sobota, 28 września 2019

Od Edel "Życie kołem się toczy" cz. 4 (cd. Crane)

Listopad 2024
Wdech, wydech. Wdech, wydech. Każdy równie świszczący i bolesny. Wyraźnie czułam każdy ruch szczeniaka w moim brzuchu. Był nadzwyczaj ruchliwy. I całkiem duży; z pewnością większy od moich córek. Serce nieznacznie ścisnęło się na ich wspomnienie. Starsza z nich, Frederikka, miała piękne białe futerko z kilkoma liliowymi wstawkami. Elsa natomiast odziedziczyła kolor sierści po mnie. Obie były takie malutkie, gdy je ode mnie zabrano... Pilnie obserwowałam jak dorastają nieświadome, że były siostrami, nie wspominając już o tym, że to ja byłam ich matką. Ciekawiło mnie, co się z nimi stało po moim odejściu z Zakonu. Czy starsi kapłani, ci którzy znali wszystkie powiązania genetyczne między członkami, obwinili je o to? Oczywiście nie mogły mieć na to żadnego wpływu, ale fakt faktem byłyśmy rodziną. Nawet pomimo tego, że rozmawiałyśmy zaledwie kilka razy...
Potrząsnęłam delikatnie pyskiem. Zakon, Frederikka, Elsa... To wszystko przeszłość. Liczy się tylko Crane oraz szczeniak, którego w sobie nosiłam. Nikt więcej.
Wtuliłam się mocniej w długą sierść Crane'a. Basior polizał mnie delikatnie w czoło. Mimowolnie się uśmiechałam. Moje serce zabiło szybciej, by po chwili się uspokoić. Zasnęłam w pełni zrelaksowana.

Obudziłam się tchnięta nagłym przeczuciem. Nic mnie jeszcze nie bolało, niemniej wyraźnie czułam, że poród zbliżał się wielkimi krokami. Zerknęłam na mojego partnera. Basior spał całkiem nieświadomy. Przez myśl przeszło mi, żeby go obudzić, jednak szybko zrezygnowałam z tego pomysłu. Nie miałam pewności, a on pewnie zacząłby się niepotrzebnie przejmować. Nie, póki nie będzie wyraźnego powodu, nie ma sensu przerywać mu snu.
Położyłam się na boku i wlepiłam oczy w niebo. Był środek nocy. Dziesiątki gwiazd rozświetlało niebo. Rozejrzałam się w poszukiwaniu księżyca, jednak nigdzie go nie było. Musiał być nów. Szukałam wzrokiem poszczególnych konstelacji i sprawdzałam swoją wiedzę. Z pewnym zadowoleniem zauważyłam, że pamiętałam zdecydowaną większość. Wiele można było powiedzieć o Zakonie, ale edukację miał na naprawdę wysokim poziomie.
Kiedy ból zaczął rozchodzić się po moim ciele, byłam gotowa. Zawołałam Crane'a i poprosiłam go o pomoc. Wilk początkowo motał się, nie wiedząc co powinien zrobić.
- Uspokój się - mruknęłam - To nie jest przecież mój pierwszy poród. Wiem, co robię.
Crane stanął jak wryty. Spojrzał na mnie wielkimi oczyma.
- Nigdy nie mówiłaś, że kogoś miałaś - powiedział w końcu.
Westchnęłam ciężko.
- Bo nie miałam.
Basior zmarszczył brwi, analizując przez chwilę moje słowa.
- Tak to działało w tamtym... Zakonie?
Skinęłam ponuro łbem. Już otwierałam pysk, jednak ból niespodziewanie się zwiększył i zamiast słów z mojego gardła wydobył się jedynie głośny jęk.
Crane natychmiastowo zwrócił się do smoczycy.
- Diligitis, obniż trochę lot.
- Zniesie nas jeszcze bardziej od reszty grupy. Nie mogę tego zrobić - odparła.
- Nie obchodzi mnie to. Masz podejść do łagodnego lądowania - rzucił basior. Jego głos był stanowczy jak nigdy wcześniej.
- Nie ma takiej potrzeby - mruknęłam.
Crane ponownie na mnie spojrzał. W ciemności nie widziałam jego dwukolorowych oczu, jednak wyraźnie czułam na sobie jego wzrok.
Szczeniak sprawiał, że mój oddech przyspieszał z każdą chwilą. Dyszałam głośno, co jakiś czas piszcząc cichutko. Bolało. Tak bardzo bolało...
Dźwięki, które z siebie wydobywałam, musiały obudzić Rediana. Podszedł do mnie i powąchał niepewnie moje ciało. Poruszyłam się nieznacznie. Kociak momentalnie odskoczył. Nastroszył futerko i zaczął machać nerwowo ogonem.
- Wszystko z nią w porządku? - spytał, dotykając łapy Crane'a.
- Edel zaraz urodzi - odparł basior.
Wzrok samca wędrował po wszystkim, co tylko było w pobliżu. Nie wiedział, co powinien zrobić, a ja nie byłam w stanie się odezwać i jakoś go uspokoić.
Redian natomiast otworzył pyszczek w czystym szoku.
- Ale... Że teraz? Nie mogłaś sobie wybrać lepszego czasu?
Poczułam jak na mój pysk mimowolnie wkrada się delikatny uśmiech. Nagle ciśnienie się nieznacznie zmieniło. Wytężyłam zmysły i zauważyłam, że Diligitis posłusznie zabrała się za lądowanie. Odetchnęłam z ulgą. Mimo wszystko wolałam rodzić na bezpiecznej ziemi.
Z chwilą gdy łapy smoczycy dotknęły trawy, bóle zwiększyły się jeszcze bardziej. Ze wszystkich sił starałam się oddychać powoli i spokojnie. Zacisnęłam powieki.
- Edel?! Crane?!
Czyjś głos rozchodził się po polanie. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że należał on do Volgi. Musiał wylądować, gdy tylko dotarły do niego wieści, że poród się rozpoczął. Obok mnie rozgrzało ciepło. Zmarszczyłam brwi. Co się działo?
Volga szybko nas znalazł i od razu zaczął mnie uspokajać. Sprawnymi ruchami wspomagał mnie przy porodzie, lecz nawet on nie mógł nic poradzić. Szczeniak zdawał się zastanawiać, czy na pewno chce wyjść na ten świat.
W końcu, gdy słońce zaczynało powoli wschodzić, poród się zakończył. Szybkim ruchem przegryzłam pępowinę malucha i zaczęłam go wylizywać. Miał jasną sierść, identyczną co moja. Popiskiwał radośnie, poszukując jedzenia. Ruchem nosa popchnęłam go do sutka. Kiedy go obserwowałam, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Byłam wykończona, ale to nie było ważne. Przeżyliśmy. Oboje. Nic więcej się nie liczyło.

<Crane?>

piątek, 27 września 2019

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 11

Październik 2024
Uderzyłam rozdziawionym pyskiem w wodę. Moje kły nawet nie musnęły ryby, w którą celowałam. Łuskowate stworzenie przyspieszyło i zniknęło za zakrętem płytkiego potoku. Westchnęłam. Nie chciało mi się ruszać z miejsca, zwłaszcza, że te nadawało się idealnie na połów. Postanowiłam zaczekać po prostu na kolejną małą rybę. Ten rodzaj nie wystarczyłby na solidny posiłek, ale i ja nie byłam bardzo głodna. Po prostu nadarzyła się okazja na schwytanie jednej czy dwóch. 
Po chwili moim oczom ukazał się następny, pokryty srebrną łuską kąsek. Przyczaiłam się przy brzegu i czekałam, aż podpłynie bliżej. Kiedy nadszedł odpowiedni moment, zaatakowałam po raz drugi. Znów chybiłam, a ryba zdążyła uciec. Zamruczałam niezadowolona, strząsając wodę z futra na pyszczku.
Odwróciłam się, by sprawdzić, czy nie jestem obserwowana przez moje Odmieńce. Na szczęście dzisiaj Strażnicy mieli jakieś ciekawsze zajęcie. Siedzieli na ziemi i coś ostrożnie układali na płaskim kamieniu. Znad strumienia nie mogłam dostrzec, co tam konkretnie mieli, więc zdecydowałam podejść bliżej. Wyjątkowe skupienie moich towarzyszów bardzo mnie zaintrygowało. 
Stanęłam nad Tingiem i spojrzałam na głaz. Mniejszy Odmieniec przytrzymywał na nim dwa zielone odłamki, a Baldor próbował jedną łapą dołożyć do tego trzeci element. Rozpoznałam, że to kawałki szmaragdu, które znalazłam pod ziemią w Komnacie, której niegdyś strzegł Baldor. To jest; zanim przyszedł do niego Freeze. Rozpoznawszy przedmiot w ich łapach, nie musiałam już pytać co robią. Chwilę przyglądałam się poczynaniom Odmieńców, ale później zaczęło mnie to nudzić. Wszystko robili niewyobrażalnie wolno, a co jakiś czas musieli zaczynać od nowa, zauważywszy, że popełnili błąd. Jednocześnie obaj byli tak pochłonięci próbami złożenia szmaragdu w całość, że nawet nie zauważyli mojej osoby.
Wróciłam na żwirowany brzeg strumienia. Przysiadłam nad wodą i zaczekałam na kolejną rybę. Zawiesiłam pyszczek tuż nad połyskującą taflą, by skrócić czas ataku. Kiedy kolejny potencjalny kąsek znalazł się pode mną, spróbowałam go schwytać. Poczułam w pysku zimne ciało ryby, ale ta wyślizgnęła się, zanim zdążyłam zacisnąć mocniej kły. Trzecia próba, która spełzła na niczym. Wynurzyłam nos spod wody i zakasłałam. Mój brak wprawy w takich łowach dawał o sobie znać.
Wtedy dostrzegłam, że pośród kamieni na dnie strumienia lśnił kawałek jakiegoś ciekawego przedmiotu. Odchrząknęłam jeszcze raz, po czym włożyłam łapę do zimnej wody, by odgarnąć otoczaki na bok. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Odkryłam w ten sposób Medalion Rosnącej Potęgi. Po prostu sobie leżał tam, pod lustrem czystej wody. Ot tak! Natychmiast wyciągnęłam wisiorek na powierzchnię. Przyjrzałam mu się z bliska; nie było mowy o pomyłce. Niebywałe. 
Zanim woda skończyła ściekać z mojego futra, już w odcinku strumienia przede mną pojawiła się nowa ryba. Odłożyłam wisiorek na bok i zaatakowałam po raz czwarty. Tym razem wreszcie udało mi się złapać to stworzenie w zęby. Wyciągnęłam swoją zdobycz z wody i rzuciłam na brzeg. Przez jej niewielkie rozmiary wygryzienie całego, słonego mięsa nie trwało długo. Oblizałam pysk po tej skromnej przekąsce. Była naprawdę pyszna. Zostawiłam skórę i ości gdzieś w trawie i odeszłam od strumienia. Jakoś nie miałam już ochoty łapać kolejnych ryb. Zerknęłam na Strażników. Nadal zajmowali się tym samym.
– Może trzeba wam z tym pomóc? – zaproponowałam, zakładając znaleziony wisiorek na szyję.
Ting odwrócił głowę i spojrzał na mnie.
– Hm, wiesz... Twoje moce faktycznie mogą się na coś przydać – mruknął po chwili. – Umiesz przetrzymać w miejscu małe przedmioty, prawda?
– Tak – Podeszłam do nich.
– To od teraz ty będziesz przetrzymywać w całości już dopasowane kawałki szmaragdu – zarządził Strażnik Wichury.
– A ile już dopasowaliście? – spytałam.
– Tylko trzy – oznajmił Ting. – Przygotuj się, zaraz będę powoli puszczał szmaragd. Spróbuj niczego nie zepsuć.
Wykonałam polecenie i ostrożnie objęłam wiatrem dopasowane kawałki drogiego kamienia, by trzymały się razem. Odmieniec odsunął łapy. Wszystko pozostało na swoim miejscu. Baldor pokiwał głową z uznaniem. 
Z moją pomocą składanie szmaragdu zaczęło iść Strażnikom nieco sprawniej. Dzięki temu, że teraz ja podtrzymywałam dopasowane elementy zielonego kamienia, moi towarzysze zyskali dodatkową parę wolnych szponów. Wkrótce umieścili w odpowiednim miejscu czwarty i piąty kawałek. Byli już mniej więcej w połowie drogi. Przyglądając się z bliska tej odtwarzanej bryle dostrzegłam, że nawet pomiędzy z pozoru idealnie pasującymi do siebie kawałkami, nadal były minimalne ubytki; niewiele większe, niż ziarnka piasku. Niestety będąc wtedy w Komnacie nie miałam szans na znalezienie tego zielonego pyłu. Szmaragd Baldora prawdopodobnie już nigdy nie będzie wyglądał jak dawniej. 
Zaczęłam się zastanawiać, jak w ogóle doszło do tego, że ten drogi kamień został rozbity. Podobno takie materiały są wyjątkowo twarde; miały należeć do najtwardszych materiałów na świecie. Nurtowało mnie też pytanie, dlaczego Freeze to zrobił; dlaczego rozbił klucz do skrytki z artefaktem. Pomyślałam, że prawdopodobnie nigdy nie uzyskam odpowiedzi na te wszystkie pytania. A ich liczba wciąż rośnie.
Kiedy spełniałam ważną rolę w odtwarzaniu szmaragdu, obserwowanie Odmieńców przy pracy nie było już tak nudne. Czas zaczął płynąć w moim odczuciu znacznie szybciej. Może minęło paręnaście minut, może ponad godzina, ale nadszedł moment, w którym dopasowano ostatni kawałek.
– Już prawie gotowe. Przetrzymaj to jeszcze chwilę, Pierzasta – kazał Ting.
Otworzył swój plecak. Wyciągnął stamtąd cienki rzemyk, którym zaczął obwiązywać złożony szmaragd. Podczas tego, kazał mi go delikatnie unieść. Odmieniec pilnował, by przy takim zabezpieczaniu całości, nie pominąć żadnego kawałka. Po paru minutach Ting zawiązał ostatecznie końce paska razem.
– Gotowe. Możesz już puścić – mruknął. Tymczasem Baldor wyciągnął otwartą łapę przed siebie, pod unoszący się w powietrzu kamień.
Zrobiłam, co chciał. Złożony i zabezpieczony przed ponownym rozpadnięciem się klucz do skrytki spadł w łapę prawowitego właściciela.
– Teraz pozostaje tylko znaleźć kogoś, kto da radę go znów zbić w jedną całość – podsumowałam z lekkim uśmiechem. - Jakiegoś wilka z żywiołem ziemi. Może nawet...
– W watasze nie ma nikogo, kto to potrafi – rzucił Baldor.
Zamilkłam. Brzmiał na bardzo zasmuconego. Poczułam, że lepiej by było, gdybym ugryzła się w język.
<C. D. N.>

Uwagi: brak.

czwartek, 26 września 2019

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 10

Październik 2024
Ruszyłam z powrotem w las z zamiarem odnalezienia Magnusa. Miałam tylko nadzieję, że jest w pobliżu, a nie na jakiejś ekspedycji w terenie. Chociaż tak właściwie to drugie nie byłoby do niego podobne. Spróbowałam znaleźć zapach wspomnianego wilkołaka, ale nagromadzenie śladów innych członków watahy, smoków i leśnych stworzeń nie ułatwiało tego zadania. Po co obwijać w bawełnę, nie mogłam rozróżnić w tym chaosie żadnego tropu. Byłam skazana na wykorzystanie innych zmysłów. 
Trochę to zajęło, ale w końcu udało mi się znaleźć Magnusa. Basior znalazł sobie idealnie suche miejsce pod kawałkiem ziemi przetrzymywanym przez korzenie krzywo rosnącego drzewa. Tworzyło to przyjemną, małą norę. W sam raz dla jednego wilka, szczególnie tak drobnej postury jak Magnus. Samiec drzemał, zwinięty w kłębek. Trochę szkoda było mi go budzić. To oczywiście nie znaczyło, że tego nie zrobię.
– Humf? – mruknął mój znajomy, kiedy go trąciłam. Otworzył nieznacznie oczy i spróbował namierzyć osobę, która zakłócała mu odpoczynek. Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie. Basior szybko zamrugał. Wyglądał na zaskoczonego.
– Znasz się na piorunach, Magnus? – spytałam.
– Co? Co masz na myśli? – Podniósł głowę. Wyraz zdziwienia nie znikał.
– Wiesz jak działają? Dlaczego uderzają, gdzie uderzają? – kontynuowałam.
– A, o to ci chodzi... – Basior przeciągnął się i wyczołgał ze swojej norki. 
– Więc? - Czekałam, aż zacznie tłumaczyć zagadnienie.
– To bardzo proste – mruknął. – Wyładowanie elektryczne zawsze szuka najkrótszej drogi z chmury do uziemienia.
– Czyli ziemi?
Te wilkołaki wychowane pośród ludzi mają jakieś zamiłowanie do używania dziwnych wyrazów.
– W tym przypadku tak – Pokiwał głową. - Dlatego uderzają w najwyżej położone punkty.
– Zawsze? - dopytywałam dalej.
– Dopóki te punkty są przewodnikami – odparł wilkołak.
Posłałam mu zdezorientowane spojrzenie. Nieożywiony materiał a przewodnik? Co to w ogóle znaczyło? Przewodnik do czego? 
– Przewodnik to materiał, przez który może płynąć elektryczność– wytłumaczył Magnus. - Przeciwieństwem przewodnika jest izolator. Przewodnikami są metale albo woda, natomiast izolatorem może być suche drewno.
– Yhym – mruknęłam. – Pioruny celują w wysokie punkty, przez które może płynąć elektryczność - powtórzyłam na głos. – Chyba już rozumiem. Dzięki za pomoc.
– Nie ma za co. To wszystko? - upewniał się basior.
– Chyba tak.
– Skąd w ogóle u ciebie takie nagłe zainteresowanie zjawiskami atmosferycznymi? - Magnus zmrużył odrobinę oczy. 
– Um... Jakoś tak – Spojrzałam gdzieś w bok. - Czasem obserwowałam burze i zastanawiałam się, jak to wszystko się odbywa.
Więc żeby trafić cokolwiek piorunem, będę musiała walczyć z jego naturalną tendencją do celowania w najwyższe punkty w okolicy. Jakby samo przywołanie go nie było dostatecznie męczące. Nie mogło być to chociaż trochę prostsze? 
Tego samego dnia wróciłam na pole. Zaczekałam jednak aż deszcz przestanie padać zupełnie. Krople uderzające o futro tylko by mnie rozpraszały. Stanęłam dokładnie tam, gdzie odbyła się moja pierwsza próba sprowadzenia pioruna; naprzeciwko tego samego głazu. Szczerze wierzyłam, że nowo nabyta wiedza trochę mi pomoże przy drugim podejściu. Teraz już wiedziałam, na co zwrócić szczególną uwagę. Omiotłam wzrokiem okolicę. Jakiekolwiek samotne drzewa wydawały się być daleko od kamienia. Niestety ostatnim razem piorun trafił właśnie w jedno z nich. Tak więc nie była to dostateczna odległość, by nie przyciągały tej wiązki elektryczności do siebie. Przez myśl przeszło mi, żeby odwlec trening i poszukać innego miejsca.
Nie. Szkoda na to czasu. Dam radę w takich warunkach - powiedziałam sobie w duchu.
Wystawiłam jedną łapę naprzód i skumulowałam energię żywiołu. Powtórzyłam każdy krok z poprzedniego podejścia. Jedynie pod koniec, rzucając piorun w stronę ziemi, skupiłam się, by nie pozwolić mu uciec nigdzie na bok. Energia magiczna miała pozostać w ściśle określonym położeniu. Pilnowałam także, by nie zamknąć znów oczu. Zdawało mi się, że to pozwalało lepiej manewrować żywiołem w przestrzeni. 
Sam wystrzał wiązki energii elektrycznej trwał bardzo krótko. Jednak po fakcie poczułam się, jakbym właśnie przepłynęła wpław całe wielkie słone jezioro (to ze starych terenów watahy). Tuż po wielkim huku oznajmującym, że piorun uderzył, opadłam na ziemię. Chwilę tak leżałam na boku, ciężko oddychając. Ponownie przejechałam wzrokiem po linii horyzontu, ale tym razem nigdzie nie widziałam wysokiego słupa ognia. 
Powoli wstałam z ziemi i  ruszyłam przed siebie. Przyspieszyłam na tyle, na ile starczyło mi sił. Dookoła głazu, w który cały czas celowałam unosiła się teraz zasłona kurzu. Nadzieja, że wszystko poszło zgodnie z planem z każdą chwilą rosła. Użyłam mocy wiatru, by rozgonić pył lekkim podmuchem. Skała była rozkruszona na trzy wielkie kawałki!
– Tak! – zawołałam na całe gardło.
Podeszłam jeszcze bliżej i okrążyłam kamień. Przyglądałam się każdemu pęknięciu, dumna jak paw.
– Udało się, udało się – wymamrotałam sama do siebie.
Usiadałam naprzeciw swojego dzieła. Napawałam się tym widokiem prawie minutę.
Zostałam dzisiaj władcą piorunów. Jak Loki. Nie, chwila to nie ten. Jak to było w tej nordyckiej mitologii? Po chwili rozmyślania, zostawiłam temat na później. Chyba powinnam sobie co nieco odświeżyć.
Po raz kolejny podeszłam bliżej rozłupanego przez piorun głazu. Z tej perspektywy dostrzegłam, że coś połyskiwało w środku skały. Cała struktura kamienia była już naruszona, więc bez większego problemu wyłamałam interesujące mnie kawałki. Ostatecznie zebrałam w ten sposób trzy błyszczące odłamki jakiegoś metalu. Postanowiłam, że po powrocie spytam Tinga, co to konkretnie jest. Schowałam swoje znalezisko do torby i pobiegłam z powrotem do lasu, gdzie odpoczywała wataha.

<C. D. N.>  

Uwagi: brak.

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 9

Październik 2024
Wciągnęłam w płuca ciepłe powietrze. Stałam teraz na otwartym polu, całkiem daleko od pozostałych wilków. Wpatrywałam się w mój cel, czyli samotny głaz. Dzieliło mnie od niego dwadzieścia metrów. Po chwili spojrzałam jeszcze raz na niebo. Od rana zasłaniały je warstwy ciemnoszarych chmur. Idealne warunki do pierwszej próby. Zwróciłam oczy z powrotem na skałę. 
– Nad czym jeszcze myślisz, Pierzasta? Zaczynaj, bo robi się nudno – usłyszałam. 
Jedyną osobą, która mi towarzyszyła na tym polu, był Ting. Przycupnął gdzieś za mną i obserwował moje poczynania. Dotychczas siedział cicho, ale wiadomym było, że długo tak nie wytrzyma. Nie odpowiedziałam nic na jego uwagę. Skupiłam się i użyłam swojej mocy. Posłałam ją wysoko, w siwe kłęby pary wodnej. Zacisnęłam powieki, by nic mnie nie rozproszyło. Pozwalałam wichrowi krążyć pośród chmur jeszcze parę minut. W końcu uznałam, że nadeszła odpowiednia chwila. Spięłam wszystkie mięśnie i rzuciłam energię magiczną w dół. 
Usłyszałam głośne uderzenie. Poczułam się nieco słabsza.
Piorun uderzył; to nie ulegało wątpliwości. Sukces! 
Otworzyłam oczy i podniosłam pyszczek. Jednak na kamieniu, w który chciałam wycelować, nie było ani śladu. Wtedy mój wzrok przyciągnął jakiś blask w oddali. Wcześniej go tam nie było. Zrozumiałam, że to ogień. Czemu...? Co się stało? 
Ruszyłam w tamtym kierunku. Najpierw powoli, potem przyspieszyłam do truchtu, wreszcie do biegu. Pomarańczowy słup ognia był coraz bliżej. Spostrzegłam, że to płonące drzewo. Zatrzymałam się dopiero bezpośrednio przed nim. Spojrzałam na towarzyszącego mi cały czas Tinga, oczekując podpowiedzi, o co tutaj chodzi. 
– Nie wiem, czy to jest sukces... – mruknął Odmieniec. – Piorun uderzył, ale... trafił pięćdziesiąt metrów dalej. 
– Naprawdę? – Usiadłam z wrażenia. – Przecież... przecież... 
– A, czyli znów używałaś mocy z zamkniętymi oczami – Mój towarzysz przejechał łapą po czaszce zasłaniającej mu pysk – Pogratulować roztropności. 
– To nie ma z niczym związku! Wiedziałam, gdzie był kamień. Piorun miał uderzyć w niego! – rzuciłam. - Tak miało być! 
– Miał, miało... – wymamrotał Ting prześmiewczo, naśladując łapą ruch mojego pyszczka. – Przestań udawać kota i zacznij myśleć, co zrobiłaś nie tak. 
– Co mogłam zrobić nie tak?! – Zwróciłam pyszczek w jego stronę. Zaczynał mnie naprawdę denerwować. 
– A mnie skąd wiedzieć? – rzucił bez wyrazu. – Ty tu masz magiczne zdolności. 
– Po coś cię wzięłam ze sobą. 
Strażnik Wichury mruknął coś i pokręcił głową, spoglądając gdzieś w niebo. Patrzyłam na mojego towarzysza jeszcze chwilę, ale oczywistym stało się, iż skończył ze mną rozmawiać. Na domiar złego, poczułam, że zaczynał padać deszcz. 
– Chodźmy się gdzieś schować – mruknął Odmieniec i ruszył z powrotem w kierunku, z którego przyszliśmy. 
Nie otwierając pyska, zaszurałam zębami. Następnie spojrzałam jeszcze raz na płonące, samotne drzewo. Gdybym obrała na cel właśnie je, efekt moich starań byłby naprawdę satysfakcjonujący. Westchnęłam ciężko i poszłam za Tingiem, zwieszając ogon. Dotarliśmy z powrotem pod przerzedzone korony drzew, akurat przed początkiem prawdziwej ulewy. W tym samym miejscu była większość watahy, a także niektóre smoki, które nie lubiły moknąć. Przerzedzone listowie nie chroniło przed deszczem idealnie, ale nie było tutaj wielu lepszych opcji. 
– Pierzasta – zaczepił mnie znów Ting. – Patrz kto tu jest. 
Odmieniec niezbyt dyskretnie wskazał łapą Joela. Basior akurat próbował uspokoić swoje starsze szczenięta i wyperswadować im pomysł pobiegnięcia do mamy. 
– On ma moc elektryczności, może zdoła ci pomóc - oznajmił mój towarzysz. - Idź go spytać o sprowadzanie piorunów
– Uch, może lepiej nie... – odwróciłam wzrok. 
– Nie musisz przecież zdradzać, że sama próbowałaś i z jakim efektem.
Ten argument był akurat dobrze dobrany. Na tyle, by zachęcić mnie do zaczepienia Joela. Wstałam z miejsca i podeszłam bliżej znajomego basiora. Próbowałam zacząć rozmowę, ale wtedy Morti pobiegł do mnie powtarzając "Cześć ciociu" i nie zamierzał odpuścić, dopóki nie zwrócę na niego uwagi. Odpowiedziałam mu więc i już wszystko wskazywało na to, że będę mogła pogadać z Jo, ale wtedy doskoczył do nas także Theo. Ten również czuł nieodpartą potrzebę przywitania się ze mną. Kiedy jemu też odpowiedziałam, Morti zaczął wypytywać swojego tatę, kiedy dostaną coś do jedzenia. I tak mniej więcej wyglądały kolejne minuty, aż wreszcie Jo stwierdził, że raczej nie damy rady teraz porozmawiać. Miał sam na głowie wszystkie starsze szczenięta, bo Yuki była zajęta karmieniem młodszych. Tak więc, pożegnałam wilka, zanim w ogóle miałam możliwość przedstawienia tematu. Wróciłam do Tinga. Nie musiałam mu opowiadać, jak to się skończyło; sam wszystko widział.
Przysiadłam na skraju lasu i spojrzałam na otwarty teren, z którego wcześniej wróciliśmy. Najgorszy moment ulewy się skończył, więc widoczność była całkiem niezła. Dostrzegłam po chwili na polu sylwetkę jakiegoś zwierzęcia. Nie był to wilk, ani też smok. Stwór kłusował jak koń. Wytężając wzrok, rozpoznałam w tym hipogryfa. Wtenczas przypomniałam sobie, że ten konkretny był towarzyszem Magnusa.
Właśnie, Magnus... On też jest wilkołakiem, a te wykazują się całkiem niezłą wiedzą z różnych dziedzin. W końcu starzeją się wolniej, jeśli pozostają w ludzkiej formie. A Magnus miał już ponad trzydzieści lat. To strasznie dużo. Może wie co nieco o piorunach - pomyślałam.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

środa, 25 września 2019

Od Crane'a "Czasem warto wyświadczyć komuś przysługę" cz. 3

Wrzesień 2024
– Coś tu jest – rzucił Camus, opierając przednie łapy na wielkiej skale. – Coś tu jest! – powtórzył. – Pachnie, jak mój Srebrny Medalion.
– Więc srebro? – spytałem.
– Srebro! – krzyknął ucieszony. – Tak, srebro.
Wstałem z ziemi i zacząłem się wycofywać. Nie chciałem stracić w pełni funkcjonalnego oka przez latające kawałki srebra. Tymczasem Camus w pełnym skupieniu sprawił, że głaz, który znaleźliśmy, zaczynał pękać. Pojawieniu się każdej nowej rysy, towarzyszył donośny trzask. Po około minucie, Camus rozłamał głaz na dwie części. W ten sposób ujawnił połyskujące kawałki cennego metalu. Wilk chwilę się temu przyglądał, potem postawił kilka kroków w tył. Następnie z małego rozbiegu uderzył jedną łapą w kawałek skały. To sprawiło, że interesujący nas kruszec odłamał się od nic niewartego kamienia. Błyszczące kawałki pospadały na ziemię.
– Częstuj się, przyjacielu – zachęcił Camus.
Nie trzeba było mi niczego powtarzać; poszedłem znów bliżej i zacząłem zbierać srebro. Naprawdę, dostarczanie jedzenia temu wilkowi było opłacalne. Za byle zająca dostawałem srebro, szafiry, nawet diamenty. Wspaniały układ,
– Myślisz, że z takimi zdolnościami zdołam wreszcie znaleźć mój Srebrny Medalion? – spytał Camus.
– Nie można tego wykluczyć – odparłem po chwili. – Morze mogło wyrzucić go gdziekolwiek – mruknąłem. Miałem przy tym na uwadze, jak ten samiec zawsze opisywał moment utraty swojego wisiorka. 
– Nie powinienem był go wyrzucać – westchnął ciężko mój znajomy. – Stracenie go to naprawdę zły znak.
– Może kiedyś się uda – pocieszyłem go dobrodusznie.
Z czasem nabierałem wątpliwości, czy na pewno ten wilk jest tak szalony, jak myślałem. Kiedy był skupiony na szukaniu cennych kruszców w skałach, nie czuł potrzeby szukania czegoś wzrokiem przestrzeni, nie czuł potrzeby biegania tam i z powrotem bez celu. Jedyną oznaką jego uszkodzonego umysłu było wówczas powtarzanie historii o wisiorku. Może jeszcze ten jego szczenięcy entuzjazm. Czy jest możliwe żeby te codzienne wyprawy mu pomogły?
Zastanawiając się nad tym dziwnym zagadnieniem, sprawdziłem, czy nie pominąłem żadnego kawałka srebra. Następnie w towarzystwie Camusa ruszyłem w dalszą drogę. Nadal oddalaliśmy się od miejsca postoju obu stad i smoków. Nie minęło jeszcze dosyć czasu, bym mógł wrócić do mojej Edel. Zauważyłaby, że minęło tylko pół godziny i znów na jej pięknym pyszczku pojawiłby się wyraz smutku.
Po drodze Camus przynudzał mi jeszcze o tym samym Srebrnym Medalionie, ale w pewnym momencie nagle zmienił temat. Powiedział coś o niedźwiedziu. Słysząc nowe słowo, zatrzymałem się i podniosłem uszy.
– Mógłbyś powtórzyć? – poprosiłem.
– Mówiłem, że lada dzień nauczę zmieniać się w niedźwiedzia – oznajmił Camus.
Popatrzyłem na niego szczerze zdziwiony. 
"Nie myliłem się. On naprawdę się zmienia. Coś w nim się zmienia." - pomyślałem. 
– Świetnie, to naprawdę świetnie – wygiąłem kąciki ust w sztucznym uśmiechu. – Wspaniale.
Ta sytuacja jest naprawdę interesująca.
Dzisiejszego dnia stado wylądowało na rozległej łące. Jedynie w paru miejscach w okolicy rosły ciasne skupiska kilku drzew. Właśnie teraz zbliżaliśmy się do jednej z takich „wysepek”. Mijając pierwszy pień odruchowo obwąchałem jego korzenie, żeby sprawdzić, na jakie zwierzęta można tu trafić. Na szczęście nie poczułem żadnego groźnego, magicznego zwierza. Tylko pospolite lisy, jelenie i... niemagiczne wilki. Zdałem sobie sprawę, że wieki żadnego nie widziałem. 
Jak to mogłoby się skończyć, gdybyśmy trafili na taką grupę? Pewnie tamci byliby agresywni. W końcu to ich teren. My dwaj mamy jednak magiczne zdolności. Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, że Camus może nie umieć wykorzystać dobrze swoich mocy w walce, do której nie mógł się przygotować...
Tak właśnie rozmyślałem nad potencjalnym spotkaniem z naszymi niemagicznymi kuzynami przez jeszcze paręnaście minut. Tymczasem Camus szukał kolejnych kruszców pod ziemią. Skupiony, jak nigdy wcześniej. Jednak minęło trochę czasu, zanim znów zatrzymał się, by zakomunikować:
- Crane, mam coś!

<C. D. N.>

Uwagi: brak.