piątek, 30 sierpnia 2019

Od Edel "Czuję tylko zagubienie" cz. 10 (cd. Crane)

Styczeń 2024
Niespiesznie przemierzaliśmy ulice Białego Miasta. Powoli zapadał zmrok. Wilki ognia sprawnymi ruchami zapalały wysokie latarnie. Był to jeden wielki spektakl światła, który miał mi się nigdy nie znudzić. Uwielbiałam obserwować, jak lampy rozbłyskały jedna po drugiej. Teraz na dodatek mogłam obserwować, jak pomarańczowe płomyki padają na futro Crane'a oraz odbijają się od jego oczu. Mimowolnie pomyślałam, że wyglądał w tamtej chwili naprawdę dobrze. Szybko jednak odrzuciłam tą myśl od siebie nieco zawstydzona.
Teatr imienia bogów, których imion nie potrafiłam nawet wymówić, nie znajdował się zbyt daleko. Bez przeszkód dotarliśmy do niego i zajęliśmy swoje miejsca. Nie znajdowały się one może w samym centrum, bo po mojej prawej była już jedynie wysoka ściana, ale było w nich coś urokliwego. Nadal widzieliśmy scenę, jednocześnie będąc z dala od największej grupy, która wyglądała na naprawdę zapalonych miłośników muzyki. Słowem, były po prostu idealne.
- Czego to jest właściwie koncert? - spytałam szeptem.
- Jazzu. Podobno bardzo dobrze grają - odparł Crane, wskazując na kilku muzyków, którzy właśnie weszli na scenę. Różnego rodzaju człekopodobne stworzenia zajęły swoje miejsca przy wielkich instrumentach. Były gotowe w każdej chwili zacząć grę.
- Nigdy nie słyszałam tego słowa...
Basior obrócił pysk w moją stronę. W półmroku zauważyłam, że lekko zmarszczył brwi.
- Jakiego? "Jazz"?
Przytaknęłam.
- Jazz to... - zaczął Crane, jednak ktoś za nami mu przerwał.
- Wspaniały gatunek muzyczny. Zamknijcie się.
Zerknęłam za siebie i natychmiast napotkałam zirytowane spojrzenie jakiegoś lisa w średnim wieku.
- Przepraszamy - mruknęłam, szybko się odwracając.
Przez resztę koncertu żadne z nas nie wyrzekło już żadnego słowa. Crane z zainteresowaniem słuchał tego całego jazzu, który okazał się być całkiem przyjemny dla ucha. W którymś momencie mój pysk wylądował na szyi basiora. Wtuliłam się w jego sierść i wsłuchiwałam w kojącą muzykę. Zamknęłam oczy i... Zasnęłam.
Obudziło mnie dopiero delikatne szturchnięcie. Zdezorientowana rozejrzałam się po sali. Lampy ponownie rozświetliły widownię, niewątpliwie mając w ten sposób wspomóc ją przy opuszczeniu teatru. Muzycy pakowali swoje ogromne instrumenty do jeszcze większych futerałów. Koncert się skończył.
- Jak długo spałam?
- Dość krótko. Tak mi się wydaje.
Skinęłam głową. Miałam wrażenie, że basior kłamał, jednak nie byłam w stanie w żaden sposób poznać prawdy. Ani w ogóle dowiedzieć się, czy faktycznie łgał.
- Musiałaś być bardzo zmęczona. Jesteś pewna, że nadal chcesz iść coś zjeść? Możemy przełożyć to na inny wieczór.
- Nie ma mowy. Idziemy - zarządziłam i zsunęłam się z fotela.
Crane pokręcił głową z niedowierzaniem.

Zdecydowaliśmy, że kolację zjemy po prostu w karczmie należącej do Elvina. Ceny nie były w niej zbyt wysokie, a jedzenie zawsze niezwykle smaczne. Poza tym żadne z nas, pomimo upływającego czasu, nie znało zbyt wielu innych karczm. Nie tak dobrych i jednocześnie położonych tuż obok naszych pokoi.
Kiedy przemierzaliśmy targ, coś błysnęło na jednym z kamieni. Zbliżyłam się do tego, jednak Crane, który musiał również zauważyć ten drobny błysk, mnie uprzedził. Nachylił się i wziął do pyska monetę.
- Ktoś musiał ją zgubić - stwierdził.
- Jego strata.
Crane uśmiechnął się delikatnie i odwrócił łeb w stronę drobnych straganów. Ich właściciele zaczynali powoli zbierać swoje towary, by zakończyć wypełniony pracą dzień. Samiec bez słowa podszedł do jednego stoiska z kwiatami. Patrzyłam na to całkiem skołowana.
- Dobry wieczór. Czy można nadal kupić kwiaty?
Młoda kobieta stojąca za kontuarem, odwróciła się w jego stronę. Podczas ruchu złote łuski, które pokrywało jej ciało, zalśniły.
- Oczywiście. Czego pan sobie życzy?
Crane położył na ladzie znalezioną przed momentem monetę.
- Poproszę jakieś piękne kwiaty - powiedział, zerkając na mnie. Na jego pysku widniał uśmiech.
Sprzedawczyni podążyła za jego spojrzeniem i bez słowa zabrała kilka kwiatów, które wprawnymi ruchami ludzkich dłoni zamieniła w schludny bukiecik.
- Proszę bardzo. Miłego wieczoru - powiedziała, podając go Crane'owi.
- Dziękuję. Wzajemnie.
Basior zabrał bukiet i wrócił do mnie. W dalszym ciągu się uśmiechając, podał mi kwiaty. Przyjrzałam im się nadal zaskoczona. Czarno-białe płatki układały się w niewątpliwie różany sposób.
- To dla ciebie.
Prawdopodobnie gdybym była w formie ludzkiej, moja twarz przybrałaby w tamtej chwili czerwoną barwę.
- Dziękuję... Wiesz, że nie musiałeś?
Basior skinął łbem.
- Ale chciałem.
Serce biło mi jak szalone. Podeszłam do niego niepewnie i polizałam w bok pyska. Crane zesztywniał, nie spodziewając się po mnie takiej wylewności. Szybkim ruchem przejęłam bukiet i odsunęłam się od niego. Liczyłam, że basior chociaż zerknie w moją stronę, jednak on uparcie patrzył w ziemię. Czyżbym go zawstydziła?
Ruszyliśmy dalej. Crane nadal nic nie mówił, więc zaczynałam się obawiać, czy nie byłam przypadkiem zbyt bezpośrednia. Już otwierałam pyszczek, żeby go przeprosić, jednak w tej chwili samiec uniósł łapę. Podążyłam wzrokiem w kierunku, który wskazywał. Na środek rynku wyszedł wielki wilk. Wystrzelił w górę płomieniami, prosząc w ten sposób o atencję wszystkich, którzy byli w okolicy. 
- Jutro z samego rana odbędzie się egzekucja - zaczął. Miał potężny głos, który roznosił się echem po całym targu. Przypominał mi trochę burzowe grzmoty. 
- Chodźmy stąd - poprosił Crane.
Skinęłam głową, jednak mimowolnie zerknęłam na łapy. Nie byłam pewna, czy dam radę poruszać się szybciej. Basior podążył za moim wzrokiem i przysunął się do mnie w taki sposób, bym mogła się o niego oprzeć. 
- Dzięki - mruknęłam, korzystając z pomocy.
Prędko opuściliśmy targ. Nie udało nam się jednak uciec przed kolejnymi słowami samca.
- Wyrok zostanie przeprowadzony na Custalu, młodym lisie, który wielokrotnie złamał reguły panujące w Białym Królestwie.
Spuściłam łeb. Znałam Custala z widzenia, jeszcze sprzed aresztowania. Był to pocieszny młodzieniec, który niósł uśmiech wszędzie, gdzie tylko się pojawiał. Owszem, nie wszystko co robił, było zgodne z prawem, ale nie zasługiwał na śmierć.
- Publiczne egzekucje. Paskudna sprawa - mruknął Crane, kiedy oddaliliśmy się od targu.
Przytaknęłam.
- Żeby chociaż mieli jakieś dobre powody dla zabicia innej osoby - westchnęłam głośno. - Czasem mam wrażenie, że skazują mieszkańców dla zabawy...
- I dla rozrywki gawiedzi - skończył za mnie basior.
- Właśnie. Swoją drogą nie rozumiem, kim trzeba być, żeby iść i obserwować... to.
Ktoś pojawił się w zasięgu naszego głosu. Zamilkliśmy, obawiając się, jak zostanie zinterpretowana nasza rozmowa. Szpiedzy mogli być wcześniej, a biorąc pod uwagę surowe reguły... Baliśmy się mówić otwarcie to, co myśleliśmy.
Nie poruszyliśmy tego tematu ponownie nawet, kiedy wilk nas wyminął. Milczenie jednak nie było zbyt długie; karczma Elvina była na wyciągnięcie łapy. Weszliśmy do środka. Grupa, która wcześniej zajmowała duży stolik na szczęście już się rozeszła. Wskazałam łapą Crane'owi urocze miejsce tuż przy oknie. 

<Crane?>

czwartek, 29 sierpnia 2019

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz, co się wydarzy" cz. 8

Początek marca 2024 r.
Patrick zmiótł ręką ostatnie leżące na blacie kawałki papieru. Przesunął je nogą na bok tak, aby nie przeszkadzały mu w swobodnym przechodzeniu obok biurka. Na powstałe na środku miejsce położył nową kartkę, a następnie począł po niej kreślić węglem. Reszta dowództwa straży pochylała się nad nim i obserwowała jego poczynania.
– Elvin musi być jakoś zamieszany w to wszystko – powtórzył po raz enty – Istnieje duże prawdopodobieństwo, że to właśnie on doprowadzi nas do rozwiązania.
– Co jeśli już nie żyje? – zasugerował jeden z mężczyzn.
– Widziano go ostatnio wczoraj wieczorem. Przesłuchiwaliście tę hybrydę?
– Kas Ceres II?
– Dokładniej Cess. Znacie powód dla którego podaje nieprawidłowe dane osobowe?
Milczeli. Patrick nakreślił kolejne słowo na planie – Cess.
– Trzeba sprawdzić, dlaczego ukrywa się pod pseudonimem – rzucił takim tonem, jakby tak naprawdę nie był tym zainteresowany – Co wam powiedziała?
– Że widziała go tylko ten jeden raz i chciał jej powiedzieć, że nic mu nie jest. Później uciekł, a jej nie udało się go dogonić – odpowiedział dowódca straży patrolującej na południu Białego Miasta.
– Co ich łączy?
– Prawdopodobnie romans.
– Kiedy jej wataha wylatuje?
– Podobno za trzy dni...
– Zatrzymajcie ich na dłużej. Nie ma takiej opcji, żeby zniknęli tak szybko. Nie ufam im. Dopóki nie udzielę na to pozwolenia, nie ma w ogóle takiej opcji.
– Jak mamy szukać ich przywódcy...?
– Zameldowani są jako Wataha Magicznego Kruka. Obecny przywódca ma na imię Hitam.
Potaknęli, a Patrick zanotował na papierze również nakaz zatrzymania. Rzadko kiedy jego notatki bywały tak chaotyczne jak teraz. Zwykle korzystał z kartek wielkości biurka tylko do wykonywania projektów technicznych i rysunków...
– Mamy do czynienia z grupą zorganizowaną, prawdopodobnie spoza Białego Królestwa. Zdajecie sobie z tego sprawę? – zapytał.
Potaknęli.
– Jednak kontakt z Elvinem może sugerować, że któryś z nich nawiązał kontakt z osobami z wewnątrz. Macie spis wszystkich uciekinierów oraz byłych mieszkańców?
Ktoś z hukiem rzucił opasłą teczkę na biurko. Trick bez chwili zastanowienia zgarnął ją i zaczął przeglądać. Wszędzie roiło się od imion, krótkiej charakteryzacji oraz biografii w skrócie zanotowanej drobnym druczkiem.
– Cudownie – skomentował ze szczerym zadowoleniem. W milczeniu przeglądał, notując poszczególne imiona potencjalnych spiskowców. Szło mu sprawnie. Już za dzieciaka opanował sztukę szybkiego czytania.
Zwolnił dopiero widząc dobrze znane mu imię. Na jego ustach pojawił się kwaśny uśmiech. Powoli zapisał również i to imię na kartce.
Carlo.

środa, 28 sierpnia 2019

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz, co się wydarzy" cz. 7

Początek marca 2024 r.
Patrick zmierzał żwawo w kierunku areny. Willcan stąpał kilka kroków za nim. Nerwowo wyginał palce u dłoni, patrząc ukradkiem na umięśnione plecy blondyna. Niemal czuł, jak kropelki potu spływają po jego własnych plecach.
– Wybacz, że nie mieliśmy zajęć tyle czasu, jednak miałem dużo pracy na głowie... – zaczął jego nauczyciel – Nauczyłeś się może czegoś ciekawego w tym czasie?
Przystanął i stanął przodem do Willcana. Chwycił za jego nadgarstek i pociągnął w dół. Nie miał zamiaru nastawiać mu wyłamanych palców.
– Ja... – zająknął się chłopak – To ja rozpuściłem tę plotkę.
– Plotkę? – Patrick zmarszczył brwi.
– O... o zamachu. Ja... – głos mu się łamał. Znowu próbował zacząć wyginać palce, ale ponownie Patrick mu w tym przeszkodził.
– Powiedz to wprost – rozkazał lodowatym tonem.
– Sądzę, że... że coś widziałem. Ale nie jestem pewien. Chyba... to chyba była moja moc. Albo kolejne widzenia... – ostatnie słowa wymówił już przez łzy. Patrick tym razem go pocieszająco  nie uścisnął. Patrzył na księcia z niedowierzaniem.
– Widziałeś?
– Nie pamiętam twarzy... Pamiętam słowa... – próbował się tłumaczyć. Wstrząsnęły nim kolejne konwulsje, a łkanie zacieśniało gardło tylko mocniej, i mocniej.
– Jakie słowa?
– Że tutaj jest Białe Królestwo... że włada nad nim zły władca i trzeba go zniszczyć... Przejąć władzę, bo obecna jest zbyt okrutna...
Patrick położył dłoń na jego ramieniu. Zacisnął palce tak mocno, że chłopak aż krzyknął.
– A więc to ktoś z zewnątrz? – jego głos zabrzmiał aż boleśnie lodowato. Zniknęły w nim choćby resztki współczucia.
– Nie wiem... to może były tylko kolejne urojenia... – wykrztusił. Kolana mu się ugięły, ale nie mógł uciekać. Strach go już do reszty sparaliżował.
– Jak wyjaśnisz to, że Elvin Lestrange zaczął uciekać przed moimi ludźmi?
– N-nie wiem...
Patrick potrząsnął jego ramieniem. Willcan wydał z siebie żałosne piśnięcie. Bał się spojrzeć na twarz Patricka.
– Powiedz wszystko co wiesz. Wszystko.
– Słyszałem głosy mężczyzn... – Ponownie zaniósł się mocniejszym szlochem. Gdy nie odpowiadał, Patrick znowu wzmocnił uścisk. Palący ból dotarł aż do jego kości. Ręka zaczynała się robić nieco zimna i odrętwiała.
– Jakich mężczyzn?
– Jeden głos był niższy... Obaj musieli być dorośli... Nie wiem, czy był tam ktoś jeszcze... Siedzieli przy ognisku i rozmawiali... To tyle...
Patrick przeklął i puścił jego ramię.
– Dlaczego do kurwy nędzy nie mówiłeś o tym wcześniej?
Willcan się skulił, jakby przygotowywał się do przyjęcia ciosu.
– Dlaczego?!
– B-bałem się...
– Ale wszystkim innym powiedziałeś, tak? – Zrobił jeden krok w kierunku nastolatka. Willcan nawet z takiej odległości mógł czuć bijący od niego gniew.
– N-nie pamiętam tego, jak mówiłem... Chyba musiałem być znowu nieświadom...
Patrick uderzył go z otwartej dłoni w tył głowy. Willcan osunął się na ziemię, lecz bardziej z powodu przeszywającego strachu, niźli bólu. Patrick prychnął raz jeszcze i przeszedł się po arenie. Willcan pod zasłoną własnych ciemnych włosów widział wyłącznie jego ciężkie wojskowe buty.
– To pewnie znowu ci skurwiele... – mamrotał do siebie.
Willcan kuląc się jeszcze bardziej na ziemi, zatkał uszy. Znowu zaczął słyszeć głosy. Dochodziły ze wszystkich stron. Obraz zaczął migotać przed jego oczami. Przez ułamek sekundy widział jakąś bladą, strasznie wykrzywioną gębę. Zacisnął powieki, ale to tylko pogorszyło sprawę.
Nawet trącanie go w ramię przez Patricka nic nie dało. Stracił kontakt z rzeczywistością.

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz, co się wydarzy" cz. 6

Koniec stycznia 2024 r.
W karczmie nagle zapanował chaos. Goście zaczęli uciekać, chować się pod stołami. Wszechobecne wrzaski i panika nie dawały logicznie myśleć. Straż dopadła do lady, zza którą stał Elvin. Zdołał się wycofać. Strażnik nie musnął go nawet czubkiem palca. Jego zaciekły krzyk zakończył się bulgotem, spowodowanym ciosem wodną falą prosto w twarz. Zmiotło go to na podłogę. Kolejny strażnik przeskoczył przez ladę w innym miejscu. Karczmarz przykucnął i tym razem uderzył wodą od dołu. Wystrzeliło go niemal do sufitu. Elvin próbował wycofać się na zaplecze, ale zaraz potem kolejni strażnicy spróbowali się do niego przedostać. Użył silniejszego zaklęcia, zalewając tym samym również najbliższych klientów.
– Przybywamy na rozkaz króla! – krzyknął ponownie jeden z mokrych do suchej nitki strażników. Podnosił się z podłogi, żeby przystąpić do ponownego ataku, ale Elvina już nie było.
Biegł ulicą na dworze. Przeszedł płynną przemianę w wilka, osiągając prędkość, której nigdy by się po sobie nie spodziewał. Przemykając zgrabnie między zdezorientowanym tłumem, ani śnił przepraszać. Nawet jeśli zdarzało mu się kogoś przypadkiem trącić.
Skręcił, aby zboczyć z ulicy głównej. Wtedy przyszedł do jego głowy pewien pomysł. Skręcił w kolejną aleję, a później następną. Okolica zaczynała stopniowo coraz bardziej przypominać biedne slumsy, niż resztki mieszczańskich rezydencji. Dopiero czując, że jest zupełnie sam, zaczął zwalniać. Jego oddech był ciężki. Rozejrzał się w poszukiwaniu znajomych drzwi. Znalazł je bez większego problemu. Na samym ich środku niezmiennie od lat widniała plakietka z płomieniami. Pospiesznie potruchtał w tamtym kierunku i zastukał kilka razy. Kiedy odpowiedział mu stukanie, nacisnął na klamkę. To był znak. Dopiero wtedy drzwi się otworzyły, a on ujrzał pysk starego przyjaciela. Nieco posiwiał od ich ostatniego spotkania, a dotychczas popielate futro było poprzecinane coraz to regularniejszymi szramami. Julien zmierzył go lodowatym spojrzeniem zielonych oczu, kiedy Elvin wślizgiwał się do środka. Szary basior zamknął za nim drzwi.
– Tak bez powitania?
– Wybacz. Mam małe kłopoty – objaśnił pospiesznie Elvin, idąc coraz to dalej wgłąb korytarza.
– Już zdołałem się tego domyślić.
– Mam prośbę... Jest możliwość, żebyś zlecił przekazanie, żeby na czas mojej nieobecności karczmą zajęła się Flora? Jeśli nie będzie mogła, to można zatrudnić jeszcze Reda. Lub Cess. Choć nie wiem, czy będzie chciała tutaj zostać.
– Florę i Reda znam. Kim jest Cess?
– Jest zakwaterowana w mojej karczmie. W połowie rekin, dość mała. Łatwo ją rozpoznać.
– Kochanka?
Elvin nie odpowiedział.
– Straż dostała zlecenie aresztowania mnie. Wymyślili sobie, że jestem jakimś spiskowcem.
Julien westchnął ciężko.
– Chodź – zarządził, skręcając do pokoju, w którym przyjmował gości. Elvin zawrócił i poszedł w ślad za nim.
– Moich ludzi również aresztują – zaczął tłumaczyć Julien. Usiadł na jednej z poduszek. Drugą zajął Elvin. Prócz nich w pomieszczeniu nie było w zasadzie niczego. – Po mieście rozniosła się plotka, że ktoś planuje zamach stanu, w dodatku zbrojny. Aresztują chyba wszystkich jak popadnie, kto kiedykolwiek wyraził jakiekolwiek niezadowolenie wobec władzy. Nie czarujmy się. Masz dużo przyjaciół za sobą i możesz być podwójnie niebezpieczny...
Elvinowi przed oczami stanęło wspomnienie dnia, w którym na jednym z publicznych egzekucji krzyknął, że nie zgadza się z takim wyrokiem. To właśnie wtedy pozbawiono go pracy na uczelni. Pracował tam raptem tydzień. Od tamtej pory starał się zachować swoje osobiste opinie dla siebie... Choć mogło mu się wymsknąć kilka razy jego bardziej zaufanym klientom.
– Uważam też, że to skrajnie nieodpowiedzialne, że postanowiłeś uciec. Wybacz, ale nie mam zamiaru cię kryć. Podejrzewam, że teraz spadło na ciebie jeszcze większe podejrzenie, niż gdybyś pokornie dał się zamknąć, powtarzając tylko, że nie masz z tym nic wspólnego...
– A co jeśli jednak mam z tym jakiś związek? – spojrzał na Juliena. W jego szarych oczach tlił się niewypowiedziany ogień.
– Masz? – zapytał Julien ze zdumieniem.
– Nie, ale chciałbym – parsknął Elvin – Skoro straż nadal nie wie, którzy to, to może mnie też zdołaliby lepiej kryć. A nuż mógłbym wziąć udział w zamachu...
– Takiego cię jeszcze nie znałem.
– Ludzie i wilki się zmieniają – Wywrócił oczami – Mam dosyć traktowania jak ścierwo. Wszyscy mają. Mam nadzieję, że jeśli zdołam się na nich natknąć, przygarną mnie do siebie...
– Jesteś strasznie pewny siebie. To do ciebie niepodobne.
– A może jednak? Przypominam, że pozbawili mnie zasłużonego tytułu naukowego, bo się w czymś z nimi nie zgodziłem. Tylko dlatego!
Julien patrzył na niego, nie wiedząc co powiedzieć. Wydał się w tamtej chwili jeszcze starszy, niż był w rzeczywistości.
– Zbyt przywykłeś do wygodnickiego życia – Rzucił Elvin i wstał z poduszki – Nie chcesz mnie kryć to proszę bardzo. Wychodzę.
Zniknął w ciemnym korytarzu. Niedługo potem do uszu Juliena dobiegł trzask drzwi i huk zatrzaskującego się rygla.

wtorek, 27 sierpnia 2019

Od Lind "Trzecia albo piąta doba" cz. 3

Styczeń 2024
Nie rozmawiałam już z Freeze'm przez resztę popołudnia. Po ostatniej wymianie zdań, która nastąpiła po zakończeniu lekcji liczenia, zwyczajnie straciłam ochotę na słuchanie jego głosu, czy choćby oglądanie jego pyska. Niemniej jednak nadal byliśmy zamknięci w sąsiadujących celach. Tak więc, pozostało mi tylko odwrócić się w przeciwnym kierunku i ewentualnie odsunąć trochę od dzielących nas krat, żeby nie czuć jego zapachu tak wyraźnie. 
Kolejne minuty, może godziny, spędziłam na trącaniu łapą mojej miski. Drewniane naczynie zaczynało wtedy delikatnie toczyć się po brzegach. Nigdy nie pozwalałam mu uciec zbyt daleko; nie chciałam ganiać go po całej celi. Nie było to jednak dostatecznie ciekawe zajęcie. Może gdybym była... pięć lat młodsza, sprawiałoby mi to więcej frajdy. Ba, z całą pewnością. Skakałabym wtedy dookoła miski i szczekała jak najęta.
Kiedy ostatecznie znudziło mi się już turlanie naczynia, położyłam pysk na ziemi i spróbowałam policzyć pionowe kraty, oddzielające moją celę od tej pustej, o której wspomniałam wcześniej. Nie próbowałam tego samego z poziomymi prętami; zdawało mi się, że będzie ich zbyt dużo. Na razie potrafię liczyć do... jeden-nastu. Ale dziwna nazwa. 
Niestety już po chwili odkryłam, że krat było więcej, niż jeden-naście. Wtedy przypomniałam sobie, że Freeze mówił o jakiś powtarzających się schematach w liczbach. 
Może w takim razie po jeden-naście jest dwa-naście, potem trzy-naście, cztery-naście, pięć-naście... Brzmi jeszcze dziwniej, ale chyba miałoby to sens. Tylko co wtedy by było po dziesięć-naście? Jeden-naście-naście? 
Przed zachodem słońca przyszedł czas na obchód dowódcy straży, o którym wspominał mój sąsiad. Stosunkowo niedługo po tym, nadeszła piękna chwila na rozdanie więźniom racji mięsa. Tym razem dostaliśmy coś, co przypominało baraninę. Znałam ten smak, ponieważ kiedyś stary Juan przyniósł nam do domu Babci część swoich łupów z polowania. To było kiedy jeszcze wychodził poza obręb naszej doliny. Tak, pamiętałam to wyraźnie. Moja opiekunka była bardzo wdzięczna za podarek, dopóki nie dowiedziała się, że mięso zostało skradzione ludziom Potwornie jej się to nie spodobało, nawet biorąc pod uwagę fakt, że (według jego zapewnień) Juan polował pod osłoną nocy. Twierdził, że potworną stratą byłoby przegapić taką okazję, skoro ludzie zagnali swoje stada tak blisko nas.
Po strasznie skromnym posiłku, wróciłam do liczenia krat. Konkretniej; zaczęłam liczyć od nowa. Postanowiłam jednak zaniechać użycia nazw, o których myślałam wcześniej. Przez całe życie nie słyszałam, żeby ktokolwiek, nawet Ting, użył dokładnie takich słów. Po prostu coś mi się nie zgadzało. Kiedy dotarłam po raz drugi do jeden-nastej kraty, postawiłam przy niej pustą miskę, żeby zapamiętać, gdzie skończyłam. Od tego momentu odliczałam od nowa. W ten sposób dowiedziałam się, że od moich sąsiadów oddzielało mnie jeden-naście i osiem stalowych prętów. 
Byłam całkiem zadowolona z tego odkrycia, ale chciałam wiedzieć, jaka liczba naprawdę powstawała z połączenia tych dwóch. Niestety w obecnej sytuacji, jedyną opcją na odkrycie tajemnicy było rozpoczęcie rozmowy z Freeze'm. 
Westchnęłam ciężko. Odwróciłam się z powrotem do mojego sąsiada w celi obok. Leżał pośrodku swojego kawałka przestrzeni z głową opartą na łapach. Może trochę przysypiał... 
- Freeze - mruknęłam, podchodząc do dzielących nas krat. 
Basior podniósł jedno ucho (tego z lodu zdaje się nie potrafił w ogóle ruszyć, odkąd zablokowali jego moce) i spojrzał na mnie, przekręcając odrobinę łeb. 
- Co powstaje z połączenia jeden-nastu i ośmiu? - spytałam niepewna, czy mi odpowie. Nie wiem, czy to się zaliczało do lekcji matematyki. 
- Dziewiętnaście. Już chcesz przejść do dodawania? - Basior podniósł głowę. 
- Nie wiem... - odparłam. - Jak będzie lepiej? - Usiadłam, spoglądając w jego stronę. Może średnio miałam ochotę na rozmowy z nim, ale na dłuższą metę naprawdę wolałam jego wykłady o matematyce od własnych myśli i paskudnej nudy. 
- Najpierw wyjaśnijmy sobie system liczbowy do stu. Przynajmniej do stu. Dotarliśmy dopiero do dziesięciu. 
- Okej - skinęłam głową. Zastanawiałam się, ile nam jeszcze w takim razie zostało.
- Wszystkie liczby między dziesięcioma, a dwudziestoma (co jak już mówiłem jest równe dwóm dziesiątkom) kończą się na "-naście". Jednak żeby uzyskać konkretne nazwy, czasem trzeba zmienić kilka liter w nazwie odpowiedniej liczby. 
- Mogę prosić o jakieś konkrety? - Nie rozumiałam kompletnie o czym ten basior do mnie mówił. 
- Jedynce odpowiada "jedenaście" - podał pierwszy przykład. 
- Jeden-naście, tak? 
- Podkreślam, że powinno się wymawiać tylko jedno "n". To już jest drobna zmiana w słowie, które jest bazą. Powtórz - skinął głową w moją stronę. 
- Jeden... aście... Jedenaście - wydukałam. 
- Dobrze - pochwalił Freeze. - Kolejną liczbą jest "dwanaście". Tu akurat nic się nie zmienia. 
W ten sam sposób wytłumaczył mi, jak utworzyć nazwy kolejnych liczb. Okazało się, że niektóre z nich odgadłam poprawnie już wcześniej. Sama jednak bym nie wpadła, na to, że "sześć", zmienia się w "szes-naście" albo "dziewięć" w "dziewięt-naście". 
Idąc tą drogą, wreszcie dotarliśmy do tej magicznej "dwudziestki". Od tamtej pory liczby miały przybierać znacznie prostszy schemat tworzenia; wystarczyło do "dwadzieścia" dokleić "jeden" lub "dwa" i tak dalej. Szczerze mówiąc, obawiałam się, że będzie to trudniejsze. Dzięki temu nie musiałam uczyć się już na pamięć aż tylu nazw. Jedynym, co było teraz ważne, to zapamiętać, jak brzmiały liczby kończące się na "dzieści" oraz "dziesiąt". 
Przez cały wieczór i część kolejnego dnia zajmowaliśmy się utrwalaniem tych wszystkich nazw, chociaż ja miałam wielką ochotę przejść już dalej; ponad liczbę "sto", której tak wielu używało. Myślałam nawet nad tymi "rachunkami", o których wspominał wcześniej mój nauczyciel. 
W chwilach, kiedy przestawałam myśleć o Freeze'ie jako o powodzie moich wszelkich problemów i skupiałam się na poznawaniu liczb, było mi trochę lżej w tym więzieniu. Czas płynął odrobinę szybciej, a moje myśli odrobinę rzadziej powracały do otwartej przestrzeni, głodu i lęków. Niemniej jednak brakowało mi przyjaznych, znajomych pyszczków moich przyjaciół. A zwłaszcza obdrapanej czaszki, wiecznie zasłaniającej mordę Tinga. 
Brzdęk, brzdąk... Tak brzmiało jego banjo. W najśmielszych snach bym nie pomyślała, że zatęsknię za tym dźwiękiem.
Brzdęk, brzdąk...

<C.D.N.>

Uwagi: "Niemniej jednak" piszemy łącznie.