niedziela, 30 sierpnia 2020

Od Asgrima "Nie jestem jedynakiem" cz. 3


Pierwszy dzień marca 2027
Świat był tak niesprawiedliwy. Inne samice z łatwością sobie radziły, kiedy Tori z każdym dniem coraz gorzej znosiła ciążę. Początkowa radość ustąpiła na rzecz nasilającego się coraz bardziej zmartwienia i bezsilnej wściekłości. Byłem zły, że tylko ona miała takie problemy. Byłem zły, że nie mogłem jej pomóc.
Wilczyca początkowo próbowała mnie uspokajać, ale każda drobinka magii, którą wysyłała w moją stronę, osłabiała ją jeszcze bardziej. W końcu poprosiłem o przestanie, co ona przyjęła z ulgą. Fakt, że nie było o to żadnych kłótni uspokoił mnie i jednocześnie jeszcze bardziej zmartwił. Jak mocno cierpiała w rzeczywistości? Jak bardzo udawała ze względu na mnie i Yvara?
W końcu, o wiele za wcześnie, nadszedł ten szczególny ranek. Słońce wyciągało w naszą stronę delikatne promienie. Woda była spokojna. Najgorszy dzień życia w najpiękniejszej możliwej oprawie. 
Miałem ochotę rzygać.
Widząc stan Torance oraz moją panikę, gdy biegałem wokół niej, próbując jej jakoś pomóc, wilki będące obok pobiegły po Ellamarię. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero, gdy wilczyca przysiadła przy mojej partnerce. Od razu zrobiłem to samo.
– Oddychaj spokojnie – poradziła.
Tori pokiwała głową i spróbowała uspokoić oddech. Z jej pyska wydobywały się tłumione odgłosy bólu. Delikatnie pogładziłem ją po głowie. Rude włosy plątały się wokół mojej łapy. Nie przestawałem. Druga łapa wylądowała na jej. Miałem wrażenie, że ten dotyk, ta bliskość przynosiła ukojenie nam obu.
Głośny i świszczący oddech partnerki, wypełnione bólem stęknięcia i krzyki – wszystko mieszało się ze sobą, tworząc czasową breję zmartwienia.
– Kocham cię. Wszystko będzie dobrze – zapewniałem ją. Jeszcze nigdy nie miałem takiej nadziei, że mówiłem prawdę.
Tori uśmiechała się i odszeptywała to samo. Te same słowa wypełnione miłością, którą widziałem także w jej oczach. Ja w swoich czułem jedynie łzy.
Ellamaria wydawała jedynie krótkie polecenia. Wszystkie brzmiały tak samo. Wszystkie nie niosły ze sobą końca porodu. Wszystkie były bezwartościowe.
Nasz szczeniak nie opuszczał ciała Tor pomimo upływających godzin. Samica z każdą chwilą wyglądała coraz gorzej. Jej oddech był coraz bardziej urywany. Błagałem lekarkę, żeby jej pomogła.
– Możemy rozciąć jej ciało i wydobyć szczeniaka w ten sposób. Jednak wiąże się z tym pewne ryzyko.
– Ryzyko czego?! – wrzasnąłem, potrząsając ramionami wilczycy. Ta z łatwością mi się wyrwała. Moje łapy drżały.
– Śmierci.
– A teraz, do cholery, to nie ma żadnego zagrożenia?!
Westchnięcie. Na jej polecenie ktoś pobiegł po odpowiedni sprzęt i medykamenty. Kiedy wrócił, zauważyłem, że oprócz tego przyprowadził Morgana. Nie zapytałem, czy nie powinien być na lekcji. Pozwoliłem, by wilki podeszły do ciała mojej partnerki, podali jej lekarstwa i rozcięli brzuch. Krew obryzgała piasek. Moja łapa znalazła łapę Torance. Gładziłem ją przez cały proces.
Z wielkiego rozcięcia wychylił szczeniak. Spod czerwonej cieczy wychylało ciemnobrązowe futro. Z moich oczu popłynęły łzy. Nie widziałem nic poza drobnym szczeniakiem, raną i zamkniętymi z bólu oczami Tori.
Mijał czas, oddech i bijące serce mojej partnerki uspokajały się z każdą chwilą...
Aż całkowicie ustały.
Z moich oczu popłynęły jeszcze większe łzy.
– Tor, nie możesz mnie zostawić! Wróć do mnie, słyszysz?! Tor, błagam cię! Obiecałaś mi coś, pamiętasz? Mieliśmy zostać razem... Zestarzeć się wspólnie. Nie możesz teraz... – Urwałem. Zaciśnięte gardło uniemożliwiło mi nawet szept. Łkałem, stojąc nad ciałem mojej ukochanej. Nieruchomej, zakrwawionej i cichej. Przerażająco cichej.
Obok mnie piszczał szczeniaczek. Gramolił się między moje łapy i wtulał, szukając ciepła. Pogładziłem go po głowie.
Patrz, Yivu, to twoja matka – najcudowniejsza wilczyca, jaką widział świat. Chciałem mu to powiedzieć, jednak mój pysk opuścił jedynie urywany skowyt.
Świat był tak niesprawiedliwy.

<c.d.n.>

>> Następna część >>

środa, 26 sierpnia 2020

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 10


Listopad 2025 r.
Zgodnie z tym, co zapowiedziała nam ostatnio pani Navri na lekcji obrony po kolei wcielaliśmy się w role napastników i strażników terenów. Dopiero co rozpoczęła się potężna ulewa i choć strugi deszczu docierały do ziemi tylko miejscami tyle wystarczyło, by rozmywały tam wszystkie tropy. Utrudniało to zadanie szukającym, i to do tego stopnia, że zwątpiłam nawet w swoje umiejętności.
Zanim doczekałam swojej kolejki lekcja miała się ku końcowi, a pojedynek zdążyły stoczyć już wszystkie inne szczeniaki. Tak jak myślałam zwyciężali głównie napastnicy - jedynie Yngvi zaskoczyła ukrywającego się w kępie wysokich roślin Morgana i pokonała w walce. Wbrew przypuszczeniom, bo jest od niej większy. Mi trafiło się ukrywanie i Emerald jako szukający. Podwójne rozczarowanie, zwłaszcza, że przy obchodzie nie zastanawiałam się za bardzo nad kryjówkami.
W przypadku poprzednich par najpierw wychodził szukający, by za szybko nie zorientować się kogo ma szukać. Czekał jakiś czas w wybranym miejscu, by napastnik miał szansę się schować i wyruszał na poszukiwania. Co do mnie i Emeralda, to już nie miało znaczenia, bo oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że została tylko nasza dwójka i w tej sytuacji role się zamieniły.
Wyszłam więc pierwsza i od razu ruszyłam truchtem wzdłuż dobrze już mi znanej trasy. Miałam mało czasu i pustkę w głowie. Zaczęłam szukać jak najintensywniejszych zapachów do wytarzania się albo w formie kryjówki, jeśli tylko ich źródło okaże się wystarczająco duże. Z tyłu głowy ciągle kłuła mnie świadomość, że mój przeciwnik na pewno na to wpadnie i właśnie tam będzie szukać, ale przecież takie było moje zadanie, prawda?
Szybko odnalazłam gęsty krzew słodko pachnących kwiatów, które najbardziej zapadły mi w pamięć podczas obchodu. Odgięłam trochę łodygi, by wonne kielichy znalazły się nieco bliżej ziemi i bez zbędnego zastanawiania wytarzałam się w nich, a potem podreptałam szybko w kierunku z którego przyszłam. Mało czasu, mało czasu... Emerald w zasadzie mógł już wyjść, a ja szłam prosto na niego! Sięgnęłam łapką w bok, poza wydeptaną ścieżkę. Natrafiłam na kępę trawy. Niezdarnie do niej wpełzłam i od razu pożałowałam, że nie przygotowałam sobie wcześniej czegoś lepszego. Okazała się ostra jak krawędzie kartek i choć futerko powinno ochronić mnie przed zadrapaniami nie spełniło swojej roli najlepiej. Kłucie na bokach nie ustało nawet gdy zamarłam w bezruchu. W tej chwili pożałowałam, że nie mam tak grubego futra jak Leah.
Czekałam, starając się ignorować trawę. Skorzystałam z tej chwili przerwy, by jeszcze raz przemyśleć jak podejdę przeciwnika i czy na pewno o niczym nie zapomniałam chowając się. Jednak coś było nie w porządku. Jakiś nienazwany niepokój nie chciał dać mi spokoju i przez następne parę minut dręczył myślą, że czegoś jednak nie przemyślałam. Coś zrobiłam nie tak. I przez to mój świetny plan spotka porażka.
Nagle mnie olśniło. Zamaskowałam swój zapach kwiatami, które znalazłam na szlaku tylko w jednym jedynym miejscu i schowałam się gdzieś zupełnie indziej! Nawet Emerald nie był taki głupi, by nie zorientować się, że coś jest nie tak. Przez chwilę nie byłam pewna co zrobić - zostać i zostawić już sprawę jak jest czy jeszcze spróbować znaleźć mocniejszy zapach? Momentalnie poczułam jak coś mnie ściska w piersi, a w głowie zaczyna wirować. Prawie na pewno czas już mi się skończył...

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

wtorek, 25 sierpnia 2020

Od Lind "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 5


Lipiec 2026
Usłyszałam echo uderzeń pazurów w posadzkę. Morgan zawiesił na mnie wzrok, nie rozumiejąc, dlaczego przerwałam tłumaczenie. Tymczasem ja czekałam na potwierdzenie moich podejrzeń. I nie musiałam wcale czekać długo. Wkrótce naszym oczom ukazała się sylwetka znajomego odmieńca. Ślizgiem wyminął wielki regał, po czym dopadł naszego stolika.
– Mówiłem, Pierzasta! Mówiłem! – rzucił.
Morgan podskoczył, prawie upuszczając liczydło. Nadal pracował nad koordynacją ruchów w ludzkiej formie.
– Ciszej tam! – zawołał ktoś zza rogu.
– Przepraszam... – mruknęłam, ale nie byłam pewna, czy tamten jegomość nas w ogóle usłyszał. Odwróciłam się z powrotem w stronę Odmieńca.
– Możesz wyjaśnić, o co ci znowu chodzi, Ting?
Ten jednak przestał zwracać na mnie uwagę i skupił się na siedzącym obok mnie człowieku. Po chwil skwitował:
– Wyglądasz dziwnie, Mały
Co ciekawe, teraz to Ting prezentował się mizernie postawiony obok Morgana. Dopiero było widać, jak niskie są Et Magicae, kiedy porównać je z innymi dwunogimi istotami; na przykład z ludźmi.
– Ekhm, Ting wyjaśnisz o co chodzi?
Odmieniec odwrócił się znów w moją stronę.
– Mówiłem, że szukamy nie tu, gdzie trzeba. Mówiłem. Ale ty nie słuchałaś. Więc popytałem kilku bywalców-pseudo-uczonych i co się okazało? Zeszliśmy do części biblioteki, gdzie będzie NIC o tej części świata, ani tych tematach magii. Ale nie, ty musiałaś nalegać, że musimy przejrzeć i te książki – Uderzył zewnętrzną częścią łapy w okładkę tomu leżącego na stoliku. – Gratuluje, przez ciebie straciliśmy cały tydzień. Wiesz ile to godzin, Pierzasta?
– Nie muszę wiedzieć, dotarło do mnie o co ci chodzi – warknęłam. Oparłam łapy na blacie. – Czy mógłbyś w takim razie...
Zanim dokończyłam zdanie, Ting zeskoczył z krzesła i ruszył w głąb biblioteki.
– Jak skończycie bawić się koralikami, możecie do mnie dołączyć w tej właściwej części.
Spojrzałam na Morgana. Wyglądał na całkiem zagubionego.
– Kontynuujemy, czy..? – mruknął.
– Tak... Nie mam teraz głowy do czytania – westchnęłam. – Nie zaszkodzi mu, jeśli posiedzi tam trochę sam.
Ludzki-Morgan podniósł z powrotem liczydło. Poprzekładał jeszcze kilka koralików z jednej gromady w drugą. Potem jednak postanowił znów zejść z tematu liczenia:
– Mamo, zauważyłaś, że Ting stał się dużo bardziej... nerwowy?
– Um... – Odwróciłam głowę w kierunku, gdzie zniknął mój towarzysz. – Być może...
– Podobno coś się stało, jak byliście tutaj pierwszy raz... – dodał ciszej Morgan.
Znów poczułam chłód w łapach. Spięłam mięśnie. Spojrzałam znów na mojego podopiecznego.
– Ja... Nie wiem, czy jestem gotowa znów o tym mówić, Morgan... – odparłam. – Białe Miasto było... inne, kiedy wataha odwiedziła je po raz pierwszy. Wiem tylko, że gdyby nie decyzja twojego taty... zostałabym tu o wiele dłużej, niż pozostali.
Dostrzegłam na ludzkiej twarzy Morgana oznaki niepokoju.
– C... co to znaczy?
Przymknęłam oczy. Nabrałam więcej powietrza.
– Zamknęli mnie wtedy w więzieniu i... potrzeba było wykupu.
Morgan upuścił liczydło. Jego uderzenie o posadzkę poniosło się echem po bibliotece.
– Jak? Co się stało? C... co zrobiłaś? – wydusił chłopak.
Westchnęłam ciężko.
– Pomówimy o tym innym razem, Morgan... Dziś nie mam na to siły.

<Morgan?> 

Uwagi: brak.

Od Crane'a "Książka sama opowie historię" cz. 1

Luty 2026
Chociaż zaproponowałem użycie Naszyjnika Pożywienia, Lind wciąż nalegała na połów małż. Nie byłem pewien, czy podobał mi się jej pomysł; nie miałem wprawy w tym rodzaju "polowania". Wadera zapewniła mnie jednak, że to bułka z masłem i zaciągnęła nad wodę.
– Z tego, co oferuje ta plaża, małże są moje ulubione – oznajmiła Lind. Zaraz po tym, podniosła charakterystyczny, czarny pancerzyk.
– Tak coś kojarzyłem – Zanurzyłem łapę, by złapać inną muszlę. Niestety, moja okazała się pusta.– Ja zwykle korzystam z Naszyjnika...
Otworzyłem kolejny pancerzyk małża. Znów nie miałem szczęścia.
Przynajmniej używając Naszyjnika nigdy nie trafi się na pustą skorupę...
– Co w takim razie zwykle jadasz?
– Cokolwiek mi przyjdzie do głowy – Odparłem. – Nie zastanawiam się nad tym.
Wyciągnąłem z wody następną muszlę. Wreszcie trafiłem na pełną.
– Wyglądasz o wiele przyjaźniej, kiedy się uśmiechasz – zaznaczyła Lind.
Hm... Nawet nie zauważyłem, kiedy to zrobiłem.
– A jak wyglądam na co dzień..?
– Na śmiertelnie poważnego – mruknęła wadera.
– Cóż... jak się zamyślasz, masz tak samo – odparłem zgodnie z prawdą.
– Um... może trochę. Na pewno nie tak bardzo, jak ty – Lind wróciła do poszukiwań małży. Tymczasem ja wziąłem do pyska swoją pierwszą zdobycz.
W towarzystwie Lind nawet coś tak zwyczajnego, jak połów małż, było przyjemne. Czas mijał szybciej, niż bym się tego spodziewał. Po słońcu oszacowałem, że Morgan ma za sobą już większość lekcji. To przypomniało mi o innym temacie, który chciałbym poruszyć z Lind:
– Morgan zrobił ogromne postępy w czytaniu.
– To bystry szczeniak... wiedziałam, że szybko załapie – wadera uśmiechnęła się szeroko.
– Postanowił co najmniej raz w tygodniu czytać mi "do snu"...
– Naprawdę? – Lind odwróciła głowę w moją stronę. Wyglądała na rozbawioną. – To urocze..
– Ta... Ale trochę dziwnie się wtedy czuję... – przyznałem.
– Dlaczego?
– Muszę zawsze czekać na niego, żeby wiedzieć, co się dzieje dalej... Książka leży przede mną, a ja jestem bezradny. Ta historia... jest uwięziona poza moim zasięgiem... Lind, nauczyłabyś i mnie czytać? – przeszedłem do sedna sprawy.
Wadera wyglądała na zdziwioną. Zaraz po tym, na jej pysku pojawił się wyraz aprobaty.
– Myślę, że tak.
Byłem tak ucieszony jej odpowiedzią, że aż odsłoniłem zęby. Może wyglądałem głupio, ale nie przejmowałem się tym.
Otworzyłem kolejną muszlę. Coraz lepiej rozumiałem, dlaczego Lind tak lubi małże. Do samego smaku dochodziły jeszcze inne atuty; tego mięsa nie trzeba było szarpać, jak sarniny, ani wydłubywać z zębów ości, jak po zjedzeniu ryby. Pod twardym pancerzem można było też znaleźć perłę. Miałem dość, szczęścia, żeby wkrótce trafić na dwie; jedną po drugiej.
– Lind, chodź, zobacz.
Wadera w paru skokach znów znalazła się obok mnie. Przyjrzała się z zainteresowaniem mojemu odkryciu.
– Bardzo ładne okazy. Dawno żadnych nie widziałam.
– Chciałabyś je wziąć?
Wadera podniosła wzrok na mnie.
– Um... ja... – Widocznie wziąłem ją z zaskoczenia tym pytaniem.
– Proszę, weź je. Możemy się umówić, że to "opłata" za lekcje czytania – Wyciągnąłem w jej stronę łapę z dwoma perłami. Wilczyca niepewnie przejęła ode mnie wspomniane przedmioty.
– To bardzo miłe. Dziękuję...
Odgarnęła grzywkę i spojrzała na niebo.
– Musimy już wracać po Morgana – dodała.
– Prowadź.
***
– Zobaczysz tato, to tylko wygląda na takie trudne.
– Ta... Z pewnością... – Przejechałem wzrokiem po stronie zapełnionej powykrzywianymi we wszystkie strony symbolami. Niektóre linie ostro zmieniały kierunek, inne zawijały się delikatnymi łukami. Do tego wszędzie widniały setki kropek i kresek. Gdzie do diaska w ogóle zacząć?
Podniosłem wzrok znad stronic i zacząłem się rozglądać. Lind nadal nie było widać.
– Może już zaczniemy, tato? Mogę ci wyjaśnić podstawy.
– Hm... Nie wątpię, że też dałbyś radę, Morgan, ale chyba jednak wypada, żebyśmy zaczekali... – mruknąłem.
– Mama będzie miała potem łatwiej – zaznaczył szczeniak. Dostrzegłem, że bardzo ekscytowała go wizja nauczenia mnie czegoś. Może miał zadatki na nauczyciela?
– Hm... prawda. No dobrze, zaczynaj.
Morgan uśmiechnął się szeroko i zaczął odgarniać piasek przed nami.
– Najlepiej zacząć od prostego słowa. Jak... "mama". – Wyrysował pazurem jakieś połamane znaki. Zauważyłem między nimi pewne podobieństwa. – Można to przeliterować: M-A-M-A – Pokazywał przy tym konkretne symbole. – Każda litera to jeden z tych dźwięków. To jest "m", to jest "a". Rozumiesz, tato?
Skinąłem głową. Morgan wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie.
– Inne słowo: "tata" – Szczeniak powiększył swoje pole robocze z mokrego piasku i zaczął znów coś pisać. – Widzisz? Powtarza się tutaj litera "a" – wskazał łapą.
Przyjrzałem się obu wyrazom. Było dokładnie tak, jak mówił Morgan.
– Najtrudniej będzie wkuć wszystkie litery na pamięć... – mruknął.
Pokiwałem głową, nic nie mówiąc. Gdybym znał większe liczby, spytałbym, ile konkretnie jest tych liter. Niezbyt mnie zachęcała wizja powtarzania w nieskończoność tych samych rzeczy, ale motywował mnie fakt, że to pozwoli mi doczytać książkę samemu.
Usłyszeliśmy łopot skrzydeł i szum wiatru. Lind wreszcie się zjawiła.

<C. D. N.> 

Uwagi: Brak.

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Od Lind "Powrót do Białego Miasta"

Maj 2026
Odmieniec cofnął się. Jego ogon zadrżał, a sierść stanęła dęba.
– Nie żartuj nawet, Pierzasta...
Odwróciłam na chwilę wzrok, opuszczając nieco powieki. Zatopiłam łapy w piasku plaży. Próbowałam zignorować zimno rozchodzące się od klatki piersiowej do wszystkich kończyn. Niestety, bezskutecznie.
– To jedyny sposób na dowiedzenie się czegoś więcej.
Ting spoglądał na mnie w oszołomieniu. Nie wiedział jak zareagować, nie spodziewał się takiej propozycji z mojej strony. Jeszcze dziś rano ja też bym nie oczekiwała takiej decyzji. Obiecałam sobie nigdy tam nie wracać, ale... jeśli to miałoby nam pomóc w starciu z Freeze'm...
– Mamy jedno pocieszenie. Jego tam już nie będzie. Widziałam, że wyruszył.
– Wiesz, Pierzasta, że nie martwi mnie tylko Władca Burzy – Ting przykucnął naprzeciwko mnie.
Wyciągnęłam łapy spod piachu. Nabrałam w płuca więcej powietrza.
– Nie jestem już poszukiwanym przestępcą. Postaramy się nie wychylać.
Ting zmrużył oczy. Odniosłam wrażenie, że moje argumenty wciąż go nie przekonywały.
– Skupimy się na Bibliotece – zaznaczyłam. – Znalezienie tam więcej informacji jest tylko kwestią czasu i odrobiny cierpliwości z naszej strony. Przecież tylko tam znaleźliśmy coś, co na pewno odnosiło się do artefaktów.
– Ja to znalazłem, Pierzasta. I zajęło mi to dwa miesiące – Dla podkreślenia swoich słów Ting pomachał przed moim nosem dwoma pazurami.
– Ale szukałeś sam – Odtrąciłam jego łapę. – Teraz będzie nas więcej. Crane z Morganem już postanowili, że lecą, więc pewnie będą mogli nam pomóc...
– Jednooki ledwo składa zdania; gorzej niż niejeden szczeniak! – oponował dalej Ting.
– Douczę go na miejscu.
Strażnik Wichury westchnął ciężko.
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że decyzja tamtych wilków nie wpłynęła na moją. Bałam się o naszego podopiecznego, ale też o samego Crane'a. Na początku myślałam o przekonaniu ich do zostania, jednak podejrzewałam, że zabrzmię jak wariatka i paranoiczka. Potem pojawił się w mojej głowie inny pomysł; pojechać z nimi i faktycznie wykorzystać tę okazję do odwiedzenia Królewskiej Biblioteki.
– W takim razie bierzemy ze sobą też Baldora – burknął Ting. – Nie można go zostawić samego.
– Zgadzasz się? – Na moim pysku pojawił się słaby uśmiech.
Odmieniec podniósł z ziemi swoje manatki.
– Nawet gdybym się nie zgodził, nie posłuchałabyś. Przynajmniej mogę polecieć z tobą i cię przypilnować.
Wstałam z miejsca.
– Zaufaj mi.
– A chociaż raz wyjdę na tym dobrze, Pierzasta? – Ting narzucił plecak i ruszył przed siebie. Wracał do miejsca, gdzie zostawiliśmy Baldora.
Potarłam nos, próbując od razu zapomnieć o wbitej przez Strażnika szpilce. Potem, poszłam jego śladem. Może nie będzie tak źle... jeśli będę ostrożna... i nie będę myśleć o więzieniu... może...

Czerwiec 2026
Podróż trwała o wiele krócej, niż ostatnim razem. Prawdopodobnie miało to związek z łatwiejszą organizacją ruchu; smoki nie przewoziły tym razem całej watahy i znaliśmy już drogę. Chyba że tylko odniosłam takie wrażenie, bo obawiałam się miejsca docelowego. Crane, z którym tym razem dzieliłam smoka, wyczuł mój narastający lęk. Pytał, czy może coś zrobić, czy chcę, żeby mi jakoś pomógł, ale za każdym razem odpowiadałam przecząco.
Decyzja zapadła, teraz muszę dźwignąć jej ciężar. A na odwrót już za późno.
Od pierwszego wyjścia na brukowane ulice Białego Miasta, cały czas rozglądałam się za strażą. Miałam wrażenie, że w każdej chwili zza rogu może wyłonić się patrol. To jednak nigdy nie nastąpiło. Chociaż powinno mnie to uspokoić, osiągało całkiem odwrotny efekt. A kiedy nie szukałam wzrokiem uzbrojonych wilków, rozglądałam się za szarym futrem i odbijającym światło lodem.
Crane spytał mnie o te ciągłe zamyślenie i wypatrywanie czegoś w uliczkach. Kazałam mu udawać, że tego nie widzi. Nie chciałam, żeby Morgan zwrócił uwagę na moje zachowanie.
Po co go niepotrzebnie martwić? W końcu.... nie jestem już przestępcą. Na żadnym z nas nie ciążą na razie żadne oskarżenia. A Freeze'a już tu nie ma.
Na razie wszystko jest dobrze...
Nasz podopieczny był zachwycony Białym Miastem; widokami, o których wychowujący się w dziczy wilk nawet nie śnił. Trochę przypominało mi to moją reakcję, kiedy odwiedziłam to miejsce po raz pierwszy. Jednak cieszyłam się, że zwiedzaniem zajmiemy się dopiero jutro. Przez chwilę rozważałam, czy nie znaleźć jakiejś wymówki, przeczekać to w pokoju i iść prosto do biblioteki. Potem jednak odrzuciłam ten pomysł. Postanowiłam walczyć z tym lękiem.
Było do przewidzenia, że nie będę spać dobrze tej nocy. Z tego powodu, opuściłam pokój o wiele później, niż inni. Kiedy wreszcie zeszłam do karczmy, przy jednym ze stolików czekał na mnie Crane.
– Morgan już poszedł na lekcje?
– Już dawno. Chcesz żebym coś ci postawił? – zaproponował wilk.
– Nie... Nie jestem głodna...
– Ani spragniona?
Pokręciłam głową i odgarnęłam grzywkę. Crane nadal patrzył na mnie z zatroskaniem w oczach. Postanowiłam uprzedzić jego pytanie i powiedzieć trochę o tym, jak minęła noc:
– Jak byłam na tej dziwnej granicy snu i przytomności... miałam wrażenie, że jestem znów w celi...
– Wyczułem to... – odparł.
– To po prostu... męczące – Spuściłam głowę.
Crane położył łapę na mojej. Podniosłam wzrok z powrotem na niego.
– Chyba byłbym w stanie ci z tym pomóc... tylko musiałbym wiedzieć, czy się zgadzasz.
Zamrugałam oczami. Nie byłam pewna co ma na myśli.
– Mam w końcu żywioł snu i strachu.
– Muszę się zastanowić – westchnęłam. – Na razie... mamy przed sobą cały dzień.
– Słuchaj, rozmawiałem z innymi wilkami, też z Elvinem... W Białym Królestwie zaszły pewne zmiany – usłyszałam w jego głosie pozytywną nutę.