegoś metalu. Nie miały zbyt regularnych kształtów, więc mogłam zakładać, że to jeszcze nieobrobiony materiał. Rozejrzałam się dookoła, ale nie znalazłam nikogo, kto mógłby ich szukać. Tak więc, uznałam, że mogę spakować te bryłki metalu do torby.
Ostatecznie nie opuściłam już tego dnia obozowiska. Zamiast tego, poszłam dowiedzieć się w których koszach są książki, które uratowaliśmy z Biblioteki. Właśnie tej z naszych dawnych terenów. Znalazłszy jakiś ciekawszy tom w koszu, który przewoził Caesar, pozostały czas przed kolejnym wylotem, spędziłam na czytaniu.
Wyruszyliśmy równo z zachodem słońca. Za każdym razem, kiedy kończyliśmy postój w takich porach, Ting był wyjątkowo podekscytowany nadchodzącym lotem. Znając tego odmieńca już tak długo, doskonale wiedziałam, z czym wiązała się taka reakcja. Odpowiedź brzmiała „gwiazdy”. Ogólne podejście Strażnika Wichury w niczym już nie przypominało pierwszej podróży na grzbiecie smoka. Wówczas Ting mało spoglądał w górę, a co dopiero w dół. Siedział sztywno i trzymał się kurczowo szpikulców na szyi smoka. Nie przyznał, że się bał, ale ja już swoje wiem. Dopiero śpiew naszego przewoźnika zachęcił Odmieńca do rozluźnienia spiętych mięśni.
Dzisiaj po raz kolejny Ting nie potrafił oderwać oczu od granatowoczarnego nieba, na którym gwiazdy świeciły wyjątkowo jasno. Z dala od sztucznych źródeł światła, ponad szczytami gór, ta nocna kopuła nad naszymi głowami wydawała się być zupełnie inna. Jeszcze większa i piękniejsza, niż widziana z ziemi. Tego wieczoru mój towarzysz postanowił wspiąć się na czubek głowy Passera, by ogarnąć wzrokiem jednocześnie ziemię i niebo. Pierwsze - płaskie jak mapa; drugie – przypominające głębię oceanu. Złote oczy Tinga wydawały się świecić własnym światłem z zachwytu.

<C. D. N.>

Uwagi: Po zastanowieniu sądzę, że nie ma potrzeby pisania rasy/gatunku z wielkiej litery. W końcu "wilkołak" czy też "magiczny kot" piszemy z małych.

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 6

Październik 2024
Verum postanowiła osobiście przenosić jajo podczas lotu. Poczuła się za nie odpowiedzialna, więc chciała mieć je zawsze na oku. Było to nam jak najbardziej „na rękę” (Tak mawiał Magnus. Śmieszne powiedzonko). Pośród naszych bagaży nie było dostatecznie dużo miejsca na to jajo.
Przy okazji dzisiejszego postoju postanowiłam wybrać się na kolejny spacer. Tym razem sama; bez żadnego z moich sąsiadów. Tori z Asem gdzieś zniknęli; Leah tak samo. Passerowi wrócił humor, więc Odmieńce zdecydowanie wolały zostać na miejscu i urządzić z nim kolejne jam session. 
Postanowiłam, że skorzystam z okazji, by coś upolować. Zaczęłam więc węszyć. Dopiero po chwili  mojego nosa sięgnął zapach jeleni. Tak, to jest coś, na co mam ochotę – pomyślałam. Potruchtałam za znalezionym tropem, oddalając się nieco od obozowiska. Ta trasa zaprowadziła mnie wgłąb pobliskiego lasu iglastego. Wkrótce dotarłam do miejsca, gdzie odpoczywała zwierzyna. Ukrywając się pośród młodych drzew, podeszłam jak najbliżej i oceniłam wzrokiem, z czym mam do czynienia. Jeden byk z dorodnym porożem i dwie łanie;  jedna stara, druga młoda. Wszystkie jelenie różniły się umaszczeniem od tych, na które zwykle polowałam. Pewnie to jakaś inna rasa. Zdecydowałam, że zaatakuję najmłodszego osobnika w stadzie. I tak nie dałabym rady zjeść sama całego zwierzęcia.
Wreszcie nadszedł odpowiedni moment na atak. Niczego niespodziewająca się samica nie zdołała uskoczyć spod moich kłów. Byk uderzył kopytami i zarzucił głową , jednak widząc, że już nic nie wskóra, uciekł z drugą łanią dalej w las. Natomiast ja już po chwili mogłam zacząć ucztę. Polowanie na taką zwierzynę stało się dla mnie naprawdę łatwe. Jak przewidziałam, szybko napełniłam żołądek; nie zjadłam nawet połowy mięsa. Oblizałam pysk i wstałam znad swojej zdobyczy.  Spojrzałam w kierunku, z którego przyszłam. Pomyślałam, że w sumie mogłabym zanieść to, co zostało, wilkom z watahy. Przynajmniej nic się nie zmarnuje. 
Złapałam zębami łanię i zaczęłam ciągnąć z powrotem do miejsca postoju stada. Po chwili jednak dostrzegłam między drzewami jakiś ciemny kształt. Nie wyglądał na żadnego niebezpiecznego zwierza, ani na formację skalną, czy coś w tym rodzaju. Raczej na... budynek. Albo przynajmniej jego część. Zdziwiona i zaintrygowana tak niecodziennym zjawiskiem, zostawiłam mięso i poszłam zbadać nowe znalezisko. 
Istotnie pośród drzew znajdowały się niezbyt grube ściany z kamienia. Po obejściu całej konstrukcji dookoła, mogłam stwierdzić, że są to pozostałości prostokątnego domu z (obecnie zapadniętym), spadzistym dachem i cienkim kominem. W drzwiach była wielka dziura, więc bez namysłu wcisnęłam się tą drogą do środka. Warstwy pajęczyn, które okleiły mój pysk wskazywały, że to miejsce stało opuszczone już bardzo długo. W tych murach nie było żadnego źródła światła, ale ubytki w ścianach i dachu wpuszczały do środka dostatecznie dużo promieni słońca. 
Po prawej stronie od wejścia stało to, co kiedyś musiało przypominać stół. Obecnie drewno przegniło i zmieniło się w siedlisko dla zielonkawych grzybów. Kawałek dalej, w kącie izby rozstawiono kilka małych kociołków. Nie znalazłam w nich jednak nic poza kurzem i pajęczynami. Przy drugiej ścianie pomieszczenia, między kominkiem, a drzwiami, stała rama z poszarpanym materiałem. Pewnie niegdyś była porządnym łóżkiem. Ostatnim wartym uwagi elementem tego wnętrza, okazały się resztki regału z książkami. Na jego krzywych półkach nadal gościły dwa tomy. Od razu sięgnęłam po pierwszy z nich, ale ten natychmiast rozpadł się w moich łapach. Podobnie wyglądało to w przypadku drugiej książki. Poszczególne przegniłe kawałki nie nadawały się do niczego. Warknęłam pod nosem niezadowolona. 
Wówczas dostrzegłam, iż z podłogi przed regałem wyrastało kilka osobliwie wyglądających roślin. Przykucnęłam i zmrużyłam oczy, by lepiej dostrzec szczegóły w półmroku. Korzenie tajemniczego okazu oplatały pozostałości kolejnych dwóch książek. Intuicja podpowiadała mi, że to nie jest zwykłe zielsko. Postanowiłam zabrać kilka tych roślin ze sobą. Przynajmniej nie wyjdę z opuszczonego budynku z niczym - pomyślałam. 
Po parunastu minutach wreszcie wróciłam na zewnątrz. Ta rudera była jednym z najbardziej ciekawych miejsc, jakie znalazłam podczas dni spędzonych w podróży. Jednakże po ponownym przekroczeniu progu budynku, czułam zawód. Oczywiście wiązał się on ze zniszczonymi tomami. Nie mogąc poznać ich zawartości, tym bardziej ciekawiłam się, kto kiedyś tu mieszkał. Tak samo chciałam wiedzieć kiedy i dlaczego ta osoba opuściła okolicę. Niestety nic nie oferowało mi kolejnych wskazówek.
Wróciłam  do miejsca, gdzie zostawiłam łanię, ale moja zdobycz wyparowała. To jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. Na wygniecionej trawie została tylko krew i zapach. Zaciągnęłam się powietrzem. Poczułam niewyraźny swąd czegoś nowego. Nie chciałam tak po prostu zaakceptować tego wydarzenia. Postanowiłam znaleźć ślad złodzieja, wytropić go i dać mu nauczkę. Po chwili krążenia dookoła drzew, wreszcie znalazłam dostatecznie wyraźny ślad, by ruszyć we właściwym kierunku. 

<C. D. N.> 

Uwagi: brak.

sobota, 21 września 2019

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 5

Październik 2024
Moim oczom ukazało się jajo. Błękitne albo turkusowe; trochę trudno to ocenić w tym świetle. Wielkością było zbliżone do wilczej głowy. Miałam prawie stuprocentową pewność, że właśnie natrafiłam na jajo smoka. Zawołałam Asgrima, żeby mu pokazać swoje odkrycie.
– Skąd się to tutaj wzięło? – zdziwił się. Podniósł głowę i przejechał wzrokiem po okolicy. – Smoki przecież nie zostawiłyby swojego niewyklutego pisklaka bez opieki. Prawda? - Spojrzał w moją stronę. Uśmiech zniknął z jego pyska. 
– Tak myślę – mruknęłam. 
Zrobiło mi się gorąco. Wielkie gady wpadną w furię na widok intruzów przy swoim jaju. Natychmiast zbliżyłam nos do ziemi i zaczęłam węszyć. Z ulgą odkryłam, że nie było tutaj zapachu niczego poza wiewiórkami, zającami i jeżami. Po chwili jednak cała sytuacja wydała mi się być tym bardziej dziwna, a przez to niepokojąca. 
– As, poszukaj kogoś, kto oceni okoliczności lepiej niż my – zarządziłam. 
Wilk skinął głową i pobiegł z powrotem do obozowiska. Dobrze, że byliśmy bardzo blisko.
Ja tymczasem ostrożnie przeturlałam jajo spod krzewu. Żałowałam, że nie umiem nawet rozpoznać, z jakim gatunkiem mogliśmy mieć do czynienia. Po kilku minutach Asgrim wrócił. Tuż za nim szedł złotołuski Caesar. Kojarzyłam tego smoka tylko z widzenia. Nikt z naszej watahy nie leciał na jego grzbiecie. Przewoził tych z drugiego stada. Pokazaliśmy naszemu sojusznikowi znalezisko. Stary gad nie krył zdziwienia na widok samotnego jaja. Powąchał je, po czym zakomunikował:
– Jego rodzice zniknęli przynajmniej parę tygodni temu. Ich zapach zatarł się zupełnie.
– Czy mogli je... porzucić? – spytałam.
– Leżało na widoku? – Smok przekręcił odrobinę głowę, spoglądając w naszą stronę. 
– Nie – powiedział As.
– Więc pewnie spotkało ich jakieś nieszczęście. Kto wie, czy nie łowcy – mruknął ponuro Caesar.
Po plecach przebiegły mi dreszcze. Wizja martwych, niewinnych smoków także nie była zbyt przyjemna. Nie mogliśmy mieć do czynienia z obroną osady, czy czymś w tym stylu. Okolica nie była nawet zamieszkana. Może ktoś przybył tutaj specjalnie po to, by zabić tę parę? Zresztą nie wiadomo, czy nie było ich więcej niż dwoje.
– Myślisz, że pisklę jeszcze żyje? - spytał Caesara As, spoglądając na jajo.
Gad położył ostrożnie czubek zamkniętego pyska na skorupce. Chwilę trwał w ten pozycji, po czym podniósł łeb i oznajmił:
– Żyje, ale potrzebuje ciepła.
***
Caesar podpowiedział, by najpierw zwrócić się o pomoc do Verum. Jak przewidział, samica od razu zgodziła się wcielić w rolę przybranej matki i ogrzewać niewyklute pisklę przy okazji każdego postoju. Wyglądała na bardzo rozczuloną losem tego malca. Kiedy już zostawiliśmy jajo z nową opiekunką, Caesar udzielił nam wszelkich niezbędnych wskazówek, jak zająć się tym niewyklutym smokiem, kiedy w pobliżu nie będzie już żadnej dorosłej samicy. Najlepszym sposobem na zastąpienie ciepła matki, miało być zakopywanie jaja w gorącym popiele i zostawienie tak na co najmniej trzy godziny dziennie. Należało także pilnować, by nigdy nie zostało wystawione na mróz.
– W ten sposób powinno się wykluć za parę lat – zakończył wykład Caesar.
– To naprawdę długo... – mruknęłam.
– Zawsze tak jest – podsumował smok i bez pośpiechu oddalił się od nas.
Asgrim także poszedł już w swoją stronę. Planował zobaczyć się z Torance, jak ta tylko wróci z polowania. Ja tymczasem wróciłam do moich towarzyszy. Streściłam im krótko całą sytuację i to, jak znaleźliśmy jajo. Obaj Strażnicy wyglądali na bardzo zainteresowanych moją opowieścią. 
– To będzie smok latający, tak? – spytał Ting.
– Tak twierdzi Caesar – odparłam. 
– Planujesz je "zaadoptować" jako towarzysza, mam rację? – kontynuował. 
– Najprawdopodobniej – Skinęłam głową. 
Ting podniósł wzrok na leżącego nieopodal Passera. Wtedy przypomniałam sobie, że Odmieńce jak dotąd miały okazję oglądać tylko dorosłe smoki. Pewnie perspektywa zobaczenia pisklęcia, szczególnie je zaciekawiła. Jednak trochę jeszcze poczekają... "Parę lat" może zarówno oznaczać dwa, jak i dziewięć lat. 

<C. D. N.>

Uwagi: Przecinki.