piątek, 9 sierpnia 2019

Od Asgrima "Nigdy nie zrozumiem panien młodych"

Maj 2024
Ciężko było mi uwierzyć, że nadeszła wiosna. Mury Białego Miasta - choć w wielu miejscach wypełnione roślinnością - wydawały się puste i szare w stosunku do tego, co spodziewałem się zobaczyć kawałek za bramami. Oczywiście dotychczas nie odwiedziłem okolicznych wiosek. Nie oddalałem się od głównych zabudowań jak jakiś szczeniak, który trzyma się kurczowo swojego domu. A przecież Białe Miasto nie było moim domem. Już za jakiś czas (niestety, ale nadal nie wiedziałem jaki) mieliśmy opuścić to cało restrykcyjne królestwo i ogromnym kłamstwem byłoby stwierdzenie, że czułem z tego powodu żal. Bogactwo mieszało się tutaj zbyt mocno z biedą, a idealność z zepsuciem. Jedno wypierało drugie, tworząc dziwną mieszankę na tle surowych zasad.
Och, odnośnie zasad... Z tego, co słyszałem, to do celi trafiła już Lind. Moja kochana, radosna Lind. Nigdy nie umiałbym wyobrazić sobie jej w roli groźnego przestępcy. Nikt nie znał szczegółów, ale mogłem się założyć, że nie stało się nic poważnego, a jedynie władza przesadzała. Kolejna była Suzanna - Alfa z kolei trafiła tam za sprawienie problemów administracyjnych, co było moim zdaniem kolejną głupotą. Oni po prostu najchętniej zamknęli tych wszystkich dzikusów z lasu, czyli właśnie nas.
W każdym razie nie mogłem się doczekać stałego powrotu na łono natury, jednak wszystko się przeciągało. Mieliśmy spędzić tu jedynie zimę, jednak teraz powtarzane przez rozrzucone po mieście wilki wieści mówiły, że wyruszymy dopiero z końcem następnej. Miałem szczerą nadzieję, że była to jedynie zwyczajna plotka, bo nie uśmiechało mi się spędzanie tu kolejnych miesięcy. Wilki przebąkiwały coś o wybraniu nowej Alfy, byle tylko ruszyć dalej, co choć nie wydawało się do końca w porządku, było w gruncie rzeczy rozsądne. Nie mogliśmy siedzieć tu przecież w nieskończoność, prawda...?
Z braku lepszego zajęcia kręciłem się po Białym Mieście. Przyglądałem się wszystkim stoiskom,  przechodniom, każdemu kamieniowi czy zagubionej pajęczynie w rogu okna. Zaglądałem do sklepów oraz oraz czytałem różnego rodzaju ogłoszenia. Czasem towarzyszyła mi Elena. Na Tori nie miałem co liczyć - wilczyca trafiła w końcu do biblioteki i widząc taką ilość książek wpadła w zachwyt. Potrafiła spędzać w czytelni godziny, a ja po kilku sprzeczkach się poddałem. Musiałem jakoś żyć bez jej atencji, chociaż czasem myśl, że książki były dla niej ważniejsze ode mnie, bolała. Bardzo.
W którymś momencie w oko wpadła mi niewielka kartka. Podszedłem w jej stronę, by móc odczytać drobne literki. Ogłoszenie zostało napisane odręcznie czy też raczej z pomocą wąskiego pazurka. Litery były kanciaste, jednak pomimo tego był w nich jakiś urok.
Szybko okazało się, że sprawa była pilna. Jedna z obywatelek szykowała się do ślubu i podczas wizyty w świątyni zgubiła welon. W dalszej części było coś o tym, że nie chce żyć w pechu, więc proponuje nagrodę w zamian za pomoc w odnalezieniu zguby. Nie rozumiałem dlaczego samica brała welon do świątyni, skoro ślub miał się odbyć dopiero za kilka dni, ani czemu tak bardzo rozpaczała nad jego brakiem. Jakby po prostu nie mogła się bez niego obyć...
Westchnąłem i zerwałem kartkę z latarni, do której była przyczepiona. Spojrzałem na adres podany na samym dole, by z zadowoleniem stwierdzić, że znajdowałem się tuż obok mieszkania, które zajmowała zrozpaczona panna młoda. Co prawda poradziłbym sobie, gdyby to znajdowało się na drugiej stronie miasta (i tym razem nie jest to wychwalanie siebie; faktycznie przez te spacery zacząłem orientować się po tych wszystkich krętych uliczkach!), ale im szybciej będę na miejscu, tym szybciej dowiem się czy zlecenie jest w ogóle nadal aktualne. Wolałbym nie szukać dawno odnalezionego welonu.
Zastukałem pazurami do niewielkich drzwi i już po chwili otworzyła mi drobna skunksica.
- Dzień dobry, ja w sprawie tego ogłoszenia - powiedziałem, próbując powstrzymać się od odruchu wycofania się jak najdalej od niej. Zostałem kiedyś spryskany przez skunksa i to zdecydowanie nie było coś, co chciałbym przeżyć ponownie.
Samica podskoczyła z ekscytacji, po czym szybciej niż zdążyłbym zareagować odwróciła pyszczek i zawołała prawdopodobnie swojego przyszłego męża.
- Cameron, ktoś znalazł mój welon! 
- Nie, nie. Ja chciałem tylko spytać czy ogłoszenie jest aktualne - pospieszyłem z tłumaczeniem.
Uśmiech momentalnie zniknął z mordki skunksicy.
- O-oczywiście. Mam nadzieję, że uda się panu go odnaleźć. Nie mogę wziąć ślubu bez tego welonu...
- Zrobię co w mojej mocy... - mruknąłem.
- Liczę na pana. Do zobaczenia.
Drzwi zamknęły się z głośnym trzaskiem. Widocznie bez welonu nie byłem godny dłuższej rozmowy z panną młodą. Cóż miałem zrobić, jeśli nie wyruszyć na jego poszukiwania?

Wiedziałem, gdzie znajduje się świątynia, lecz nigdy wcześniej jej nie odwiedziłem. Wielu miejscowych było religijnych, jednak ja sam unikałem tego tematu jak ognia. Nadal zdarzało mi się myśleć o Eydis jako o jedynej i prawdziwej bogini, co starałem się z siebie wyplenić. Nie potrzebowałem wiary i złudzeń, które się z nią wiązały. Widziałem na własne oczy, jak pod przykrywką wypełniania boskiej woli popełniono wielkie zbrodnie. Widziałem śmierć, manipulację, której poddawano szczeniaki od dnia narodzin. Pomagałem im, wierzyłem w to wszystko niczym największy głupiec. Oddając cześć swojej bogini, robiłem wiele złych rzeczy i nic nie mogło tego zmienić. Należałem do cholernej grupy fanatyków. 
Wiara to gówno - stwierdziłem w myślach, wkraczając na teren świątyni. Nie wierzyłem w tutejsze bóstwa, więc nie bałem się żadnej kary z ich strony, kiedy na nie (oraz wszystkich innych bogów) psioczyłem w myślach.
Chciałem jak najszybciej znaleźć ten głupi welon i ewakuować się z tego miejsca. Niestety minęło sporo czasu, nim zauważyłem białą chustę. Wiatr musiał ją porwać, bo była zaplątana w gałęzie drzewa niedaleko samej świątyni. Westchnąłem głośno i mrucząc pod nosem słowa, które raczej nie spodobałyby się kilku bogom, zmieniłem postać.
Bez większych trudności wdrapałem się na samą górę i z niezadowoleniem stwierdziłem, że welon był w jednym miejscu porwany. Nie potrafiłem cofać czasu oraz byłem pozbawiony wszelkich zdolności krawieckich, więc jedynie ostrożnie go odplątałem i zlazłem z drzewa. Musiałem go dostarczyć tej skunksicy w takim stanie, a co ona zrobi z tym fantem już nie było moją sprawą. Znaleźć, znalazłem. To ona mogła go bardziej pilnować, skoro jest dla niej tak ważny.
Na mój pysk wkroczył krzywy uśmiech.
- Robi się z ciebie maruda na starość - mruknąłem do siebie pod nosem. 

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz co się wydarzy" cz. 3

Wczesny grudzień 2023 r.

Patrick
Willcan siedział na podłodze wpatrywał się tępo w sufit w kuchni Patricka. Opierał się plecami o szafkę, po której zsunął się nie tak dawno. Wyglądał tak, jakby był pod wpływem silnych narkotyków, ale Trick dzięki swojej lekarskiej karierze (oraz swoim magicznym zdolnościom) wiedział, że wcale tak nie było. Sam podniósł się z klęczków usiadł na krześle stojącym nieopodal. Kucharka zwykle kładła na nim gary z gorącą zupą, których nie chciała dłużej trzymać na ogniu, wobec tego było nieźle powycierane i zniszczone. Tym razem jej nie było w rezydencji. Wedle ustalonego zakresu czasu pracy winna zjawić za około godzinę... Do tego czasu Willcan powinien się ulotnić, aby na pewno nikt nie przekazał wieści o tym, że to on podał mu jakieś leki lub – co gorsza –nie narodziły się jakieś niewygodne plotki co do powodu obecności nastolatka w jego rezydencji. Król był na tym punkcie przewrażliwiony.
Niespodziewanie Patrick usłyszał pukanie do głównych drzwi wejściowych. Zwrócił w tamtym kierunku głowę z nadzieją, że było to przypadkowe i nikt wcale nie chciał się dostać do środka, ale dźwięk już chwilę później się powtórzył. Cichutko westchnął i ponownie popatrzył na Willcana.
– Za chwilę wrócę. Nie ruszaj się stąd. Jeśli coś będzie cię boleć to krzycz... lub trzaśnij najmocniej jak będziesz umiał drzwiami szafki, kopnij taboret...
Willcan powoli skinął głową. Patrick wstał z krzesła i skierował się do drzwi. Zamknął je za sobą, aby gość na pewno nie zobaczył syna księżniczki.
Pukanie znowu się powtórzyło.
– Idę! – krzyknął, a już niedługo później był przy drzwiach. Przekręcił złocony klucz w zamku i pchnął.
Niewysoka postać stojąca tuż za nimi z przestrachem odskoczyła. Sięgała Patrickowi do około łokcia... I była z całą pewnością dość młodą, może nastoletnią dziewczyną. Podniosła głowę i zmierzyła czujnym wzrokiem ciemnych oczu twarz Patricka. Oparł się lekko łokciem o ramę drzwi. Dopiero wtedy zauważył na jej szyi jakiś medalion... Wyczuwał od niej średnio silną nieaktywowaną aurę magiczną, co zasugerowało mu, że ten przedmiot może sprawiać, że wcale nie była taka młoda, na jaką wyglądała.
– Dzień dobry – zaczęła – Zastałam doktora Patricka Kingdoma?
– Dzień dobry... tak, to ja.
– Jeśli dobrze rozumiem... zajmuje się pan również sporządzaniem spisu zameldowanych mieszkańców miasta, również i tych przyjezdnych...
– Zgadza się – Zaplótł ramiona na piersi. Już domyślał się o co może chodzić.
– Jakiś czas temu przybyła tutaj moja wataha, jestem jej Alfą... Liczymy sobie na ten moment stu trzydziestu dwóch członków i zamierzamy tutaj zostać aż do końca zimy, niewykluczone, że nawet i dłużej. Zameldowaliśmy się w okolicznych karczmach, mogę podać ich nazwy.
Patrick wysłuchał jej do końca, nawet nie mrugnąwszy okiem.
– Zdaje sobie pani sprawę z tego, że takie rzeczy należy meldować na samym początku, prawda? Teraz mogą grozić pani konsekwencje prawne.
Zmarszczyła brwi.
– Nie jestem z tych okolic, nie znam reguł...
– Ignorantia iuris nocet.
Kobieta wyglądała na jeszcze bardziej zdezorientowaną, ale i też rozzłoszczoną.
– Nic z tego nie zrozumiałam.
– Nieznajomość prawa szkodzi – przetłumaczył Patrick – To z łaciny.
– Łaciny...?
– Tak się składa, że pani wataha utrudniała nam prowadzenie spisów przez długie tygodnie. Jeśli ktoś zaginął, został zamordowany, a my tego nie zauważyliśmy... to jest pani wina. Pani lenistwa i niedokładności. Rozmawiałem z członkinią pani watahy i przekazałem prośbę o zameldowanie. Wie pani kiedy to było? Trzy tygodnie temu. To mnóstwo czasu.
– Nie miałam kiedy...
– A co pani przez ten cały czas robiła, że nie mogła znaleźć choć chwilki, aby przyjść do głównego centrum naszej administracji? Jest otwarta całą dobę.
– Ale odesłali mnie tutaj...
– Bo ma pani już kłopoty i to ja mam ustalić, co z panią zrobić.
Posiniała na twarzy. Patrick miał chęć powiedzenia o kilka niepochlebnych słów więcej, ale się powstrzymał.
– Za każdy dzień opóźnienia obowiązuje grzywna w postaci pięćdziesięciu Bellos za dzień, lub odsiadka każdego z tych dni przez każdego z członków stada. To będzie dwadzieścia dziewięć dni, zatem tysiąc czterysta pięćdziesiąt Bellos lub trzy tysiące osiemset dwadzieścia osiem dni spędzonych w więzieniu łącznie. To w przybliżeniu prawie dziesięć i pół roku. Decyzja co dalej zależy od pani.
Kobieta przyłożyła dłoń do ust, wyglądając na poważnie zagubioną.
– Ma pani trzy dni na przegadanie tego ze stadem i ustalenie co dalej. Najpierw jednak niech się pani uda do administracji, aby zameldować każdego z członków stada. I niech pani nie myśli, że kara zostanie usunięta... To jedynie sprawi, że nie będą naliczane kolejne dni. Czy wszystko jest jasne i zrozumiałe?
Kobieta patrzyła tępo w przestrzeń. Patrick czekał chwilę na odpowiedź, ale gdy ta nie nadeszła, uznał, że nie ma zamiaru czekać ani chwili dłużej. Nie był pewien, jak się czuje Willcan.
– Do widzenia – powiedział chłodno, zamykając drzwi tuż przed jej nosem.
W zasadzie to nie obchodził go jej los...

czwartek, 8 sierpnia 2019

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz co się wydarzy" cz. 2

Wczesny grudzień 2023 r.

Patrick
Willcan stał na środku areny, patrząc w skupieniu na swoje dłonie. Kilka metrów od niego, konkretniej naprzeciwko, znajdował się Patrick. To właśnie on od ponad roku miał za zadanie uczyć nastolatka posługiwania się swoimi mocami, rozpoznawania i walczenia z zagrożeniem oraz refleksu.
– I co? Wypatrzyłeś coś?
Willcan pokręcił głową. Raz jeszcze zacisnął dłonie w pięści, a następnie ponownie je rozluźnił i na nie popatrzył. Patrick cicho westchnął i z utęsknieniem powędrował wzrokiem ku wyjściu z areny. Wolałby się w tym czasie zajmować segregowaniem dokumentów, które po ostatnim ataku nietoperzy walały się po całym jego biurze. Wydał nakaz wytępienia co najmniej połowy z ich siedlisk, ale teraz nawet nie mógł kontrolować swoich ludzi – czy też zwierząt – podczas pracy. Doskonale znał ich tendencje do lenistwa pod jego nieobecność. Glory mawiał, że dopóki Patrick nie przejął stanowiska generała w wojsku panował dość duży nieład, a poukładanie żołnierzy oraz strażników nie należało do najłatwiejszych procesów. Wciąż niektórzy sądzili, że jest to praca łatwa i jednocześnie dobrze płatna...
– Chyba coś widziałem!
Patrick spojrzał na niego, ale właśnie wtedy z Willcana uleciało całe powietrze.
– To był jednak jakiś owad...
Patrick spojrzał w niebo, jakby z nadzieją, że zaraz coś z niego spadnie, co pozwoliłoby mu zniknąć aż do momentu, aż młodzieniec nie wymyśli czegoś, co aktywowałoby choć iskrę magii.
– Sądzę, że jesteś wciąż za mało skupiony. Coś stale cię rozprasza. Stoimy tak już od ponad godziny, ale ty ani nie wyglądasz na skupionego, ani na znudzonego. Jeśli chcesz to zrobić dobrze, nie możesz tego robić na odczepne – zaczął się zbliżać do chłopaka, ale Willcan właśnie wtedy opuścił dłoń i odsunął się od niego o kolejne kilka kroków.
– Nie zbliżaj się! – wrzasnął. Patrick się zatrzymał. Już przywykł do takiego zachowania. Doskonale widział, że nastolatek był na coś chory, ale nie mógł postawić żadnej diagnozy. Choćby dlatego, że nie miał wykształcenia na psychiatrę... Acz w zasadzie na terenie Białego Królestwa nie było ani jednej osoby, która by się w tym faktycznie specjalizowała.
– Spokojnie, nic złego się nie dzieje... – powiedział Patrick cicho – Nie chciałem być dla ciebie niemiły.
Willcan zaczął płakać.
– Skup się na moim głosie. Nie słuchaj tamtych. Jedyną osobą, która może ci zrobić krzywdę, jestem ja. Z tym, że ja nie mam nawet takiego zamiaru. Jestem tu po to, aby ci pomagać, a nie szkodzić. Uważam, że jesteś zdolnym, ale mało skupionym chłopcem...
– Staram się! – wrzasnął – Dlaczego ty tego nie rozumiesz?!
Patrick zamilkł. Rozumiał w czym tkwi problem, ale nie chciał się narzucać jego rodzinie. Ani teraz, ani nigdy potem. Jego podejście nie różniło się zbyt wiele od tego, jak Willcana traktowali jego najbliżsi. Nie miał pewności, czy to aż tak dobra decyzja, ale był jednak zdania, że nie warto się wtrącać... To mogło mu przynieść tylko więcej kłopotów. I jemu samemu, i Willcanowi.
– Chcę dla ciebie jak najlepiej, Will.
Willcan wrzasnął, chwycił się za głowę i nachylił. Szarpnął za włosy. Patrick zamknął oczy. Słyszał płacz chłopca jak przez szybę. Wolał nie nabierać skojarzeń z samym sobą w momentach załamania. Wolał zachować dystans... Zbytnie angażowanie się mogłoby być destrukcyjne nawet dla niego samego.
– NIC NIE ROZUMIESZ! – krzyczał dalej.
Patrick ani drgnął. Dopiero po kilku dłuższych chwilach powiedział:
– Nie wiesz, kiedy ktoś ukrywa jakiś problem. Nie wiesz o chorobach, nie wiesz z czym kto się zmaga na co dzień. Nie znasz niczyich prawdziwych motywacji. Tak naprawdę nie wiesz nic – zrobił pauzę – Nie chcę ci powiedzieć przez to, że inni mają gorzej. Moi psychiatrzy mawiali, że nie wolno mi tak myśleć. Nigdy. Każdy problem liczy się tak samo bardzo.
Dopiero wtedy uchylił powieki. Willcan patrzył na niego z przerażeniem, osłupieniem. Nadal miał policzki zalane od łez, ale teraz przynajmniej już nie szlochał. Słuchał go.
– Zgadza się: sugeruję, że potrzebujesz pomocy farmakologicznej, jednak mam do dyspozycji wyłącznie własne leki i nie mam prawa, aby przypisywać ci coś bez pewnej diagnozy.
– D-diagnozy...?
– Sądzę, że jest to schizofrenia, jednak zastrzegam, że mogę się mylić.
Willcan ciężko oddychał. Cały się trząsł. Patrick jednak nie czuł nic. Po prostu na niego patrzył. Nie był zmartwiony, nie współczuł mu.
– Moje leki zaliczają się jako neuroleptyczne. Mogłyby ci ulżyć choć trochę...
Wzrok Willcana stał się całkowicie pusty. Patrick powoli się do niego zbliżył i przytulił. Tym razem nastolatek nie uciekał. Położył nawet dłoń na jego brzuchu. Miał charczący oddech. Patrick przytulił go odrobinę mocniej.
– Nic ci nie grozi, jestem tutaj – szeptał, lekko kołysząc się z nim na boki. Mimo że nigdy nie byli sobie szczególnie bliscy, Willcan rzeczywiście poczuł się spokojniejszy i bezpieczniejszy. Patrick nie czuł, aby to była jego jakaś wielka zasługa. Miał poczucie, że tak po prostu powinien postąpić.

<C.D.N.>

środa, 7 sierpnia 2019

Od Lind "Koniec koszmarów" cz. 3 (cd. Leah)

Listopad 2023
Ludzka-Leah pierwsza opuściła się po znalezionej drabinie na parter. Ciasno oplatając kolejne szczeble tymi chudymi palcami, wkrótce zniknęła pod podłogą. Ja oczywiście nie planowałam obrania podobnej strategii; nie z paskudnie bolesną zmianą formy. Tak więc odczekałam chwilę; tudzież tyle, ile uznałam będzie potrzebować moja przyjaciółka, żeby odsunąć się od zejścia. Następnie zeskoczyłam na dół, amortyzując upadek skrzydłami z wiatru. Jeszcze zanim wylądowałam, poczułam wyraźniejszy zapach tantibusów. Jesteśmy na bardzo dobrym tropie.
- Uważaj trochę! - skarciła mnie Leah szepto-krzykiem. 
Pokręciłam pyszczkiem, nie rozumiejąc jej reakcji Przecież zeskoczyłam odpowiednio daleko od niej.
Obejrzałam się za siebie. Ting dosłownie zbiegł po drabinie i stanął obok nas. Wtedy Leah wróciła do formy wilczej. Powęszyła, a potem coś zamruczała, zerkając ku górze. Prawdopodobnie myślała o tym, że Ark nadal nie miał dogodnej ścieżki, która pozwoliłaby mu dostać się z nami do kamienicy. Dla pewności, spytałam ją o to. Wadera potwierdziła skinięciem głowy. 
- Na pewno we trójkę też sobie poradzimy - mruknęłam pocieszająco, spoglądając na spowite w mroku otoczenie. Dzięki delikatnemu światłu bijącemu od sierści Leah, rozróżniłam zarysy stojących najbliżej mebli i kilku spróchniałych półek z zakurzonymi naczyniami. Zaczęłam się zastanawiać, jaki rodzaj towarów tutaj kiedyś sprzedawano. Z zamyślenia wyrwała mnie Leah. Ruszyła naprzód, przenosząc ze sobą niebieskawy blask. Poszłam za nią, wodząc wzrokiem po naszym otoczeniu. Szukałam ścieżek prowadzących do właściwego leża tantibusów. Wtem odniosłam wrażenie, że łuszcząca się farba na ścianach zafalowała. 
- Ting... - szepnęłam. Dziwne zjawisko powtórzyło się. - Zapal jedną z tych czaszek.
Odmieniec posłusznie wyjął z plecaka swoją klekoczącą broń i przywołał z niej ogień. Momentalnie rozświetlił w ten sposób całe pomieszczenie. 
Wtedy rozległ się jakby syk stada węży. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do blasku,
dostrzegłam, że w prawie każdym kącie tego długiego, nieco zagraconego pomieszczenia głównego, siedziała spowita czarną mgłą sylwetka. 
Zaskoczona, odruchowo cofnęłam się ku centrum pokoju. Zatrzymałam się dopiero, kiedy wpadłam na Leah. Towarzysząca mi wadera już szczerzyła kły, gotowa do walki.
- Mamy je - warknęła.
- My je, czy one nas? - mruknął sceptycznie Ting, wyciągając z plecaka drugą broń.
Siedzące najbliżej tantibusy bez namysłu zaatakowały intruzów, którzy zbyt wcześnie przerwali im odpoczynek. 
W ostatnim momencie zdołałam uderzyć wiatrem pierwsze monstrum. Niestety nie zdążyłam dowiedzieć się, gdzie to coś poleciało, bo już miałam przed oczami kolejnego tantibusa. Tym jednak zajęła się Leah. W locie schwyciła kłami jego łapę i rzuciła go na ziemię. W międzyczasie Ting mocował się z trzecim. Chociaż może powinnam powiedzieć, że potwór koszmaru próbował zrzucić podduszającego go Odmieńca, a nie z nim walczyć. Wtem zdawało mi się, że pośród tego zgiełku usłyszałam kłapanie paszczy smoka. Dochodziło z góry, więc mógł to być Arkan.
Na takiej defensywie upłynęło nam paręnaście następnych minut. Cały czas znikąd wyskakiwały kolejne wściekłe Tantibusy. Kto by pomyślał, że są tak wrażliwe na punkcie swojego legowiska. 
Wreszcie czarna chmara zaczęła się przerzedzać. Tak skupiłam się na walce, że jak zabrakło mi kolejnego atakującego tantibusa, przez chwilę nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Zrozumiałam, że pokonaliśmy pierwszą grupę. Nie mniej jednak na pewno nie zabiliśmy wszystkich, które tu siedziały.
Popatrzyłam po pozostałych uczestnikach przedsięwzięcia. Leah zrobiła dokładnie to samo.
- Wszyscy są cali? - spytała.
- Tak... tak... - wydusiłam, nieco zdyszana po walce. Miałam co prawda kilka mniejszych lub większych ran, ale lada chwila wszystkie się zagoją dzięki Medalionowi Nieśmiertelności.
- Tak - zawtórował mi Ting. 
- Gdzie pozostałe tantibusy? - Zaczęłam się rozglądać. - Na pewno było ich więcej. 
- Muszą mieć gdzieś tutaj drogę ucieczki - odparła Leah. - Prowadzącą w głąb leża. 
- Chyba ją znalazłem - oznajmił Ting. Wskazał ptasią czaszką dziurę w ścianie za przewróconą szafą. - Ale nie wszystkie pobiegły w tamtą stronę, Srebrzysta.
- Niech drugą grupą zajmie się Ark - zaproponowałam. - Niewykluczone, że już to zrobił - przypomniałam sobie wyłapany na początku walki dźwięk. - Leah, przekażesz mu to telepatycznie? - W końcu już parę razy używała tej techniki w mojej obecności. 
(Przyznam, trochę jej zazdrościłam tego drugiego żywiołu.)
- Jasne. Dobry plan. Będzie naszym Cerberem - uśmiechnęła się wadera. 
- Pewnie gdyby nie zbyt małe przejście nikt by o tym nawet nie pomyślał - rzucił Odmieniec. 
Czekając, aż Leah skończy przekazywać informacje Arkanowi, podeszłam bliżej przejścia tantibusów. Charakterystyczny dla nich zapach był tutaj naprawdę mocny. 
- Jeśli skargi miały być od ponad... dwu... dwu... - zacięłam się, nie mogąc przypomnieć sobie nazwy tej liczby. 
- Dwustu - dokończył za mnie Ting. 
- Dwustu obywateli... - kontynuowałam. - Więc tantibusów raczej nie będzie tutaj więcej. 
- Bardzo odkrywcze, Pierzasta - mruknął. 
- Ech, zmierzam do tego, żeby cię spytać, ile pokonaliśmy tutaj - Zgarnęłam grzywkę sprzed oczu.
- Maksymalnie trzydzieści pięć - odparł Strażnik. - Musimy wymyślić coś lepszego, niż zwykła walka wręcz, jeśli chcemy jednego wieczora pozbyć się wszystkich - Z tego zdania mogłam wywnioskować, że "trzydzierści" to raczej mała część z "dwustu".
- Chyba że jest ich znacznie mniej - skwitowałam. 
- Niewykluczone. 
- Możemy iść dalej - wtrąciła Leah. 
Nie trzeba było mi tego dwa razy powtarzać. Pierwsza ruszyłam wygryzionym przez tantibusty tunelem. Chociaż z pozoru ta misja była dosyć niebezpiecznym wyzwaniem, mnie wydawała się być raczej niezwykle interesującą przygodą. Aczkolwiek niewykluczone, że istotnym czynnikiem wpływającym na moje subiektywne odczucia, był Medalion Nieśmiertelności. Przede wszystkim; znieczulał na ból i zmniejszał moje wszelkie obawy do minimum. Nie wątpiłam też w umiejętności Leah, a co dopiero Tinga. Byłam pewna, że i oni wyjdą z tego zupełnie bez szwanku.
Tunel zaczynał się szeroko (zapewne sprzyjało to przeciskaniu się paru tantibusów naraz), jednak w kilku miejscach znacznie się zwężał. Zauważyłam, że przez to Leah zostawała trochę w tyle, ale nie na długo. Zamykający pochód Ting nie miał żadnych trudności, poza tym, że gryf jego banjo co chwila obijał się o, nazwijmy to, strop przejścia. 
Wkrótce wynurzyłam się z tunelu do nowego pomieszczenia. Poczułam niezbyt przyjemny zapach wilgoci i rozwiniętej pleśni. Byłam prawie pewna, że trafiliśmy do piwnicy. Wskazywało na to surowe, kamienne podłoże oraz wspomniany swąd. Rozprostowałam nogi i odsunęłam się, by moi przyjaciele mogli do mnie dołączyć. Po raz kolejny, jedynym źródłem światła w pomieszczeniu było futro Leah. Wadera zaczęła węszyć. Skrzywiła się i oznajmiła szeptem:
- Kiedyś przechowywano tu wino. 
- Ciekawe, czy dobre wino - Jako jedyna z towarzystwa wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
Pozostali nie byli aż tak skorzy do żartów. Widząc ich powagę, poczułam się odrobinę niezręcznie. Chrząknęłam i zgarnęłam z oczu grzywkę, jak gdyby nigdy nic.
Ting znów zapalił ptasią czaszkę w formie pochodni. Ściskając ją w długiej, chudej łapie, uniósł nad głową. W ten sposób zmusił siedzące na suficie Tantibusy do nieznacznego odsunięcia się. Warczały wściekle. Nie widziałam nawet koloru ścian; tylko czarną mgłę i świecące ślepia potworów. Czas na rundę drugą.

<Leah?>

Uwagi: "Znikąd" piszemy łącznie. "W głąb" piszemy oddzielnie. Mówi się (oraz pisze) "wymyślić", nie "wymyśleć". Literówki i sporadyczny brak polskich znaków.

wtorek, 6 sierpnia 2019

Od Edel "Czuję tylko zagubienie" cz. 7 (cd. Crane)

Styczeń 2024
Nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, że nie tylko ja mogę umrzeć tak wcześnie. Sylwetka Crane'a - choć dość drobna jak na samca - była zdrowa, a on sam wyglądał młodo. Sprawiał wrażenie pełnego sił, jednak teraz w głowie szumiały mi jego słowa. Nie wiedział, ile czasu mu zostało. Śmierć cały czas czyhała na życie jego i innych młodych wilków z watahy, powoli wyciągając w ich stronę pazury. W którymś momencie miała zaatakować i wykończyć. Tak zabójczo skutecznie, jak umiała tylko ona.
Basior opiekuńczym gestem otarł łzy, które nieproszone opuściły moje oczy. Ten niemy gest sprawił, że miałam jeszcze większą ochotę płakać. Dlaczego musiał się urodzić tutaj i tym samym być narażonym na przedwczesną śmierć?
- Nie martw się. Na razie oboje tu jesteśmy - mruknął.
- Ale każdego dnia, któreś z nas może odejść. Na zawsze.
Słowa same wyrwały się z mojego pyska. Były ciężkie od żalu i lęku, który cały czas się gdzieś we mnie tlił. Wiedziałam, że od tego momentu już zawsze będę się martwić o tego sympatycznego samca. W każdej chwili, kiedy nie będę go widzieć, w moim umyśle zalśni obraz jego martwego ciała.
Potrząsnęłam delikatnie łbem, próbując odegnać od siebie ponure myśli. Na próżno.
Crane niepewnie zmniejszył dzielący nas dystans. Zwykle to ja wykonywałam pierwszy krok, jednak w tamtym momencie nie myślałam o tym. Wdzięcznie wtuliłam się w sierść basiora. Ze swojego miejsca dokładnie słyszałam rytm, który wybijało jego serce. Skupiłam się na nim oraz cieple, które otaczało jego ciało. Były to najprostsze oznaki życia, które nadal w nim było.
Gdy łzy zaschły w moich oczach, zdobyłam się na zadanie pytania, które ciągle chodziło mi po głowie.
- Nie ma jakiegoś sposobu na pokonanie... tego?
- Jeśli pytasz o lekarstwo, to nie - odparł cicho. Kiedy mówił, jego oddech rozwiewał moją sierść.
Opuściłam uszy, jednocześnie myśląc na najwyższych obrotach. Czułam, że musiał być jakiś sposób, by zwyczajne wilki z Watahy Czarnego Kruka także mogły dożyć starości.
Nagła myśl poraziła moje ciało. Niektóre wilki nosiły na swoich szyjach medaliony, które - jak wyjaśniła mi kiedyś Tori - dawały nieśmiertelność do czasu, aż ich właściciel miał je na szyi. Nie myślałam nigdy o nich zbyt wiele. Po przeżyciach w Zakonie byłam przeciwniczką wszystkiego, co wiązało się z nieśmiertelnością, jednak Crane... On nie mógł umrzeć. Byłam gotowa poświęcić wszystkie swoje moralne zasady, a nawet - jakby zaszła taka potrzeba - swoje życie, byle tylko on dożył starości. Zasługiwał na życie.
- A medaliony?
Czułam, jak ciało Crane'a momentalnie się spięło. Basior odsunął się i spojrzał prosto w moje oczy. Przyglądał im się badawczo, jakby czegoś w nim szukając. Nie odezwałam się, grzecznie czekając na jego słowa.
- Masz na myśli Medaliony Nieśmiertelności? - mruknął.
Przytaknęłam.
- Wiem, że ktoś w stadzie przechowuje te przeznaczone na sprzedaż, ale jest ich tylko kilka; nie wystarczy dla wszystkich członków mojej watahy. Zresztą, cena też nie ułatwia sytuacji. Kogoś takiego jak ja nie stać nawet na pół medalionu.
- Nigdy nie byłam specjalnie wybitną alchemiczką - rzuciłam, myśląc na głos. - Nie dałabym rady sama go stworzyć, ale...
Crane zdawał się rozumieć do czego zmierzam, nawet jeśli ja sama nie byłam jeszcze tego pewna.
- Nie. Dam sobie radę.
- Ale... - spróbował znowu zacząć, jednak pod naporem zdecydowanego spojrzenia basiora zamilkłam.
Spuściłam wzrok na drewnianą podłogę. Bałam się, tak bardzo się o niego bałam. I najgorsze w tym strachu było, że nic nie mogłam poradzić. Dosłownie nic. Gdybym mogła oddałabym mój własny czas, byle tylko on mógł dożyć starości. Znaleźć miłość i doczekać się własnych szczeniaków (jakkolwiek by ta myśl nie była bolesna...).
Crane odchrząknął cicho, wybudzając mnie z moich rozmyślań. Patrzył w stronę okna, za którym świat zapadał się powoli w ciemności. Nie sądziłam, że nasza rozmowa trwała tak długo.
- Zanim wyjdziemy, chciałbym wziąć coś ze swojego pokoju. Spotkamy się, kiedy słońce zacznie zachodzić, dobrze?
Skinęłam głową, zmuszając się do delikatnego uśmiechu.
- Jasne. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia - powiedział i posyłając mi ostatnie spojrzenie, wyszedł.

<Crane?>