piątek, 28 czerwca 2019

Od Dante "Pożegnania i powitania" cz. 2

Luty 2024 r.
Od mojego pierwszego spotkania z Janey minęło już dobre kilka miesięcy. Wstyd przyznać, ale chyba zostaliśmy parą... Nigdy nie zapytałem o to wprost. Ona nas nie nazywała wcale. Naszej relacji. W myślach pozostawało to dla mnie jako "przyjaźń z bonusem". Chyba w końcu byłem naprawdę szczęśliwy. Astrid już aż tak nie zadręczała mojej głowy... Nie myślałem o niej tak jak kiedyś. Nie była już wspomnieniem bliskim, tylko naprawdę odległym. Jakbyśmy byli parą w poprzednim życiu, a z obecnym nie miała nic wspólnego. Minęło tak wiele lat od kiedy widziałem ją ostatni raz... Dla wilka to znacznie więcej, niż dla wilkołaka. Magnus przekonywał mnie, że ten czas to wcale nie aż tak wiele dla niego. Wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo dla mnie niepojętne jest egzystowanie w taki sposób, jak on, czy Joel... Wszystko mija wolniej, niż dla mnie, choć to dokładnie tyle samo.
– Hej, Dan... o czym myślisz? Przyniosłam ci tę herbatę, o którą prosiłeś.
Podniosłem na nią wzrok i uśmiechnąłem się. W drzwiach stała wysoka (lecz nie aż tak, jak ja) kobieta o naprawdę długich czarnych włosach poprzetykanych siwizną. Oczy miała czerwone, bystre. Janey.
– O niczym... tylko o tym, jak szybko mija mi czas – zaśmiałem się lekko i przyjąłem od niej kubek. Od momentu jej wyjścia również byłem zmieniony w człowieka, więc chwycenie za uszko naczynia wcale nie było problematyczne.
Westchnęła cicho i położyła się obok mnie na łóżku. Gładko zmieniła formę na wilczą. Powtarzała, że jest dla niej znacznie wygodniejsza. Jej wzrok powędrował do moich nóg. To właśnie dlatego ona poszła po napar, a nie ja. Moje nogi zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Łupało w kościach. Dziś było wilgotno, więc to się tylko nasiliło... Nie miałem chęci wychylania się spod ciepłej pierzyny, jakie znajdowały się w karczmie.
Janey patrzyła na mnie trochę zatroskana. Zerknąłem na nią i uśmiechnąłem się pocieszająco, po czym wziąłem pierwszy łyk herbaty. Była za gorąca... Prostym zaklęciem dolałem odrobinę schłodzonej wody. Teraz była gotowa do picia.
– Wiesz, byłam u tego lekarza... Doktor Patrick, tak się chyba nazywał – zaczęła.
– Mhm... Przypisał ci coś? – zapytałem. Janey ostatnio uskarżała się na nudności. Na początku myśleliśmy, że to zwykłe zatrucie, ale to się ciągnęło całymi dniami i nie zapowiadało się na to, aby miało się prędko zakończyć.
Uśmiechnęła się tajemniczo i zaczęła bawić się łapą, jeżdżąc nią po fałdach materiału.
– Twierdził, że wolałby mnie z tego nie wyleczyć, ale decyzja zależy ode mnie.
Zmarszczyłem brwi. Brzmiało jak coś poważnego, ale jej uśmiech trochę mnie mylił.
– Co miał przez to na myśli? – zapytałem ostrożnie.
– Chciałbyś mieć kolejne szczenię?
Z wrażenia aż się zakrztusiłem herbatą. W końcu mnie spojrzała. Czekała na moją decyzję. Byłem nieco... zdezorientowany. I może spanikowany.
– Jesteś w ciąży?
Skinęła głową. Przeczesałem palcami włosy i wyszeptałem nieme "wow". Co prawda... Teoretycznie było to możliwe, ale sądziłem, że... przecież byliśmy już tacy starzy i... Po prostu nie martwiłem się tym. Nawet nie myślałem o takiej ewentualności, ale... wyglądało na to, że będę musiał się znowu pogodzić z rolą ojca.
– No... to dobrze. Dobrze – powtarzałem, sam nie wiedząc dlaczego i po co. Nachyliłem się do niej i spróbowałem się przytulić. Sama się przysunęła, więc było to znacznie łatwiejsze. Nadal trudno mi było przyjąć to do wiadomości. Niesamowite. W normalnych warunkach chyba bym jej nie uwierzył, ale... to była Janey. Ona nie żartowała w takich sprawach.
Nawet nie wiedziałem kiedy po moich policzkach spłynęły łzy. Trudno powiedzieć czy z szoku, czy ze smutku, czy może radości. Moje życie się kończyło, a my spodziewaliśmy się dziecka.
– Chyba powinienem powiedzieć o tym Navri...
– Sądzisz, że interesuje ją taka wiadomość...? – zapytała niezbyt chętnie. Odnosiłem wrażenie, że chyba za sobą nie przepadały, ale nigdy nie wywiązała się z tego kłótnia, więc wolałem się nie wtrącać.
– Sądzę, że tak.
Dopiłem herbatę i dopiero wtedy wytarłem oczy o jej futro. Odsunąłem się od niej.
– Zerknę na parterze. Może tam siedzi.
– Ja jej nie widziałam... – zaczęła Janey, ale jej przerwałem.
– Po prostu sprawdzę.
– Nie przewrócisz się...? Naprawdę chcesz się tak męczyć...? Mogę ja jej powiedzieć.
– Nie ma sprawy. Chcę jej to przekazać osobiście – powiedziałem, starając się wstać. Nogi miałem jak z ołowiu, bolały jeszcze mocniej przy każdym, nawet najmniejszym ruchu. Skrzywiłem się.
– Jak sobie chcesz... - stwierdziła, kładąc głowę na poduszce – Poczekam.
Nie odpowiedziałem. Podniosłem się na chwiejnych nogach, a następnie po chwili przytrzymywania się ściany, postanowiłem o zmianie w wilka. Powinienem sobie łatwiej poradzić, bo górne (czy też przednie) kończyny aż tak mnie nie bolały. Ostatni raz zerknąłem z uśmiechem na Janey, a następnie powoli skierowałem się do kolejno drzwi oraz schodów prowadzących na dół.
O tej porze w karczmie nie było zbyt wiele osób. Głównie zmęczeni goście, którzy zwlekli się aby coś zjeść, oraz osoby, które chciały coś przekąsić przed pracą. Jeszcze nawet nie świtało... ale co się dziwić, bo przecież to zima.
Mój wzrok bez problemu wyłowił wyprostowaną dumnie córkę. Ucieszyłem się w duchu na jej widok. Chociaż patrzyła tępo na swój kufel piwa, a szkiełko jej okularów nie tak dawno w bliżej nieokreślonych okolicznościach się stłukło, to było w niej coś pocieszającego. Wszyscy mówili, że czują od niej chłód, ale ja zaś czułem tylko ciepło.
– Cześć – zacząłem, po czym usadowiłem się naprzeciwko niej. Starałem się uśmiechać, ale po raz kolejny kości tylnych łap wyjątkowo brutalnie przypomniały o sobie. W moich oczach znowu pojawiły się łzy.
– Wszystko w porządku? – zapytała.
– Chciałabyś mieć braciszka lub siostrzyczkę? – zmieniłem temat. Patrzyła na mnie. Ani jeden mięsień jej pyska nie drgnął.
– To żart?
– Nie – powiedziałem. Widząc jej brak jakiekolwiek reakcji, trochę zwątpiłem. Nie wiedziałem co jeszcze dodać.
– Och – stwierdziła tylko, po czym znowu się napiła. Również z gracją. Była... jeszcze mniej żywotna niż zwykle.
– Wszystko w porządku? – zmartwiłem się.
– Nie wyspałam się. Jak u ciebie? Też nie wyglądasz najlepiej.
Zaśmiałem się nerwowo.
– Po prostu ostatnio mam problem z nogami. Przydałaby się jakaś maść, czy coś...
– Idź do lekarza, inaczej możesz przestać chodzić – oznajmiła. Westchnąłem i spuściłem głowę. Miałem cichą nadzieję, że się ucieszy na wieść o rodzeństwie... Zdawało mi się jednak, że kompletnie jej to nie obchodzi.
– Tak. Właśnie tak zrobię – zawyrokowałem. Miałem nadzieję, że Navri coś jeszcze powie, ale raczej się na to nie zanosiło. No tak... przecież zawsze była taka cicha.
– To... miłego dnia – stwierdziłem w końcu – I wyśpij się dobrze, okej?
Powoli skinęła głową. Nawet na mnie nie patrzyła. Byłem zmartwiony, ale nie wiedziałem co na to zaradzić. Powinienem jej jakoś pomóc, czy może po prostu mi się zdawało? Rzadko się ostatnio widzieliśmy... Może się myliłem. Może wszystko było tak jak zawsze.
Jeszcze ostatni raz na nią zerknąłem, a później powoli oddaliłem się w kierunku wynajętego dla mnie i Janey pokoju.


<c.d.n.>

Uwagi: brak.

czwartek, 27 czerwca 2019

Od Lind "Przecież to takie żałosne" cz. 3

Koniec grudnia 2023
Zasnęłam bardzo twardym snem. Utracenie magicznych zdolności okazało się mieć jeden, jedyny, acz znaczący plus - brak nader wrażliwego słuchu. Wreszcie mogłam "usłyszeć ciszę", jakkolwiek głupio to zabrzmi. Po raz pierwszy nie ogłupiał mnie ten wieczny szum dźwięków pochodzących z nie wiadomo jak daleka. Takie stępienie pojedynczego zmysłu naprawdę mi pomogło w zaistniałej sytuacji. 
Obudziło mnie dopiero walenie w kraty celi. Poderwałam się jak oparzona. Przy okazji prawie przewróciłam wiadro ze śmierdzącą wodą. Podniosłam wzrok, by zobaczyć w korytarzu strażnika. Patrzył na mnie, jakby czegoś oczekiwał. Zamrugałam oczami i spojrzałam najpierw na pustą celę po prawej, a potem na celę Freeze'a po lewej. 
- Chcesz dostać coś do jedzenia, czy nie? - rzucił sucho strażnik. 
Dopiero wtedy dostrzegłam, że za pilnującym nas wilkiem stał swego rodzaju drewniany wóz, na którym leżały stosy kawałków mięsa.
- Chcę, chcę! - wymamrotałam i złapałam w zęby znalezioną wcześniej miskę. 
 W jednym miejscu przerwa między kratami była większa; właśnie po to, by przekładać tamtędy to drewniane naczynie. Podałam je strażnikowi i po dwóch sekundach otrzymałam z powrotem. Wielkość otrzymanej racji żywnościowej wyglądała raczej na przeznaczoną dla szczenięcia. Na domiar złego mięso było tak suche, że z trudem odgryzałam kolejne kawałki. A może służyło to wydłużeniu czasu przeżuwania, żeby porcja sprawiała wrażenie nieco większej?
Nie ośmieliłam się jednak narzekać na otrzymane jedzenie. Z resztą, ktoś zamknięty w celi za Freeze'm mnie uprzedził. Strażnik uciszył go trzema zdaniami:
- Nie pasuje ci? Możesz nie jeść i zdechnąć z głodu. 
Za to kiedy pilnujący nas bezimienny-wilk wracał, zaczepiłam go w nieco innej sprawie:
- Przepraszam, mogę dostać świeższą wodę? 
Strażnik więzienny odwrócił głowę w moją stronę. Jego spojrzenie było obrzydliwie nieprzyjazne. Nie odpowiedział jednak nic i poszedł dalej. Już chciałam za nim wołać, lecz zostałam powstrzymana przez Freeze'a, który zapewnił mnie, że na pewno dostanę, czego potrzebuję. 
***
Deja-vu. Zdałam sobie sprawę, że to tak naprawdę kolejny raz, jak jestem zamknięta w ograniczonej przestrzeni. Tak samo, jak wtedy w jaskini, mam przy sobie tylko jedną osobę, z którą będę mogła w najbliższym czasie porozmawiać. Nie mniej jednak żałowałam, że tu podobieństwa się kończyły. Zabrakło jakiejkolwiek książki i moich rzeczy, a zamiast Tinga (którego bardzo lubię), towarzyszy mi Freeze (na którego niezbyt chciałam patrzeć).  
Właśnie... Ting... Pewnie mnie szukał. Jeśli Suzanna mu nie powiedziała, że jestem w więzieniu, być może krąży po mieście do tej pory. Przecież gdyby wiedział, gdzie się znajduję, natychmiast przybyłby tutaj, przedzierając się przez całą straż. Na pewno by to zrobił, przecież go znam. Kto wie, może nawet zmusiłby Baldora do zaangażowania się w sytuację. Wtedy pewnie z tej całej fortyfikacji nie zostałby kamień na kamieniu. Jeden strażnik jest w stanie pokonać przeciwników parokrotnie większych od siebie, więc co byłoby w stanie zrobić dwóch współpracujących ze sobą?  A gdzieś w mieście został trzeci! Trzecia Strażniczka. Odwróciłam się, by zerknąć na drzemiącego Freeze'a. Jeśli kogokolwiek będę mogła o nią spytać, to właśnie jego. Przypomniałam sobie, jak na nią gwizdał. Zupełnie, jak człowiek na jakieś zwierzę domowe. To było... poniżające? Tak, to chyba dobre słowo. Lecz ona się go słuchała. Może... Może ma to związek z faktem, że zdołał zapanować nad Burzą? Czy Strażnik musi być poddanym osby władającej mocą artefaktu? 
- Lind? - usłyszałam nagle głos Freeze'a. Zupełnie, jakbym zachęciła go myślami do rozpoczęcia rozmowy. Tyle, że ja nie byłam jeszcze przygotowana; w szczególności nie psychicznie. W pierwszej chwili udałam, iż niczego nie słyszałam.
- Lind - powtórzył. 
Westchnęłam z rezygnacją.
- Słucham - odparłam bez wyrazu, nie odwracając się w jego stronę. 
- Mogę cię o coś spytać? 
- O co? - Spojrzałam na niego spode łba. 
- Czy gdybym wtedy wyruszył z tobą po Wichurę... - zaczął niepewnie. Na te słowa podniosłam uszy. - Pozwoliłabyś mi ją zachować? 
- Ugh, to tylko gdybanie - mruknęłam, opuszczając brwi. 
- Ale pomyśl. Spróbuj przypomnieć sobie, jak myślałaś o mnie, kiedy jeszcze uważałaś mnie za przyjaciela.
- Dużo ode mnie wymagasz - Z gardła wyrwał mi się cichy pomruk.
- Spróbuj. Proszę... 
- Co ci zależy? Może - Wstałam i szybkim ruchem odgarnęłam sprzed oczu grzywkę. - Mnie nie chodziło o Wichurę, chodziło mi o samą wyprawę - oznajmiłam jednym tchem. - To było dla mnie naprawdę ważne.
Spojrzałam mu w oczy. Po wypowiedzeniu tych słów poczułam się jakby... lżej. Basior zamrugał kilka razy. 
- Rozumiesz? - rzuciłam. - Czy może to brzmi dla ciebie tylko jak głupie słowa żałosnego podrzutka? - Odsłaniając odrobinę kły, powtarzając zwrot, którym mnie wtedy określił. 
Freeze odwrócił wzrok. Opuścił uszy i ogon, po czym poszedł w kąt celi. Skończył rozmowę. 
Tymczasem we mnie znów zawrzało wzburzenie. Odkąd znalazłam się w więzieniu, cały czas skakałam między emocjami. Strach przechodzący w panikę, potem nieokiełznana furia, frustracja, zawiść, potem znów lęki, ewentualnie jedna krótka chwila spokoju. Teraz znów przyszedł czas na wściekłość. Za dużo tego na raz. Po czasie zrozumiałam, że te emocje mnie już męczyły. Dodają sił tylko na chwilę. 

<C.D.N.> 

Uwagi: brak.

Od Cess „Gdy lis spotka wilka” cz. 3

Listopad 2023 r.
Uliczka biła pustkami. Stałam na środku brukowej drogi i warczałam zajadle. Byłam tam tylko ja i niemiłosiernie wkurzający śmiech lisa. Nie wiedziałam, z której strony dobiegał. Echo roznosiło się pomiędzy ścianami otaczających mnie budynków. Byłam na skraju cierpliwości.
- Niebezpiecznie jest tu przychodzić samemu - głos rozbrzmiał tuż koło mojego ucha. Obejrzałam się za siebie, lecz nie mogłam dostrzec nikogo. Zupełnie, jakby lis wszedł mi do głowy i sprawił, że zaczęłam mieć omamy. Przeraziłam się tą wizją. Usiadłam, rozglądając się uważnie. - Czuje twój strach…
- Nie gadaj głupstw - burknęłam cicho, po tym jak po ciele przeszły mi nieprzyjemne, zimne dreszcze. Nie chciałam ujawnić swoich słabości. Chrząknęłam głośno. - Znam twoje imię, co sprawia, że mam przewagę.
- Przewagę? - prychnął, a następnie w przeciągu kilku chwil znalazł się przede mną w bezpiecznej odległości. Dokładnie zmierzyłam go wzrokiem. Jego wygląd zgadzał się z opisem szarego wilka. Był… charakterystyczny i nietypowy. Rozcięta brew, nieprzyjemny wyraz pyska, ładna czerwonawa sierść. - Co ci po znajomości mojego imienia?
- Lepiej jest je znać, prawda Iveqin? - uniosłam brew, a on słysząc swoje imię spiął swoje mięśnie. Wstałam z siadu i powolnym krokiem ruszyłam w jego stronę. Teraz była moja szansa. Nie mogłam jej zmarnować. Gdy go trochę zdezorientowałam, mogłam zaatakować i byłby już w garści. Mogłabym wrócić prosto do karczmy. Idealne, szczęśliwe zakończenie tej historii.
- Bystra nie jesteś, więc bać się nie muszę - przewrócił oczyma, a na jego pysk znów powrócił kpiący uśmieszek. Bez zastanowienia skoczyłam w jego stronę. Miała być to szybka akcja, w której przygniatam go swoim małym ciężarem. Jednak coś nie wyszło i lis odszedł krok w bok. Skutkiem tego było przykre zderzenie z ulicą. Jęknęłam cicho, czując już te siniaki, które w najbliższym czasie mogły zagościć na moim ciele. - Pudło - wysyczał wrednie i ruszył w stronę głównej alejki miasta. Zebrałam się i wstałam na równe nogi, biegnąc następnie w jego stronę. Nie mogłam go zgubić.

Przed oczami cały czas miałam jego rudy ogon. Dzielił nas niewielki dystans, którego trudno było mi jeszcze bardziej zmniejszyć. Iveqin był bardzo zwinny i przede wszystkim szybszy ode mnie. Nie zniechęciło mnie to jednak do dalszego pościgu. Nie chciałam zawieść moich zleceniodawców, a szczególnie - nie chciałam zawieść siebie. Musiałam udowodnić sama sobie, że jestem coś warta i podołam zadaniu. Złapać lisa. To tak niewiele.
- Stój! - krzyknęłam za nim, mając cichą nadzieję, że to coś pomoże. Ba! Gdyby pomogło, byłabym w siódmym, czy nawet dziesiątym niebie. Skrzywiłam się, gdy jednak rudzielec nie postanowił się zatrzymać. Było to do przewidzenia. Po co miałby to robić? Aż tak głupi to chyba nie był, aby słuchać się małej wadery. Jakby nie patrzeć, byliśmy prawie tego samego wzrostu. Ten fakt zdziwił mnie nieco, zważywszy na to, że lisy z pozoru są mniejsze. Wyrównaliśmy się pod tym względem, ponieważ Iveqin był wysoki jak na lisa, a ja wręcz przeciwnie - drobna jak na wilka.

Wraz z kolejnym skręceniem w lewo, powoli traciłam widok na rudy ogon. Ze wszystkich sił, starałam się nadgonić i znaleźć się tuż koło niego. Nie skutkowało to. Mój ogon obijał się o rogi budynków, przypadkowych przechodniów, lampy, ławki lub kosze na śmieci. Spowalniało mnie to znacznie i było uciążliwe. Choć zabawa w kotka i myszkę jest fajna, to tym razem moja irytacja sięgała zenitu. W końcu z czasem w ogóle straciłam lisa ze swojego zasięgu. Przepadł. Ja natomiast zostałam sama, na dodatek z zadyszką i wzrokiem oburzonych mieszkańców na karku.

***

Powoli ściemniało się. Ulice zostały rozświetlone blaskiem wylatującym z latarni, których było pełno. Szłam znów wzdłuż jednej z dróg, zaglądając w każdy zakamarek i licząc, że znajdę tam lisa. Mruczałam sobie coś pod nosem, twierdząc w głębi duszy, że te dźwięki składają się w jakąś melodię. W rzeczywistości wynikł z tego niezrozumiały pomruk, który dla ucha przyjemny nie był. Coraz mniej osób znajdowało się na zewnątrz. Pojedyncze osobniki prawdopodobnie kierowały się w stronę swoich mieszkań. Ja jednak nie chciałam spocząć. Wypełnienie mojego zadania było w tamtym momencie moim priorytetem. Najważniejszą z najważniejszych spraw. Już raz miałam go w garści, lecz niestety dałam mu uciec. Przez pościg pogorszyłam tylko moją pozycję w tym wszystkim. Spadłam jeszcze niżej. Chciałam to wszystko naprawić. Musiałam przechytrzyć lisa, co było teoretycznie rzeczą niemożliwą. Wierzyłam, że nie dla mnie.
- Och, Cess! Co tutaj robisz? - usłyszałam znajomy mi głos. Należał on do Lind, która w pewnym momencie po prostu znalazła się koło mnie. Spojrzałam na nią lekko przerażona. Na jej grzbiecie siedział ledwo przytomny, bo zapewne zmęczony Ting. Uśmiechnęłam się niepewnie do nich.
- Szukam kogoś… - odparłam cicho, przekręcając łeb w lewą stronę. Wadera zamrugała kilka razy, a następnie podeszła kilka kroków bliżej mnie. Cofnęłam głowę w tył, nie wiedząc jakie do końca ma zamiary.
- Nie chcesz pomocy? - zmarszczyła swoje brwi, dokładnie obserwując moje czyny. Wyprostowałam się. Nie chciałam jej pomocy, bo moja duma, na tym by ucierpiała. I to bardzo. Pokręciłam energicznie głową.
- Podziękuję - padła krótka odpowiedź, po której starałam się znaleźć sensowne wytłumaczenie. Rozejrzałam się szybko wokół, aby następnie z powrotem wrócić wzrokiem na moich znajomych. - Zresztą, popatrz na Tinga - wskazałam gestem głowy na siedzącego na grzbiecie Lind odmieńca. Wadera obejrzała się delikatnie za siebie i wpatrywała się w towarzysza przez krótki czas. - Praktycznie już śpi, nie warto go zamęczać jeszcze bardziej.
- Faktycznie - rzekła pod nosem, kręcąc zniesmaczona głową. Uśmiechnęłam się w miarę serdecznie do niej, mając nadzieję, że da mi już spokój. Mój czas się kończył. - Cess, wróć jak najszybciej do zajazdu.
- Dobrze - przytaknęłam, oddalając się od niej. Zanim zniknęłam sprzed jej oczu, zdążyła się zapytać, kogo szukam. Skierowałam głowę w jej kierunku i odpowiedziałam stanowczo oraz śmiertelnie poważnie, na jej pytanie. - Lisa.

Zawinęłam w prawo, aby znaleźć się pomiędzy kolejnymi budynkami. Struktura tego miasta bardzo działała mi na nerwy. Praktycznie każdy zaułek wyglądał identycznie. Robiło mi to wodę z mózgu. Cały dzień włóczyłam się w tą i z powrotem. Bez jakiejkolwiek przerwy. Bez żadnego odpoczynku. Przez moje myśli przeplatał się jedynie widok rudego zwierzęcia. Nie dawał mi on spokoju. Rozpalał we mnie złość.
- Tutaj jesteś! Wszędzie cię szukałem! - zakrzyknął lis. Siedział spokojnie pod jedną z kamienic. Jak gdyby nigdy nic. On chyba sobie ze mną pogrywał. Po raz kolejny pojawił się znikąd. Wiedział, że tam będę, czy może on cały czas mnie śledził?
- Bawi cię to? - warknęłam do niego, wyraźnie okazując swoją irytację. Po raz kolejny dałam się wyprowadzić tego dnia z równowagi. Z równowagi, którą tak trudno było mi osiągnąć. Oczy lisa zaświeciły się mocniej, a towarzyszył temu śmiech. Nic więcej w odpowiedzi nie dostałam. - Zapytałam się coś, drugi raz nie powtórzę!
- No już nie krzycz, bo ludzi zbudzisz - pokręcił z dezaprobatą swoim małym łbem. Nie brał tej sytuacji na poważnie. Nie zdawał sobie sprawy, że za kilka chwil mogłam stracić kontrolę. Dla niego byłoby już za późno. Powstrzymywał mnie jedynie fakt, że moim zadaniem, nie było zabicie go, a jedynie złapanie oraz transport do samców z karczmy. - Ganiasz mnie już calutki dzień, nie jesteś zmęczona?
- Nie jest to odpowiedź na moje pytanie - nie ustępowałam mu. Oczekiwałam na to jedno, jedyne słowo, które mogło utwierdzić mnie w moim przekonaniu. Ta jedna wypowiedź mogła zaważyć na wszystkim.
- Tak, bawi mnie to - wysyczał, a ja wiedziałam już co mam robić. Kątem oka dopatrzyłam studnię, w której znajdowała się woda. Czułam to w swoich żyłach.
Zanim lis zdążył się zorientować, strumienie wody unosiły się w powietrzu. Ruszyły w jego stronę za moim poleceniem. Choć dzieliła ich duża odległość, została pokonana w kilka sekund przez wodę. Zaczęła krążyć wokół sylwetki zdezorientowanego lisa, formując węzły. Wysokie ciśnienie, jakie wzburzyłam w nich, sprawiło, że wydawały się ciałem stałym. Owinęłam tymi sznurami ciało lisa unosząc go trochę nad ziemię. Nie miał jak się uwolnić, a każdy mocniejszy ruch sprawiał mu ból. Ścisnęłam go mocniej, upewniając się w ten sposób, że się nie wyślizgnie.
- Ze mną się nie zadziera - fuknęłam mu w twarz, gdy znalazłam się obok niego. Teraz mogłam na spokojnie ruszyć w stronę karczmy.
- Czy cię do reszty powaliło?! - jęknął unieruchomiony Iveqin. Brzmiało to jak wyrzut skierowany w moją osobę. Przewróciłam oczyma, nie mając ochoty na konwersacje. - Halo!
- Tak - odpowiedziałam z premedytacją i dumą. Zaskoczyłam gnojka. Zaskoczyłam samą siebie. Nic teraz nie mogło mi stanąć na drodze do chwały. Po całym dniu pecha, przyszedł czas na odrobinę szczęścia i powodzenia. To mój wieczór.

Skierowałam się w stronę karczmy. Znałam już tą drogę na pamięć. Byłam tu już dziś wiele razy. Można było powiedzieć, że poznałam miasto dogłębnie. Z zewnątrz czułam zapach jedzenia, jak i napitku. Uderzał w moje nozdrza. Zerknęłam ostatni raz wyzywającym spojrzeniem na rudego, aby następnie wejść do środka, z głową uniesioną wysoko do góry. Siedzieli tam. Cała grupka samców. Z momentem przekroczenia progu, popatrzyli się prosto na mnie. Dopiero po chwili zauważyli unoszącego się w powietrzu lisa.
- Nie wierzyłem, że ci się uda! - klasnął kocur, gdy znalazłam się obok ich stolika. Usadziłam nadal związanego Iveqina na wolnym krześle. Ten patrzył na mnie nienawistnym spojrzeniem. Tym razem, na mojej mordzie utkwił kpiący uśmiech.
- Jak widać, - wskazałam głową na poszkodowanego, śmiejąc się cicho. - oto jest wasz Iveqin!
- Teraz trzeba wyjaśnić z nim kilka spraw… - kojot zbliżył łapę w stronę wodnej uwięzi, lecz ja byłam szybsza i strąciłam jego kończynę. Spojrzał na mnie zdezorientowany, a następnie uniósł brew. - Zapłaty chcesz?
- Zapłaty? - zdziwiłam się. Pokręciłam przecząco łbem. - Ja tylko ostrzec chciałam, że to pod ciśnieniem. Nie radzę dotykać, póki nie poluzuje…
- Zapłata ci się należy, bo wykonałaś kawał dobrej roboty - powiedział ochrypłym głosem szary basior, przesuwając w moją stronę woreczek z tajemniczą zawartością. Zmrużyłam oczy. - Sto Bellos dla uroczej pani.
- Dziękuję, naprawdę… - nie wiedziałam co powiedzieć. Koło mnie znalazł się wilk z normalnym sznurem, więc ja wypuściłam Iveqina z wodnych objęć. Szybko go ponownie związano.
- To my dziękujemy - mrugnął do mnie, na co ja niepewnie się uśmiechnęłam. Dobra, wieczorna passa.

Z unoszącą się nade mną wodą, ruszyłam w stronę wyjścia. W pysku trzymałam woreczek z pieniędzmi, a humor dopisywał mi bardziej, niż kiedykolwiek. Było to szczęśliwe zakończenie dnia. Obejrzałam się ostatni raz za siebie. Tym razem jednak mój wzrok nie powędrował na wyjaśniających sobie co nieco samców. Utkwił on na postaci wilka o błękitnej sierści. Karczmarz. Westchnęłam cicho. Skoro to był mój szczęśliwy dzień, może warto było zagadać. Zastanawiałam się, czy nie podejść do niego. Nie znałam jego imienia. Może dziś dałabym radę się przełamać? Może dałabym radę zdobyć się na zwykłe „cześć”? Przełknęłam głośno ślinę. Basior spojrzał się na mnie swoimi szarymi ślepiami, a ja poczułam, że odpadam.
Nie, nie warto kusić losu…
Wyszłam bez słowa.

Uwagi: Tylko ludzie mają twarz. Prostsze liczby pisz słownie. "Światło wylatujące z latarni" to raczej niewłaściwe określenie. Stawiasz za dużo przecinków. Sądzę, że woda pod wysokim ciśnieniem (o jakiej jest tutaj mowa) byłaby zdolna wyrządzić szkody w postaci ran na ciele w miejscach, z którymi miałaby styczność... Choć to fantastyka, więc już się nie czepiam. To tylko takie luźne rozważanie.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Od Lind "Przecież to takie żałosne" cz. 2

Koniec grudnia 2023
Zapadł zmrok. Snop światła słonecznego, który wpadał przez wąskie okno naprzeciwko naszych cel, zniknął. Wówczas do korytarza wkroczył inny wilk; prawdopodobnie strażnik z nocnej zmiany. Pokonując długość tej części fortyfikacji, mierzył wszystkich czujnym i uważnym spojrzeniem. Kiedy tak mijał kolejne cele, zapalał także pochodnie; oczywiście na odległość. Widok, jak ktoś inny używał swoich magicznych zdolności, kiedy ja nie mogłam, nie należał do przyjemnych.
Co chwila dało się słyszeć innych osadzonych, jak rzucali do strażnika różnego rodzaju komentarze. Jedni mówili, że są niewinni, kolejni, że już dawno powinni zostać wypuszczeni. Zdawało mi się też, że słyszałam, jak ktoś próbował namówić strażnika, by ten go wypuścił. Zapewniał, iż absolutnie nikt się nie dowie i tak dalej... Oczywiście pilnujący porządku wilk nie zareagował w żaden sposób. Po zakończonym obchodzie, po prostu zawrócił i zniknął nam z oczu za zakrętem. 
Wciąż wszystko ściskało mnie od środka. Podejrzewałam, że to nadal z nerwów; ewentualnie z głodu. Nie wiedziałam, kiedy ostatni raz cokolwiek jadłam. Planowałam wieczorem znów wprosić się do Crane'a na kolację wyczarowaną z Naszyjnika Pożywienia. Teraz chyba mogę już na dobre zapomnieć o tym świeżym, ciepłym posiłku. 
Na dnie stojącej obok wiadra miski znalazłam kilka kostek. Na tej podstawie mogłam przypuszczać, że więźniowie w istocie dostają tutaj jakiekolwiek jedzenie. Ale co do porcji i jakości... pewnie nie można oczekiwać zbyt wiele. 
Ciekawe, czy skazanych na śmierć też nakarmią przed egzekucją... Nie... Nie, nie, nie... Nie mogę o tym myśleć... 
Zaczęłam znów drżeć ze strachu. 
Za dużo myślę... Za dużo... 
Zrobiło mi się niedobrze i jeszcze słabiej. Do tego w dalszym ciągu chciało mi się pić. Podjęłam kolejną próbę wzięcia łyka z wiadra i to był błąd. Skończyło się na tym, że prawie zwymiotowałam. 
- Jeśli woda jest zatęchła, powiedz o tym strażnikowi - usłyszałam. 
- Co? - podniosłam wzrok w stronę głosu. Tak skupiłam się na martwieniu o własny los, że prawie zapomniałam, kto siedział w celi obok. 
- Podobno masz prawo domagać się świeżej wody pitnej - mruknął Freeze, jak gdyby nigdy nic.
- Czemu ty jesteś taki spokojny? - spytałam zdziwiona. Z tego wszystkiego aż przestałam zważać na fakt, jak wściekła byłam na tego basiora. - Przecież... możemy zginąć - wydukałam słabym głosem. 
- Nie panikuj, za takie coś nie skażą nas na śmierć - odparł, po czym ułożył się wygodnie na ziemi i oparł głowę na łapach. 
Dopiero po chwili dostrzegł, że wlepiłam w niego zdezorientowany wzrok. Kompletnie nie wiedziałam, na jakiej podstawie on to określił, do tego z tak absolutną pewnością! 
- No co? Myślałaś, że jestem tu od wczoraj? Trochę już poznałem sposób działania ich aparatu sprawiedliwości. Za takie coś nie każą śmiercią.
- N-nie? 
Pokręcił przecząco głową. 
- Nie. Pewnie po prostu tutaj trochę posiedzimy... Trochę długo - Podniósł wzrok na sufit. 
- Myślisz, że ile..? - spytałam. 
- Pewnie od paru miesięcy do... hm... może paru lat? - Spojrzał na mnie. - Nie wiem w sumie. Mojego znajomego posadzili na siedem lat. 
- Sie-dem? - powtórzyłam to dziwne słowo. Ewidentnie w grę wchodziły większe liczby. 
- Tia... Co tak na mnie dziwnie patrzysz? - Basior podniósł głowę. 
- Ja? Wydaje ci się - Odparłam szybko i zamrugałam oczami. 
- Aaa... Już rozumiem - Freeze wygiął kącik ust w uśmiechu. - Ty nadal nie potrafisz liczyć - Oznajmił rozbawiony.
- Nieprawda - rzuciłam w obronnym geście. Basior jednak nie dał się oszukać.
Freeze oparł głowę o oddzielające nas kraty i zaczął cicho chichotać. Odkrycie, że nie znam się na liczbach straszliwie go rozbawiło. Zaszurałam zębami niezadowolona z jego reakcji.
- Zrobiłeś się strasznie miły przez te lata, nie ma co - mruknęłam ironicznie. 
- P... przepraszam - Opanował się trochę. - Faktycznie powinniśmy być dla siebie odrobinę milsi, skoro mamy spędzić razem tyle czasu.
Popatrzyłam na niego krzywo.
- Ja wcale nie muszę z tobą rozmawiać - Demonstracyjne odwróciłam pysk w przeciwnym kierunku. Moja złość znów zaczęła dawać o sobie znać. 
- Jeszcze zmienisz zdanie... 
Wypuściłam głośno powietrze. Zawahałam się, czy na pewno chcę utrzymać się w swoim postanowieniu. Pierwsza rozmowa z Freeze'm spowodowała paskudny splot zdarzeń. Sprowadziła mnie za kraty! Jednak druga pozwoliła mi wreszcie się odrobinę uspokoić i już nie panikować. Nawet na chwilę odwróciła moją uwagę od całokształtu sytuacji, w który obecnie wchodziło prawdopodobieństwo, że mogę zostać... wydalona ze stada.
Znów ogarnął mnie niepokój. Odsunęłam się od krat i zwinęłam w kłębek. Postanowiłam, że spróbuję zasnąć. Może to coś da. Może kolejny dzień przyniesie więcej podpowiedzi. Chciałabym mieć już ten straszliwy czas oczekiwania za sobą. 

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

niedziela, 23 czerwca 2019

Od Lind "Przecież to takie żałosne" cz. 1

Koniec grudnia 2023
Siedziałam w ciasnej celi. Przede mną kraty, po prawej kraty, po lewej kraty, a za tymi paskudna morda Freeze'a.
Huczało mi w głowie. To wszystko stało się tak szybko. Jeszcze parę godzin temu byłam na otwartej przestrzeni. Na placu przy obrzeżach miasta. Tam spotkałam tego "starego znajomego", którego jak się okazało moc MROŹNEJ BURZY zmieniła w pół-lodowego-gargulca. Jakby tego było mało, ten fakt wskazywał, że to właśnie Freeze ukradł Kamienny Las. A teraz chciał jeszcze zmusić mnie do oddania mu Wichury Płomieni - dokładnie tak, jak przewidział Baldor!
Położyłam się na ziemi i nakryłam głowę łapami. Zadawałam sobie pytanie, jak mogłam dopuścić do takiej sytuacji. Jak do tego doszło, że trafiłam tutaj? A co ważniejsze... co w takim razie ze mną się stanie, skoro już tu jestem? Będę tu tylko siedzieć jakiś czas, czy za kilka dni mnie też zwiążą szyję sznurem?! Przecież zabrali mi Medalion Nieśmiertelności! 
Nie! Ja nie chcę umierać! 
Zerwałam się i szarpnęłam kraty. Ku niczyjemu zdziwieniu nie ustąpiły. Ogarnęła mnie panika. W mojej głowie wyła przerażająca myśl, że mogę umrzeć. 
Zaczęłam krążyć po swojej ciasnej celi. Od wyjścia do pustej miski i wiadra z wodą pitną. Postanowiłam zwilżyć ściśnięte ze stresu gardło. Jednakże już po pierwszym łyku zrobiło mi się jeszcze gorzej. Ta ciecz już zdążyła zaśmiardnąć. Zaczęłam kaszleć. 
Nagle usłyszałam szybkie uderzenia pazurów o ziemię. Jakiś wilk, albo inny psowaty biegł korytarzem więzienia. Wtem po drugiej stronie krat ujrzałam drobną sylwetkę Alfy naszej watahy. Tuż za nią podążał strażnik więzienny, ten sam, który mnie tu zamknął. Wadera zatrzymała się naprzeciw mojej celi. Z początku ten widok bardzo mnie ucieszył.
- Co ty zrobiłaś, Lind? Co ty zrobiłaś?! - wydarła się wadera. Na dźwięk jej słów aż podkuliłam ogon. 
- Ja... Ja nie chciałam, żeby to tak wyszło - Zaczęłam nerwowe wyjaśnienia. Zachowanie Alfy w tej sytuacji sprawiło, że skuliłam się, redukując swoją przewagę wzrostu. - Ja...
- Ale to zrobiłaś, tak? Walczyłaś i używałaś żywiołu, tak? - ryknęła.
- Ja... Tak, ale... To było niechcący! - dodałam szybko. - On mnie... - chciałam powiedzieć, że to wszystko wina Freeza, który sprowokował całą sytuację, ale Suzanna nie pozwoliła mi dokończyć. 
- Nie obchodzi mnie to! - rzuciła, nie obniżając tonu głosu. - Obchodzi mnie wataha, która przez ciebie może mieć poważne kłopoty! Zdajesz sobie z tego sprawę?!
- Suzanna, wysłuchaj mnie... - głos mi się załamywał. Uderzyła mnie nowa fala stresu i paskudne poczucie bezradności. 
- Nie! Żadne twoje tłumaczenia niczego już nie zmienią! - Samica Alfa drżała ze złości. - Chciałam, żeby było wam łatwiej, ufałam, że macie dosyć rozumu, by zachować się, jak należy. Zawiodłaś mnie, Lind! Zawiodłaś wszystkich! - Spojrzała mi prosto w oczy. - Jako Beta powinnaś być wzorem dla pozostałych, a nie... 
- P... przepraszam... - wydusiłam. - To wszystko... - W moich oczach stanęły łzy. 
- Żegnaj, Lind!
Suzanna i odwróciła się od mojej celi. W towarzystwie strażnika ruszyła do wyjścia. Rzuciłam się do stalowych krat.
- Nie! Zaczekaj! Proszę! Nie zostawiaj mnie tutaj! - krzyczałam, ale nikt mi już nie odpowiedział. 
Po moich policzkach spłynęła kaskada łez. Zaczęłam jak wariatka gryźć i drapać kraty. Byłam przerażona. Nie potrafiłam myśleć już o niczym innym, niż o słowach Alfy. Brzmiały zupełnie tak, jakby miała zamiar wydalić mnie ze stada i zostawić tutaj na śmierć.
Wkrótce rozbolała mnie szczęka. Na domiar złego przez te obdrapane kraty poraniłam sobie poduszki. Kiedy zabrakło mi już sił, opadłam na ziemię i zaczęłam płakać. To było dla mnie za dużo. Byłam zrozpaczona. Znalazłam się w sytuacji bez wyjścia. Nic nie mogłam zrobić. Czułam, że straciłam wszystko. Niepewność, czy w ogóle zachowam życie, była nie do zniesienia. Leżałam z zaciśniętymi powiekami i sercem walącym tak, jakby chciało mnie rozerwać od środka. Krztusiłam się własnymi łzami, z trudem łapałam oddech. 
Dużo czasu minęło, zanim zebrałam się w sobie by otworzyć oczy. Miałam nadzieję, że to tylko koszmar, który zaraz się skończy, a ja tak naprawdę jestem w swoim pokoju, albo... w jaskini. Jednak po uchyleniu napuchniętych od płaczu powiek, ujrzałam znów celę. A za kratami obok... Freeze'a. Spoglądał na mnie tymi białymi oczami. Dostrzegłam, że jego wyraz pyska nie był już tak obojętny, jak przy naszym spotkaniu na placu. Zakasłałam i powoli podniosłam się z ziemi, żeby zachować chociaż resztki godności. Chociaż... co mnie obchodzi, co będzie myślał ten padalec?
- Na co się gapisz? - spytałam i chrząknęłam, żeby pozbyć się chrypki. Otarłam łapą łzy z pyska, ale już po chwili zastąpiły je nowe. 
- Na nic... - Odwrócił głowę, żeby spojrzeć na ścianę naprzeciwko naszych cel. Skoro zamknęli go po mojej lewej stronie, oglądałam teraz jego "lodową część". 
- To wszystko twoja wina! - krzyknęłam w stronę basiora. 
Nie odpowiedział. Nie drgnął nawet.
- Twoja, słyszysz?! - Uderzyłam z furią w oddzielające nas kraty. 
- Ty już lepiej się zamknij - warknął. 
- Prawda boli, hę?! - rzuciłam z furią. Ledwo go widziałam przez oczy pełne łez strachu i wściekłości.
- Nie lubię słuchać nonsensów. 
Odsłoniłam kły i zawarczałam. 
- Ach tak?!
- Skończyłaś już? Już ci lepiej? - mruknął niezbyt uprzejmym tonem Freeze. Następnie odsunął się od mojej celi. 
- Nie! Nie jest mi lepiej! - ryknęłam. Znów skuliłam się na ziemi, z całej siły powstrzymując kolejną falę płaczu. Nie chciałam już się użalać nad sobą. Przecież to takie żałosne...
Błagam, niech ktoś wreszcie potwierdzi, co mnie teraz czeka!

<c.d.n.>

Uwagi: Brak.