środa, 14 sierpnia 2019

Od Lind "Trzecia albo piąta doba" cz. 2

Styczeń 2024
Pół leżałam, pół siedziałam, opierając się na kratach oddzielających mnie od Freeze'a. Spod napuchniętych od częstego płaczu powiek, obserwowałam ruchy sąsiada. Basior chyba czegoś szukał. Spytałabym, co to było, gdyby mi się chciało. Nigdy w życiu nie czułam się tak jak wtedy; jak wrak wilka, jak pusta skorupa bez żadnych chęci do czegokolwiek. Szaleńcza wściekłość, czy czarna rozpacz już dawno minęły. Teraz czułam tylko beznadzieję. 
Freeze widząc, że jego starania nic nie dały, westchnął głośno. Cokolwiek to było, czego szukał, zdecydował, że obejdzie się bez tego. 
- Nie mamy żadnych sensownych rekwizytów... - Spojrzał na mnie. - No nic... Może zacznę od tego - znasz jakiekolwiek liczby? - spytał. 
- Umiem liczyć do pięciu - wymamrotałam nie dbając o to, czy da się mnie w ogóle zrozumieć. Nie chciało mi się ruszać szczęką, a pół mojego pyszczka przylegało do ściany z krat. 
- No to policz - Freeze usiadł naprzeciwko mnie. 
- Jeden... dwa... trzy... pięć... - Między każdym kolejnym słowem była naprawdę duża przerwa. 
- To nie jest liczenie do pięciu - usłyszałam. - Pomijasz liczbę "cztery", która znajduje się między "trzy" i "pięć". 
Całe życie w kłamstwie... Pewnie w innych warunkach bardziej bym się tym przejęła. 
- Uhum... - westchnęłam. 
- Słuchasz mnie? - rzucił Freeze.
- Ta...
- To policz jeszcze raz.
- Jeden... dwa... trzy... Jerry.... pięć...
Basior odchrząknął. Oczywistym było, że miało to na celu powstrzymanie śmiechu. Pewnie znów się wygłupiłam... 
Do oczu napłynęły mi łzy. Uporczywie powracająca myśl, że nie chcę i nie powinnam tu być znów wyła w mojej głowie. Tak bardzo tęskniłam też za innym towarzystwem... 
- Powtórz po mnie: czte-ry - zaakcentował Freeze. 
- Cz-te-ry - rozbiłam słowo na więcej części. - Cztery. 
- Licz jeszcze raz; jeden, dwa... - Urwał i spojrzał na mnie; chciał bym to ja dokończyła.
- Trzy, cztery, pięć - mruknęłam. 
- Dobrze, to jest właśnie poprawne liczenie do pięciu. 
Przyozdobiłam pysk krzywym uśmiechem. Chociaż tyle się udało. 
- Będziesz musiała wkuć na pamięć jeszcze kilka nazw. Prawdopodobnie je już kiedyś słyszałaś. Cała reszta to będzie powtarzanie pewnego prostego schematu - zapewnił Freeze.
Skinęłam głową na znak, że rozumiem. 
- Bezpośrednio po "pięć", mamy "sześć" - kontynuował samiec. 
- Sześć... Sześć... Dobrze to wymawiam? - spytałam. Liczba brzmiała bardzo podobnie do "cześć". 
- Tak - odparł. Przez chwilę zdawało mi się, że na jego pysku mignął lekki uśmiech. 
- Cztery, pięć, sześć... Powinnam zapamiętać. 
Przez kilka następnych minut w ten sam sposób Freeze zapoznawał mnie z nazwami kolejnych liczb; aż do dziesięciu. Każdą nową kazał mi wymieniać w szeregu, zaczynającym się od czwórki. Po odrobinie treningu (którego nie ułatwiało moje rozkojarzenie i myśli o świecie zewnętrznym), potrafiłam przywołać z pamięci nazwę każdego z tych nowych numerów. 
- Kolejnym etapem będą liczby do dwudziestu - oznajmił Freeze, widząc, że wreszcie robię postępy.
- Okej... - Nie wiedziałam, co to w sumie dla nas oznaczało. 
- Dwadzieścia, to tyle samo co dwie dziesiątki. Rozumiesz? 
- Chyba tak - odparłam. Jednak wyraz mojego pyska niezbyt odzwierciedlał to, co powiedziałam. Freeze kontynuował więc wątek: 
- Wyobraź sobie udziec zająca - Zarysował łapą na ziemi kształt pysznego kawałka mięsa. Na samą myśl o dodatkowej porcji jedzenia, w moim pysku zebrała się ślina. - Powiedzmy, że jesteś w stanie ogryźć kość dziesięcioma gryzami. Jeśli będziesz mieć dwa takie same udźce...
Olbrzymia porcja, jak na standardy więzienia. Poczułam uścisk w żołądku świadczący o wielkim głodzie. 
- ... będziesz musiała odgryźć dwadzieścia kęsów - dokończył Freeze.
- Tak... - Wysilałam się, by myśleć o liczeniu, nie o jedzeniu. Niemniej jednak te wizje nie odchodziły zbyt łatwo. - Czyli... to całkiem proste... - podsumowałam, chociaż jak na razie średnio mi szło obrazowanie tego. - Chwileczkę, każda liczba ma zestaw własnych liczb, określających coś większego od niej? - spytałam.
- Um... - Tym razem basior nie był pewien co ja mam na myśli. - Stosunek liczb względem siebie jest uniwersalny. Zrozumiesz to, jak przejdziemy do rachunków. Po prostu na razie zostawmy ten temat i zajmijmy się nazewnictwem liczb.
- Niech będzie. Zatem co jest po dziesięciu? - westchnęłam. Wtedy znów przed moimi oczami pojawiły się udźce zająca.
- Jedenaście. 
- Kiedy dostaniemy coś do jedzenia? - obejrzałam się w kierunku, z którego raz dziennie przychodził strażnik z posiłkiem. 
- Co? - zdziwił się Freeze nagłą zmianą tematu. 
- Nie wydaje ci się, że już powinniśmy dostać dzisiejsze racje? - westchnęłam. Wszelkie resztki mojej uwagi powędrowały w stronę wyczekiwanego jedzenia. Liczby poszły na dalszy plan. 
- Nie... - odparł mój sąsiad. - Strażnik przyjdzie dopiero za parę godzin. Pewnie najpierw przyjdzie dowódca straży na obchód. 
- Ugh... - z wyraźnym zawodem opadłam znów na kraty. - Jestem głodna... Od kilku tygodni! - narzekałam jak szczenię. 
- Takie warunki więzienia. Sama się na to pisałaś - odparł Freeze. 
- Nieprawda. Ty mnie na to skazałeś - Opuściłam brwi.
- Jak długo jeszcze chcesz sobie to wmawiać, Lind? - Basior przejechał łapą po pysku. - To twoja własna wina - podkreślił każde słowo.
Zacisnęłam zęby. 
- Nie. Tylko i wyłącznie twoja - wysyczałam. 
Jednocześnie wstałam na równe łapy i wlepiłam mordercze spojrzenie w swojego sąsiada zza krat. Ustaliliśmy, że podczas nauki liczenia odsuniemy wszelkie zwady na bok... ale lekcja chyba się skończyła. 

<C.D.N.>

Uwagi: Piszemy "niemniej jednak", nie "nie mniej jednak". Ta spacja jest całkowicie niepotrzebna.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Od Magnusa "Zakres indywidualny" cz.3

Listopad 2023 r.
Coś bardzo zdenerwowało Harendrę. Nie chciałem jej jeszcze wypytywać, miałem przeczucie, że wszystkiego się dowiem, ale w swoim czasie. Zamiast tego skupiłem się na biegu. Z niejakim zadowoleniem wsłuchiwałem się w głuche uderzenia łap o bruk, w to jak rozchodzą się drżeniem po moich kościach i jak brzmią w porównaniu z równomiernym stukotem kopyt. Trochę czasu minęło od kiedy tak pędziłem. Chwyciła mnie nawet nuta nostalgii – pomimo hałasu, przypomniały mi się moje pierwsze, nieudolne próby polowań.
Kiedy zacząłem odnosić wrażenie, że zaraz się wywrócę, zmiennokształtna zwolniła. Znajdowaliśmy się niemal przy samym murze odgradzającym miasto od reszty świata. Nieliczne promienie słońca padały na jego monstrualną postać zza gęstniejących chmur. Odniosłem wrażenie, że zrobiło się chłodniej.
Łania ruszyła lekkim kłusem wzdłuż ogrodzenia, rozglądając się, aż do ściany budynku stojącego z nim w bezpośrednim kontakcie. Chcąc nie chcąc, ruszyłem za nią, jeszcze dysząc. Przystanęła po chwili i spojrzała w górę. Podążywszy za jej wzrokiem dostrzegłem coś czerwonego, chyba skrawek materiału powiewający lekko pod naporem wiatru. Harendra musnęła pyskiem kostkę brukową, a ta jak gdyby nigdy nic, wraz ze ścianą obok rozpłynęła się, pozostawiając po sobie tylko siatkę, rozdartą jakby przez kocie pazury. Dziewczyna westchnęła cicho z ulgą.
– Nazywamy to iluzorycznym parkanem – mruknęła niechętnie, chyba dalej trochę zawstydzona. – Nie działają bezpośrednio dzięki magii, można powiedzieć, że zostały tylko zaprogramowane dzięki niej. Pobierają energię z otoczenia. Dlatego ciężko je wykryć. Milo to wymyśliła, by zamaskować kryjówki Yuny.
Zamaskować kryjówki. Wszystko wiedzieli, przeklęci. Ale czegoś tak chytrego raczej nie domyśliłbym się sam.
Harendra zmieniła swoją postać i przeszła przez powstałe przejście pomiędzy ścianą a murem. Ziemia była tu ubita, w kilku miejscach rosły jedynie jakieś chwasty. Ktoś musiał bardzo często tędy przechodzić. Za rogiem, ukryta za kolejnym parkanem, znajdowała się kilkumetrowa wnęka, z trzech stron otoczona ścianami budynku, z czwartej murem. Zadaszenie ponad tym miejscem i bliskość okien mogłyby sugerować wykorzystywania go jako przestrzeń na sznur od prania, czy coś w tym stylu. Budowla była stara i raczej niezamieszkana, nie mam pojęcia dlaczego architekt miałby uwzględnić coś takiego w planie.
Dziewczyna uklękła i przez chwilę szukała czegoś na murze. Znaleziskiem okazał się ubytek w zaprawie. Dziura przebiegała na wylot i wyglądała bardziej jak podkop.
– W porządku. Mogę opowiedzieć co się stało, ale musi mi pan obiecać, że zostawi to pan tak, jak jest – powiedziała zmiennokształtna.
– Harendro, wiesz, że nie mogę – Zaoponowałem. Na twarzy dziewczyny zagościło zaskoczenie, a potem zmieszanie. – Obiecałem odnaleźć i odprowadzić do domu twoją przyjaciółkę. Nie mogę tego tak zostawić. Jestem pewien, że jest inne wyjście niż ucieczka, a wy na pewno pomożecie Yunie je znaleźć.
Dziewczyna spuściła wzrok. Biła się z myślami.
– No... No dobrze – powiedziała, a chwilę potem zadrżała, jakby obrzydzona tym co właśnie wypłynęło z jej ust.
– A więc?
Dziewczyna odetchnęła głęboko.
– Jej powód to rodzice – zaczęła opowiadać szybko, niespokojnie – Nie chodziło o kieszonkowe, chłopaka czy inne bzdury. Oni jej nienawidzą. Nigdy nie powiedziała czemu, nie sugerowała też wprost, że ją biją czy coś takiego, ale wiedzieliśmy, że jest bardzo, n-naprawdę źle.
Zatrzymała się, przebiegła wzrokiem po murze.
– Pewnego razu spotkaliśmy się tam gdzie zawsze, Boże, ona wyglądała okropnie. Miałam wrażenie, że dopiero wtedy zobaczyłam jak bardzo jest chuda i... i smutna. Rozpłakała się tam. Obiecaliśmy, że jej jakoś pomożemy...
– Pomożecie uciec? – dopytywałem.
– Nie, nie! – Harendra zaprzeczyła spanikowana. – To ona chciała uciekać, była taka załamana, że zamierzała wynieść się z miasta. Wynegocjowaliśmy, żeby się ukryła na jakiś czas, mieliśmy nadzieję, że jak trochę wystraszymy jej rodziców, to jej odpuszczą...
Nie mogę powiedzieć, że spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Podejrzewałem raczej, że sedno problemu leży w gronie znajomych albo w zupełnie innym, bardziej mrocznym środowisku. Co prawda przeszło mi przez, że nastolatka może równie dobrze kłamać, ale z uwagi na to jak była przerażona postanowiłem, przynajmniej na razie, odsunąć tę opcję na bok.
– Dlaczego nie poszliście z tym do strażników? I gdzie w takim razie jest teraz Yuna?
– Nic by nie zrobili – odparła gorzko. – A Yuna odeszła.
– Jak to odeszła? – czy ona znowu próbuje się mnie pozbyć?
– Nie ma jej. Poszła sobie. Opuściła miasto.
Westchnąłem z irytacją.

– Posłuchaj mnie uważnie jeszcze raz. Nie mogę tego tak zostawić – zmiennokształtna zamarła. – To, że nie podnoszę głosu ani nic z tych rzeczy wcale nie oznacza, że po prostu odpuszczę. Dzieci nie mogą uciekać od rodziców. Tak, jeszcze jesteście dziećmi. A dla nich zawsze będziecie, pomimo wszystko.
Na chwilę zapadła cisza, rozpraszana tylko przez hulający wiatr. Dydaktycznie. Wolałem tego uniknąć, ale Harendra chyba nie pozostawiła mi innego wyboru. A szkoda. Mogło się bez tego obejść. 
– No dobrze – cicho pociągnęła nosem.
Potem już nie biegliśmy. Opuściliśmy miastowe mury, co strażnicy ze względu na milczącą Harendrę chyba musieli potraktować z przymrużeniem oka. Minęło sporo czasu, zabudowania zniknęły za zboczem. Skierowaliśmy się w stronę wschodniej części lasu w którym zatrzymały się smoki. Dziewczyna przystanęła na jego skraju. Promienie słońca przebijały się przez bujne w tym miejscu poszycie, irytująco migając, gdy przesłaniały je pnie drzew. Zagwizdała długo i zastygła w oczekiwaniu. Gdy przez następną minutę nic się nie stało, powtórzyła to. Dopiero po dłuższej chwili odpowiedział jej słaby, nieodległy dźwięk, przypominający świergot. Nieco pobladła, natychmiast ruszyła w kierunku jego źródła.
W niewielkiej dolinie, pod wysokim drzewem iglastym, siedziała drobna dziewczyna. Krótkie, nierówno ścięte ciemne włosy zasłoniły jej twarz, ale po reakcji Harendry upewniłem się w przypuszczeniu, że jest to Yuna. Nastolatka puściła się biegiem w stronę koleżanki, zostawiając mnie w tyle. Przystanąłem. Zmiennokształtna gorączkowo próbowała wytłumaczyć przyjaciółce sytuację, żywo gestykulując i niemal zalewając się łzami. Kotołaczka z początku tylko patrzyła na nią tępo z lekko rozchylonymi ustami, ale po chwili w jej oczach błysnęło zrozumienie. Przeniosła wzrok na mnie.
Gniew. Wyrafinowana forma złości, częściej przedmiot opowieści niż życia. Dziwnie było po raz kolejny odkryć, że jestem jego źródłem. Poczułem się zarówno winny, jak i chłodno przekonany, że na to nie zasługuję. Ale... to chyba i tak bez znaczenia.
– Nigdzie się stąd nie ruszę – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
I nawet zdążyłem pomyśleć, że tak właśnie będzie. Przekonanie Yuny, by wróciła z nami do domu zajęło bardzo dużo czasu. Pamiętam to wszystko jak przez mgłę. Nie mam pojęcia co ostatecznie ją przekonało. Udało mi się dowiedzieć, że kotołaczka uciekła ze swojej kryjówki przed nowopoznanymi przez jej paczkę znajomych, młodymi wilkołakami, którzy to mieli uznać za wyjątkowo zabawną jej sytuację i obrali ją sobie za obiekt drwin. Nie wiem ile w tym prawdy, ale sądziła, że to oni zniszczyli pierwszą kryjówkę – drugą zajęła się sama, co miało być sygnałem mówiącym jej znajomym, że odchodzi z miasta.
Ściemniło się. Harendra w pewnym momencie odłączyła się, bo dalszą drogę miała nie po drodze do domu, a była już dużo spóźniona. Yuna szła ze spuszczoną głową. Latarnie ustawione wzdłuż drogi rzucały na jej przerażająco chudą twarz i zmatowiałe włosy pomarańczowe odblaski.
Doprowadziłaś się do takiego stanu w trakcie ucieczki czy to efekt czegoś innego?
– Dlaczego chciałaś uciec? – rzuciłem, nawet nie licząc na wyczerpującą odpowiedź.
– Harendra nie zdążyła się wygadać? – odparła pytaniem na pytanie, na wpół ironicznie, na wpół z rezygnacją.
– Bynajmniej. Chcę to usłyszeć od ciebie, by uzyskać pewność, że robię dobrze.
Yuna zamilkła, wzrokiem przebiegając nieokreślone dystanse pomiędzy latarnią, a swoimi stopami. O dziwo chyba ją przekonałem.
– Nie chcieli mnie. Nie chcieli i nie chcą. Każdego dnia dawali mi do zrozumienia, że jestem tylko niepotrzebnym ciężarem. Nawet nie otwarcie, często po prostu milczeniem. Bo chcieli sprawiać wrażenie idealnej rodziny – parsknęła z niedowierzaniem, już praktycznie przez łzy. – Nie wiem kiedy skończyła się ich wina, a kiedy zaczęła moja. Może było na odwrót.
Przerwała, by szybko przetrzeć oczy.
– A potem spróbowali się mnie pozbyć. Odesłać do mojej rzekomej dalszej rodziny, żebym mogła się uczyć „swojego” wymarzonego zawodu. Wtedy uznałam, że mam dość. Postanowiłam zniszczyć ich cudowną wizję i zacząć od nowa. Może nawet poza Białym Królestwem. Gdyby nie Milo i Casimir, już dawno by mnie tu nie było. Ja… – zawahała się. – J-ja chciałam tylko, żeby mnie kochali.
Nie wiem, czy jej odpowiedziałem.
Dotarliśmy pod dom Yuny. Już zamierzałem zapukać, gdy ta nagle mnie powstrzymała, chwyciwszy gorączkowo za rękaw mojego płaszcza. Poruszyłem się niespokojnie i spojrzałem na nią pytająco.
– Niech pan pozwoli mi odejść – w głosie dziewczyny zadrgała błagalna nuta, w ciemnych oczach znowu zakręciły się łzy. – Ja wiem, że oni się nie zmienili. To będą tylko pozory, na sam początek. Wiem, że dla pana ciężko to zrozumieć, bo wyglądają na takich zatroskanych, ale nie zmienili się. Nie po tylu latach, przez które tak mnie nienawidzili.
Przez chwilę patrzyłem na Yunę, nie będąc w stanie zrozumieć towarzyszących mi w tamtym momencie uczuć. A potem sam siebie zaskoczyłem, odwracając się niewzruszenie i pukając do drzwi.
Otworzyła matka kotołaczki. Przez jedną chwilę, która mogła być momentem niezrozumienia albo chłodnej ulgi, której tak obawiała się nastolatka, nie zrobiła nic, patrząc to na mnie, to na Yunę. Nie minęło jednak więcej niż dwie sekundy, kiedy zamknęła córkę w uścisku, łkając cicho. Potem stało się wszystko, o co mogłem podejrzewać pomyślnie zakończone poszukiwań. Rodzice dziewczyny „nie wiedzieli jak mają mi dziękować”, natychmiast udali się też po zawczasu przygotowane wynagrodzenie, o którym swoją drogą zdążyłem już wtedy zapomnieć. Yuna siedziała na fotelu w salonie z nieodgadnioną miną, wpatrując się pusto w przestrzeń.
Może rzeczywiście postąpiłem źle? Skąd miałem wiedzieć co miało się stać zaraz po tym jak zniknę za drzwiami? Wcześniej nie myślałem o tym całym królestwie w takich kategoriach. Jak wielki może być zakres indywidualnych cierpień, które znoszą jego mieszkańcy? Tak jest wszędzie, ale ten argument nie zmniejszył ani trochę mojego wstrętu do tego miejsca.
Zamknąłem za sobą drzwi, czując na plecach jej nienawistne spojrzenie.

Uwagi: Nagromadzenie "się", co już było omówione na discordzie.

piątek, 9 sierpnia 2019

Od Asgrima "Nigdy nie zrozumiem panien młodych"

Maj 2024
Ciężko było mi uwierzyć, że nadeszła wiosna. Mury Białego Miasta - choć w wielu miejscach wypełnione roślinnością - wydawały się puste i szare w stosunku do tego, co spodziewałem się zobaczyć kawałek za bramami. Oczywiście dotychczas nie odwiedziłem okolicznych wiosek. Nie oddalałem się od głównych zabudowań jak jakiś szczeniak, który trzyma się kurczowo swojego domu. A przecież Białe Miasto nie było moim domem. Już za jakiś czas (niestety, ale nadal nie wiedziałem jaki) mieliśmy opuścić to cało restrykcyjne królestwo i ogromnym kłamstwem byłoby stwierdzenie, że czułem z tego powodu żal. Bogactwo mieszało się tutaj zbyt mocno z biedą, a idealność z zepsuciem. Jedno wypierało drugie, tworząc dziwną mieszankę na tle surowych zasad.
Och, odnośnie zasad... Z tego, co słyszałem, to do celi trafiła już Lind. Moja kochana, radosna Lind. Nigdy nie umiałbym wyobrazić sobie jej w roli groźnego przestępcy. Nikt nie znał szczegółów, ale mogłem się założyć, że nie stało się nic poważnego, a jedynie władza przesadzała. Kolejna była Suzanna - Alfa z kolei trafiła tam za sprawienie problemów administracyjnych, co było moim zdaniem kolejną głupotą. Oni po prostu najchętniej zamknęli tych wszystkich dzikusów z lasu, czyli właśnie nas.
W każdym razie nie mogłem się doczekać stałego powrotu na łono natury, jednak wszystko się przeciągało. Mieliśmy spędzić tu jedynie zimę, jednak teraz powtarzane przez rozrzucone po mieście wilki wieści mówiły, że wyruszymy dopiero z końcem następnej. Miałem szczerą nadzieję, że była to jedynie zwyczajna plotka, bo nie uśmiechało mi się spędzanie tu kolejnych miesięcy. Wilki przebąkiwały coś o wybraniu nowej Alfy, byle tylko ruszyć dalej, co choć nie wydawało się do końca w porządku, było w gruncie rzeczy rozsądne. Nie mogliśmy siedzieć tu przecież w nieskończoność, prawda...?
Z braku lepszego zajęcia kręciłem się po Białym Mieście. Przyglądałem się wszystkim stoiskom,  przechodniom, każdemu kamieniowi czy zagubionej pajęczynie w rogu okna. Zaglądałem do sklepów oraz oraz czytałem różnego rodzaju ogłoszenia. Czasem towarzyszyła mi Elena. Na Tori nie miałem co liczyć - wilczyca trafiła w końcu do biblioteki i widząc taką ilość książek wpadła w zachwyt. Potrafiła spędzać w czytelni godziny, a ja po kilku sprzeczkach się poddałem. Musiałem jakoś żyć bez jej atencji, chociaż czasem myśl, że książki były dla niej ważniejsze ode mnie, bolała. Bardzo.
W którymś momencie w oko wpadła mi niewielka kartka. Podszedłem w jej stronę, by móc odczytać drobne literki. Ogłoszenie zostało napisane odręcznie czy też raczej z pomocą wąskiego pazurka. Litery były kanciaste, jednak pomimo tego był w nich jakiś urok.
Szybko okazało się, że sprawa była pilna. Jedna z obywatelek szykowała się do ślubu i podczas wizyty w świątyni zgubiła welon. W dalszej części było coś o tym, że nie chce żyć w pechu, więc proponuje nagrodę w zamian za pomoc w odnalezieniu zguby. Nie rozumiałem dlaczego samica brała welon do świątyni, skoro ślub miał się odbyć dopiero za kilka dni, ani czemu tak bardzo rozpaczała nad jego brakiem. Jakby po prostu nie mogła się bez niego obyć...
Westchnąłem i zerwałem kartkę z latarni, do której była przyczepiona. Spojrzałem na adres podany na samym dole, by z zadowoleniem stwierdzić, że znajdowałem się tuż obok mieszkania, które zajmowała zrozpaczona panna młoda. Co prawda poradziłbym sobie, gdyby to znajdowało się na drugiej stronie miasta (i tym razem nie jest to wychwalanie siebie; faktycznie przez te spacery zacząłem orientować się po tych wszystkich krętych uliczkach!), ale im szybciej będę na miejscu, tym szybciej dowiem się czy zlecenie jest w ogóle nadal aktualne. Wolałbym nie szukać dawno odnalezionego welonu.
Zastukałem pazurami do niewielkich drzwi i już po chwili otworzyła mi drobna skunksica.
- Dzień dobry, ja w sprawie tego ogłoszenia - powiedziałem, próbując powstrzymać się od odruchu wycofania się jak najdalej od niej. Zostałem kiedyś spryskany przez skunksa i to zdecydowanie nie było coś, co chciałbym przeżyć ponownie.
Samica podskoczyła z ekscytacji, po czym szybciej niż zdążyłbym zareagować odwróciła pyszczek i zawołała prawdopodobnie swojego przyszłego męża.
- Cameron, ktoś znalazł mój welon! 
- Nie, nie. Ja chciałem tylko spytać czy ogłoszenie jest aktualne - pospieszyłem z tłumaczeniem.
Uśmiech momentalnie zniknął z mordki skunksicy.
- O-oczywiście. Mam nadzieję, że uda się panu go odnaleźć. Nie mogę wziąć ślubu bez tego welonu...
- Zrobię co w mojej mocy... - mruknąłem.
- Liczę na pana. Do zobaczenia.
Drzwi zamknęły się z głośnym trzaskiem. Widocznie bez welonu nie byłem godny dłuższej rozmowy z panną młodą. Cóż miałem zrobić, jeśli nie wyruszyć na jego poszukiwania?

Wiedziałem, gdzie znajduje się świątynia, lecz nigdy wcześniej jej nie odwiedziłem. Wielu miejscowych było religijnych, jednak ja sam unikałem tego tematu jak ognia. Nadal zdarzało mi się myśleć o Eydis jako o jedynej i prawdziwej bogini, co starałem się z siebie wyplenić. Nie potrzebowałem wiary i złudzeń, które się z nią wiązały. Widziałem na własne oczy, jak pod przykrywką wypełniania boskiej woli popełniono wielkie zbrodnie. Widziałem śmierć, manipulację, której poddawano szczeniaki od dnia narodzin. Pomagałem im, wierzyłem w to wszystko niczym największy głupiec. Oddając cześć swojej bogini, robiłem wiele złych rzeczy i nic nie mogło tego zmienić. Należałem do cholernej grupy fanatyków. 
Wiara to gówno - stwierdziłem w myślach, wkraczając na teren świątyni. Nie wierzyłem w tutejsze bóstwa, więc nie bałem się żadnej kary z ich strony, kiedy na nie (oraz wszystkich innych bogów) psioczyłem w myślach.
Chciałem jak najszybciej znaleźć ten głupi welon i ewakuować się z tego miejsca. Niestety minęło sporo czasu, nim zauważyłem białą chustę. Wiatr musiał ją porwać, bo była zaplątana w gałęzie drzewa niedaleko samej świątyni. Westchnąłem głośno i mrucząc pod nosem słowa, które raczej nie spodobałyby się kilku bogom, zmieniłem postać.
Bez większych trudności wdrapałem się na samą górę i z niezadowoleniem stwierdziłem, że welon był w jednym miejscu porwany. Nie potrafiłem cofać czasu oraz byłem pozbawiony wszelkich zdolności krawieckich, więc jedynie ostrożnie go odplątałem i zlazłem z drzewa. Musiałem go dostarczyć tej skunksicy w takim stanie, a co ona zrobi z tym fantem już nie było moją sprawą. Znaleźć, znalazłem. To ona mogła go bardziej pilnować, skoro jest dla niej tak ważny.
Na mój pysk wkroczył krzywy uśmiech.
- Robi się z ciebie maruda na starość - mruknąłem do siebie pod nosem. 

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz co się wydarzy" cz. 3

Wczesny grudzień 2023 r.

Patrick
Willcan siedział na podłodze wpatrywał się tępo w sufit w kuchni Patricka. Opierał się plecami o szafkę, po której zsunął się nie tak dawno. Wyglądał tak, jakby był pod wpływem silnych narkotyków, ale Trick dzięki swojej lekarskiej karierze (oraz swoim magicznym zdolnościom) wiedział, że wcale tak nie było. Sam podniósł się z klęczków usiadł na krześle stojącym nieopodal. Kucharka zwykle kładła na nim gary z gorącą zupą, których nie chciała dłużej trzymać na ogniu, wobec tego było nieźle powycierane i zniszczone. Tym razem jej nie było w rezydencji. Wedle ustalonego zakresu czasu pracy winna zjawić za około godzinę... Do tego czasu Willcan powinien się ulotnić, aby na pewno nikt nie przekazał wieści o tym, że to on podał mu jakieś leki lub – co gorsza –nie narodziły się jakieś niewygodne plotki co do powodu obecności nastolatka w jego rezydencji. Król był na tym punkcie przewrażliwiony.
Niespodziewanie Patrick usłyszał pukanie do głównych drzwi wejściowych. Zwrócił w tamtym kierunku głowę z nadzieją, że było to przypadkowe i nikt wcale nie chciał się dostać do środka, ale dźwięk już chwilę później się powtórzył. Cichutko westchnął i ponownie popatrzył na Willcana.
– Za chwilę wrócę. Nie ruszaj się stąd. Jeśli coś będzie cię boleć to krzycz... lub trzaśnij najmocniej jak będziesz umiał drzwiami szafki, kopnij taboret...
Willcan powoli skinął głową. Patrick wstał z krzesła i skierował się do drzwi. Zamknął je za sobą, aby gość na pewno nie zobaczył syna księżniczki.
Pukanie znowu się powtórzyło.
– Idę! – krzyknął, a już niedługo później był przy drzwiach. Przekręcił złocony klucz w zamku i pchnął.
Niewysoka postać stojąca tuż za nimi z przestrachem odskoczyła. Sięgała Patrickowi do około łokcia... I była z całą pewnością dość młodą, może nastoletnią dziewczyną. Podniosła głowę i zmierzyła czujnym wzrokiem ciemnych oczu twarz Patricka. Oparł się lekko łokciem o ramę drzwi. Dopiero wtedy zauważył na jej szyi jakiś medalion... Wyczuwał od niej średnio silną nieaktywowaną aurę magiczną, co zasugerowało mu, że ten przedmiot może sprawiać, że wcale nie była taka młoda, na jaką wyglądała.
– Dzień dobry – zaczęła – Zastałam doktora Patricka Kingdoma?
– Dzień dobry... tak, to ja.
– Jeśli dobrze rozumiem... zajmuje się pan również sporządzaniem spisu zameldowanych mieszkańców miasta, również i tych przyjezdnych...
– Zgadza się – Zaplótł ramiona na piersi. Już domyślał się o co może chodzić.
– Jakiś czas temu przybyła tutaj moja wataha, jestem jej Alfą... Liczymy sobie na ten moment stu trzydziestu dwóch członków i zamierzamy tutaj zostać aż do końca zimy, niewykluczone, że nawet i dłużej. Zameldowaliśmy się w okolicznych karczmach, mogę podać ich nazwy.
Patrick wysłuchał jej do końca, nawet nie mrugnąwszy okiem.
– Zdaje sobie pani sprawę z tego, że takie rzeczy należy meldować na samym początku, prawda? Teraz mogą grozić pani konsekwencje prawne.
Zmarszczyła brwi.
– Nie jestem z tych okolic, nie znam reguł...
– Ignorantia iuris nocet.
Kobieta wyglądała na jeszcze bardziej zdezorientowaną, ale i też rozzłoszczoną.
– Nic z tego nie zrozumiałam.
– Nieznajomość prawa szkodzi – przetłumaczył Patrick – To z łaciny.
– Łaciny...?
– Tak się składa, że pani wataha utrudniała nam prowadzenie spisów przez długie tygodnie. Jeśli ktoś zaginął, został zamordowany, a my tego nie zauważyliśmy... to jest pani wina. Pani lenistwa i niedokładności. Rozmawiałem z członkinią pani watahy i przekazałem prośbę o zameldowanie. Wie pani kiedy to było? Trzy tygodnie temu. To mnóstwo czasu.
– Nie miałam kiedy...
– A co pani przez ten cały czas robiła, że nie mogła znaleźć choć chwilki, aby przyjść do głównego centrum naszej administracji? Jest otwarta całą dobę.
– Ale odesłali mnie tutaj...
– Bo ma pani już kłopoty i to ja mam ustalić, co z panią zrobić.
Posiniała na twarzy. Patrick miał chęć powiedzenia o kilka niepochlebnych słów więcej, ale się powstrzymał.
– Za każdy dzień opóźnienia obowiązuje grzywna w postaci pięćdziesięciu Bellos za dzień, lub odsiadka każdego z tych dni przez każdego z członków stada. To będzie dwadzieścia dziewięć dni, zatem tysiąc czterysta pięćdziesiąt Bellos lub trzy tysiące osiemset dwadzieścia osiem dni spędzonych w więzieniu łącznie. To w przybliżeniu prawie dziesięć i pół roku. Decyzja co dalej zależy od pani.
Kobieta przyłożyła dłoń do ust, wyglądając na poważnie zagubioną.
– Ma pani trzy dni na przegadanie tego ze stadem i ustalenie co dalej. Najpierw jednak niech się pani uda do administracji, aby zameldować każdego z członków stada. I niech pani nie myśli, że kara zostanie usunięta... To jedynie sprawi, że nie będą naliczane kolejne dni. Czy wszystko jest jasne i zrozumiałe?
Kobieta patrzyła tępo w przestrzeń. Patrick czekał chwilę na odpowiedź, ale gdy ta nie nadeszła, uznał, że nie ma zamiaru czekać ani chwili dłużej. Nie był pewien, jak się czuje Willcan.
– Do widzenia – powiedział chłodno, zamykając drzwi tuż przed jej nosem.
W zasadzie to nie obchodził go jej los...

czwartek, 8 sierpnia 2019

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz co się wydarzy" cz. 2

Wczesny grudzień 2023 r.

Patrick
Willcan stał na środku areny, patrząc w skupieniu na swoje dłonie. Kilka metrów od niego, konkretniej naprzeciwko, znajdował się Patrick. To właśnie on od ponad roku miał za zadanie uczyć nastolatka posługiwania się swoimi mocami, rozpoznawania i walczenia z zagrożeniem oraz refleksu.
– I co? Wypatrzyłeś coś?
Willcan pokręcił głową. Raz jeszcze zacisnął dłonie w pięści, a następnie ponownie je rozluźnił i na nie popatrzył. Patrick cicho westchnął i z utęsknieniem powędrował wzrokiem ku wyjściu z areny. Wolałby się w tym czasie zajmować segregowaniem dokumentów, które po ostatnim ataku nietoperzy walały się po całym jego biurze. Wydał nakaz wytępienia co najmniej połowy z ich siedlisk, ale teraz nawet nie mógł kontrolować swoich ludzi – czy też zwierząt – podczas pracy. Doskonale znał ich tendencje do lenistwa pod jego nieobecność. Glory mawiał, że dopóki Patrick nie przejął stanowiska generała w wojsku panował dość duży nieład, a poukładanie żołnierzy oraz strażników nie należało do najłatwiejszych procesów. Wciąż niektórzy sądzili, że jest to praca łatwa i jednocześnie dobrze płatna...
– Chyba coś widziałem!
Patrick spojrzał na niego, ale właśnie wtedy z Willcana uleciało całe powietrze.
– To był jednak jakiś owad...
Patrick spojrzał w niebo, jakby z nadzieją, że zaraz coś z niego spadnie, co pozwoliłoby mu zniknąć aż do momentu, aż młodzieniec nie wymyśli czegoś, co aktywowałoby choć iskrę magii.
– Sądzę, że jesteś wciąż za mało skupiony. Coś stale cię rozprasza. Stoimy tak już od ponad godziny, ale ty ani nie wyglądasz na skupionego, ani na znudzonego. Jeśli chcesz to zrobić dobrze, nie możesz tego robić na odczepne – zaczął się zbliżać do chłopaka, ale Willcan właśnie wtedy opuścił dłoń i odsunął się od niego o kolejne kilka kroków.
– Nie zbliżaj się! – wrzasnął. Patrick się zatrzymał. Już przywykł do takiego zachowania. Doskonale widział, że nastolatek był na coś chory, ale nie mógł postawić żadnej diagnozy. Choćby dlatego, że nie miał wykształcenia na psychiatrę... Acz w zasadzie na terenie Białego Królestwa nie było ani jednej osoby, która by się w tym faktycznie specjalizowała.
– Spokojnie, nic złego się nie dzieje... – powiedział Patrick cicho – Nie chciałem być dla ciebie niemiły.
Willcan zaczął płakać.
– Skup się na moim głosie. Nie słuchaj tamtych. Jedyną osobą, która może ci zrobić krzywdę, jestem ja. Z tym, że ja nie mam nawet takiego zamiaru. Jestem tu po to, aby ci pomagać, a nie szkodzić. Uważam, że jesteś zdolnym, ale mało skupionym chłopcem...
– Staram się! – wrzasnął – Dlaczego ty tego nie rozumiesz?!
Patrick zamilkł. Rozumiał w czym tkwi problem, ale nie chciał się narzucać jego rodzinie. Ani teraz, ani nigdy potem. Jego podejście nie różniło się zbyt wiele od tego, jak Willcana traktowali jego najbliżsi. Nie miał pewności, czy to aż tak dobra decyzja, ale był jednak zdania, że nie warto się wtrącać... To mogło mu przynieść tylko więcej kłopotów. I jemu samemu, i Willcanowi.
– Chcę dla ciebie jak najlepiej, Will.
Willcan wrzasnął, chwycił się za głowę i nachylił. Szarpnął za włosy. Patrick zamknął oczy. Słyszał płacz chłopca jak przez szybę. Wolał nie nabierać skojarzeń z samym sobą w momentach załamania. Wolał zachować dystans... Zbytnie angażowanie się mogłoby być destrukcyjne nawet dla niego samego.
– NIC NIE ROZUMIESZ! – krzyczał dalej.
Patrick ani drgnął. Dopiero po kilku dłuższych chwilach powiedział:
– Nie wiesz, kiedy ktoś ukrywa jakiś problem. Nie wiesz o chorobach, nie wiesz z czym kto się zmaga na co dzień. Nie znasz niczyich prawdziwych motywacji. Tak naprawdę nie wiesz nic – zrobił pauzę – Nie chcę ci powiedzieć przez to, że inni mają gorzej. Moi psychiatrzy mawiali, że nie wolno mi tak myśleć. Nigdy. Każdy problem liczy się tak samo bardzo.
Dopiero wtedy uchylił powieki. Willcan patrzył na niego z przerażeniem, osłupieniem. Nadal miał policzki zalane od łez, ale teraz przynajmniej już nie szlochał. Słuchał go.
– Zgadza się: sugeruję, że potrzebujesz pomocy farmakologicznej, jednak mam do dyspozycji wyłącznie własne leki i nie mam prawa, aby przypisywać ci coś bez pewnej diagnozy.
– D-diagnozy...?
– Sądzę, że jest to schizofrenia, jednak zastrzegam, że mogę się mylić.
Willcan ciężko oddychał. Cały się trząsł. Patrick jednak nie czuł nic. Po prostu na niego patrzył. Nie był zmartwiony, nie współczuł mu.
– Moje leki zaliczają się jako neuroleptyczne. Mogłyby ci ulżyć choć trochę...
Wzrok Willcana stał się całkowicie pusty. Patrick powoli się do niego zbliżył i przytulił. Tym razem nastolatek nie uciekał. Położył nawet dłoń na jego brzuchu. Miał charczący oddech. Patrick przytulił go odrobinę mocniej.
– Nic ci nie grozi, jestem tutaj – szeptał, lekko kołysząc się z nim na boki. Mimo że nigdy nie byli sobie szczególnie bliscy, Willcan rzeczywiście poczuł się spokojniejszy i bezpieczniejszy. Patrick nie czuł, aby to była jego jakaś wielka zasługa. Miał poczucie, że tak po prostu powinien postąpić.

<C.D.N.>