czwartek, 24 października 2019

Od Lind „Jak można spędzać czas na plaży” cz. 2

Luty 2025
Lind spoglądała na owoce wiszące u podstawy „korony” paprocio-drzewa. Rosły ściśnięte razem w kilku kiściach. Patrząc na nie z tej perspektywy, wadera nabierała wątpliwości, czy w ogóle chce próbować je zdobyć. Szczególnie zniechęcał zielony kolor; Lind kojarzył się tylko i wyłącznie z niedojrzałymi owocami. Wadera przypomniała sobie jednak, że ekipa polowań przyniosła watasze ów przysmak we właśnie takiej formie. Wszystko wskazywało, że są gotowe do zbiorów już teraz.
Pierwszą myślą wadery, było rzucenie czymś w „koronę” drzewa. Kiedy była szczenięciem, tak samo podchodziła do kwestii zbierania jabłek i gruszek, które czasem można było znaleźć niedaleko jej rodzinnego domu. Rozejrzała się dookoła, ale pogranicze lasu i plaży nie obfitowało w nic, co mogłoby być odegrać rolę pocisku.
Wtedy wilczycy przyszło do głowy, że może wystarczy zwykłe uderzenie wiatru. Sama się sobie dziwiła, że nie pomyślała od razu o tak prostym rozwiązaniu, Przywołała energię magiczną i wycelowała nią w podstawę paprocio-podobnych liści. Nieproporcjonalne drzewo od razu wygięło się pod naporem wichru. Kiedy chudy pień odzyskiwał swój pierwotny kształt, z jego czubka spadły dwa owoce, na których zależało Lind. Wadera w ostatnim momencie uskoczyła z trajektorii lotu jednego z nich.
Obie zdobycze wylądowały na piasku. Wilczyca wzięła jeden z owoców w łapy i obróciła. Zaczęła się zastanawiać, jaki jest następny krok. Nie pamiętała już, jak inni się zabierali się do zjedzenia czegoś takiego. Owoc był stanowczo zbyt duży, żeby tak po prostu go rozgryźć.
Lind poskrobała pazurem powierzchnię owocu. Skorupa wydawała się być bardzo twarda. Wadera pomyślała, że może dałoby się to czymś przeciąć na mniejsze kawałki. Ewentualnie, rozbić.
Z pewnej odległości jej poczynaniom przyglądał się Ting. Nadal co prawda dostrajał banjo, ale kolejne akrobacje Właścicielki Wichury z czasem odciągały uwagę odmieńca od instrumentu. Przyglądał się z zainteresowaniem, jak Lind uderzała kokosy łapami. Niezbyt wiedziała, co robi, także jedyne, co udało jej się w ten sposób osiągnąć, to zakopać swoją zdobycz głębiej w piasku. Ting pokręcił głową i zawołał do niej:
– Pierzasta, znajdź lepiej jakiś głaz. Tak to spędzisz nad tym kokosem jeszcze parę godzin.
– Po co mi głaz? – zdziwiła się Lind. Potrzebowała kilku sekund, żeby zrozumieć, o co chodziło jej towarzyszowi.
Na jej szczęście „paprotko-drzewo”, które obrała wcześniej na cel, znajdowało się niedaleko ledwie wystającej z ziemi, szerokiej skały. Lind podeszła do niego, turlając kokos ze sobą. Dotarłszy na miejsce, wzięła owoc w łapy i zaczęła uderzać nim o powierzchnię głazu. Musiała użyć całkiem dużo siły, żeby wreszcie dostrzec jakieś efekty. W zielonej skorupie powstały głębokie pęknięcia. Wystarczyły, żeby Lind mogła ich się uczepić zębami i już samodzielnie rozerwać tę część owocu na pół.
W ten sposób odsłoniła coś, co wyglądało raczej jak włochaty, przerośnięty orzech, a nie owoc. Wilczyca wyglądała na bardzo zdziwioną, że to jeszcze nie koniec walki o przekąskę.
Ta skorupa wygląda na jeszcze twardszą od poprzedniej. Wtedy Lind wpadła na lepszy pomysł, jak można rozbić orzech. Położyła go na szczycie skały, potem ponownie skumulowała energię magiczną w jednym miejscu i uderzyła w skorupę wichrem od góry.
Ta strategia okazała się oszczędzić jej naprawdę wiele czasu. Cel roztrzaskał się na kilka części, odsłaniając białe wnętrze. Lind obwąchała uważnie swoje dzieło. Zdaje się wreszcie dotarła do tego, co było jadalne.
Złapała zębami kawałek białej warstwy i z łatwością oderwała od skorupy. Zaczęła przeżuwać zdobyty przysmak. Wkrótce jednak zrozumiała, że nie będzie nawet w stanie przełknąć tego czegoś. Smak skojarzył jej się z przesiąkniętym wodą sianem i niczym więcej. Wypluła odgryziony kawałek i potrząsnęła głową, wykrzywiając pyszczek.
– Jest niedojrzały? – spytał Ting, podchodząc bliżej. Wskoczył na skałę i wziął w łapy największy kawałek rozłupanego orzecha.
– Nie wiem – parsknęła z niesmakiem wadera. – Jest paskudny.
Odmieniec powąchał wnętrze brązowej skorupy. Zauważył w niej jeszcze resztki wody, która znajdowała się w środku. Wychłeptał jej trochę swoim cienkim językiem. 
– Według mnie wszystko jest z nim w porządku, Pierzasta – Oblizał kły.
– To życzę smacznego – mruknęła Lind. Na jej pyszczku malowało się szczere niezadowolenie. W swoim mniemaniu, zmarnowała tylko czas i energię. Była najzwyczajniej w świecie zawiedziona.
Ting nie miał jednak w planach jeść wnętrza rozbitego orzecha. Wyglądał teraz, jakby zastanawiał się nad jego innymi możliwymi wykorzystaniami. Tymczasem Lind trąciła od niechcenia łapą drugi, jeszcze ukryty w zielonej skorupie. Westchnęła głośno.
– Ciekawe, czy ktoś zechce to kupić – mruknęła, próbując pocieszyć samą siebie.
– Z całą pewnością. Zwłaszcza jak zaproponujesz dobrą cenę – rzucił Ting. – Widziałaś, że pozyskanie ich nie jest trudne. Do tego na tej plaży jest tyle palm, ze starczyłoby kokosów dla całej watahy – Machnął niedbale łapą. – Przez cały okrągły rok.
– Czekaj, co mówiłeś? – Wadera spojrzała na swojego towarzysza. – Czego jest tyle na tej plaży?
– Palm – powtórzył Odmieniec. – Palma; takie drzewo, co rośnie tuż za tobą, Pierzasta.
<C. D. N.>

Uwagi: brak.

środa, 23 października 2019

Od Glücka "Nie chcę do watahy!"

Styczeń 2025 r.
Glück zatrzymał się zdyszany. Nie wiedział gdzie jest. Wczoraj w nocy szedł przez jakiś las, aż doszedł do plaży, na której postanowił się przespać. Spał sobie, aż uszczypnęło go dziwne sześcionogie stworzenie. Zaczął przed nim uciekać i nagle wpadł na niego jakiś wilk.
- Au! - powiedziała czarno-biała waderka. - Przepraszam, kim jesteś? - spytała.
- Cz-cześć, jestem Glück - odpowiedział.
- Co tu robisz?
- Sam nie wiem.
- Po co ci ten patyk? - zapytała, wskazując na patyk w ustach Glücka.
- To jest Sticky. Jak się nazywasz? - powiedział zawstydzony.
- Jestem Naida. Jesteś stąd?
- Nie - odpowiedział.
- Proszę pani! - krzyknęła niespodziewanie.
Glück wymienił zakłopotane spojrzenie ze Sticky'm.
- Czego znowu chcesz? - krzyknęła jakaś waderka.
- Znalazłam nowego!
Glück przeraził się wizją, że znowu będzie należał do watahy. Chwycił mocno Sticky'ego i zaczął uciekać.
- Wracaj! - krzyknęła Naida.
Basior uciekał ile sił w łapach. Słyszał za sobą odgłosy pościgu. Wilczyca rzuciła się na niego. Chwilę później leżał przygwożdżony na ziemi.
- Uciekaj, Sticky! - krzyknął Glück, rzucając patyk metr dalej. - Uciekaj! - krzyczał wilk, jednak Sticky ani drgnął.
- Nie chcemy ci zrobić krzywdy - powiedziała Naida.
Krzaki obok zadrżały i wyszła z nich ciemnoszara wilczyca.
- Czego uciekasz? Ona nie jest taka straszna - powiedziała.
- Aaaa! Chcą mnie zabić! - krzyknął Glück.
- Może do nas dołączyć? - zapytała podekscytowana Naida.
- No niech ci będzie - odpowiedziała druga wilczyca.
- Ale ja nie chcę! - krzyknął.
- Czemu? - zapytała Naida.
- Bo nie chcę - odpowiedział basior.
- Chodź już - rzuciła waderka.
Naida zeszła z niego. Glück wstał i podniósł Sticky'ego.
- Czemu mam iść z wami?
- Bo jak nie, to ona nie da mi spokoju - powiedziała starsza wilczyca.
- Nie jestem jedyna, nie jestem jedyna... - cieszyła się Naida.
- W czym nie jesteś jedyna? - zapytał.
- Ja też nie jestem stąd. A przy okazji to jest Yuki, moja nauczycielka.
Glück poszedł za Naidą i Yuki. Szli, a w tym czasie Naida opowiadała mu o latających krabach, kłótniach z pewną wilczycą i topieniu się jakiegoś Mortiego. Ale Glücka to nie interesowało. Był zbyt zestresowany, aby się na czymś skupić.

Uwagi: Kiedy odmieniasz imię Sticky'ego raczej powinieneś robić to z apostrofem. Kiedy każemy komuś iść, mówimy "chodź", nie "choć".

wtorek, 22 października 2019

Od Lind „Jak można spędzać czas na plaży” cz. 1


Luty 2025
Lind znów zajmowała się przeszukiwaniem wyrzuconych na brzeg, jak to określił Magnus, „odpadków organicznych”. Pośród kawałków rozpadającego się drewna, otoczaków i fragmentów pancerzyków małży, wypatrywała bursztynów. Ta sterta odrzuconych przez morze śmieci znajdowała się dostatecznie daleko od wody, by wilczycy towarzyszył Ting. Odmieniec siedział na ziemi i stroił banjo, raz po raz zerkając na poczynania Lind. Widząc, że pozyskiwanie obłupanych odłamków bursztynu nie idzie jej zbyt dobrze, postanowił zaoferować swoją poradę:
– Już przekopałaś te miejsce wzdłuż i wszerz, Pierzasta – mruknął, naciągając mocniej jedną strunę. – Po prostu ktoś cię uprzedził. Idź gdzieś dalej.
– Ostatnim razem jeden był zakopany naprawdę głęboko – odparła Lind. – Mam przeczucie, że i tym razem tak będzie.
– Jasne, przeczucie – odparł Odmieniec, przeciągając samogłoski. – Twoje przeczucia nigdy nie mylą – dodał ironicznie.
Wadera podniosła wzrok znad sterty patyków i kamieni. Spróbowała dać rozmówcy do zrozumienia swoim wyrazem pyska, że nie spodobały jej się te słowa. Jednakże Ting już na nią nie spojrzał, tak więc odpuściła po paru sekundach i wróciła do poszukiwań. Chwilę jeszcze kontynuowała w milczeniu, ale wkrótce znów zatęskniła za rozmową. Zaczęła nowy temat:
– Po czym poznałeś, że ten konkretny naszyjnik to Klucz? – spytała, kiwając głową w stronę przedmiotu obijającego się o pierś Tinga. – Co by było, gdyby ktoś chciał ci wcisnąć inny bursztyn na sznurku?
– Hm... Pierwszy raz od dawna zadałaś jakieś mądrzejsze pytanie – mruknął Odmieniec. – Mam wrażenie, że ma to związek z jakimś zablokowanym wspomnieniem – Naciągnął mocniej kolejną strunę w banjo. – Jak tylko zobaczyłem Klucz, od razu wiedziałem, że to to.
– Ciekawe... – podsumowała Lind. – A może te przedmioty są zaklęte? – zastanowiła się na głos.
– Nie sądzę... Ktoś z watahy już by zwrócił na to uwagę.
– Może... Chyba że, przekazane Strażnikowi, tracą moc – Lind spojrzała na swojego towarzysza.
– Hm... To brzmi nawet prawdopodobnie – pokiwał głową Ting.
Wilczyca podniosła wzrok ku niebu. Wtedy przypomniał jej się pierścień, który widziała na palcu Strażniczki Burzy. Zdała sobie sprawę, że jedynym ze znanych jej opiekunów artefaktów, który jeszcze nie otrzymał Klucza, był Baldor.
– Ciekawe, co powinien otrzymać od dziedzica „twój kuzyn” - mruknęła.
– Dziedzica? – zdziwił się Ting.
Tak zaintrygowało go użyte przez waderę słowo, że na chwilę odstawił banjo na kolana. Tymczasem Lind zrozumiała, że nie powinna była się tak wyrażać. Serce podeszło jej do gardła. To Freeze określał siebie dziedzicem i mówił jej o zasadzie, że tylko członkowie TEJ rodziny mogą przekazać Strażnikowi Klucz. A przecież miała absolutnie nie rozmawiać z odmieńcami na temat Freeze'a!
Lind zaczęła nerwowo rozgarniać łapami wyrzucone przez morze śmieci. Jednocześnie gorączkowo szukała w głowie pretekstu do zmiany tematu. Wówczas jeden prawie dosłownie spadł jej z nieba. Pod warstwą przegniłego drewna znalazła duży bursztyn.
– Aha! Jednak coś tutaj było!– zawołała wilczyca, podnosząc z triumfem swoje znalezisko.
Odmieniec chwilę przyglądał się jej zdobyczy, po czym wrócił do strojenia instrumentu. Lind odetchnęła z ulgą, widząc, że tyle wystarczyło, by jej towarzysz zignorował tamto potknięcie. Ze spokojem wróciła do poszukiwań. Od tej pory szły jej o wiele, wiele lepiej. Wkrótce znalazła dwa następne kawałki bursztynu. Jeden podłużny; bardzo podobny do poprzedniego i jeden okrągły. Wszystkie okazały się być niemal identycznego koloru. Wilczyca zaczęła podejrzewać, że może niegdyś były jednym kawałkiem.
Lind pokazała i te nabytki odmieńcowi. On oczywiście obejrzał każdy z nich, ale nie wyrażał aż tak wielkiego podziwu, jak niegdyś przy okazji innych kruszców. Zdaje się wisiorek, który zawsze nosił, zbyt przyzwyczaił go do widoku bursztynu.
– Przydałaby ci się większa torba – stwierdził po chwili Ting.
Wadera rzuciła okiem na swój skórzany worek. Fakt faktem, było w nim coraz mniej miejsca. Zaczęła się zastanawiać, czy noszenie wszystkiego przy sobie istotnie jest dobrym rozwiązaniem, skoro stale powiększała swoją kolekcję o nowe przedmioty. Pojawiała się jednak zagwozdka, gdzie w takim razie można by zorganizować sobie mały magazyn na to wszystko? Wataha mieszka pod gołym niebem, nikt już nie ma własnej jaskini.
– To może teraz przeniesiesz się z tym poszukiwaniem? – odmieniec wyrwał Lind z zadumy.
– W sumie mogę – odparła.
Wstała z miejsca i przeciągnęła się. Spędzili w tym jednym miejscu prawie pół godziny. Wtem wilczyca poczuła nagłe łaknięcie.
– Zjadłabym coś... – mruknęła.
– Znów małże? – Zapytał bez wyrazu Ting.
– Wiesz... Chyba nie. Spróbowałabym tych owoców z... – Lind na chwilę zacięła się. Zabrakło jej odpowiedniego słowa. – Tych drzew – dokończyła.
Wadera pamiętała, że wspomniany przysmak podano członkom watahy podczas pierwszego posiłku w nowym domu. Ona jednak do dziś nie spróbowała tego. Czas to zmienić.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Od Naidy "Pierwsze polowania" cz. 5 (cd. Eterna)

Styczeń 2025 r.
Naida siedziała zamyślona wpatrując się w Yuki, która zmieniła się właśnie w człowieka. Nudziło jej się na tej lekcji. A przynajmniej na tej części o otwieraniu kraba. Reszta była nawet ciekawa. Przestała już nawet słuchać co mówi nauczycielka.
- Ciekawe jak ja bym wyglądała jako człowiek... - pomyślała na głos.
Wszyscy spojrzeli nagle w jej stronę. Parę szczeniaków zaczęło się cicho śmiać. Naida zorientowała się co właśnie zrobiła i zawstydzona spuściła głowę.
- Przeszkadzam Ci w pogaduszkach? - zapytała oburzona Yuki.
- Nie! Niech pani kontynuuje! - pisnęła przestraszona.
Waderka zmierzyła ją spojrzeniem i dopiero po chwili kontynuowała rozbrajanie kraba. Wszyscy skupili się ponownie na instrukcjach nauczycielki. Naida także starała się już bardziej uważać. Spokój nie trwał jednak długo.
- Co pani powie... - odezwała się Sino - na nowy przedmiot? Gotowanie.
- Gotowanie? Lepsze to niż polowanie! - wykrzyknęła Naida. - Zawsze można coś sobie zjeść podczas lekcji...
- Tu cię zdziwię, bo na moich lekcjach można jeść. Ale tylko jak pozwolę. A z takimi pomysłami to do Alfy - odpowiedziała Yuki.
Sino odwróciła się do Naidy merdając ogonem.
- Pójdziemy? - zapytała.
- Jasne! Tylko kiedy? I gdzie znajdziemy Alfę?
- Zapytam Navri i możemy po lekcji.
- Uzgodnicie sobie wszystko później. Teraz skupmy się na tym - przerwała znużona Yuki, unosząc połowę kraba do góry. - Skoro teraz już wiecie jak wygląda krab i wiecie jak go rozkroić, możecie iść szukać kolejnych.
Yuki rozejrzała się po zebranych wokół niej wilkach. Wszyscy patrzyli na nią wyczekując dalszych poleceń.
- A teraz sio! Macie mi przynieść co najmniej siedem krabów.
- A ile to? - wtrąciła się Sino.
- Podzielę was na grupy i każdy ma mi przynieść upolowanego kraba - westchnęła nauczycielka.
- A jak komuś nie uda się złapać ani jednego? - zapytała cicho Naida.
- To po tyłku.
Szczeniaki oburzyły się na te słowa. Naida nie mogła uwierzyć, że nauczycielka właśnie użyła brzydkiego słowa. Nie powinna tak do nich mówić. Zwłaszcza na lekcji! Yuki wciąż wpatrywała się w Naidę.
- Będziesz w grupie z... - zaczęła rozglądać się po uczniach.
- Może z Mortim? Albo z Sino...
Naida spojrzała z niepokojem na Elanor. Nie chciała trafić do jednej grupy z kimś takim jak ona. Zerknęła na śnieżnobiałą waderkę siedzącą trochę dalej. Jeśli dobrze pamiętała, kiedy Morti i Sino przedstawiali jej niektóre wilki, mówili jej, że wilczyca ma na imię Isa. Nie wydawała się należeć do tych wesołych i miłych wilków, ale Naida wolałaby już nawet ją od Elanor.
- Infinite i Elanor - dokończyła Yuki.
Naida poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nerwowo zaczęła rozglądać się za ową Infinite. Miała nadzieję, że będzie ona jakimś miłym wilkiem.
- Co to za szczeniak? Może jakoś pomoże mi przeżyć z Elanor? - mamrotała pod nosem.
- Szkoda, że będziemy oddzielnie... ale powodzenia! - powiedział Morti.
- Dzięki! Mam nadzieję, że złapię więcej krabów od ciebie! - zaśmiała się.
- Nie dam ci tak łatwo wygrać!
Naida patrzyła jak Morti odchodzi ze swoją grupą. Przyglądała mu się z uwagą. Był taki miły! Na dodatek wydawał się ją lubić. Gdyby tylko nie ta Elanor...
- Hej! - wykrzyknął jakiś jasny szczeniak.
Naida podskoczyła. Nie zauważyła nawet kiedy młody basior pojawił się obok niej. Patrzyła się na niego przez dłuższy czas. Nie rozumiała, czego on może od niej chcieć. Pewnie pomylił grupy. Chyba, że to on był Infinite.
- Ty jesteś tym szczeniakiem z mojej grupy?
- Infinite! - odpowiedział urażony.
Elanor niespiesznie podeszła do nich i spojrzała na szczeniaka. Naida poczuła, jak po jej ciele przechodzi dreszcz. Nie ufała już waderce. Było w niej coś, co wprawiało Naidę w niepokój. Chyba już nigdy się nie zaprzyjaźnią. Ciekawe czy są już wrogami? Lepiej nie.
- Skoro wszyscy już są, to chodźmy szukać krabów! - zawahała się. - To gdzie zaczynamy nasze poszukiwania, Elane?
- Proponuję bliżej wody.
- Mi pasuje! Połóżmy się na piasku i poczekajmy. Tak znalazłam tamtego kraba.
Pobiegła w stronę brzegu wody i położyła się wygodnie. Zaraz obok niej położył się też Infinite. Elanor raczej niechętnie podeszła do nich i spojrzała na Naidę.
- I gdzie tym razem ma cię uszczypnąć? W nos czy ogon?
- Tym razem może uszczypnąć ciebie lub Infinite. Ja już miałam okazję pocierpieć! Kładź się.
Elanor jednak zignorowała ją i nie położyła się na piasku. Stała tylko wypatrując krabów. Wydawała się taka spokojna.
- Nie chcę być szczypany - oburzył się Infinite.
- Spokojnie. Jak powiesz krabom, że nie chcesz być szczypany, na pewno cię posłuchają! Tylko ich nie przestrasz.
Naida uśmiechnęła się nerwowo. Chciała, aby szczeniak jej uwierzył. Jednak Infinite nadal wyglądał na zaniepokojonego. Był gotów do ucieczki. Naida pomyślała, że też najchętniej by stąd uciekła. Miała łapać groźne kraby oraz była w jednej grupie z Elanor. Była już podwójnie zestresowana. Cała trójka została jednak na miejscu i rozglądała się za małymi stworzeniami. Elanor nadal nie miała zamiaru się położyć. Naida już zamierzała to skomentować, lecz coś przyciągnęło jej uwagę. Po piasku, tuż za Elanor, spacerował sobie krab. Waderka chyba go nie zauważyła. Źle byłoby nie wykorzystać okazji i nie złapać go samodzielnie.
- Jest! Złapię go! - wykrzyknęła Naida skacząc w jego stronę.
W momencie, kiedy Elanor odskoczyła, tak aby na siebie nie wpadły - Naida przypomniała sobie sytuację z poprzednim krabem. Odbiła się spanikowana tuż obok zwierzęcia i odbiegła od niego kawałek. Nie chciała, aby wyglądało na to, że zwyczajnie stchórzyła. Zrobiła więc to, co zrobiłby każdy na jej miejscu. A przynajmniej taką miała nadzieję.
- Infinite, złap go!
Szczeniak niewiele myśląc ruszył za uciekającym krabem. Teraz Elanor pomyśli, że Naida jest tylko dobrą koleżanką, która daje szansę innym. Przez chwilę zastanawiała się czy nie pobiec po kolejnego bambusa, jednak zrezygnowała. Powinna zabić kraba bez pomocy ostro zakończonych patyków. Tym razem jej się uda. Pierwsza upoluje tego kraba.

<Eterna?>

Uwagi: "Śnieżnobiały" zapisujemy bez myślnika w środku. Niewielkie liczby zapisujemy w opowiadaniach słownie. To nie jest list; słowa takie jak "ciebie" czy "cię" nie należy pisać z wielkiej litery. Nie jestem pewna, czy "Elene" nie jest tu ksywką, więc w razie czego zostawiam. Kiedy dajemy możliwość wyboru, nie dajemy przecinka przed czy. No chyba, że pojawia się kilka razy w zdaniu.

poniedziałek, 21 października 2019

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 1

Luty 2024
Ten dzień nie zapowiadał się na nic nadzwyczajnego. Skończywszy swój patrol, wyruszyłam na kolejny połów małży. Dziś w tym zajęciu miała towarzyszyć mi Leah. Wadera i tak stosunkowo często brodziła w morzu; odparowująca z sierści woda pozwalała chociaż na chwilę ochłodzić się właścicielom grubych futer. Przynajmniej wtedy, kiedy nie zmieniali formy na ludzką.
Pomysł wspólnego „polowania” powstał, kiedy rozmawiałyśmy o podopiecznej Leah - Sileenthar. Moja przyjaciółka wspomniała coś wtedy, że jak dotąd dawała małej do jedzenia tylko mięso ryb morskich. Wtedy zaproponowałam, żeby spróbowała zaznajomić Silee ze smakiem małży. Leah wyglądała na nastawioną trochę sceptycznie. Koniec końców zdołałam jednak przekonać przyjaciółkę do swojego pomysłu. Mieszkaliśmy na tej plaży już dwa miesiące i nikomu z watahy jeszcze ten rodzaj mięsa nie zaszkodził.
Skoro zabrałyśmy ze sobą na połów Silee, trzymałyśmy się tylko i wyłącznie płycizny. Tego dnia fale przy brzegu unosiły wiele otwartych, już pustych pancerzyków. Znalezienie pośród nich nienaruszonych małży, nie było aż tak proste. Trochę to zajęło, ale we trzy (Silee nie pozwoliła, by jej ślepota powstrzymała ją przed zaangażowaniem się w łowy) znalazłyśmy ich nawet sporo. Mnie przypadło po raz kolejny dziesięć sztuk.
Miłym dodatkiem do zdobytego przeze mnie pożywienia były kolejne dwa błyszczące kamyki. Kiedy pokazałam je Leah, usłyszałam od niej, że to perły. Zdziwiłam się; to słowo wcale nie brzmiało obco. Miałam absolutną pewność, że już znałam to określenie. Czemu więc nie dopasowałam go do tych przedmiotów już za pierwszym razem?
Po zakończeniu „polowania”, Leah i Silee poszły gdzieś w głąb plaży. Moja przyjaciółka mówiła, że ma jakieś swoje prywatne sprawy do załatwienia. Nie wytłumaczyła szczegółów.
Pożegnawszy waderę i jej podopieczną, postanowiłam zobaczyć, czym zajmują się akurat moi towarzysze. Może jeśli teraz nie trwa kolejne jam session, będą w stanie mi powiedzieć, czy perły mają jakieś praktyczne zastosowania; na przykład w wyrobie magicznych wisiorków. Bardzo liczyłam na to, że Strażnicy wiedzą cokolwiek o tej sztuce.
Wypatrzyłam oba odmieńce w cieniu paprocio-drzew. Kiedy byłam już parę metrów od nich, nagle koło mnie rozległ się potężny huk. Dźwięk był bardzo krótki, ale tyle wystarczyło, by zapiszczało mi w uszach. Mimowolnie odskoczyłam, a oba odmieńce natychmiast przybrały pozycje bojowe. Wszystkie wilki w pobliżu zwróciły oczy w tę stronę, szukając przyczyny hałasu. Otrząsnąwszy się po ataku na mój wrażliwy zmysł słuchu, dołączyłam do nich.
Spostrzegłam, że w piasku powstał nieduży krater; jakby coś małego spadło na ziemię z bardzo dużej wysokości. Wyciągnęłam szyję, żeby zajrzeć do dołu. Na jego dnie leżał fioletowy, obłupany kamień. Było w nim coś znajomego. Moją szczególną uwagę przyciągnął zapach, którym ten przedmiot był przesiąknięty.
Zanim jednak mogłam się nad tym zastanowić, do krateru wskoczył Eitrao. Złapał odłamek w łapy i niewątpliwym było, że zamierza go stąd zabrać. Nie chciałam na to pozwolić. Wezwałam wiatr, by przetrzymać basiora, ale on wydostał się już z dołu. Gnał przed siebie, przemykając pośród gapiów ze swojej watahy. W tej sytuacji, postawiłam ścianę z wichru kawałek dalej na jego drodze. Eitrao wykazał się spostrzegawczością i zatrzymał tuż przed ledwo widoczną barierą. Podbiegłam do niego i spojrzałam nań z góry (z jego wzrostem nie było to wcale trudne).
– Oddaj mi to – zażądałam.
– Bo co? Co mi zrobisz? – wybełkotał wilk.
Mówił tak szybko, że ledwo go zrozumiałam. Przygotowałam się do odpowiedzi, ale basior kontynuował:
– Znalezione, nie kradzione – Zmrużył złośliwie oczy, podrzucając kamień. Spróbowałam schwytać przedmiot w locie, ale bez powodzenia. – Od teraz należy do mnie – mówił dalej Eitrao. – Pogódź się z tym, Opierzony Kuraku – zadrwił. – Żebym nie musiał...
Zanim ja zdążyłam zareagować, w stronę basiora wystrzelił Ting. Nawet nie zauważyłam, kiedy nas dogonił. Odmieniec uczepił się sierści na grzbiecie wilka szponami tylnych łap, a przednimi mocno opiął gardło delikwenta. Eitrao sapnął głośno, podduszany przez Strażnika Wichury.
– Pożałujesz, Trujący! – ryknął mój towarzysz.
– Spokój, spokój! – zawołał nagle Kai, wyłaniając się spośród obserwujących sytuację wilków. – Ting, masz natychmiast przestać – rozkazał.
Odmieniec spojrzał na starszego basiora. Nieznacznie rozluźnił uścisk. Tymczasem ja nadal nie mając pewności, czego oczekiwać, trzymałam na podorędziu skumulowaną moc wichru. Wreszcie Strażnik Wichury wyzwolił gardło Eitrao i zeskoczył na piasek. Kai nie skończył na tym swojej interwencji.
– O co tutaj chodzi? Do kogo należy ten kamień? – spytał.
– Do mnie – rzucił opryskliwie Eitrao.
– Po prostu go sobie zabrałeś, konusie – warknęłam.
– Lind – skarcił mnie Kai. – Więc kamień jest twój? – mruknął.
– Pojawił się znikąd – wyjaśniłam. – Ale czuje od niego znajomy zapach – dodałam szybko.
Starszy wilk popatrzył po naszej trójce.
– I co z tego? – rzucił członek Watahy Czarnego Kruka. – Ja czuję znajomy zapach od twojego Medalionu Nieśmiertelności.
– Pokaż jej ten kamień – powiedział Kai. – Trzeba ustalić, dlaczego się tutaj pojawił. Otacza go aura magiczna.
Eitrao skrzywił się; ewidentnie nie miał ochoty brać udziału w tej pogadance, ani tym bardziej pozwalać komuś, by dyktował mu, co ma robić. Jednak świadomość o sile Kai'a powstrzymywała go przed oporem. Rzucił kamień na ziemię. Wyciągnęłam łapę, by podnieść przedmiot. Ledwo musnęłam jego powierzchnię pazurem, a całe moje ciało przeszyła jakby iskra. Usłyszałam we własnych myślach cudzy głos:
– Lind – Znałam tę osobę. Na pewno znałam. – Musisz do nas wrócić!
Nagle w mojej pamięci odświeżyło się odpowiednie wspomnienie. Mówiła teraz do mnie Haslaye - córka starego Juana. Odkąd pamiętam, mieszkała ze swoim ojcem tuż obok mojego rodzinnego domu. Nie mogłam uwierzyć w to, co się działo.
– Tarnie jest bardzo słaba – kontynuował nieposiadający ciała głos.
Zamarłam. Haslaye mówiła o mojej Babci.
– Prawdopodobnie niedługo umrze. Chce się z tobą jeszcze raz spotkać, zanim odejdzie. W tym przedmiocie zawarliśmy zaklęcie, którego możesz użyć by się do nas przenieść. W ten sam sposób też wrócisz. Nie trać czasu! – Po tym zdaniu głos już nie powrócił.
Teraz rozumiałam wszystko. Absolutnie wszystko. Kto, jak kto ale córka Juana na pewno znała się dobrze na zamykaniu zaklęć w przedmiotach. Nie miałam nawet cienia wątpliwości, że powinnam uwierzyć wiadomości.
– Przysłano go mnie! – oznajmiłam głośno.
Eitrao przekrzywił nieco głowę. W jego oczach widziałam, że nadal nie chciał mi pozwolić na zachowanie tego przedmiotu. Pomyślałam, że pewnie wierzył, iż kamień jest coś wart i chciał oń dalej walczyć.
– Masz jakieś zastrzeżenia? – Kai zwrócił się do członka drugiej watahy.
– Być może – parsknął tamten.
– Mamy potwierdzenie pochodzące bezpośrednio od nadawcy, możesz iść – mruknął spokojnie starszy wilk.
Eitrao splunął na ziemię, obrócił się i ruszył w swoją stronę. Zniknął pośród innych wilków, z których wiele już straciło zainteresowanie sytuacją. Zgaduję, liczyli na prawdziwą walkę.
Spojrzałam na Kai'a pytająco. Nie byłam pewna, co się działo dookoła mnie, kiedy słyszałam głos Haslaye. Wszyscy dookoła słyszeli to samo, co ja, czy...?
Basior westchnął i odwrócił głowę z powrotem w moją stronę.
– Kiedy energia magiczna dotarła do twojego umysłu, obawiałem się, że może wyrządzić w nim szkody – powiedział. – Nawet jeśli jej aura nie wyglądała na niebezpieczną. Pozwoliłem sobie wejść do twoich myśli, więc siłą rzeczy też usłyszałem wiadomość – wytłumaczył mi.
– A... Rozumiem – pokiwałam głową. – Dziękuję za pomoc.
– Nie ma sprawy – Wilk uśmiechnął się lekko.
Podniosłam kamień za pomocą wiatru. Byłam gotowa od razu sięgnąć po energię, która pozwoli mi się przenieść do rodzinnego domu. Kai widząc, co zamierzam, postanowił mnie jeszcze przez chwilę powstrzymać:
– Zaczekaj. Jeśli masz zniknąć na nie wiadomo ile, wypadałoby najpierw powiadomić o tym Hitama, nie sądzisz?
– A... tak. Tak, powinnam – przyznałam. – Gdzie jest Hitam? – Zaczęłam się rozglądać.
– Tego nie wiem – mruknął basior.
– Ja wiem, gdzie on jest, Pierzasta – wtrącił Ting.
– Świetnie. Prowadź – powiedziałam.
Chciałam jak najszybciej wyruszyć. Spełnienie prośby mojej Babci było teraz moim jedynym celem. Momentalnie zapomniałam o dotkliwych słowach Eitrao i tej całej nieprzyjemnej sytuacji.

<C. D. N.>

Uwagi: Silee jest chyba mimo wszystko nadal wciąż zbyt mała by faktycznie łowić.