czwartek, 17 października 2019

Od Torance "Turyści z mapą w kamieniu" cz. 1 (cd. Lind/Kai)

Początek stycznia 2025
Kiedy zdecydowałam się na zostanie zwiadowcą, nie przyszło mi do głowy, że podróż będzie równoznaczna z opuszczeniem szczeniaków. Chciałam jakoś odwołać swoją decyzję, jednak Hitam nie udzielił mi na to zgody. Potrzebowaliśmy zwiadowców, a maluchy mogły zostać pod opieką Asgrima. Gdy wypomniałam mu, że mój partner również należał do ekipy, basior jedynie przypomniał mi o istnieniu opiekunów. Niechętnie przyznałam mu rację.
Z tego też powodu trzymałam w pyszczku Yvara i niosłam go w zacienione miejsce, gdzie Peggy oraz Helga sprawowały pieczę nad mniej lub bardziej rozbrykanymi szczeniakami. Od razu zauważyłam Yngvi. Waderka piszczała, poruszając się niezgrabnie. Serce zabiło mi mocniej na jej widok. Podbiegłam w jej stronę, co z kolei wywołało przestraszony skowyt ze strony Yvara. Zwolniłam nieznacznie i odłożywszy go obok jego siostrzyczki, zaczęłam nerwowo wylizywać ich ciałka. Dopiero wówczas uspokoili się.
Obserwowałam, jak Yngvi próbuje odepchnąć brata, walcząc o moją uwagę. Na moim pysku widniał delikatny uśmiech. Rozkoszne maluchy.
- Nie musisz się o nich martwić.
Podskoczyłam, słysząc tuż za sobą głos Helgi. Nie zauważyłam, kiedy do mnie podeszła.
- Nie martwię - skłamałam.
Wilczyca uśmiechnęła się z łatwością wyczuwając fałsz w moim głosie. Powstrzymałam grymas i skupiłam ponownie uwagę na szczeniakach. Ostatni raz polizałam ich po pyszczkach, czując dziwny ból w sercu. To miał być pierwszy raz, gdy zostawiałam je pod opieką kogoś innego...
- Mamusia wróci - obiecałam.
Jakimś cudem zdołałam zmusić się do pożegnania z opiekunkami i pójścia w stronę miejsca zbiórki mojej grupy zwiadowczej. Szybki rzut okiem uświadomił mi, że przyszłam jako ostatnia. Wilki siedziały zapewne już od jakiegoś czasu. Na mój widok jeden z basiorów wstał i ostentacyjnie się rozciągnął. Chwilę mi zajęło, nim przypomniałam sobie, że miał na imię Nevil.
- No wreszcie. Dłużej się nie dało?
- Odprowadzałam szczeniaki do opiekunek - mruknęłam, zerkając niepewnie na Claytona, który pełnił rolę dowódcy. Z tego co kojarzyłam, samiec miał dobre kilkaset lat, więc (delikatnie mówiąc) budził mój niepokój.
Basior skinął łbem, przyjmując moje usprawiedliwienie.
- Następnym razem bądź na czas - powiedział tylko.
- Oczywiście.
Opuściłam uszy. Grzecznie poczekałam, aż odwróci ode mnie wzrok i dopiero wtedy chyłkiem podeszłam do Lind oraz Tinga. Zdążyliśmy jedynie wymienić powitania, nim Clayton zarządził rozpoczęcie zwiadów.
Odmieniec od razu zaczął narzekania na tych, co wybrali lewy klif jako miejsce, które miel;iśmy eksplorować. Twierdził, że nie wygląda on interesująco i znacznie bardziej wolałby zobaczyć, co też mieści się w dżungli. Milczałam, nie mając najmniejszego zamiaru powiedzieć mu, że między innymi to ja nalegałam na pójście w lewą stronę. Mimo wszystko zostałam niedawno matką i choć Peggy oraz Helga były wyśmienitymi opiekunkami, nie chciałam zostawiać swoich maluchów na zbyt długo. Już wystarczyło, że Asgrim wraz ze swoją grupą ruszył na podbój dżungli, jak to sam stwierdził.
Skierowałam uwagę na otoczenie. Szmer rozmów mieszał się z szumem morza. Fale miarowo uderzały o piasek, wydając przy tym kojący odgłos. Gdzieś ze strony wielkiego lasu wypełnionego dziwacznymi drzewami, które Lind trafnie porównywała do przerośniętych paproci, nadchodził radosny świergot ptaków. Grały swoje melodie pod akompaniament morza. Do tego dochodził jeszcze stały rytm łap tonących w piasku.
Wielu z nas nadal nie mogło uwierzyć, że trwała zima. Przywykliśmy do śniegu lub przynajmniej nieustannych deszczy. Lodowatego wiatru, wywołującego dreszcze. Zamiast tego słońce ogrzewało nasze grzbiety, a piach popołudniami nawet delikatnie palił nienawykłe poduszeczki łap.
Ogromny kamień, będący centrum naszego zainteresowania, rósł w oczach z każdym krokiem. Widząc go, miałam wrażenie, że to jakiś olbrzym zostawił swoją zabawkę na środku plaży. Z drugiej strony coś mi przypominał...
Musiało minąć kilka chwil, nim dotarło do mnie, że wyglądał dziwnie podobnie do Wschodniego Klifu na naszych starych terenach. Zrobiło mi się głupio, że tak długo zajęło mi wygrzebanie wspomnienia dotyczącego miejsca, gdzie spędziłam dobrą połowę życia.
Lind musiała zauważyć mój wyraz pyska, bo nie minęła chwila, a już mnie zagadała. Chyba stwierdziła, że martwię się o Yvara i Yngvi, bo to o nich spytała.
- W porządku. Yvar zdecydowanie dominuje nad Yngvi. Jest znacznie większy i silniejszy, więc czasem jestem zmuszona go odgonić, żeby nakarmić i małą - odpowiedziałam, mimowolnie uśmiechając się na wspomnienie maluchów oraz ich drobnych przepychanek.
Lind pokiwała ze zrozumieniem łbem.
- Niezły łobuziak z niego, co?
Roześmiałam się i pokręciłam głową.
- A skąd. Jak na ironię to właśnie Yngvi woli eksplorować miejsca, które nie powinna. 
- Pierzastej też to się zdarza, chociaż jest znacznie starsza - wtrącił Ting.
- Nieprawda!
Lind posłała swojemu towarzyszowi groźne spojrzenie, na które ten odpowiedział jedynie wzruszeniem ramion.
- Przypomnieć ci o...?
- Nie - przerwała mu wilczyca, wymownie unosząc wzrok ku górze - Zresztą, zwykle i tak mi towarzyszysz.
- Pilnuję, żebyś nie wplątała się w coś głupiego - odparł odmieniec, dodatkowo akcentując pierwsze słowo.
Parsknęłam cicho śmiechem, sprowadzając tym na siebie chmurne spojrzenia przyjaciół.
- Dobrze, że teraz OBYDWOJE możecie legalnie eksplorować.
Lind otworzyła pyszczek gotowa mi jakoś odpowiedzieć, jednak przerwał jej Clayton. Basior nakazał nam dobranie się w grupy oraz ostrożne podejście do klifu i zorientowanie się, czy w pobliżu nie ma jakiegoś większego zagrożenia. No i oczywiście mieliśmy odnaleźć ewentualną drogę na jego szczyt.
Ze względu na to. że i tak byłam obok Lind oraz Tinga stworzyliśmy jedną grupę. Rozglądałam się jeszcze w poszukiwaniu wilków, które zechciałyby do nas dołączyć. Clayton miał rację; nie znaliśmy terenu i nawet samotny wstęp do eksploracji był zwyczajną głupotą.

środa, 16 października 2019

Od Eterny "Pierwsze polowania" cz. 3 (cd. Naida)

Styczeń 2025 r.
Eterna nieszczególnie emocjonalnie obserwowała Naidę z trudem broniącą się przed szczypcami małego żyjątka. Miało ciemne, wyłupiaste oczy, dość długie odnóża i wyjątkowo twardy pancerz. Nie do końca tak sobie je wyobrażała, ale brak pretensji nauczycielki upewniły ją w tym, że to w rzeczy samej jest krab, którego tak poszukiwali.
– Przyniosę jakiś patyk, to go załatwimy! – wrzasnęła waderka. Jej głos ponownie podrażnił czułe uszy Eterny. Najchętniej pozbyłaby się natrętnej małej. Sama jej obecność wzbudzała w niej odrażającą niechęć do robienia czegokolwiek.
Morti i Theo rzucali się z wielkim zaangażowaniem na kraba, sypiąc wokół piaskiem. Zrobiła dwa kroki w tył.
– A może odetniemy mu głowę? – zapytała Eterna powoli.
– Jak?! – odkrzyknął Morti, po raz kolejny usiłując uderzyć kraba łapą.
Wtedy Theo udało się naskoczyć całym ciężarem ciała na żyjątko. Krab przestał uciekać, ale wciąż usiłował mu się wyślizgnąć.
– Szybciej, bo mi ucieknie! – wył Theo.
– Mam kija! – krzyknęła waderka, znowu wracając do ich grupy.
W jej pysku znajdował się stanowczo zbyt długi jak na nią badyl. Haczyła jego końcami o ziemię, kiedy szła. Nie utrzymywała równowagi. Nim Eterna zdołała to jakoś skomentować, samiczka rzuciła się na kraba i zaczęła go uderzać na tyle, ile potrafiła. Eterna odsunęła się dosłownie w ostatniej chwili, inaczej oberwałaby końcem kija. Z bliska rozpoznała, że był to bambus. Ostry na końcu.
– Dawaj, dawaj! – dopingował ją Morti.
– Właśnie! Bij go, bij go! – wtórował Theo, raz po raz unikając uderzeń waderki.
Yuki w milczeniu obserwowała ich poczynania. Eterna zauważyła kątem oka, że dookoła nich zaczyna się zbierać mały wianek widzów. Niektóre ze szczeniaków dołączyły do dopingowania.
Nagle koniec bambusa utknął w piasku, ale mała zauważyła to zbyt późno. Z impetem uderzyła w niego głową, aż zabrzęczało.
– Ała! – pisnęła – Zabiłam go?!
– No nie za bardzo – mruknęła Isa stojąca teraz tuż za plecami waderki.
Eterna westchnęła przeciągle i wyrwała z piasku bambus. Następnie używając maksymalnej siły, wbiła go ostrym końcem w sam środek kraba. Przeszedł na drugą stronę z zaskakującą łatwością. Wycofała się, oczekując na aprobatę nauczycielki.
– O ile na co dzień jesteś bezużyteczna... To akurat było niezłe – skomentowała Yuki.
– Nie można być dobrym we wszystkim – odparła Eterna.
– Zapytaj o to Navri.
Szczeniaki śmiały się piskliwie jeden przez drugiego. Eterna zerknęła na Isę, która położyła po sobie uszy. Patrzyła dziko na resztę grupy.
– Ja przynajmniej nie jestem wredna.
Szczeniaki zareagowały na tę uwagę równie żywiołowo.
Kiedy Eterna już niemal zapomniała o tej małej niedojdzie, jaką była łaciata wadera, ta znowu zabrała głos:
– Brawo, załatwiłaś go! Ja bym nie dała rady.
Eterna spojrzała na nią groźnie. Mała patrzyła na swoje łapy i uśmiechała się głupio. Eterna nabrała ochoty naplucia jej na czubek głowy, ale miała zbyt wiele dumy, by to zrobić. Poza tym Morti wciąż na nią patrzył.
– Podsumowując – zaczęła Yuki – Polowanie na kraby nie jest tak oczywiste i banalne, jak polowanie na króliki. Mają twardy pancerz, więc należy go przebić lub celować prosto w głowę – Popukała koniuszkiem pazura w punkt, o którym mówiła – Dużo łatwiej mają wilki, które znają już swoją moc, bo mogą się nią wspomóc. Używając żywiołu ognia macie od razu przysmażone mięso.
– W tym w ogóle jest mięso? – zapytała Isa z pretensją w głosie.
– Jest... Ale najlepiej zostawić to dorosłym zmieniającym się w ludzi, bo trzeba rozerwać pancerz za pomocą noża, aby dostać się do mięsa.
– Nie wyglądają na smaczne... Są też strasznie małe! – wtrąciła irytująca waderka – Po co mamy się tyle męczyć łapiąc je, skoro i tak się tym dobrze nie najemy? One są bez sensu!
– A masz lepszy pomysł, cwaniaku?
Eterna pożałowała, że Yuki nie użyła mocniejszego określenia.
– Zostawmy kraby i zacznijmy polować na coś większego – mówiła niby stanowczo, ale jej niepewny uśmiech ją zdradził.
– Na przykład?
– N-na przykład... – zająknęła się mała – Jelenie albo króliki... Albo jakieś większe ptaki... em...
Waderka przeleciała błagalnym wzrokiem po reszcie grupy. Wszyscy milczeli jak zaklęci.
– I gdzie znajdziesz królika? – wtrąciła ironicznie Isa.
– No... zwykle są pod ziemią w swoich norach, albo gdzieś na ziemi... Może będą tam?
Eterna skierowała swój wzrok we wskazywany przez nią kierunek. Pokazywała na wulkan. "Sama się pogrążasz, mała", pomyślała. Poniekąd bawiło ją to, jak bardzo ośmieszała się przed resztą.
– Tutaj jest dżungla, i zapewniam, że nie znajdziemy królików, ani jeleni – powiedziała Eterna.
– Więc będziemy jeść tylko kraby?
– Są jeszcze ryby – oznajmiła Yuki.
– Fuj! – pisnął jakiś szczeniak.
– A co z tymi ptakami, które widzieliśmy wcześniej? – nie poddawała się mała.
Eternę na nowo zalała fala irytacji. Chciałaby rozszarpać tę waderkę na strzępy.
– Przy odrobinie szczęścia – może, ale latają szybko, a my nie powinniśmy póki co wchodzić do dżungli – mówiła Yuki.
Eterna zaczęła się dziwić jej iście anielskiej cierpliwości.
– To może jedzmy rośliny, tak jak robią to króliki? One jakoś z tego żyją.
Nauczycielka już nie wytrzymała. Wybuchnęła perlistym śmiechem.
– To... może znajdziemy jakieś kozy? – zapytała drżącym głosem mała. Eterna z rozbawieniem dostrzegła łzy w jej oczach.
– I gdzie je znajdziesz? Wspinając się po bananowcach?
Mała się skuliła.
– Możemy... Jeść te kraby, jeśli trzeba... Chociaż nadal wierzę, że jest lepsze wyjście...
– Póki co – nie.
Łaciata wciąż rozdygotana pokiwała głową i wskazała łapką na dziurawego kraba.
– Więc będę jeść to coś... Ale nie mam zamiaru ich łapać. To trudne!
– Kiedyś się nauczysz.
Wtedy Eternę ogarnęła trudna do opisania wściekłość. Najczystsza, najprawdziwsza nienawiść. Gniew.
Morti położył łapę na plecach Łaciatej.
Położył. Łapę.
Zrobił to. Dotknął jej.
Martwił się? O tę małą cholerę?
– Kiedyś wszyscy się nauczycie. Niekoniecznie teraz.
Eternę już nie obchodziły słowa nauczycielki. Wbijała palące spojrzenie w tę dwójkę. Szeptali coś między sobą. Miała ochotę ją odtrącić, a później wgryźć się w jej szyję. Rozszarpać i rozrzucić po całej plaży.
Morti i mała zaczęli na nią patrzeć. Eterna zmusiła się do wyjątkowo krzywego uśmiechu. Morti chyba nie zauważył, jak sztuczne to było, bo wrócił do swobodnego szeptania z Łaciatą, która jednak ciągle na nią zerkała. Raz nawet popatrzyła na nią wyjątkowo dziwnie, akurat wtedy kiedy nareszcie przestali rozmawiać, a łapa Mortiego zniknęła z jej grzbietu. Dlaczego pocieszał akurat Łaciatą, a nie ją? Dlaczego nigdy nie kładł tak łapki na jej plecach? Bo była za stara? Bo mu się nie podobała?
Dlaczego podobała mu się akurat Łaciata? 
Yuki zaczęła prezentację rozłupywania kraba, ale Eterna nadal nie mogąc się uspokoić wewnętrznie, obserwowała tę kulkę cuchnącej sierści. Obiecywała sobie w duchu, że w końcu ją zabije. Nie wiedziała jeszcze kiedy to nadejdzie, ale zrobi to na pewno. O niczym innym nie marzyła. Chciała krwi, chciała zemsty. Brutalnej i jak najboleśniejszej. Za to, że ją dotknął.

<Naida?>

Od Lind „Zostali sami” cz. 1 (Morgan/Crane)

Styczeń 2025
Skoro samodzielne zwiedzanie nowych terenów było surowo wzbronione, musiałam znaleźć sobie nowy sposób na zabicie czasu. Przynajmniej podczas „zwyczajnych” dni; pomiędzy wyprawami z grupą zwiadowczą. Nadal mogłam co prawda czytać książki, które zostały uratowane z Biblioteki, ale zasób był dosyć ograniczony. Musiałam być więc oszczędna w tej kwestii, jeśli nie chciałam skończyć wszystkich w parę tygodni.
Spróbowałam poświęcać czas wolny na spacery po plaży. Z początku wyjątkowo przyjemne i relaksujące, wkrótce utraciły swój urok. Przywykłam do środowiska i wędrowanie bez celu po tak krótkim odcinku, stało się zbyt wtórne. Zwłaszcza, jeśli akurat nie miałam żadnego ciekawego towarzystwa. Niemniej jednak, wyglądało na to, że jestem skazana na takie spędzanie czasu, dopóki nie wymyślę czegoś lepszego.
Kiedy po raz kolejny spacerowałam wzdłuż linii brzegu, zwróciłam uwagę na dwa małże rzucane przez fale. Przypomniałam sobie wówczas, jak przepyszną zawartość skrywały te twarde pancerzyki. Przycisnęłam łapą jeden z nich do ziemi i wyciągnęłam z wody. Nie miałam jeszcze wprawy, więc otworzenie małża zajęło dobrą minutę, ale zdobyty kawałek mięsa był jak najbardziej warty każdego wysiłku. Oblizałam pysk i wyłowiłam następne, dostrzeżone wcześniej żyjątko. Obie porcje były bardzo małe. Pomyślałam, że musiałabym złowić ich jeszcze trochę, żeby się najeść.
W ten sposób znalazłam sobie nieco mniej nudny sposób na zabicie czasu.
Weszłam do wody po kostki i rozpoczęłam poszukiwania następnego celu. Przypomniałam sobie wtedy, jak Magnus mówił mi, że małże są „owocami morza”. Szczerze powiedziawszy, brzmiało to co najmniej niedorzecznie; w końcu na pewno mieliśmy do czynienia ze źródłem mięsa. Ogólnie rzecz ujmując, według mnie małże niewiele różnią się od dżdżownic. (Zaznaczę tylko, że tego drugiego w życiu bym nie zjadła.) Niemniej jednak, jakby odruchowo zaczęłam wypatrywać w morzu krzewu lub drzewa, z którego gałęzi wyrastałyby bure pancerze. Znalazłam jeszcze kilka samotnych małży, ale nigdzie nie było widać nawet łodygi „małżowego krzewu”. Wtedy uznałam, że zapewne ta roślina, jeśli jest prawdziwa, rośnie dopiero w ciemnych głębinach; z dala od brzegu. 
Pewnie fale odrywają od gałęzi w pełni wykształcone żyjątka i niosą je ku plażom. W sumie... Może to nie brzmi aż tak bezsensownie.
Po otwarciu, zdaje się, szóstego małża, dostrzegłam, że z pancerza wypadło coś jeszcze, poza kawałkiem mięsa. Nieduży przedmiot błysnął odbitym światłem i zatonął w piasku pod wodą. Zainteresowana, na chwilę zignorowałam przekąskę i zaczęłam szukać tego, co było do niedawna ukryte razem z nią. Przejechałam parę razy łapami po piaszczystym dnie. Poczułam pod poduszką coś twardego; jakby malutki, gładko oszlifowany kamyk. Całe szczęście, że tego dnia fale nie były zbyt wysokie; znalezienie tak niedużego przedmiotu mogłoby nie być wówczas wcale proste. 
Wyciągnęłam wspomniane znalezisko spod wody. Wyglądało to prawie jak lśniący, idealnie okrągły koralik. Jedynym elementem, którego brakowało, była dziurka na powleczenie nitki. Zmrużyłam oczy i nachyliłam się jeszcze bardziej nad tym fascynującym przedmiotem. Pewnie nikogo nie zdziwi, że podjęłam decyzję o zachowaniu go. Nie rozumiałam jednak, skąd wziął się pod pancerzem małża. Schowałam lśniący "kamyk" do torby, po czym wyłowiłam z wody upuszczone wcześniej mięso. Przeżuwając, zaczęłam się zastanawiać, czy to niespodziewane znalezisko jest tylko jednorazowym przypadkiem.
Cóż, najlepszym sposobem na poznanie odpowiedzi będzie wyłowienie jeszcze paru małży – pomyślałam. Przystąpiłam do dalszych poszukiwań. Nawet jeśli okaże się, że nie natrafię na więcej błyszczących "kamyków", nadal zdobędę kilka przepysznych kąsków. Co jak co, ale małże mogłabym jeść codziennie, o każdej porze dnia. 
Bez problemu wyłowiłam kilka kolejnych pancerzyków zamieszkanych przez wspomniane stworzenia. Trzy skrywały tylko i wyłącznie mięso, ale w czwartym znalazłam również następny lśniący przedmiot. Był uderzająco podobny do tego, na który natrafiłam wcześniej. Wróciłam na brzeg i porównałam oba „koraliki”. Nie dostrzegłam między nimi żadnych różnic poza kolorem. Odcień jednego pochodził pod szary, a drugiego – jakby pod blady fiolet.
Zgarnęłam kamyki z powrotem do torby i zwróciłam się w stronę morza, by kontynuować poszukiwania. Wtem spośród mieszaniny dźwięków otoczenia, wybiło się coś nowego; bardzo alarmującego. Mianowicie - płacz szczenięcia. Piskliwy wyraz prawdziwego przerażenia. Odruchowo skupiłam się na dźwięku. Wpierw myślałam, że może to nic nadzwyczajnego i maluch zaraz ucichnie; w końcu młode często reagują skamleniem na różne niegroźne zjawiska. Głosik jednak nie tracił na sile. Postanowiłam więc to sprawdzić.
Ruszyłam pośpiesznie w kierunku, który wydawał mi się tym właściwym. Zaprowadziło mnie to do granicy plaży z lasem. Teoretycznie nie powinnam tam się zapuszczać sama, ale to nie była zwyczajna sytuacja. Piski szczenięcia z całą pewnością dochodziły właśnie stamtąd. Tak więc, weszłam pomiędzy drzewa. Kiedy moje łapy zaszurały o tutejszą ściółkę, przeszedł mnie dreszcz. Oby szczenię nie było w poważnym niebezpieczeństwie.
Natrafiłam na wyraźny ślad malca; niemal idealną mieszaninę zapachu obu watah. To bardzo ułatwiło precyzyjne określenie, gdzie znajdowało się źródło wołania o pomoc. Zmysły zaprowadziły mnie przed ciasną jamę pod drzewami. Nachyliłam się i zajrzałam do nory. Kulił się tam niespełna dwumiesięczny szczeniak. Rozpoznałam, że to syn Crane'a. Osobista uraza do rodzica nie wystarczyła jednak, żebym nie przystąpiła do działania.
– Morgan – szepnęłam ciepło do szczeniaka. Nadal popiskiwał, więc należało zacząć od uspokojenia go. – Nie ma się czego bać. To ja, Lind. Pamiętasz mnie?
Wyciągnęłam do niego łapę, żeby poczuł zapach członka watahy. Miałam szczerą nadzieję, że przez stałą obecność Crane'a nie przywykł tylko i wyłącznie do swądu wilków z drugiego stada. Szczeniak wahał się, ale wreszcie wyciągnął pyszczek w moją stronę. Obrana strategia okazała się całkiem skuteczna; kolejne piski Morgana były coraz bardziej oddalone od siebie.
– Zabiorę cię stąd, dobrze? – Spojrzałam mu prosto w oczy. Szczeniak skierował uszy w moją stronę. Zapewne nie rozumiał wszystkich słów, ale na pewno wiedział, że nie chcę zrobić mu krzywdy.
Położyłam się na ziemi i wcisnęłam głowę do nory, w której ukrywało się szczenię. Złapałam delikatnie skórę na karku Morgana, wyciągnęłam go na światło dzienne, po czym zaczęłam się wycofywać z powrotem na plażę. Kiedy niosłam malucha w pyszczku, po paru chwilach przestał skamleć. Dobry znak.
Powróciwszy na „teren dozwolony”, rozejrzałam się uważnie dookoła. Ojca Morgana nigdzie nie było widać. 
Wiedziałam dobrze na podstawie obserwacji otoczenia, że Crane, kiedy tylko mógł, osobiście zajmował się swoim synkiem. Nie pozwoliłby mu uciec. Wniosek; basior musiał być teraz na patrolu. Co jednak miało miejsce między jego rozstaniem z Morganem, a momentem, w którym znalazłam malucha w jamie? Czemu w ogóle szczeniak został sam? Nikt nie zostawiłby niespełna dwumiesięcznego szczeniaka bez opieki. 
Posadziłam Morgana na piasku przed sobą. Spojrzał na mnie swoimi brązowymi oczkami. Wyglądał już na niemal zupełnie spokojnego. Pewnie teraz zastanawiał się, co będziemy robić dalej.
– Zaczekamy na twojego tatę – powiedziałam do szczeniaka.
Po chwili zdałam sobie w pełni sprawę, na co się piszę. Ostatnio próbowałam za wszelką cenę uniknąć spotkań z Crane'm. Nadal miałam do niego żal i nadal miałam ochotę dać temu niewerbalny wyraz. Nabrałam w płuca więcej powietrza.
Może jeszcze mogę się z tego wycofać. Mogłabym do powrotu Crane'a przekazać Morgana komuś innemu. Kto byłby w stanie zająć się maluchem przez... Ile może trwać jeszcze partol Crane'a? Od paru minut do paru godzin... Mógł wyruszyć rano, czyli...
Z rozważań wyrwał mnie Morgan. Niepewnie pociągnął pióra u dołu moich przednich kończyn. Pewnie chciał się bawić, ale nie wiedział, czy mu wolno. Poruszałam łapami, żeby dać mu sygnał, że jak najbardziej pozwalam. Szczeniak chwilę się jeszcze wahał, ale już wkrótce próbował złapać pierze w pyszczek.
Nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu, patrząc na tego uroczego malca. Odsunęłam chwilowo na dalszy plan moje zmartwienie związane z potencjalnym spotkaniem Crane'a. Skupiłam się na uczestnictwie w niewinnej zabawie nieuprzedzonego do nikogo Morgana.
Minęło trochę czasu. Szczeniak wreszcie wyczerpał większe zasoby energii i zdecydował, że chce odpocząć. Dał mi to do zrozumienia, układając się do snu na moim puszystym ogonie. Teraz byłam zupełnie przyparta do ściany. Za nic w świecie nie potrafiłabym zabronić Morganowi odpoczynku i zacząć go ciągać po okolicy. Nie było już szans na znalezienie innego, tymczasowego opiekuna. Z trudem akceptując swój los, położyłam się na piasku i pozwoliłam małemu spokojnie odpłynąć. Słuchając szumu morza, zdałam sobie sprawę, że to fantastyczna kołysanka.
Po chwili, pośród mniej lub bardziej znanych wilczych sylwetek, pojawił się Crane. Basior gnał jak szalony przez plażę. Na przemian rozglądał się i węszył. Oczywistym było, że szuka Morgana. Próbował utrzymywać tempo, ale wkrótce zabrakło mu na to sił. Zwolnił akurat wtedy, kiedy dzieliło mnie od niego zaledwie parę metrów. Nie było absolutnie żadnej opcji na ucieczkę od interakcji, jeśli chciałam mu przekazać Morgana. 
– Crane – uniknęłam krzyku, żeby szczeniak mógł spać dalej.
Basior zatrzymał się zupełnie. Odwrócił głowę w moją stronę. Łapy się pod nim prawie ugięły, kiedy zobaczył śpiącego na moim ogonie wilczka. Podbiegł do nas i usiadł naprzeciwko. Przełknęłam ślinę i spojrzałam gdzieś w bok. Emocje ścisnęły mi gardło. w głowie huczała myśl, jak bardzo chcę, żeby już stąd poszedł.
– D...dziękuję ci Lind – mruknął Crane.
Zaraz po tym, dał się ponieść bezmiarowi szczęścia i przytulił mnie. W pierwszej chwili, zesztywniałam z szoku. Następnie, agresywnym ruchem odepchnęłam wilka od siebie. Zdecydowanie zrobiłam to zbyt gwałtownie. Morgan obudził się i pisnął cicho. Oboje z Crane'm zwróciliśmy oczy na malucha. Mój wyraz pyska momentalnie złagodniał. Pożałowałam, że nie zdołałam powstrzymać emocji.
Morgan wygramolił się z puchu mojego ogona z powrotem na piasek. Crane podszedł do swojego synka i trącił go nosem. Maluch zapiszczał „tata” i podbiegł bliżej niego. Kątem oka dostrzegłam, że basior zerknął teraz na mnie.
– Byłem na patrolu – mruknął. – Jak zawsze, zostawiłem Morgana u Helgi... Jak wróciłem, były z nią inne szczenięta, ale nie Morgan. Do mojego przyjścia nie zauważyła, że zniknął. 
Sytuacja niecodzienna. Tak się zdziwiłam, że aż darowałam sobie złośliwy komentarz, którym planowałam przegnać Crane'a.

<Morgan/Crane>

Uwagi: brak.

wtorek, 15 października 2019

200 postów

Gratuluję!
Osiągnęliśmy próg 200 opowiadań na nowym blogu! W nagrodę wszyscy członkowie otrzymają dodatkowe 20 pkt. doświadczenia.

Życzę miłego dnia, dużo weny i te sprawy
Administratorka bloga
Navri/Kai/Joel/Hitam/Mortimer/Eterna/Dante/Sinope/Ismanise/Gwidon/Erastus

Od Navri "Słuchasz, skarbie?" cz. 1 (cd. Asgrim)

Luty 2025 r.
Plaża nie jest duża. To była główna myśl Navri, kiedy przechadzała się po niej u boku taty. Znużona stawiała kroki na parzącym poduszki jej łap piasku. Tata swobodnie opowiadał co słychać u niego i u Janey, która akurat była zajęta swoimi innymi obowiązkami. Obok nich dumnie truchtała Sino.
Navri  od samego początku miała co do niej mieszane odczucia. Nigdy nie przywyknie do myśli, że z biologicznego punktu widzenia są siostrami.
– O, cześć Asgrim. Nie jesteś w pracy? – powiedział nagle Dan, wyrywając Navri z zamyślenia.
– Nie, dzisiaj nie – odpowiedział promiennie basior. Spojrzała na niego z drobnym znużeniem. Jesteśmy równego wzrostu, przeszło przez jej zamglony umysł. Tego dnia nie czuła się szczególnie błyskotliwie.
– O czym rozmawiacie?
– Ja gadam, a Navri słucha. Albo udaje, że słucha. Słuchasz, skarbie?
– Udaję – mruknęła, wodząc wzrokiem za pikującym nad taflą wody ptakiem.
Tata zaśmiał się promiennie.
– Przynajmniej mogę się wygadać za wszystkie czasy.
– Ja cię słucham – wtrąciła Sino.
– Ty mnie zawsze słuchasz, kochanie – mówiąc to, poczochrał czuprynę waderki. Zachichotała.
– Niezła z was rodzinka – As potrząsnął głową – Tori jest zajęta, a ja nie mam komu opowiedzieć o książce, którą ostatnio znalazłem w jednej z tych... no, skrzynek.
– Jaką? – zapytał zaintrygowany Dan.
– Nie wyglądasz mi na konesera literatury.
– Bo nim nie jestem – Roześmiał się – Po prostu może Janey czytała. Moglibyście wtedy podyskutować razem.
Navri zwiesiła uszy jeszcze bardziej, niż zwykle. Jej umysł przysłoniły jeszcze ciemniejsze chmury. Za szczeniaka bardzo chciała umieć czytać, zaczęła nawet gromadzić książki. Niestety nigdy nie znalazła dość czasu na dodatkową naukę. Teraz wszystkie tomiszcza zostały w watasze, a ona ma aż za dużo czasu wolnego. Wciąż nie należała do elity potrafiącej czytać, pisać i liczyć. Jednocześnie jako jedna z nielicznych wciąż dostrzegała liczne zalety tych umiejętności.
– Może chciałbyś nauczyć czytać Sino? – powiedział nagle Dan.
Navri znowu się wyłączyła, nie wiedząc o czym rozmawiali przed chwilą.
Nim jednak Asgrim otworzył usta by odpowiedzieć, wtrąciła:
– I mnie, jeśli byś był tak łaskaw.
Przez ułamek sekundy wydał się jej niezmiernie zdumiony.
– W sumie to... Czemu nie. Musimy krzewić naukę w stadzie, czy coś.
– Tylko prosiłabym oddzielnie.
– Czemu oddzielnie?! – oburzyła się Sino.
– To upokarzające.
– Navri... – zaczął zrezygnowany Dan.
– Chodzi mi o różnicę wieku, nic więcej. Jeśli chcesz, możesz znaleźć innych potencjalnych studentów w moim wieku, a Sino pouczyć wraz z kilkoma innymi szczeniakami.
Sinope coś odburknęła, marszcząc z niezadowoleniem nosek. Dan pogłaskał ją pocieszająco po rudych włosach.
– No... no dobrze – mruknął z nutką wahania w głosie As.
– Gdy zajdzie taka konieczność, mogę się jakoś odwdzięczyć.
– Nie, nie... – Basior potrząsnął głową – Nie trzeba.
– Zawsze tak szastasz pieniędzmi? – zdumiał się tata.
Navri dumnie uniosła podbródek.
– Skoro nie, to bardzo dziękuję za taką dobroć serca. Bardzo to doceniam.
– Zresztą umiem tylko czytać... A nie pisać, czy liczyć. Nic nadzwyczajnego.
– Najwyżej ja je wyedukuję do końca. Nie ma o co się martwić, stary.
As z wyrazem drobnego zdziwienia na pysku, popatrzył na szczerzącego się Dana.
– Ja stary?
– Oczywiście. Ja przecież jestem okazem zdrowia, młodości i piękna – dorzucił Dan dumnie.
As parsknął śmiechem.

<Asgrim?>