poniedziałek, 30 września 2019

Od Asgrima "Ma na imię Morgan"

Listopad 2024
- Jakoś nie jestem przekonana co do tego pomysłu - mruknęła Torance. - Nie przyjmie nic ani ode mnie, ani od ciebie.
Uniosłem wzrok ku górze, błagając o cierpliwość. Samica nie przestawała marudzić, odkąd tylko przedstawiłem jej mój plan. Z jakiegoś powodu nie widziała oczywistego geniuszu, który się w nim krył.
- Jeszcze zobaczymy.
Wilczyca posłała mi niepewne spojrzenie, na co nie potrafiłem powstrzymać ciężkiego westchnięcia.
- Po prostu pomóż mi coś znaleźć - poprosiłem.
Samica nie odpowiedziała. Patrzyła mi się przez kilka chwil w oczy, aż w końcu posłusznie rozpoczęła poszukiwania czegoś wartościowego.
Skupiłem się na węchu, próbując wychwycić woń jakiejś rośliny. Jednocześnie próbowałem wychwycić wąską stróżkę energii, która powiedziałaby mi coś na temat okolicznych kruszców. Nadal byłem w trakcie nauki wyciągania z pomocą swojego żywiołu co ciekawszych skał. Niestety było to znacznie trudniejsze, zwłaszcza, gdy wszystkie zapachy odżywały ze względu na trwającą ulewę.
Szukałem wzrokiem czegoś interesującego, jednak w okolicy były wyłącznie drzewa. Wysokie i wąskie pnie zamieniały się w szerokie korony, chroniąc nasze głowy przed zimnymi kroplami. Latanie w taką pogodę nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń, więc niezmiernie cieszyłem się, że mogłem wykorzystać ten czas na eksplorację i poszukiwania.
Zależało mi na odnalezieniu czegoś, co mógłbym podarować Edel. Samica urodziła zaledwie przed kilkoma dniami i choć wielokrotnie odrzuciła prośby moje oraz Torance o pogodzenie się, zależało mi na niej. Z tego co słyszałem, ze względu na osłabienie po porodzie oraz to związane z chorobą, nie była w ogóle w stanie chodzić. Nie było tajemnicą, że umrze maksymalnie w przeciągu kilku następnych miesięcy. Poza tym martwił mnie los jej szczeniaka. Chociaż wyrażałem chęć pogodzenia się z Cranem, miałem pewne obawy, że nie będzie dobrym ojcem. Zwłaszcza gdy zabraknie jego partnerki... I choć sam jedyne doświadczenia jakie posiadałem i jakie miałem kiedykolwiek posiadać były związane raczej z nauczaniem starszych szczeniaków warzeniem eliksirów, chciałem zaproponować swoją pomoc. Byłem gotów zignorować niechęć między moją partnerką a basiorem, byle pomóc przyjaciółce. Właśnie tym była dla mnie Edel - przyjaciółką i to pomimo tego, że teraz nie chciała mnie widzieć...
Z rozmyślań wybudził mnie nagły ból w głowie. Potrząsnąłem pyskiem, orientując się, że uderzyłem łbem o jedno z drzew.
- Wszystko w porządku? - Gdzieś z oddali nadszedł głos Tor.
- Jasne, że tak - odkrzyknąłem, nawet nie odwracając się w tamtą stronę.
Moją uwagę zwróciło właśnie coś innego. Na jednej z niższych gałęzi wisiał medalion. Wprawiany w ruch przez mocny wiatr, poruszał się w hipnotyzujący sposób. Zacząłem szukać wzrokiem kogoś, kto mógłby go zgubić, jednak nikogo nie zauważyłem. Nie wyczuwałem także żadnego zapachu, który podpowiedziałby mi do kogo mógł należeć naszyjnik. Wobec tego wzruszyłem ramionami i podskoczyłem. Gałąź zakołysała się, jednak medalion nadal na niej wisiał. Ponowiłem kilka razy moje próby, jednak skutek był ciągle ten sam.
Usiadłem pod drzewem i wbiłem spojrzenie w medalion. Zastanawiałem się w jaki sposób, mógłbym go dosięgnąć. Minęło kilka długich chwil nim wpadłem na tak oczywisty pomysł, że miałem ochotę strzelić sobie w łeb. Przymknąłem oczy, zmieniłem postać i faktycznie uderzyłem dłonią o czoło. Ze względu na znacznie dłuższe kończyny nie miałem już najmniejszych problemów z wzięciem medalionu. Ściągnąłem go z gałęzi i przyjrzałem się srebrnej zawieszce z zegarem. Zmrużyłem oczy, przypominając sobie, że był to jeden z medalionów polepszający kondycję wilków. Na swojej szyi nosiłem już takie dwa, więc ten - cokolwiek by nie robił - nie był mi do niczego potrzebny.
- Chyba znalazłem odpowiedni prezent - stwierdziłem, uśmiechając się delikatnie.
Zacisnąłem palce na zimnym metalu i przełożyłem łańcuch przez głowę. Duża zawieszka uderzyła o pierś i pozostałe naszyjniki, wydając przy tym cichy brzdęk. Mimo wszystko szyja była najbezpieczniejszym miejscem do trzymania tego rodzaju rzeczy.
- Mam coś!
Z prawej strony nadszedł krzyk mojej partnerki. Zaciekawiony podszedłem do niej, by zobaczyć, że samica znalazła mroczny płomień. Niepozorny kwiat wyrastał spomiędzy korzeni jednego z drzew.
- Nada się? - spytała.
Skinąłem głową i korzystając z tego, że nadal byłem w postaci ludzkiej, zerwałem roślinkę.
- W takim razie czas iść do Edel... - powiedziałem cicho. - Idziesz ze mną?
Torance uniosła na mnie spojrzenie bladoniebieskich oczu. Uszy położyła po sobie.
- To nie jest dobry pomysł... - mruknęła.
Westchnąłem głośno. Nie zamierzałem jednak ponownie zaczynać dyskusji na temat ich relacji, które już nigdy nie będą takie same. Pożegnałem się z wilczycą i ruszyłem w stronę, gdzie odpoczywała Diligitis a wraz z nią i Edel.
Tak jak się spodziewałem, wadera była właśnie tam. Obok niej czuwał Crane, uważnie przyglądając się na przemian pyskowi swojej partnerki i jej brzuchowi. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie przejawiał zainteresowania tą częścią ciała, a małemu szczeniakowi, który spał wtulony w sierść swojej matki.
- Hej... - wyszeptałem.
Dwie pary oczu podniosły na mnie podejrzliwe spojrzenia.
- Czego chcesz? - spytał Crane.
- Wiem, że nie dogadujemy się najlepiej odkąd... No wiecie...
- Odkąd wziąłeś stronę Tori w Białym Królestwie? - skończyła za mnie Edel. Jej głos był zaskakująco spokojny.
Westchnąłem cicho.
- Tak. Jeszcze raz przepraszam... - mruknąłem.
- Nie potrzebuję twoich przeprosin.
Pokiwałem łbem ze zrozumieniem.
- Jasne. Chciałem tylko coś dać dla tego malucha - Wskazałem łapą na śpiącego szczeniaka.
- Jeśli myślisz, że w ten sposób mnie przekupisz... - zaczęła Edel, jednak szybko wtrąciłem się w jej słowa.
- Nie oczekuję, że będziesz wdzięczna. Chcę tylko żebyś wiedziała... Nie, żebyście oboje wiedzieli, że jestem zawsze gotowy wam pomóc.
Ściągnąłem z szyi zdobyty dzisiaj medalion i wręczyłem go Crane'owi. Natomiast mroczny płomień skończył u łap Edel. Żadne z nich nie marudziło więcej na mój podarek.
- Trzymajcie się - wyszeptałem, odwracając się. Nim jednak zdążyłem odejść, zatrzymał mnie głos Crane'a.
- Dziękujemy. W imieniu Morgana.
Zatrzymałem się wpół kroku. Zerknąłem w ich stronę. Na pysku Edel widniał niepewny uśmiech. Jej partner patrzył na mnie całkowicie beznamiętnie. Skinąłem im łbem. Następnie, bez większych pożegnań, poszedłem w swoją stronę. Po głowie tłukła mi się ciągle jedna myśl. Ma na imię Morgan... Przed oczyma ciągle stawał widok wykończonej do granic możliwości wadery, a przy tym tak szczęśliwej. Nie pamiętałem chwili, gdy wyglądałaby na tak radosną jak teraz. Jakby nie było zawsze marzyła o miłości i założeniu rodziny z prawdziwego zdarzenia.
Nie wzruszałem się łatwo. Wiele rzeczy w końcu widziałem, a przy tym byłem przecież silnym mężczyzną. Jednak prawdą było, że kiedy myślałem o tym, że wilczyca nie będzie długo cieszyć się tym szczęściem, w moich oczach pojawiły się łzy. Było mi jej żal. Gdyby tylko istniał jakiś sposób...
Zatrzymałem się, zdając sobie sprawę z istnienia Medalionu Nieśmiertelności. Tylko on byłby w stanie ją uratować. Nigdy by się na niego nie zgodziła, a ja nigdy bym jej nie zaproponował załatwienia takowego. Wilczyca miała takie same poglądy jak ja oraz Torance. W tej chwili byłem gotów ponownie się nad tym wszystkim zastanowić.
Bez słowa wróciłem do obozowiska i wtuliłem się w posłanie. Tori nie pytała, jak mi poszło i tak chyba było nawet lepiej. Mogłem chociaż w spokoju pomyśleć, a zdecydowanie było nad czym.
Po moim umyśle nieustannie tłukł się obraz Edel i jej rodziny. A już zwłaszcza drobnego ciałka o długiej sierści w kolorze piasku. Ma na imię Morgan. Morgan. Jedyny syn mojej przyjaciółki. 
Och, szczeniaku, ciebie też mi tak bardzo żal...

niedziela, 29 września 2019

Od Lind "(Nad)zwyczajne dni w podróży" cz. 13

Listopad 2024
Pobiegłam z powrotem do miejsca stacjonowania watahy. Co jakiś czas odwracałam się, by jak najlepiej zapamiętać trasę do jaskini, którą dziś znalazłam. Postanowiłam, że chcę ją zwiedzić jeszcze przed wylotem. Jedynym problemem był fakt, że grota ciągnęła się zbyt daleko, żeby iść tam bez źródła światła. Co byłoby idealnym rozwiązaniem tego problemu? "Pochodnie" Tinga. Odnalazłam więc Passera, przy którym widziałam mojego towarzysza po raz ostatni. Niestety Strażnik Wichury okazał się już zmienić miejsce pobytu. W pobliżu naszego przewoźnika siedział teraz tylko Baldor. Strażnik Lasu zajmował się obserwowaniem sroki skaczącej po gałęziach drzew. Smok w międzyczasie spożywał posiłek; dziś przyniesiono mu jednego jelenia i dwie łanie.
– Gdzie jest Ting? – spytałam pośpiesznie. 
– Ja nie wiem – mruknął Passer z pełnym pyskiem. – Poszedł gdzieś.
– Baldor, może ty coś wiesz? – zwróciłam się do odmieńca. 
– Nie – odparł krótko, nie odrywając wzroku od czarno-białego ptaka.
Zaczęłam węszyć. Siarkopodobny swąd Tinga był jeszcze całkiem wyraźny. Idąc za tym tropem, dotarłam nad pobliskie jezioro. Minęłam pijącego wodę Salmo i wtedy moim oczom ukazał się poszukiwany odmieniec. Jak mogłam się spodziewać; łapał komary w wysokiej roślinności. Przy samym brzegu znalazłby ich znacznie więcej, ale znając jego wstręt do wody, nie było to możliwe. Nieopodal Strażnika Wichury siedział Joel w swojej wilczej formie. Rozmawiali.
– Nie, moje banjo ma osiem strun – mruknął Ting. 
– Dziwne, standardowe mają od czterech do sześciu – odparł basior. 
Poczułam zadowolenie, rozumiejąc, co te słowa oznaczają.  Podbiegłam bliżej i odezwałam się, powiadamiając tym samym obu o swojej obecności:
– Cześć Jo. 
Nie witałam w żaden sposób Tinga; ostatnio rzadko kiedy to robiłam. Podczas podróży tyle czasu spędzał siedząc tuż obok, że brałam jego obecność w pobliżu za coś stałego. Tak więc; nie było między nami żadnych powitań i żadnych pożegnań.
– Cześć – Uśmiechnął się basior. – Jak tam u ciebie? 
– Chyba dobrze. Muszę wam przerwać pogawędkę, bo potrzebuję do czegoś Tinga – wyjaśniłam. – A chciałabym zdążyć przed odlotem. 
– Co znowu wymyśliłaś, Pierzasta? – spytał odmieniec, wydłubując sobie z zębów resztki schwytanych owadów. 
– Wyjaśnię ci po drodze. Chodź – Ruszyłam pośpiesznie w kierunku wspomnianej na początku opowiadania groty. 
Strażnik Wichury pobiegł za mną. Świadczyły o tym odgłosy obijających się o siebie przedmiotów w jego plecaku. Dobrze, że ma ten materiał do zabezpieczenia swojego słoika, bo inaczej musiałby cały czas zacierać na nim rysy. 
– Możesz zacząć swoje wyjaśnienia – mruknął Ting.
– Znalazłam sporą jaskinię tu w pobliżu – powiedziałam. – Potrzebuję tylko źródła światła, żeby zejść niżej. 
– Hm. Niech ci będzie, zejdę tam z tobą – odparł. 
Wiedziałam, że jeśli przedstawię mu sytuację, kiedy NIE jest zajęty muzyką, prawdopodobnie się zgodzi. Zawsze przepadał za zamkniętymi przestrzeniami, więc jaskinia będzie idealnym odpoczynkiem po długich dniach lotu i stacjonowania pod gołym niebem. 
W tym tempie dotarliśmy do groty w mgnieniu oka. Wejście częściowo zasłaniały nachylone drzewa z o dziwo, więcej niż garścią liści w koronie. Odgarnęłam wiatrem gałęzie na boki, odkrywając pieczarę w pełnej okazałości. 
– Zapalaj swoją pochodnię – zarządziłam, zerkając na mojego towarzysza. 
Odmieniec wykonał moje polecenie i pierwszy wszedł do tunelu. Ruszyłam za nim sprężystym krokiem. Była to jedna z większych jaskiń, jakie widziałam w życiu. Porównywanie jej rozmiarów z tymi, które zamieszkiwała niegdyś wataha, nie miałoby sensu. Korytarz w skale miał ponad pięć metrów szerokości. Natomiast sklepienie było jeszcze wyższe. Dostrzegłam na nim stalaktyty. Zwróciłam uwagę, że część miała ułamane końce. Zdaje się to miejsce kiedyś odwiedziło coś dużego. 
Odmieniec dmuchnął lekko na ptasią czaszkę na kiju, żeby słup ognia był jeszcze wyższy. Miało to zapewnić nam więcej światła. Zwiedzanie groty bynajmniej nie nudziło. Im głębiej schodziliśmy, tym więcej ciekawych formacji skalnych napotykaliśmy. Od półprzezroczystych stalaktytów po gładkie jak szkło, naturalne kolumny skalne. 
W paru miejscach sklepienia były ubytki, wpuszczające do środka cienkie, samotne snopy światła słonecznego. Jeden z nich sięgał brzegu maleńkiego, podziemnego jeziora. Okazało się, że istnieją rośliny, którym tyle wystarczyło do właściwego wzrostu. Zatrzymałam się nad skupiskiem okazów tego typu. Przypominały muchołówki. Wtedy przypomniałam sobie Asa, który często odnosił się do wypadku Torance z wodną muchołówką. Owa sytuacja skutecznie zniechęciła waderę do dalszych poszukiwań jakichkolwiek magicznych roślin. Doszłam do wniosku, że prawdopodobnie to, nad czym teraz stoję, jest właśnie skupiskiem tych samych wodnych muchołówek.
– Pierzasta, idziesz, czy mam cię tu zostawić? – usłyszałam. 
– Daj mi chwilę – odparłam. – Chcę zebrać ich kilka. 
Odmieniec przysiadł na jakiejś skale i założył ręce. Ja w międzyczasie zerwałam za pomocą wiatru parę wodnych muchołówek i schowałam do torby. Skończywszy, poczułam pragnienie, więc nachyliłam się nad jeziorkiem. Zanim jednak mój pyszczek dotknął wody, oberwałam małym kamyczkiem w głowę. Wyprostowałam się i spojrzałam na jedyną osobę, która mogła być za to odpowiedzialna. 
– Wodę pitną mają w obozowisku. Podobno chcesz zdążyć zwiedzić jaskinię przed odlotem – Po tych słowach wstał z miejsca i ruszył dalej wgłąb groty. 
Chcąc nie chcąc, musiałam pójść za Tingiem; nadal on miał jedyne źródło światła, poza tymi paroma szczelinami w skale. Po jakimś czasie tunel znów się obniżał. Wkrótce spadek był już naprawdę stromy. Nie posiadając szponów idealnych do wspinaczki, postanowiłam wykorzystać swoje skrzydła. Szybując w dół, odniosłam wrażenie, że coś połyskiwało na samym dnie tego odcinka jaskini. 

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Od Crane'a "Życie kołem się toczy” cz. 5 (cd. Edel)

Listopad 2024
Kiedy zbliżał się czas oszacowany na koniec ciąży mojej partnerki, odkryłem w sobie dziwną sprzeczność. Nigdy nie odczuwam faktycznego strachu, ale chyba mogę powiedzieć, iż obawiałem się dnia, w którym Edel urodzi. Po prostu z całych sił nie chciałem, żeby nadszedł. Na samą myśl o nim, niemal coś bolało mnie w trzewiach. Byłem prawie pewien, iż przyjście na świat szczenięcia będzie równoznaczne ze śmiercią E. Ten scenariusz wydawał się być aż nazbyt prawdopodobny. 
Tym bardziej trudne było utrzymywanie postanowienia, że codziennie zostawię Edel na przynajmniej godzinę, by jej nie martwić. W chwilach, kiedy byliśmy razem, mogłem skupić się na teraźniejszości i autentycznie uśmiechać, ale zostając sam, czułem, jakby pożerały mnie moje własne myśli. Posiadając Naszyjnik Pożywienia nie musiałem polować, ale na każdym przystanku i tak to robiłem; w nadziei, że konkretne zajęcie pomoże mi nie myśleć o nieuniknionym. Efekt jednak nie był do końca zadowalający. Dopóki nie wracałem do nadal żywej E, "ból" nie ustępował. Nie mówiłem oczywiście mojej partnerce o tym wszystkim. I tak pewnie już miała dość własnych zmartwień. 
Wreszcie nadszedł ten moment. Edel obudziła mnie w nocy, kiedy wszystko się zaczęło. Od tego momentu cały czas czułem, jakbym zaraz sam miał zdechnąć. Chwila, o której nie chciałem myśleć, stała teraz przed moimi oczami. Nie miałem pojęcia co robić. E w przeciwieństwie do mnie zachowała trzeźwość umysłu do momentu ukazania się malucha. Jednak po fakcie wyglądała jak cień istoty fizycznej. Miałem wrażenie, że lekki podmuch wiatru wystarczy, by złamać ją na pół. Jednak nie opuszczała głowy. Nie zamykała oczu. Nadal żyła. Wyczyściła językiem nowo narodzone szczenię, a potem przysunęła je nosem do swojego brzucha, by szybciej znalazło mleko. 
Tymczasem ja stałem obok, nie mogąc uwierzyć, że to co widzę, jest jawą, a nie pięknym snem. Scena, w której żywa, uśmiechnięta E karmiła naszego szczeniaka, była czymś tak odrealnionym. Podszedłem bliżej i położyłem się naprzeciwko niej. Wątpliwości, czy to co oglądam jest prawdą, w jednej chwili zastąpiło szczęście. Wadera podniosła wzrok na mnie. Wyglądała, jakby czegoś nie rozumiała. 
Drgnąłem. Dopiero wtedy zauważyłem, że w moich oczach stały łzy. To one zdziwiły moją partnerkę. Ale skąd się tam wzięły? Przecież nie byłem smutny; wszyscy przeżyli. Nie rozumiałem swojej własnej reakcji, lecz nie rozmyślałem nad nią zbyt długo. Ważniejsza była Edel i nowy członek... rodziny. To ostatnie słowo wybrzmiało w mojej głowie. Dawno go nie używałem. 
Ucałowałem E w czoło. Wadera uśmiechnęła się jeszcze szerzej i oparła głowę na mojej piersi. Razem spoglądaliśmy teraz na tę przebierającą łapkami, maleńką kuleczkę. Szczenię miało różowy pyszczek, zaciśnięte oczka i oklapnięte uszy. Minie trochę czasu, zanim będzie mogło poznawać świat, samodzielnie chodzić czy też mówić. W tej chwili malec był zupełnie bezbronny. Polegał na starszych wilkach; głównie na swoich rodzicach. Nie wiedzieć czemu, jak dotąd troszczyłem się tylko o E, teraz nagle poczułem potrzebę zaopiekowania się także tą małą istotką. 
Nigdy nie planowałem mieć szczeniąt. Nie widziałem sensu w zakładaniu rodziny. Kiedyś myślałem o ewentualnym małżeństwie tylko w jednej kategorii - zdobycia ważnej pozycji w stadzie. Potem jednak poznałem E. Choć nie miała wówczas wysokiej rangi, coś sprawiło, że chciałem być przy niej. I tak to wszystko sprowadziło się do chwili obecnej; kiedy leżę obok Edel karmiącej nasze szczenię. Bezmiar szczęścia, który czułem, poczucie bezpieczeństwa i dziwne ciepło, rozchodzące się po moim ciele, były nie do opisania. Wszelkie moje obawy zniknęły. 
Po co mi były te wszystkie plany na przyszłość? Żaden z nich nigdy nie uczynił mnie szczęśliwym. To osiągnąłem dopiero z Edel.

<Edel?>

Uwagi: brak.

sobota, 28 września 2019

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 12

Październik 2024
Sucha trawa zaszeleściła pod łapami wilka. Słyszałam wyraźnie, że zmierzał w tę stronę. Zaczęłam się wycofywać między skały w nadziei, iż przejdzie obok. Przycupnęłam tuż za największym głazem. Dostrzegłam, że sylwetka przesuwała się teraz zaledwie dwa metry ode mnie. Wyglądał na zwyczajnego wilka, dopóki nie odwrócił pyska w tę stronę. Połowa jego kufy, głowy, a także ucho były zrobione z lodu. Spojrzenie białych oczu basiora przeszywało na wylot. Nie ulegało wątpliwości, że już mnie wypatrzył.
Drgnęłam, jak od uderzenia. Serce podchodziło mi do gardła. Odwróciłam się, wyczołgałam ze skał i zaczęłam biec w przeciwnym kierunku. Wtem wyrosły przede mną wysokie sople lodu, odgradzające drogę ucieczki. Przywołałam energię swojego żywiołu, by utworzyć skrzydła. Wtem zauważyłam w bryłach lodu odbicie złotego blasku. Okazało się, że zamiast wiatru, dookoła był ogień. Spojrzałam w kierunku, z którego uciekałam. Było tam niemożliwie ciemno. Spodziewałam się, że w każdej chwili z tego mroku wyłoni się Freeze, ale to nie nastąpiło. Stałam i czekałam. Za mną lód, po bokach ogień, a z przodu tylko czerń.
W tym momencie się obudziłam. Podniosłam głowę i omiotłam szybko wzrokiem okolicę. Nadal trwała noc, ale ta sceneria była znacznie jaśniejsza, niż sen; rozświetlona blaskiem księżyca i milionami gwiazd. Nieopodal mnie leżał Passer. Z gardła smoka cyklicznie dobywał się niski pomruk. Następnie wypatrzyłam Asgrima. Basior zwykle spał obok Torance, jednak dziś posłano ją na nocny patrol. 
Odwróciłam głowę w drugą stronę. Tam dojrzałam oba odmieńce. Oni również utracili chwilowo świadomość. Rzadko miałam okazję być tego świadkiem. Każdy z nich sypiał raz na miesiąc, dwa. Zwróciłam uwagę, że Baldor leżał teraz na lewym boku. Pewnie miało to umożliwić podniesienie prawej ręki z młotem, jeszcze przed podniesieniem się. Ting nie musiał zwracać uwagi na takie detale; zawsze układał się wedle upodobania. 
Nadal czułam się nieswojo po koszmarze, który dopiero opuściłam, więc nie planowałam znów zasnąć. Takie nieprzyjemne wizje mają tendencję natychmiast wracać. Wstałam i minęłam moich towarzyszy podróży. Postanowiłam trochę pospacerować w nadziei, że to pomoże oczyścić myśli i ochłonąć nieco. Jednocześnie zastanawiałam się, gdzie mogła dziś być Leah z Arkanem. 
Tej nocy w obozowisku było wyjątkowo spokojnie. Zdaje się wszyscy wolni członkowie watahy wykorzystują ten dłuższy postój na porządny odpoczynek. Wsłuchałam się w melodie cykad i świerszczy. Teraz było to możliwe; kiedy smoki i wilki przestały chodzić i głośno rozmawiać. Moje wrażliwe uszy w dzień wyłapywały cały harmider obozowiska, uniemożliwiając skupienie się na innych odgłosach otoczenia. Po około piętnastu minutach dotarłam na kraniec obozowiska. Wtedy zauważyłam na ścieżce przede mną kilka podłużnych kawałków kryształu. Wszystkie miały podobny, matowy odcień. Pod osłoną nocy trudno było określić konkretniej ich kolor. Oczywiście podniosłam znalezione odłamki za pomocą wiatru. "Ciekawe, czy były tutaj już przed naszym przybyciem. A może któryś z członków watahy je zgubił?" - pomyślałam, obracając kryształy w powietrzu. Wzięłam jeden w łapy i zaskrobałam pazurem jego chropowatą powierzchnię. Chyba nie zostawiło to na nim nawet śladu. 
Nagle usłyszałam dwa głosy. Nim jednak zdołałam wyłapać choćby jedno konkretne słowo, już ucichły. Potem nastąpiły szybkie uderzenia łap o ziemię. Jakiś wilk przerwał spokój nocy głośnym warknięciem. Byłam tak zdziwiona, że upuściłam odłamki kryształu na ziemię. Nie czułam żadnych obcych zapachów, więc nie sądziłabym, iż mogę tu spotkać jakiegoś wroga. W końcu rozstawiono patrole.
Wtedy zrozumiałam, co się dzieje. Rozluźniłam się i ze spokojem zebrałam z powrotem (jak sądziłam) drogie kamienie. Zgodnie z moimi oczekiwaniami, po chwili ujrzałam cienie dwóch wilków. Jedna sylwetka (mniejsza) wysunęła się naprzód. Była to Torance. Tuż za nią podążał Delmor - basior z drugiej watahy. Kiedy oboje z bliska rozpoznali we mnie członka watahy, a nie obcego, zwolnili. Wadera ukryła wyszczerzone kły.
– To ty Lind... – mruknęła .
– Huh... Skradałaś się jak intruz – dodał basior.
Na wszelki wypadek sprawdził, czy pachnę jak członek watahy. Może podejrzewał, że mój wizerunek to jakaś iluzja. Potem poszedł gdzieś dalej bez pożegnania. Odprowadziłyśmy go z Torance wzrokiem. Kiedy już zniknął, usłyszałam od wadery:
– Czemu nie śpisz, Lind?
– Ja... – zawahałam się. – Masz czas słuchać na patrolu moich historyjek?
– Patrol akurat się kończył, jak cię zobaczyliśmy – wyjaśniła moja przyjaciółka.
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem. Schowałam kryształki do torby. Tori patrzyła na mnie wyczekująco. Mnie jednak trudno było się zebrać w sobie, by zacząć temat.
- To... Co to za historyjka? - odezwała się znów wadera. 
Spojrzałam gdzieś za siebie, by sprawdzić, czy czasem ktoś nas nie usłyszy. Tym kimś mieli być przede wszystkim moi towarzysze. Dookoła nas jednak była tylko pusta, nocna sceneria i parę sylwetek pogrążonych w głębokim śnie smoków. 
– Ten wilk, z którym walczyłam w Białym Mieście... – Powoli przeniosłam wzrok znów na Tori. - On zamierza mnie znaleźć – wyjaśniłam. 
Torance zamarła na chwilę, ale szybko przypomniała sobie pewien kluczowy fakt:
– Jesteśmy dziesiątki kilometrów od Białego Królestwa – mruknęła. – A jego kara chyba nadal się nie skończyła...
– Z moich obliczeń wynika, że nie... – nabrałam powietrza. – Ale czuję, że nie można nic zrobić żeby zapobiec kolejnemu spotkaniu. Jest wiele sposobów na odnalezienie miejsc i osób – Czułam, że moje ruchy robiły się coraz bardziej skrępowane. Byłam cała spięta na samą myśl o tym temacie. 
– Czemu miałoby mu tak zależeć na znalezieniu ciebie? – spytała Torance. 
– On... – zająknęłam się. – Ja widziałam, jak przysięgał, że wróci po... Wichurę. 
Torance zmarszczyła brwi. Wtedy przypomniałam sobie, że ona należała do osób, którym nie opowiadałam całej historii związanej z tym przedmiotem. 
– To ten słoik Tinga, tak? Czemu miałoby mu zależeć na jakimś szklanym naczyniu? – zdziwiła się Tori.
– Wszelkie przesłanki na jego temat głoszą, że to potężny artefakt – westchnęłam. – Sam Ting też tak twierdzi. Ten z którym walczyłam także w to wierzy - oznajmiłam bynajmniej bez entuzjazmu.
Wilczyca przejechała językiem po nosie.
– To faktycznie możemy mieć problem...
– I właśnie to mnie męczy – spuściłam smętnie głowę. Czułam, że mogę sprowadzić w ten sposób niebezpieczeństwo na całą watahę. 
– Hej, spokojnie – powiedziała moja przyjaciółka. 
Zmniejszyła dystans i niepewnie mnie przytuliła. Był to bardzo miły gest, więc nie protestowałam. Poczułam się przez chwilę trochę lepiej. Wówczas przypomniałam sobie o umiejętnościach Torance związanych z jej żywiołem. 
– Jesteś w stanie zrobić coś, żebym się nie bała, co z tego wszystkiego wyniknie? – spytałam.
– Tylko tymczasowo. Czar po jakimś czasie zniknie – odparła. 
Znów nabrałam w płuca więcej powietrza. Spróbowałam się rozluźnić, ale niewiele to dało.
– Czemu na takie problemy nie ma żadnych prostych rozwiązań? – mruknęłam, jakby sama do siebie. 
W mojej głowie zawitał pomysł, jak zakończyć to wszystko; po prostu oddać Wichurę Płomieni Freeze'owi. Wtedy każdy poszedłby w swoją stronę i nikt by nie ucierpiał. Prawdopodobnie. Ja jednak byłam zdegustowana tą myślą. To byłoby poddanie się i odwrócenie od wszystkich wartości, których uczono mnie od małego. Babcia powtarzała mi, że trzeba walczyć o swoje. Tylko czemu nie uprzedziła mnie, jak trudne bywają te decyzje? 

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Od Edel "Życie kołem się toczy" cz. 4 (cd. Crane)

Listopad 2024
Wdech, wydech. Wdech, wydech. Każdy równie świszczący i bolesny. Wyraźnie czułam każdy ruch szczeniaka w moim brzuchu. Był nadzwyczaj ruchliwy. I całkiem duży; z pewnością większy od moich córek. Serce nieznacznie ścisnęło się na ich wspomnienie. Starsza z nich, Frederikka, miała piękne białe futerko z kilkoma liliowymi wstawkami. Elsa natomiast odziedziczyła kolor sierści po mnie. Obie były takie malutkie, gdy je ode mnie zabrano... Pilnie obserwowałam jak dorastają nieświadome, że były siostrami, nie wspominając już o tym, że to ja byłam ich matką. Ciekawiło mnie, co się z nimi stało po moim odejściu z Zakonu. Czy starsi kapłani, ci którzy znali wszystkie powiązania genetyczne między członkami, obwinili je o to? Oczywiście nie mogły mieć na to żadnego wpływu, ale fakt faktem byłyśmy rodziną. Nawet pomimo tego, że rozmawiałyśmy zaledwie kilka razy...
Potrząsnęłam delikatnie pyskiem. Zakon, Frederikka, Elsa... To wszystko przeszłość. Liczy się tylko Crane oraz szczeniak, którego w sobie nosiłam. Nikt więcej.
Wtuliłam się mocniej w długą sierść Crane'a. Basior polizał mnie delikatnie w czoło. Mimowolnie się uśmiechałam. Moje serce zabiło szybciej, by po chwili się uspokoić. Zasnęłam w pełni zrelaksowana.

Obudziłam się tchnięta nagłym przeczuciem. Nic mnie jeszcze nie bolało, niemniej wyraźnie czułam, że poród zbliżał się wielkimi krokami. Zerknęłam na mojego partnera. Basior spał całkiem nieświadomy. Przez myśl przeszło mi, żeby go obudzić, jednak szybko zrezygnowałam z tego pomysłu. Nie miałam pewności, a on pewnie zacząłby się niepotrzebnie przejmować. Nie, póki nie będzie wyraźnego powodu, nie ma sensu przerywać mu snu.
Położyłam się na boku i wlepiłam oczy w niebo. Był środek nocy. Dziesiątki gwiazd rozświetlało niebo. Rozejrzałam się w poszukiwaniu księżyca, jednak nigdzie go nie było. Musiał być nów. Szukałam wzrokiem poszczególnych konstelacji i sprawdzałam swoją wiedzę. Z pewnym zadowoleniem zauważyłam, że pamiętałam zdecydowaną większość. Wiele można było powiedzieć o Zakonie, ale edukację miał na naprawdę wysokim poziomie.
Kiedy ból zaczął rozchodzić się po moim ciele, byłam gotowa. Zawołałam Crane'a i poprosiłam go o pomoc. Wilk początkowo motał się, nie wiedząc co powinien zrobić.
- Uspokój się - mruknęłam - To nie jest przecież mój pierwszy poród. Wiem, co robię.
Crane stanął jak wryty. Spojrzał na mnie wielkimi oczyma.
- Nigdy nie mówiłaś, że kogoś miałaś - powiedział w końcu.
Westchnęłam ciężko.
- Bo nie miałam.
Basior zmarszczył brwi, analizując przez chwilę moje słowa.
- Tak to działało w tamtym... Zakonie?
Skinęłam ponuro łbem. Już otwierałam pysk, jednak ból niespodziewanie się zwiększył i zamiast słów z mojego gardła wydobył się jedynie głośny jęk.
Crane natychmiastowo zwrócił się do smoczycy.
- Diligitis, obniż trochę lot.
- Zniesie nas jeszcze bardziej od reszty grupy. Nie mogę tego zrobić - odparła.
- Nie obchodzi mnie to. Masz podejść do łagodnego lądowania - rzucił basior. Jego głos był stanowczy jak nigdy wcześniej.
- Nie ma takiej potrzeby - mruknęłam.
Crane ponownie na mnie spojrzał. W ciemności nie widziałam jego dwukolorowych oczu, jednak wyraźnie czułam na sobie jego wzrok.
Szczeniak sprawiał, że mój oddech przyspieszał z każdą chwilą. Dyszałam głośno, co jakiś czas piszcząc cichutko. Bolało. Tak bardzo bolało...
Dźwięki, które z siebie wydobywałam, musiały obudzić Rediana. Podszedł do mnie i powąchał niepewnie moje ciało. Poruszyłam się nieznacznie. Kociak momentalnie odskoczył. Nastroszył futerko i zaczął machać nerwowo ogonem.
- Wszystko z nią w porządku? - spytał, dotykając łapy Crane'a.
- Edel zaraz urodzi - odparł basior.
Wzrok samca wędrował po wszystkim, co tylko było w pobliżu. Nie wiedział, co powinien zrobić, a ja nie byłam w stanie się odezwać i jakoś go uspokoić.
Redian natomiast otworzył pyszczek w czystym szoku.
- Ale... Że teraz? Nie mogłaś sobie wybrać lepszego czasu?
Poczułam jak na mój pysk mimowolnie wkrada się delikatny uśmiech. Nagle ciśnienie się nieznacznie zmieniło. Wytężyłam zmysły i zauważyłam, że Diligitis posłusznie zabrała się za lądowanie. Odetchnęłam z ulgą. Mimo wszystko wolałam rodzić na bezpiecznej ziemi.
Z chwilą gdy łapy smoczycy dotknęły trawy, bóle zwiększyły się jeszcze bardziej. Ze wszystkich sił starałam się oddychać powoli i spokojnie. Zacisnęłam powieki.
- Edel?! Crane?!
Czyjś głos rozchodził się po polanie. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że należał on do Volgi. Musiał wylądować, gdy tylko dotarły do niego wieści, że poród się rozpoczął. Obok mnie rozgrzało ciepło. Zmarszczyłam brwi. Co się działo?
Volga szybko nas znalazł i od razu zaczął mnie uspokajać. Sprawnymi ruchami wspomagał mnie przy porodzie, lecz nawet on nie mógł nic poradzić. Szczeniak zdawał się zastanawiać, czy na pewno chce wyjść na ten świat.
W końcu, gdy słońce zaczynało powoli wschodzić, poród się zakończył. Szybkim ruchem przegryzłam pępowinę malucha i zaczęłam go wylizywać. Miał jasną sierść, identyczną co moja. Popiskiwał radośnie, poszukując jedzenia. Ruchem nosa popchnęłam go do sutka. Kiedy go obserwowałam, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Byłam wykończona, ale to nie było ważne. Przeżyliśmy. Oboje. Nic więcej się nie liczyło.

<Crane?>