czwartek, 17 września 2020

Od Morgana "Miłość w promieniach słońca" cz. 5


Październik 2026
– Mi chyba wystarczy – Wilczyca zmieniła temat, wskazując na jej sporej wielkości kupkę. – Już teraz nie uniosę wszystkiego.
– Możesz chodzić kilka razy – zauważyłem. Odpowiedział mi jęk. Uśmiechnąłem się, widząc niezadowoloną minę Yngvi. – Albo wybrać same najładniejsze rzeczy, a resztę zostawić.
– Wszystkie są najładniejsze.
– To faktycznie jest już jakiś problem – zaśmiałem się. – Mam zaledwie połowę tego co ty, więc mogę ci pomóc.
Vi uśmiechnęła się z wdzięcznością. Razem zaczęliśmy przenosić kolejne skarby na sam skraj dżungli, w miejsce, gdzie czekał już na nas pan Dernet. Obok niego było mnóstwo sznurków różnej długości, drucików, kawałków wyginającego się metalu i trochę dziwnej klejącej papki, którą nazywał klejem.
– Skąd pan to ma? – zapytałem, niepewnie dotykając jednego z drucików. Był zimny i bardzo cieniutki.
– Hitam podarował mi je po powrocie z Białego Królestwa. Były jeszcze koraliki, ale prawie wszystkie w  ykorzystały szczeniaki w czasie normalnych lekcji – Uśmiechnął się przepraszająco i spojrzał na przyniesione przez nas skarby. – Widzę, że wy także przynieśliście własne kamienie. Bardzo dobrze. Spróbujemy zrobić z nich nowe wyjątkowe zawieszki.
Poruszyłem uszami zaciekawiony.
– W jaki sposób?
– Zobaczymy. Mam już kilka pomysłów.
– Będzie je pan robić z nami? – zapytała Vi.
Nauczyciel przytaknął z uśmiechem i wskazał na kilka znajdziek, które sam uzbierał. Całą trójką przysiedliśmy przy swoich materiałach. Naradzaliśmy się, próbując wymyślić najskuteczniejszy sposób na stworzenie biżuterii. Ja i Yngvi postanowiliśmy stworzyć naszyjniki, a pan Dertnet od razu oświadczył, że myśli nad jakąś bransoletką z piórami.
Kiedy tak razem pracowaliśmy, całkiem zapomniałem o wszystkich dręczących mnie troskach. Byłem szczęśliwy, że dałem się namówić Vi na przyjście na te zajęcia. Miała rację – były one naprawdę odświeżające po całych dniach spędzonych na nauce. Poza tym pan Dernet, chociaż już na co dzień był bardzo miły, teraz, kiedy rozmawiał wraz z nami sprawiał wrażenie dziwnie... Normalnego. Nie odczuwałem zbytniej różnicy wieku między nim a nami. Żartował i rozmawiał ze mną i Vi jak z równymi sobie. Jeszcze nigdy nie widziałem go w takim stanie i początkowo miałem dziwne odczucie, że tak nie powinno być. Szybko jednak porzuciłem tą myśl i zacząłem po prostu cieszyć się chwilą. Było to prostsze i o wiele przyjemniejsze.
W ramach podziękowania za ten cudowny ranek postanowiłem podarować stworzony przeze mnie naszyjnik Yngvi. Uważnie słuchałem, co podobało jej się najbardziej i próbowałem przelać to do swojej pracy. Nie wychodziło mi najlepiej; nie miałem takich zdolności jak pan Dernet i ona, przez co, kiedy oni zdążyli już zrobić po dwie rzeczy, ja ciągle nad nim pracowałem. Ale dzięki temu efekt końcowy był naprawdę zadowalający.
Naszyjnik był zrobiony z białych i jasnoniebieskich piórek oraz brązowego rzemyka. Zebrane kamienie i kwiaty wymieniłem na ostatni koralik, który miał pan Dernet. Dzięki temu mogłem ukryć końcówki piór w taki sposób, że wystawały bezpośrednio z przezroczysto-srebrnego kamyka.
Po zakończeniu lekcji pomogliśmy nauczycielowi odnieść wszystkie niewykorzystane skarby. Chciał część z nich wykorzystać w czasie zajęć z młodszą grupą, na co oczywiście wyraziliśmy zgodę. Na szczęście przestało padać, więc nie musieliśmy biegać z jak największą ilością rzeczy.
Kiedy skończyliśmy, odszedłem na bok z Vi.
– Dzięki za dzisiaj. To było naprawdę odświeżające – powiedziałem, uśmiechając się lekko.
– Mówiłam ci! Nie chcesz przychodzić częściej?
Przekrzywiłem łeb, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– Chyba nie powiesz mi, że jakieś eliksiry są ciekawsze! – zawołała, kiedy zwlekałem z odpowiedzią.
– Trochę jednak są – przyznałem. – Poza tym potrzebuję wysokiej oceny z nich. Chcę być lekarzem.
– Ale jesteś z nich naprawdę dobry. Tata ciągle gada o tobie i twoim wielkim talencie.
Zmrużyłem oczy.
– Serio tak mówi?
Przytaknęła.
– Morgan to, Morgan tamto. Z Yvarem mamy czasem wrażenie, że wolałby ciebie jako swojego szczeniaka. Wiesz, my raczej nie wyrażamy takiego zainteresowania tymi miksturkami – skrzywiła się. – Serio nie chcesz?
Westchnąłem i potarłem łapką pyszczek. Słowa Vi zawstydziły mnie. Nie chciałem... Czegoś takiego. Teraz łatwiej było mi zrozumieć kolejne powody, dla których Yvar nadal nie pałał do mnie sympatią.
– Skoro tak... Od czasu do czasu mogę przychodzić. Naprawdę mi się podobało – rzekłem.
Yngvi uśmiechnęła się szeroko i podeszła do mnie, żeby mnie przytulić, zapewne na pożegnanie. Szybko się od niej odsunąłem, żeby ją powstrzymać. Waderka zmarszczyła brwi zaskoczona.
– Czekaj. Chciałem ci to dać – powiedziałem, podając jej stworzony przeze mnie naszyjnik. – W ramach podziękowania.
Otworzyła szerzej oczy i pokręciła głową, odsuwając go od siebie.
– Morgan, naprawdę nie musisz... Zatrzymaj go sobie. Tak się starałeś.
– Bo robiłem go dla ciebie. Od samego początku – wyjaśniłem zawstydzony i jeszcze raz go jej podałem. Spodziewałem się, że znowu spróbuje mi go oddać, ale tym razem go zabrała. Kiedy na nią spojrzałem, zauważyłem, że zawiesiła go sobie na szyi.
– Dziękuję – powiedziała i przytuliła mnie mocno. Oddałem uścisk, wtulając pysk w długie włosy na jej głowie. Pachniały kwiatami z dżungli, wokół których spędziła dzisiaj tyle czasu.
Kiedy się odsunęła, podała mi jeden z dwóch stworzonych przez siebie naszyjników. Dokładniej ten z nieregularnym bursztynem. Teraz, w świetle słońca, nawet pobłyskiwał delikatnie.
– Weź go – powiedziała, a kiedy otworzyłem pyszczek żeby zaprotestować, dodała: – Nie przyjmuję sprzeciwu. Nadal mam jeszcze jeden, nie licząc tego, który dostałam od ciebie.
Westchnąłem, ale nie zamierzałem się kłócić. Yngvi bywała naprawdę uparta. Posłusznie założyłem go na szyję. Bursztyn uderzył ciężko o moją pierś.
– Wyglądasz z nim świetnie – stwierdziła samica, uśmiechając się szeroko. – Naprawdę ci pasuje.
– Twój tobie też... – mruknąłem zawstydzony tym niespodziewanym komplementem.
Vi zaśmiała się radośnie.
– Wiem. Jest naprawdę piękny. Dzięki.
Na mój pyszczek wstąpił zadowolony uśmiech. Bardzo cieszyłem się, że prezent jej się spodobał.

<c.d.n.>

środa, 16 września 2020

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 15


Grudzień 2025 r.
- Jak to jest latać?
Piasek zaszurał, kiedy Arkan podniósł łeb, by na mnie spojrzeć. Na chwilę ogarnął mnie niepokój - co jeśli z jakiegoś powodu nie powinnam była pytać? Wyvern odejdzie i zabierze ze sobą skórzaste skrzydło, które na wpół rozłożone oddzielało mnie od piachu. Wszędobylskie drobiny nie sprawiały mi już co prawda takiego kłopotu jak kiedyś, ale w dalszym ciągu pozostały najbardziej irytującą rzeczą martwą jakiej dane mi było stawiać czoła. Nigdy nie przepuszczałam okazji, by ułożyć się wygodnie za zgięciem smoczego ramienia i cieszyć ciepłem bijącym od łuskowatych boków, z dala od plaży i jej okropieństw.
Całe szczęście Arkan tylko odmruknął obojętnie:
- Jak się ma skrzydła to zupełnie normalnie.
- A jak wysoko potrafisz polecieć? - podchwyciłam temat.
- Bardzo - ziewnął rozdzierająco.
- Jak bardzo?
- Bardzo bardzo.
- A do gwiazd dolecisz?
Parsknął śmiechem, wydmuchując nosem trochę drażniącego dymu. Odkaszlnęłam.
- Nie. To za daleko. A nawet gdybym był w stanie lecieć tak długo, to między gwiazdami nie ma powietrza.
- Czyli... Nie potrafisz dolecieć n a p r a w d ę daleko.
- Co, uważasz że daleko to tylko gwiazdy?
- No tak.
- Mierz siły na zamiary - Arkan znowu się zaśmiał. - Nie znam nikogo na tym świecie kto potrafiłby polecieć do gwiazd. A żyję dużo dłużej od ciebie.
Mimo lekceważącego tonu, doszukałam się w jego głosie uśmiechu. Musiał mieć całkiem niezły humor, skoro w ogóle rozmawiał ze mną na taki temat. W innym przypadku pewnie pogoniłby mnie do diabłów (a konkretniej do jednego z dwóch - do Leah albo do Adory na logikę).
- Ale to że kogoś takiego nie znasz wcale nie znaczy, że kogoś takiego nie ma. Prawda? - uparłam się.
- Teoretycznie prawda - westchnął. - Ale ja w żadnych bogów nie wierzę.
- Kto to bogi?
- Bogowie - poprawił mnie, na co tupnęłam gniewnie łapą. Nawet nie zauważył. - Przepotężne istoty, którym musimy składać pokłon, bo stworzyły nas i cały nasz świat. Znają nasze przeznaczenie, bo przecież sami je nam zapisali, a po śmierci sądzą za złe i dobre uczynki.
- To była... ironia?
- W pewnym sensie.
- Czyli... - przemyślałam przez chwilę dobór słów. - Czyli uważasz, że bogów nie ma, bo nigdy żadnego nie spotkałeś?
Na chwilę umilkł. Odwrócił łeb w stronę szumiącego morza.
- Tak. Tak uważam.
***
- Proszę pani? - podniosłam wysoko łapkę.
Adora ledwo zdążyła nabrać powietrza w płuca. Dobrze wybrałam moment - logika dopiero się zaczynała i nauczycielka jeszcze nie zdążyła niczego powiedzieć. A to oznaczało, że nie mogłam jej przerwać!
- Tak? - powiedziała z niezmiennym spokojem.
- Mam pytanie.
- Czy dotyczy ono lekcji?
Przestąpiłam z nogi na nogę.
- Tak!
- Mów w takim razie.
- Czy to, że bogowie istnieją... Czy pomysł... - zająknęłam się. - Czy bóg jest logiczny? Pani zdaniem?
Nauczycielka sapnęła z niedowierzaniem. Nie byłam pewna, co to może oznaczać.
- A skąd indziej miałaby brać się nasza magia? Kto inny zapisywałby naszą przyszłość w gwiazdach, jeśli nie bogowie?
Gdzieś z tyłu westchnął głęboko Emerald. Chyba nie podobało mu się jaki tor zaczynał przybierać wykład. Może nawet zamierzał mnie o to później obwinić?
- Skąd my byśmy się w ogóle wzięli? - kontynuowała Adora. - Znikąd. Nie byłoby nas. Nie byłoby nic świadomego i rozumnego, bo nie miałby kto pomyśleć, że coś takiego może w ogóle powstać.
Przerwała, pewnie by ponapawać się posłuchem. Przez ostatnie kilka chwil milczenia miałam wrażenie, że to na mnie spoczywa jej wzrok.
- Ale tym tematem zajmiemy się dokładniej kiedy indziej. Jak już wam zapowiadałam, dzisiaj omówimy znaczenie ułożenia Marsa w stosunku do Saturna...
Przestałam słuchać. Głowę zajęła mi naprawdę dziwna myśl - Adora powiedziała coś, co miało sens.
Ale czy to wystarczający dowód?

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

>> Następna część >>

Od Morgana "Miłość w promieniach słońca" cz. 4


Październik 2026
Zgodnie zagłębiliśmy się nieco bardziej w dżungli. Początkowo szedłem z przodu, rozglądając się za czymś interesującym, ale kiedy po raz trzeci niemal zgubiłem Vi, która nieustannie zatrzymywała się, odbiegała i wracała, przynosząc kolejne kolorowe skarby, zwolniłem i pozwoliłem, by to ona prowadziła.
– Jakim sposobem zauważasz te wszystkie rzeczy? – mruknąłem, wskazując łapą na rosnący stosik. Były na nim kolorowe kamienie, pióra, późne kwiaty i liście. A teraz Vi dokładała do niego jeszcze zbłąkany bursztyn, który w tajemniczych okolicznościach opuścił plażę. Miał nieregularny kształt i matowy kolor.
– Tylko patrzę.
– Ja też patrzę, a w ogóle ich nie widzę, dopóki nie zwrócisz mi na nie uwagi.
Yngvi odłożyła bursztyn na miejsce i spojrzała na mnie, przekrzywiając głowę.
– Może patrzysz w nieodpowiedni sposób – stwierdziła po dłuższym namyśle.
Zmrużyłem oczy.
– Co masz na myśli?
– Nie skupiasz się.
– Skupiam. Mam wrażenie, że moja głowa zaraz wybuchnie ze skupienia, a oczy mnie bolą od wypatrywania – jęknąłem niezadowolony.
Yngvi potrząsnęła głową.
– Robisz to w zły sposób – stwierdziła stanowczo. Zmarszczyłem brwi, ale gdy tylko otworzyłem pyszczek, wilczyca ponownie się odezwała: – Nie przerywaj mi. Próbujesz szukać ładnych rzeczy, przez co jednocześnie je ignorujesz.
– To nie ma sensu.
– Może i nie – Uśmiechnęła się szeroko. – Ale tak to działa. Po prostu podziwiaj wszystko, co cię otacza. Reszta przyjdzie sama.
Westchnąłem głośno.
– To nie brzmi zbyt przekonująco.
– Sam zobaczysz – powiedziała i odeszła na bok, by szukać kolejnych skarbów.
Niepewnie ruszyłem za nią, próbując zastosować się do rady Yngvi. Nie było to tak łatwe, jak mógłbym sądzić. Cały czas przyłapywałem się na myślach, że gdzieś tu musi być coś o niewyobrażalnej urodzie. Oczywiście, nie znalazłem nic takiego. Dżungla była całkowicie pozbawiona tak wyniosłych rzeczy, ale zamiast tego było w niej mnóstwo innych, znacznie mniejszych cudów. Zacząłem od szukania rzeczy, które znalazła już wcześniej Yngvi, ale szybko porzuciłem ten sposób; nie chciałem jej kopiować oraz miałem dziwne poczucie, że zawiodę ją, jeśli nie otworzę się na piękno otaczającego mnie świata.
Wziąłem głęboki wdech i cichutko wypuściłem powietrze. Przymknąłem oczy i zacząłem nasłuchiwać kroków Vi. Kropel uderzających w liście wysokich drzew i krzewów, przeciskających się oraz upadających na ubitą ziemię. Nadchodzącego z oddali śpiewu ptaków i, w końcu, cichego bzyku owadów. Mimowolnie się uśmiechnąłem, doceniając tę wybitną orkiestrę natury.
Otworzyłem oczy. Miałem wrażenie, że świat w jednej chwili nabrał kolorów. Zieleń roślin była intensywniejsza, mokre kamienie odbijały skąpe światło i błyszczały niczym klejnoty. Podszedłem do nich i przeniosłem je, tworząc swoją własną kupkę ozdób. Po drodze urwałem jeszcze kilka kwiatów. Ledwo się odwróciłem i dostrzegłem następne skarby. Biegałem w jedną i w drugą, zbierając kolejne rzeczy.
– Widzę, że nauczyłeś się patrzeć – powiedziała Yngvi, kiedy zauważyła rosnący z każdą chwilą stos.
Przytaknąłem, uśmiechając się.
– Postaraj się tylko nie zebrać całej dżungli w jedno miejsce – zaśmiała się, widząc radość na moim pyszczku. – Przynajmniej połowa jest moja.
Parsknąłem rozbawiony.
– Nie musisz się o to martwić. Mogę oddać ci nawet dwie trzecie.
– Nie wiem, co to znaczy, ale niech będzie. Wierzę, że mnie nie oszukasz – stwierdziła.
Zmrużyłem oczy.
– Nie potrafisz liczyć?
Pokręciła łbem.
– Rodzice chcieli mnie nauczyć, kiedy byłam mała, ale bardzo się przeciwko temu buntowałam. Nie lubię nauki – przyznała, krzywiąc się. – Ale teraz trochę tego żałuję. Liczenie bywa dość przydatne.
– Jeśli chcesz, mogę cię kiedyś nauczyć – zaproponowałem.
Na pyszczek Vi wstąpił niepewny uśmiech.
– Kiedyś... Czemu nie?

<c.d.n.>

wtorek, 15 września 2020

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 14


Grudzień 2025
Zajęcia kreatywne jeszcze się nie zaczęły, pana Derneta nie było nawet w pobliżu. Nie było mnie na paru ostatnich lekcjach - tylko trochę się przeziębiłam, ale Leah za nic nie chciała mnie puścić. Wytłumaczyła to tak, że skoro potrafię zachorować w czasie upałów to jasny znak, że powinnam najpierw porządnie wyzdrowieć. Ja tam zdanie miałam odwrotne, ale nie narzekałam. Zawsze to mniej logiki.
- Co dzisiaj robimy? - spytałam Yngvi, siadając obok niej na piasku.
- Śpiewamy! - odparła wilczyca z entuzjazmem. - W końcu. Od dawna tylko malowaliśmy.
Po grzbiecie przebiegł mi dreszcz. Muzyka była najlepszą częścią zajęć kreatywnych, ale śpiewanie przy wszystkich szczeniakach zawsze przyprawiało mnie o szybsze bicie serca. Tylko moje postanowienie, by nie sprawiać kłopotów skłaniało mnie do wykonywania poleceń nauczyciela na forum klasy.
- A... Musieliśmy się czegoś nauczyć?
Yngvi kiwnęła głową.
- Białe chmury. Ostatnio się tego uczyliśmy, a dzisiaj każdy ma zaśpiewać kawałek solo. Ale nie martw się, pewnie i tak będziemy powtarzać.
- Jesteś pewna?
- Jestem. A jeśli chcesz mogę cię teraz trochę nauczyć.
W sumie mogłam się tego spodziewać - Yngvi chyba nigdy nie przepuściłaby okazji do śpiewu. Nakłoniła milczącego jak dotąd Yvara do duetu. Nie sprawiał wrażenia szczególnie zadowolonego, ale nie odmówił.
Podłapałam trochę tekstu zanim reszta szczeniaków zaczęła się w ogóle zbierać. Z jednej strony to chyba dobrze - miałam nadzieję, że tym razem nie zostanę odpytana, ale i tak wolałam umieć choć trochę. Z drugiej... Ten jeden raz nie przeszkadzałoby mi zgłoszenie nieprzygotowania. Przynajmniej nie tak bardzo. Tego dnia jakoś nie czułam się na siłach.
Tak jak przypuszczała Yngvi, zanim zostaliśmy podzieleni na dwie grupy pan Dernet powtórzył z nami piosenkę jeszcze kilka razy. Nieobecność na ostatnich lekcjach, moja złota karta, odleciała z podmuchem morskiej bryzy.
Nauczyciel postanowił odpytywać nas po cztery osoby i nazwał to jakoś dziwnie... Skojarzyło mi się z dźwiękiem jaki wydają niektóre ptaki. Przypadało po zwrotce na osobę, a refreny i bis pod koniec śpiewaliśmy razem. Proste? Mowy nie ma! Refren za każdym razem był inny i ciężko było załapać gdzie jest koniec, a gdzie początek. Ponadto zwrotki co do jednej były okrutnie długie. Czarno to widziałam.
Trzymałam się blisko Yngvi, żeby przypadkiem nie trafić do drugiej grupy. Nie miałam jednak powodów do zmartwień - obie trafiłyśmy do pierwszej, wybrane pierwsze z brzegu, razem z Yvarem i Eunice. Sztywno poczłapałam za nimi i stanęłam obok koleżanki w rzędzie naprzeciw pozostałych uczniów. Emerald i Nikaella siedzieli cicho, ale Morgan i Kaiju rozmawiali zniżonymi głosami. Miałam nieprzyjemne wrażenie, że o nas.
- Chcesz zacząć, Yngvi? - spytał pan Dernet.
- Tak! - przytaknęła skwapliwie.
- I po co ja w ogóle pytam? - parsknął nauczyciel. - Drugą zwrotkę zaśpiewa w takim razie Silee, trzecią Yvar, a czwartą Eunice. Umiecie liczyć do dziesięciu, prawda? - spytał podejrzliwie.
- Uczyliśmy się tego na logice - odparła Eunice.
- Na pewno?
- No tak! - odfuknęła. Parę szczeniaków, łącznie ze mną, zawtórowało jej.
- W takim razie zaczynamy - oznajmił wesoło nauczyciel.
Nikogo chyba nie zdziwiło, że Yngvi odśpiewała swoją część entuzjastycznie i praktycznie bezbłędnie. Może trochę za szybko. A może tylko ja miałam takie wrażenie. Wydawało mi się, że nie minęła chwila, a przeszliśmy do refrenu po którym nadchodziła moja kolej.
Przełknęłam ślinę i zaczęłam śpiewać.
To było dziwne. Przeżywałam każde słowo z osobna, myśląc gorączkowo czy nuty, którymi je okrasiłam na pewno były czyste. Melodia pędziła jednak nieubłaganie, niepokoje nadganiały się nawzajem, pochłaniając coraz więcej skupienia i powoli wzbierając paniką. W pewnym momencie głos mi zadrżał, tak nieprzyjemnie, że skuliłam uszy.
Nagle zwrotka dobiegła końca, a do moich uszu napłynęły wysokie głosy pozostałych szczeniaków, wchodzących w refren.
Z ulgą ukryłam w nich swój własny.

<C.D.N.>


poniedziałek, 14 września 2020

Od Morgana "Miłość w promieniach słońca" cz. 3


Październik 2026
Odkąd Kaiju i Eunice powiedzieli mi, że są parą, dostrzegałem znacznie więcej. Zauważałem ukradkowe spojrzenia i szczególne gesty oraz słyszałem słowa, które były zarezerwowane wyłącznie dla nich i nikogo więcej. Nie wiedziałem, czy nagle przestali się hamować przede mną, czy to tylko ja byłem przedtem całkowicie ślepy i głuchy na łączące ich uczucie.
Jakby nie było, kiedy na nich patrzyłem, odczuwałem wielki żal. Miałem wrażenie, że cały czas stałem gdzieś obok w świecie, gdzie królowała miłość. Gdziekolwiek nie spojrzałem, dostrzegałem ją. Była wśród moich przyjaciół, rodziców oraz rodziców przyjaciół. Aura zakochania nie opuszczała także Theo, Naidy, Elanor, Vi a nawet Emeralda, Luki i Yvara. O Gwidonie nawet nie wspominając.
Miałem wrażenie, że tylko ja zostałem sam, niekochany i niekochający w ten jeden szczególny sposób. W czasie każdej lekcji przypatrywałem się samiczkom, doszukując u siebie oznak zakochania. Nic jednak nie czułem i nie wiedziałem, czy cieszył mnie ten fakt, czy też jeszcze bardziej przytłaczał.
Wbrew obietnicom Kaiju i Eunice, odsunęliśmy się od siebie. Oni byli prawie nierozłączni, ja wycofany i schowany w cieniu. Ten stan rzeczy wypełniał mnie ogromnym i ciężkim do sprecyzowania żalem. Kiedy mnie o coś pytali, zbywałem ich z bólem. Nie chciałem im przeszkadzać, zatruwać swoją aurą zrodzoną między nimi miłość.
Jedynym problemem pozostawała Yngvi, której zbycie było zwyczajnie niemożliwe. Uparta samiczka namówiła mnie, bym zrezygnował z dodatkowych zajęć z tworzenia eliksirów na rzecz sztuk kreatywnych. Nadal nie wiedziałem, jakim sposobem jej się to udało.
W każdym razie przeprosiłem jej ojca i przyszedłem z rana na lekcję z panem Dernetem. Oprócz mnie nie było nikogo; Vi się spóźniała. Czekaliśmy schowani pod rozłożystymi roślinami na skraju dżungli. Deszcz siekł z nieba, rozbijając się na wiszących nad nami liściach, by potem spłynąć z nich długimi smugami.
Kap, kap, kap – krople uderzały o ziemię tuż przed moimi łapami. Wychyliłem nos i pozwoliłem, by kilka z nich spadło na mój pyszczek. Przymknąłem oczy i odprężyłem, wsłuchując w szum morza i deszczu.
Moją chwilę relaksu przerwało przybycie Yngvi. Wilczyca, jak zwykle, przyniosła ze sobą pewnego rodzaju energię, która w jednej chwili ożywiła ponury poranek. Otrzepała futerko i przyczesała je odrobinę, narzekając na pogodę.
– A tak w ogóle, co będziemy dzisiaj robić? – spytała.
– Myślałem o tworzeniu biżuterii z materiałów znalezionych na plaży i w dżungli, ale pogoda chyba nam na to nie pozwoli.
Vi wyprostowała się i posłała pytające spojrzenie panu Dernetowi.
– Dlaczego nie?
– Jest okropna ulewa, nie pamiętasz? Przed chwilą sama na nią narzekałaś – odparłem, wskazując ruchem głowy na powstające kałuże i rozbijające je krople.
– No i?
– Chcesz chodzić w deszczu? – Zdziwiłem się.
– Możemy przecież chodzić tylko po dżungli – zauważyła Yngvi, po czym spojrzała na nauczyciela, upewniając się. – Prawda?
Pan Dernet przytaknął. Wyglądał jakby żałował, że sam na to nie wpadł.
– Jeżeli tak wam zależy... Musiałbym jednak wrócić po potrzebne materiały – westchnął, spoglądając na deszcz. Nie wyglądał na zadowolonego, że musi opuszczać swoją kryjówkę, ale nie był też zły. Bardziej... zrezygnowany.  – Możecie się już rozejrzeć za ozdobami, a ja po nie pójdę.
Pokiwaliśmy głowami.

<c.d.n.>