środa, 16 października 2019

Od Lind „Zostali sami” cz. 1 (Morgan/Crane)

Styczeń 2025
Skoro samodzielne zwiedzanie nowych terenów było surowo wzbronione, musiałam znaleźć sobie nowy sposób na zabicie czasu. Przynajmniej podczas „zwyczajnych” dni; pomiędzy wyprawami z grupą zwiadowczą. Nadal mogłam co prawda czytać książki, które zostały uratowane z Biblioteki, ale zasób był dosyć ograniczony. Musiałam być więc oszczędna w tej kwestii, jeśli nie chciałam skończyć wszystkich w parę tygodni.
Spróbowałam poświęcać czas wolny na spacery po plaży. Z początku wyjątkowo przyjemne i relaksujące, wkrótce utraciły swój urok. Przywykłam do środowiska i wędrowanie bez celu po tak krótkim odcinku, stało się zbyt wtórne. Zwłaszcza, jeśli akurat nie miałam żadnego ciekawego towarzystwa. Niemniej jednak, wyglądało na to, że jestem skazana na takie spędzanie czasu, dopóki nie wymyślę czegoś lepszego.
Kiedy po raz kolejny spacerowałam wzdłuż linii brzegu, zwróciłam uwagę na dwa małże rzucane przez fale. Przypomniałam sobie wówczas, jak przepyszną zawartość skrywały te twarde pancerzyki. Przycisnęłam łapą jeden z nich do ziemi i wyciągnęłam z wody. Nie miałam jeszcze wprawy, więc otworzenie małża zajęło dobrą minutę, ale zdobyty kawałek mięsa był jak najbardziej warty każdego wysiłku. Oblizałam pysk i wyłowiłam następne, dostrzeżone wcześniej żyjątko. Obie porcje były bardzo małe. Pomyślałam, że musiałabym złowić ich jeszcze trochę, żeby się najeść.
W ten sposób znalazłam sobie nieco mniej nudny sposób na zabicie czasu.
Weszłam do wody po kostki i rozpoczęłam poszukiwania następnego celu. Przypomniałam sobie wtedy, jak Magnus mówił mi, że małże są „owocami morza”. Szczerze powiedziawszy, brzmiało to co najmniej niedorzecznie; w końcu na pewno mieliśmy do czynienia ze źródłem mięsa. Ogólnie rzecz ujmując, według mnie małże niewiele różnią się od dżdżownic. (Zaznaczę tylko, że tego drugiego w życiu bym nie zjadła.) Niemniej jednak, jakby odruchowo zaczęłam wypatrywać w morzu krzewu lub drzewa, z którego gałęzi wyrastałyby bure pancerze. Znalazłam jeszcze kilka samotnych małży, ale nigdzie nie było widać nawet łodygi „małżowego krzewu”. Wtedy uznałam, że zapewne ta roślina, jeśli jest prawdziwa, rośnie dopiero w ciemnych głębinach; z dala od brzegu. 
Pewnie fale odrywają od gałęzi w pełni wykształcone żyjątka i niosą je ku plażom. W sumie... Może to nie brzmi aż tak bezsensownie.
Po otwarciu, zdaje się, szóstego małża, dostrzegłam, że z pancerza wypadło coś jeszcze, poza kawałkiem mięsa. Nieduży przedmiot błysnął odbitym światłem i zatonął w piasku pod wodą. Zainteresowana, na chwilę zignorowałam przekąskę i zaczęłam szukać tego, co było do niedawna ukryte razem z nią. Przejechałam parę razy łapami po piaszczystym dnie. Poczułam pod poduszką coś twardego; jakby malutki, gładko oszlifowany kamyk. Całe szczęście, że tego dnia fale nie były zbyt wysokie; znalezienie tak niedużego przedmiotu mogłoby nie być wówczas wcale proste. 
Wyciągnęłam wspomniane znalezisko spod wody. Wyglądało to prawie jak lśniący, idealnie okrągły koralik. Jedynym elementem, którego brakowało, była dziurka na powleczenie nitki. Zmrużyłam oczy i nachyliłam się jeszcze bardziej nad tym fascynującym przedmiotem. Pewnie nikogo nie zdziwi, że podjęłam decyzję o zachowaniu go. Nie rozumiałam jednak, skąd wziął się pod pancerzem małża. Schowałam lśniący "kamyk" do torby, po czym wyłowiłam z wody upuszczone wcześniej mięso. Przeżuwając, zaczęłam się zastanawiać, czy to niespodziewane znalezisko jest tylko jednorazowym przypadkiem.
Cóż, najlepszym sposobem na poznanie odpowiedzi będzie wyłowienie jeszcze paru małży – pomyślałam. Przystąpiłam do dalszych poszukiwań. Nawet jeśli okaże się, że nie natrafię na więcej błyszczących "kamyków", nadal zdobędę kilka przepysznych kąsków. Co jak co, ale małże mogłabym jeść codziennie, o każdej porze dnia. 
Bez problemu wyłowiłam kilka kolejnych pancerzyków zamieszkanych przez wspomniane stworzenia. Trzy skrywały tylko i wyłącznie mięso, ale w czwartym znalazłam również następny lśniący przedmiot. Był uderzająco podobny do tego, na który natrafiłam wcześniej. Wróciłam na brzeg i porównałam oba „koraliki”. Nie dostrzegłam między nimi żadnych różnic poza kolorem. Odcień jednego pochodził pod szary, a drugiego – jakby pod blady fiolet.
Zgarnęłam kamyki z powrotem do torby i zwróciłam się w stronę morza, by kontynuować poszukiwania. Wtem spośród mieszaniny dźwięków otoczenia, wybiło się coś nowego; bardzo alarmującego. Mianowicie - płacz szczenięcia. Piskliwy wyraz prawdziwego przerażenia. Odruchowo skupiłam się na dźwięku. Wpierw myślałam, że może to nic nadzwyczajnego i maluch zaraz ucichnie; w końcu młode często reagują skamleniem na różne niegroźne zjawiska. Głosik jednak nie tracił na sile. Postanowiłam więc to sprawdzić.
Ruszyłam pośpiesznie w kierunku, który wydawał mi się tym właściwym. Zaprowadziło mnie to do granicy plaży z lasem. Teoretycznie nie powinnam tam się zapuszczać sama, ale to nie była zwyczajna sytuacja. Piski szczenięcia z całą pewnością dochodziły właśnie stamtąd. Tak więc, weszłam pomiędzy drzewa. Kiedy moje łapy zaszurały o tutejszą ściółkę, przeszedł mnie dreszcz. Oby szczenię nie było w poważnym niebezpieczeństwie.
Natrafiłam na wyraźny ślad malca; niemal idealną mieszaninę zapachu obu watah. To bardzo ułatwiło precyzyjne określenie, gdzie znajdowało się źródło wołania o pomoc. Zmysły zaprowadziły mnie przed ciasną jamę pod drzewami. Nachyliłam się i zajrzałam do nory. Kulił się tam niespełna dwumiesięczny szczeniak. Rozpoznałam, że to syn Crane'a. Osobista uraza do rodzica nie wystarczyła jednak, żebym nie przystąpiła do działania.
– Morgan – szepnęłam ciepło do szczeniaka. Nadal popiskiwał, więc należało zacząć od uspokojenia go. – Nie ma się czego bać. To ja, Lind. Pamiętasz mnie?
Wyciągnęłam do niego łapę, żeby poczuł zapach członka watahy. Miałam szczerą nadzieję, że przez stałą obecność Crane'a nie przywykł tylko i wyłącznie do swądu wilków z drugiego stada. Szczeniak wahał się, ale wreszcie wyciągnął pyszczek w moją stronę. Obrana strategia okazała się całkiem skuteczna; kolejne piski Morgana były coraz bardziej oddalone od siebie.
– Zabiorę cię stąd, dobrze? – Spojrzałam mu prosto w oczy. Szczeniak skierował uszy w moją stronę. Zapewne nie rozumiał wszystkich słów, ale na pewno wiedział, że nie chcę zrobić mu krzywdy.
Położyłam się na ziemi i wcisnęłam głowę do nory, w której ukrywało się szczenię. Złapałam delikatnie skórę na karku Morgana, wyciągnęłam go na światło dzienne, po czym zaczęłam się wycofywać z powrotem na plażę. Kiedy niosłam malucha w pyszczku, po paru chwilach przestał skamleć. Dobry znak.
Powróciwszy na „teren dozwolony”, rozejrzałam się uważnie dookoła. Ojca Morgana nigdzie nie było widać. 
Wiedziałam dobrze na podstawie obserwacji otoczenia, że Crane, kiedy tylko mógł, osobiście zajmował się swoim synkiem. Nie pozwoliłby mu uciec. Wniosek; basior musiał być teraz na patrolu. Co jednak miało miejsce między jego rozstaniem z Morganem, a momentem, w którym znalazłam malucha w jamie? Czemu w ogóle szczeniak został sam? Nikt nie zostawiłby niespełna dwumiesięcznego szczeniaka bez opieki. 
Posadziłam Morgana na piasku przed sobą. Spojrzał na mnie swoimi brązowymi oczkami. Wyglądał już na niemal zupełnie spokojnego. Pewnie teraz zastanawiał się, co będziemy robić dalej.
– Zaczekamy na twojego tatę – powiedziałam do szczeniaka.
Po chwili zdałam sobie w pełni sprawę, na co się piszę. Ostatnio próbowałam za wszelką cenę uniknąć spotkań z Crane'm. Nadal miałam do niego żal i nadal miałam ochotę dać temu niewerbalny wyraz. Nabrałam w płuca więcej powietrza.
Może jeszcze mogę się z tego wycofać. Mogłabym do powrotu Crane'a przekazać Morgana komuś innemu. Kto byłby w stanie zająć się maluchem przez... Ile może trwać jeszcze partol Crane'a? Od paru minut do paru godzin... Mógł wyruszyć rano, czyli...
Z rozważań wyrwał mnie Morgan. Niepewnie pociągnął pióra u dołu moich przednich kończyn. Pewnie chciał się bawić, ale nie wiedział, czy mu wolno. Poruszałam łapami, żeby dać mu sygnał, że jak najbardziej pozwalam. Szczeniak chwilę się jeszcze wahał, ale już wkrótce próbował złapać pierze w pyszczek.
Nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu, patrząc na tego uroczego malca. Odsunęłam chwilowo na dalszy plan moje zmartwienie związane z potencjalnym spotkaniem Crane'a. Skupiłam się na uczestnictwie w niewinnej zabawie nieuprzedzonego do nikogo Morgana.
Minęło trochę czasu. Szczeniak wreszcie wyczerpał większe zasoby energii i zdecydował, że chce odpocząć. Dał mi to do zrozumienia, układając się do snu na moim puszystym ogonie. Teraz byłam zupełnie przyparta do ściany. Za nic w świecie nie potrafiłabym zabronić Morganowi odpoczynku i zacząć go ciągać po okolicy. Nie było już szans na znalezienie innego, tymczasowego opiekuna. Z trudem akceptując swój los, położyłam się na piasku i pozwoliłam małemu spokojnie odpłynąć. Słuchając szumu morza, zdałam sobie sprawę, że to fantastyczna kołysanka.
Po chwili, pośród mniej lub bardziej znanych wilczych sylwetek, pojawił się Crane. Basior gnał jak szalony przez plażę. Na przemian rozglądał się i węszył. Oczywistym było, że szuka Morgana. Próbował utrzymywać tempo, ale wkrótce zabrakło mu na to sił. Zwolnił akurat wtedy, kiedy dzieliło mnie od niego zaledwie parę metrów. Nie było absolutnie żadnej opcji na ucieczkę od interakcji, jeśli chciałam mu przekazać Morgana. 
– Crane – uniknęłam krzyku, żeby szczeniak mógł spać dalej.
Basior zatrzymał się zupełnie. Odwrócił głowę w moją stronę. Łapy się pod nim prawie ugięły, kiedy zobaczył śpiącego na moim ogonie wilczka. Podbiegł do nas i usiadł naprzeciwko. Przełknęłam ślinę i spojrzałam gdzieś w bok. Emocje ścisnęły mi gardło. w głowie huczała myśl, jak bardzo chcę, żeby już stąd poszedł.
– D...dziękuję ci Lind – mruknął Crane.
Zaraz po tym, dał się ponieść bezmiarowi szczęścia i przytulił mnie. W pierwszej chwili, zesztywniałam z szoku. Następnie, agresywnym ruchem odepchnęłam wilka od siebie. Zdecydowanie zrobiłam to zbyt gwałtownie. Morgan obudził się i pisnął cicho. Oboje z Crane'm zwróciliśmy oczy na malucha. Mój wyraz pyska momentalnie złagodniał. Pożałowałam, że nie zdołałam powstrzymać emocji.
Morgan wygramolił się z puchu mojego ogona z powrotem na piasek. Crane podszedł do swojego synka i trącił go nosem. Maluch zapiszczał „tata” i podbiegł bliżej niego. Kątem oka dostrzegłam, że basior zerknął teraz na mnie.
– Byłem na patrolu – mruknął. – Jak zawsze, zostawiłem Morgana u Helgi... Jak wróciłem, były z nią inne szczenięta, ale nie Morgan. Do mojego przyjścia nie zauważyła, że zniknął. 
Sytuacja niecodzienna. Tak się zdziwiłam, że aż darowałam sobie złośliwy komentarz, którym planowałam przegnać Crane'a.

<Morgan/Crane>

Uwagi: brak.

wtorek, 15 października 2019

200 postów

Gratuluję!
Osiągnęliśmy próg 200 opowiadań na nowym blogu! W nagrodę wszyscy członkowie otrzymają dodatkowe 20 pkt. doświadczenia.

Życzę miłego dnia, dużo weny i te sprawy
Administratorka bloga
Navri/Kai/Joel/Hitam/Mortimer/Eterna/Dante/Sinope/Ismanise/Gwidon/Erastus

Od Navri "Słuchasz, skarbie?" cz. 1 (cd. Asgrim)

Luty 2025 r.
Plaża nie jest duża. To była główna myśl Navri, kiedy przechadzała się po niej u boku taty. Znużona stawiała kroki na parzącym poduszki jej łap piasku. Tata swobodnie opowiadał co słychać u niego i u Janey, która akurat była zajęta swoimi innymi obowiązkami. Obok nich dumnie truchtała Sino.
Navri  od samego początku miała co do niej mieszane odczucia. Nigdy nie przywyknie do myśli, że z biologicznego punktu widzenia są siostrami.
– O, cześć Asgrim. Nie jesteś w pracy? – powiedział nagle Dan, wyrywając Navri z zamyślenia.
– Nie, dzisiaj nie – odpowiedział promiennie basior. Spojrzała na niego z drobnym znużeniem. Jesteśmy równego wzrostu, przeszło przez jej zamglony umysł. Tego dnia nie czuła się szczególnie błyskotliwie.
– O czym rozmawiacie?
– Ja gadam, a Navri słucha. Albo udaje, że słucha. Słuchasz, skarbie?
– Udaję – mruknęła, wodząc wzrokiem za pikującym nad taflą wody ptakiem.
Tata zaśmiał się promiennie.
– Przynajmniej mogę się wygadać za wszystkie czasy.
– Ja cię słucham – wtrąciła Sino.
– Ty mnie zawsze słuchasz, kochanie – mówiąc to, poczochrał czuprynę waderki. Zachichotała.
– Niezła z was rodzinka – As potrząsnął głową – Tori jest zajęta, a ja nie mam komu opowiedzieć o książce, którą ostatnio znalazłem w jednej z tych... no, skrzynek.
– Jaką? – zapytał zaintrygowany Dan.
– Nie wyglądasz mi na konesera literatury.
– Bo nim nie jestem – Roześmiał się – Po prostu może Janey czytała. Moglibyście wtedy podyskutować razem.
Navri zwiesiła uszy jeszcze bardziej, niż zwykle. Jej umysł przysłoniły jeszcze ciemniejsze chmury. Za szczeniaka bardzo chciała umieć czytać, zaczęła nawet gromadzić książki. Niestety nigdy nie znalazła dość czasu na dodatkową naukę. Teraz wszystkie tomiszcza zostały w watasze, a ona ma aż za dużo czasu wolnego. Wciąż nie należała do elity potrafiącej czytać, pisać i liczyć. Jednocześnie jako jedna z nielicznych wciąż dostrzegała liczne zalety tych umiejętności.
– Może chciałbyś nauczyć czytać Sino? – powiedział nagle Dan.
Navri znowu się wyłączyła, nie wiedząc o czym rozmawiali przed chwilą.
Nim jednak Asgrim otworzył usta by odpowiedzieć, wtrąciła:
– I mnie, jeśli byś był tak łaskaw.
Przez ułamek sekundy wydał się jej niezmiernie zdumiony.
– W sumie to... Czemu nie. Musimy krzewić naukę w stadzie, czy coś.
– Tylko prosiłabym oddzielnie.
– Czemu oddzielnie?! – oburzyła się Sino.
– To upokarzające.
– Navri... – zaczął zrezygnowany Dan.
– Chodzi mi o różnicę wieku, nic więcej. Jeśli chcesz, możesz znaleźć innych potencjalnych studentów w moim wieku, a Sino pouczyć wraz z kilkoma innymi szczeniakami.
Sinope coś odburknęła, marszcząc z niezadowoleniem nosek. Dan pogłaskał ją pocieszająco po rudych włosach.
– No... no dobrze – mruknął z nutką wahania w głosie As.
– Gdy zajdzie taka konieczność, mogę się jakoś odwdzięczyć.
– Nie, nie... – Basior potrząsnął głową – Nie trzeba.
– Zawsze tak szastasz pieniędzmi? – zdumiał się tata.
Navri dumnie uniosła podbródek.
– Skoro nie, to bardzo dziękuję za taką dobroć serca. Bardzo to doceniam.
– Zresztą umiem tylko czytać... A nie pisać, czy liczyć. Nic nadzwyczajnego.
– Najwyżej ja je wyedukuję do końca. Nie ma o co się martwić, stary.
As z wyrazem drobnego zdziwienia na pysku, popatrzył na szczerzącego się Dana.
– Ja stary?
– Oczywiście. Ja przecież jestem okazem zdrowia, młodości i piękna – dorzucił Dan dumnie.
As parsknął śmiechem.

<Asgrim?>

poniedziałek, 14 października 2019

Od Asgrima "Czasem cuda się zdarzają" cz. 3

Listopad 2024
Szumiało mi w głowie. Wieści spadły na mnie nieoczekiwanie i nie miałem pojęcia, co powinienem z nimi zrobić. Torance była w ciąży, a ja nie mogłem być ojcem jej szczeniaka. Wiele można było powiedzieć o Zakonie, ale nauka oraz medycyna nie były na najniższym poziomie. Owszem, zdarzało im się mylić, a Edel była tego dowodem; przeżyła w końcu znacznie dłużej, niż zapowiadali kapłani. Ale... Bezpłodność to było całkiem co innego. Pogodziłem się z myślą, że nigdy nie wychowam własnych szczeniaków, a teraz ona próbowała mi wmówić, że...
Potrząsnąłem łbem tak gwałtownie, że straciłem równowagę. Upadłem pyskiem w jakąś kolczastą roślinę. Syknąłem z bólu, a łzy poleciały jeszcze mocniej.
Nie powinienem płakać. Byłem silnym wilkiem. A Torance nigdy by mnie zdradziła. Gdzie w końcu znalazłaby równie wspaniałego...
- Przestań. Kogo ty oszukujesz? - wyszeptałem.
W rzeczywistości byłem niczym. Wmówiłem sobie pewność siebie. Wygodniej było myśleć o sobie jako o tym wspaniałych, idealnym, najlepszym pod każdym względem. Jednak tak naprawdę... Nie nadawałem się do niczego. Nie potrafiłem polować. Nadal nie nauczyłem się liczyć. Byłem irytujący i arogancki. Moje żarty nie były ani trochę zabawne. Nic dziwnego, że Tori miała mnie dość i...
Nie. Ona nie była taka. Kochała mnie. Zawsze była obok, wspierała mnie w najgorszych momentach. Nie potrafiłem uwierzyć, że zrobiłaby coś takiego. Ale fakt pozostawał faktem.
Leżałem z nosem wśród kolców. Przed oczami miałem rozmazaną plamę, a w głowie mętlik. Jedno było jednak pewne. Nie mogłem zostawić Tori. Nawet jeśli mnie zdradziła. 

Styczeń 2025
Pomimo moich wielkich postanowień, ciężko mi było przejść do porządku dziennego. Zwłaszcza, że brzuch mojej partnerki zdawał się rosnąć z każdym kolejnym dniem. 
Dalej ciężko mi było w to wszystko uwierzyć, jednak z czasem, gdy emocje opadły, jeszcze trudniejsze okazało się myślenie, że mogłaby przespać się z kimś innym. Byliśmy na tyle blisko, a podróż zmuszała nas do praktycznie nieustannego kontaktu z towarzyszami podróży, że nawet nie miałaby kiedy. Pewnie inaczej by wyglądała sprawa, gdyby powiedziała mi to po rozpoczęciu zwiadów. Jakby nie było wstępnie przydzielono nas do różnych grup... Chociaż ze względu na to, że zbliżał się termin porodu, Torance została zwolniona ze swoich zajęć. Wymagałyby od niej zbyt wielkiego wysiłku, a nie powinna się teraz przemęczać.
Nie chciałem zostawić wilczycy samej ani na moment. Obawiałem się, że gdy tylko spuszczę ją z oczu, szczeniak stwierdzi, że to odpowiedni czas na zobaczenie świata. Samica miała mnie aż dość, jednak nie zamierzałem odpuścić. No bo jak nie ja, to kto by się nią zajął?
W końcu, któregoś wyjątkowo ciepłego wieczora (tutejszy klimat był naprawdę dziwaczny; w końcu powinien był środek zimy) nadszedł ten moment. Z pyska Tori wydobył się krzyk. Przerażony dopadłem do niej i niewiele myśląc zmieniłem postać. Wziąłem ją w ręce i pobiegłem na poszukiwania medyka. Sam nie dałbym rady odebrać porodu. Nigdy w życiu.
Wilki schodziły mi z drogi. Ktoś pytał, czy wszystko w porządku. Nie zwracałem na nich najmniejszej uwagi. Wzrokiem szukałem lekarza, a dłońmi pocieszająco gładziłem futro mojej ukochanej.
W końcu zauważyłem Ellamarię. Wilczyca od razu mnie zmieniła. Chciała, żebym odstąpił od Torance, jednak ja nie miałem takiego zamiaru. Po krótkiej wymianie zdań, westchnęła i wyraziła zgodę, bym został. Przez cały poród głaskałem grzbiet partnerki. Z moich ust (nadal byłem w ludzkiej formie) wylatywały nic nieznaczące słowa. Mówiłem cokolwiek. Miałem wrażenie, że jeśli zamilknę, zdarzy się coś nieprzyjemnego.
Po jakimś czasie przywitałem na tym świecie szczeniaka. Od razu zauważyłem, że jego sierść była jakby odwróceniem mojej. Miał orzechowe futro z cynamonowymi wstawkami. Jednak najbardziej poruszyły mnie drobne łatki pod oczami. Oprócz mnie i mojego ojca nigdy nie widziałem ich u żadnego wilka... Szczeniak musiał naprawdę być moim synem...
Kiedy okazało się, że to nie koniec i mam jeszcze córkę, nie dałem rady. Z moich oczu zaczęły płynąć łzy szczęścia.
Byłem ojcem. Zdarzył się najprawdziwszy cud. Miałem dwa piękne szczeniaki.

Od Lind "Pozwól mi odejść"

Grudzień 2024
Torance przybiegła do nas późnym wieczorem. Pędziła tak szybko, że potykała się o własne łapy. As natychmiast wstał z miejsca i skarcił ją, iż nie powinna biegać. Ruda wadera jednak puściła tę uwagę mimo uszu i oznajmiła załamującym się głosem, że Edel nie żyje. Po tych słowach wpadła w ramiona swojego partnera, gorzko szlochając. Słysząc tak straszną wiadomość, w moich oczach również stanęły łzy. Nie mogę powiedzieć, że bardzo dobrze znałam Edel, ale nie była dla mnie też zupełnie obcą osobą. Była członkiem tej samej watahy; przyjaźniła się blisko z Torance i Asgrimem (przynajmniej dopóki się nie pokłócili), a także była partnerką mojego innego przyjaciela - Crane'a. 
Wstałam z miejsca i pobiegłam go odszukać; wiedziałam, że Edel była jego całym światem. Śmierć wadery musiała być dla niego potężnym ciosem.
Przemierzyłam cały odcinek plaży, który już oficjalnie zagarnęła nasza wataha, ale znalazłam tylko niewyraźny ślad basiora. Zaprowadził mnie on jedynie do Morgana - syna Crane'a i Edel. Szczeniak spał, leżąc na boku Rediana, chociaż był prawie od niego większy. Kot, znanym swojemu gatunkowi zwyczajem, mruczał, żeby mieć pewność, że malec będzie spokojny. Usiadłam przy nich, ale nie odzywałam się, żeby nie popsuć efektów starań kocura. Bolało mnie serce, kiedy patrzyłam na Morgana. Był zbyt mały, by zrozumieć, że właśnie stracił matkę. 
***
Pochówek Edel odbył się z samego rana. Uczestniczyli w nim prawie wszyscy członkowie naszej części stada, a także kilku osobników z drugiej watahy. Stałam tuż obok moich przyjaciół, więc widziałam wszystkie szczegóły ich reakcji z bliska. Torance powstrzymywała łzy, dopóki Hitam nie spytał, czy ktoś chciałby coś powiedzieć. Wówczas, wybuchła na nowo płaczem i wtuliła głowę w pierś Asgrima. Jej partnerowi także już puszczały nerwy. Ja sama pewnie nie wyglądałam wiele lepiej. Piękna ceremonia i szczere reakcje przyjaciół zmarłej to było zbyt wiele, bym zdołała powstrzymać swoje emocje. Razem ze mną na pochówku stawili się także obaj Strażnicy. Wyglądało na to, iż jako jedyni nie pozwalali, by na ich pyskach gościła rozpacz. Chyba że to tylko ich hełmy zbyt dobrze ukrywały emocje. 
Aż do zakończenia ceremonii i ostatecznego wyrycia napisu na nagrobku przez jednego z wilków ziemi, rozglądałam się raz po raz dookoła. Crane'a jednak nie wypatrzyłam.
Udało mi się go znaleźć dopiero o zachodzie słońca. Tak, jak myślałam, przyszedł sam nad świeżo usypany grób partnerki, którą kochał nad życie. Widząc go z daleka, zrozumiałam, że zapewne wolał pożegnać ją w ciszy i samotności. Dostrzegłam, że basior trzymał w pysku Smoczą Różę. Wpatrywał się bez słowa w nagrobek kilka minut. Jego ciało drżało, jakby zaraz miał się przewrócić. 
Po chwili wahania, podeszłam nieco bliżej. Chciałam okazać wsparcie, którego mój przyjaciel zapewne bardzo teraz potrzebował. Crane podskoczył jak oparzony, kiedy usłyszał kroki. Odwrócił głowę w moją stronę, ale nic nie powiedział. Chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, po czym objęłam go i przytuliłam. Poczułam, że jego ciało znów drżało. Smocza Róża spadła na udeptany piasek. 
Crane po chwili odwzajemnił uścisk. Kiedy oboje odsunęliśmy się od siebie, zwróciłam oczy na nagrobek. Tymczasem Crane wziął mnie za łapę i coś w niej położył. 
– Powinienem był to zrobić już dawno temu – powiedział cicho.
Spojrzałam na tajemniczy przedmiot. Był to Medalion Nieśmiertelności. 
– I tak należy do ciebie – dodał basior.
– N... Nie rozumiem – odparłam szczerze, spoglądając na Crane'a.
– To ten, który zniknął dwa lata temu. Ja ci go ukradłem.
Otworzyłam pyszczek ze zdumienia. Kiedy już w pełni dotarł do mnie sens tej wypowiedzi, zacisnęłam zęby i uderzyłam go pazurami w bok pyska. W jednej chwili cała moja chęć przekazania mu dobrego słowa i okazania współczucia po stracie ukochanej, zniknęła. Zamiast tego, ogarnęła mnie wściekłość. 
Wiedziałam, że wisiorek zniknął, ale dotychczas byłam przekonana, że ja go zgubiłam. W życiu bym nie pomyślała, że Crane był od początku za to odpowiedzialny. Nie śmiałabym go podejrzewać. Nigdy. Taki z niego "wierny przyjaciel", tak zapewniał, że mogę mu ufać! 
Crane przekręcił głowę od silnego uderzenia. Opuścił uszy i odsłonił lekko zęby; zabolało go to. Mój oddech przyspieszył ze złości. Zanim dwukolorowe oczy samca wróciły na moją osobę, zebrałam wicher i wymierzyłam nim cios w tego wstrętnego osobnika. Basior został odrzucony parę metrów dalej. Upadł na wysoką roślinność okalającą pierwsze drzewa lasu. Syknął z bólu. Odzyskawszy orientację w przestrzeni, podniósł wzrok na mnie; jego spojrzenie były równie smutne, jak wcześniej. Oparł łapy, żeby wstać z ziemi, ale wicher nie pozwolił mu się podnieść.
– Oszukałeś mnie – wycedziłam przez zęby. – Oszukiwałeś mnie przez te wszystkie lata! – krzyknęłam. Docisnęłam Crane'a wiatrem płasko do podłoża. 
– Tak – mruknął cicho. – Tak było. Oszukiwałem wszystkich – przyznał. 
Z mojego gardła wybrzmiało głośne warknięcie. 
– Jesteś podły! – rzuciłam. Przez krążący dookoła nas wicher, zdawało się, że roślinność szumiała głośniej, niż morskie fale. 
– Masz rację – westchnął Crane. 
Jego brak oporu; jakichkolwiek chęci do obrony, był aż podejrzany. Może to jakaś nowa, dziwna gra, którą próbuje mnie omotać? Zaczęłam znów warczeć. 
– Przepraszam cię, Lind – powiedział basior. 
– Myślisz, że to wystarczy?! 
– Nie. Wiem, że nie. Ale nie mogę zrobić już nic więcej – przyznał. – Popełniłem błąd. Źle cię potraktowałem. 
– Mało powiedziane – rzuciłam. Spojrzałam jeszcze raz na leżący na ziemi Medalion. 
– Mam do ciebie jedną prośbę – mruknął, spoglądając mi prosto w oczy. – Pozwól mi stąd odejść.
Wbiłam pazury w ziemię i zacisnęłam zęby. Odwróciłam wzrok. Miałam ochotę rozerwać go na strzępy. Jednak to nadal członek tego niby łączonego stada. Nie mogę go skrzywdzić. 
Nie było to proste, ale spróbowałam chociaż trochę zapanować nad moim gniewem. Wiatr wkrótce osłabł, pozwalając basiorowi wreszcie się wyprostować. 
– Idź, zanim zmienię zdanie. – wycedziłam po chwili.
Nie odwróciłam głowy z powrotem w jego stronę, by czasem nie wpaść znów w furię na sam widok tego podłego węża. Basior cicho podniósł się z ziemi i odszedł. 
Poczułam nową falę złości. Tym razem również na siebie samą. Przez cały ten czas byłam ślepa. Dałam się wplątać w głupią komedyjkę i uwierzyłam, że była prawdziwa. Uderzyłam łapami w ziemię, a wiatr wyrzucił w powietrze chmurę piasku. 
Wkrótce emocje zaczynały powoli ze mnie schodzić. Wtedy po raz ostatni spojrzałam na grób Edel i Smoczą Różę. Pomyślałam, że może jednak nie powinnam była tak się zachować. Jednak... Czy strata kogoś bliskiego usprawiedliwia dotychczasowe zachowanie Crane'a? Oczywiście, że nie. Te dwie sprawy nie mają ze sobą związku. Wtedy przypomniałam sobie, że basior faktycznie przeprosił mnie i przyznał się do błędu. Oddał mi też Medalion Nieśmiertelności. Ale czy to wystarczy jako rekompensata tylu lat kłamstwa, nieszczerych uśmiechów i udawania kogoś, kim nigdy nie był?
Nie, oczywiście, że nie. 
Odrzuciłam skumulowaną energię wiatru w górę, jakbym wierzyła, że zabierze moje negatywne emocje ze sobą. To jednak nie nastąpiło. Nadal byłam wściekła, zawiedziona i smutna. W moich oczach stanęły łzy, ale szybko je wytarłam. Ten basior nie jest wart nawet jednej z nich. Ruszyłam przed siebie; w przeciwnym kierunku, niż Crane.