sobota, 7 września 2019

Od Edel "Życie kołem się toczy" cz. 1 (cd. Crane)

Lipiec 2024
Nasz pobyt w Białym Królestwie znacznie się przedłużył, jednak nie mogłam narzekać. Nowotwór wykańczał mnie z każdym kolejnym dniem. Jeśli tuż przed odejściem z Zakonu byłam słaba, tak teraz ciężko było nazwać mój stan słowami. Chodzenie stało się niemal niemożliwe, a mdłości nachodziły w całkiem losowych momentach i nie opuszczały mnie przez prawie całe dnie i noce. Wymiotowanie stało się pierwszą rzeczą, którą robiłam po przebudzeniu i jedną z ostatnich przed zaśnięciem. I to z oczywistym pominięciem nocnych pobudek. Nigdy nie dałabym rady kontynuować podróży na smoku w tym stanie.
Nie wiedziałam, jakim sposobem Crane ze mną wytrzymywał. A już zwłaszcza od chwili, kiedy przeniosłam się na stałe do jego pokoju, sprawiając mu codzienne nocne atrakcje. I to znacznie mniej przyjemne, niż mógłby się spodziewać. Pomimo tego basior znosił wszystko z kilkoma cichymi westchnięciami, wieloma słowami wsparcia i rosnącym zmartwieniem w oczach.
 W którymś momencie do zwyczajowych objawów doszło coś... Jakby dziwny obrzęk wokół mojego brzucha. Liczyłam, że ten sam zniknie, jednak kiedy czas mijał, a on się jedynie powiększał, nie mogłam powstrzymać niepokoju. Poprosiłam Crane'a, żeby spróbował znaleźć jednego z watahowych medyków. Wilk nalegał na początku do skonsultowania się z tym znanym lekarzem z Białego Miasta, Patrickiem, ale nie miałam zamiaru się zgodzić. Znacznie bardziej ufałam wilkom z watahy. No i nie chciałam, żeby Crane płacił za byle diagnozę, skoro odpowiedzi mógł mi prawdopodobnie udzielić ktoś z nas.
Basior posłusznie wyruszył na poszukiwania. Jeśli chodziło o jakichkolwiek lekarzy, ton w "naszej" karczmie mieszkał jedynie Magnus, który akurat tego dnia gdzieś wyszedł. Żadne z nas nie miało pojęcia, kiedy samiec mógłby wrócić i czy w ogóle. Wobec tego Crane wyruszył na Białe Miasto wspierany kilkoma wskazówkami od wilków z watahy odnośnie gospody, w której zamieszkiwała Ellamaria oraz Volga - dwójka medyków wywodząca się z Watahy Czarnego Kruka.
Ja w tym czasie nie byłam specjalnie produktywna. Leżałam w miejscu, w którym zostawił mnie mój partner (dalej nie mogę uwierzyć jak to wyrażenie pięknie brzmi!) i starałam się powstrzymać wstrząsające mną mdłości. Miałam wrażenie, jakby coś kotłowało się w moim brzuchu. Wrażenie było dziwne. Znane i nieznane jednocześnie.
Kiedy drzwi cicho zaskrzypiały, zwiastując tym samym przybycie Crane'a, akurat spałam. Jednak ten dźwięk zwrócił moją uwagę i skutecznie wybudził ze snu. Spróbowałam wstać, lecz słabe łapy odmówiły mi posłuszeństwa. Dopiero kolejnym razem mi się udało, a i tak się chwiałam.
- Edel, nie powinnaś wstawać - skarcił mnie Crane.
Puściłam jego uwagę mimo uszu i skierowałam spojrzenie na postawnego basiora, który wszedł tuż za moim partnerem. Samiec miał potargane brzoskwiniowe futro z kilkoma jasnymi wstawkami. Jego czarne oczka biegały po całym pomieszczeniu, jakby nie mógł się zdecydować, w którą stronę powinien patrzeć. Dopiero gdy delikatnie odchrząknęłam, spojrzenie medyka zatrzymało się na mojej sylwetce. Po wcześniejszym zagubieniu nie było śladu, kiedy zmierzył mnie uważnym wzrokiem.
- Crane opowiedział mi o twojej chorobie - Mówił na tyle cicho, że musiałam się wsłuchać, żeby usłyszeć wszystkie słowa. - Połóż się.
Posłusznie wykonałam jego polecenia. Z lekarzami się nie dyskutowało.
Volga niemal bezszelestnie podszedł do mnie. Wskazał mi łapą, żebym przewróciła się na plecy, co natychmiastowo zrobiłam. Wilk nachylił się w stronę mojej piersi i zaczął nasłuchiwać. Następnie położył łapę na brzuchu, by po chwili ją zabrać i przyłożyć do niego ucho. Nie rozumiałam, na czym ten zabieg miał polegać, ale samiec cały czas coś do siebie mruczał pod nosem. Próbowałam coś z tego zrozumieć, ale słowa były wyrwane z kontekstu i poprzetykane mruknięciami w stylu: "mhm" czy "yhym".
W końcu się ode mnie odsunął i odwrócił w stronę Crane'a, który siedział nieopodal, patrząc na całą scenę z czymś w rodzaju niepokoju. Następnie spojrzał ponownie na mój brzuch, a potem w oczy.
- Jesteś śmiertelnie chora, ale to już wiesz, nieprawdaż? - zaczął.
Odmruknęłam coś w ramach potwierdzenia.
- Powiększający się brzuch nie jest jednak wynikiem choroby, jak myśleliście... - Każde słowo wymawiał irytująco wolno. Przeciągał werdykt, sprawiając, że zaczynałam się coraz bardziej stresować.
- Wobec tego czego? - wtrącił Crane.
- Ciąży - odpowiedział krótko medyk.
Poczułam, jak coś się we mnie załamuje. Ciąży... Jestem w ciąży... Miałam wrażenie, że to jeden wielki żart. Niemal czekałam, aż ten cichy lekarz zaśmieje mi się prosto w pysk.
- Twój czas powoli się kończy, a rosnący szczeniak może jedynie przyspieszyć cały proces. Zazwyczaj w takiej sytuacji zalecam usunięcie ciąży, lecz w tym wypadku... Nieważne jaką decyzję podejmiesz, najpewniej oboje umrzecie - wyjaśnił basior.
Oboje umrzemy niedługo. Ja i szczeniak, którego noszę w sobie od... właśnie, kiedy? W głowie stanęło mi wspomnienie ostatniego razu. Żadne z nas nie spodziewało się jakie będą skutki tamtej nocy...
- Jeśli miałbym być szczery, to najlepszym wyborem będzie próba donoszenia malucha. Jest w końcu minimalna szansa, że chociaż on urodzi się zdrowy, a pani, proszę wybaczyć za dosadność, i tak umrze. Dam wam czas na zastanowienie się nad tym wszystkim, jednak proszę o podanie w najbliższym czasie swojej decyzji - powiedział i wyszedł. Tak po prostu.
Jego słowa zawisły w powietrzu. Zarówno ja i Crane milczeliśmy, zastanawiając się w ciszy nad tymi niespodziewanymi wieściami. Nie wiedziałam, jak to się odnosiło do samca, ale ja byłam w głębokim szoku. Jednak oczywistym dla mnie było, że spróbuję donosić ciążę do końca. Nie mogłam zabić w końcu życia w zarodku, nawet jeśli zostało zrodzone przez przypadek. Nawet jeśli było to niebezpieczne...

<Crane?>

piątek, 6 września 2019

Od Eterny "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 1

Wrzesień 2024 r.
Eterna od dłuższego czasu lubowała się w obserwowaniu młodszych od niej Treunisów. Z początku interesowało ją tylko to, jak rozwijają się wraz z wiekiem ich relacje, lecz z czasem szczególnie upatrzyła sobie Mortimera. Naturalny lider grupy nieposiadający żadnych mocnych cech charakteru. Intrygowało ją to. Nigdy nie rozmawiali, ale lubiła na niego patrzeć z boku, rozmyślając, na jaki pomysł tym razem wpadną basiorki. Czasem porozumiewali się tylko za pomocą spojrzeń, ale nie wyczuwała między nimi żadnej nitki wiadomości przesyłanych telepatycznie. Po prostu doskonale się znali. Ona nie miała nikogo takiego.
– Co należy zrobić w sytuacji, kiedy wilki się ze sobą skłócą? – zapytał Hitam. Eterna powoli odwróciła w jego kierunku głowę, wytrącona z domyślań.
– Zależy o co poszło.
Nauczyciel logiki uśmiechnął się zadowolony.
– O kradzione zapasy jagód z jaskini.
– Wilk, który je ukradł, powinien je zwrócić i przeprosić – Wzruszyła ramionami. Pytania były banalne, ale kątem oka widziała, że Mortimer i Theodore chłoną każde słowo wypowiadane przez Alfę. Nauczyciele zawsze dostosowali poziom pod nich, nie pod nią. Exan z kolei wyglądał na nieobecnego myślami.
– Co jeśli jednak złodziej nie chce ich zwrócić, zapewniając, że jagody są jego?
– Zabrać mu je siłą – prychnął Exan.
– To tylko jagody! – oburzył się Mortimer. "Właśnie", przeszło przez myśl Eternie. Znowu wykorzystała okazję i utkwiła wzrok w czarno-brązowym basiorku.
– Może z tego wyniknąć bójka – dodał Hitam – Co wtedy?
– Pokonać go – odpowiedział Exan.
– Nie masz szans. Złodziej jest dużo silniejszy.
– Jak Navri! – palnął Theodore. Eterna popatrzyła niedowierzająco na basiorka. Zresztą nie tylko ona.
– Ta uwaga chyba nie była na miejscu – skomentował Hitam niepewnie. Theo zwiesił uszy.
– P-przepraszam.
Hitam pokręcił głową z dezaprobatą.
– Musisz nad tym popracować, Theo.
Pokiwał główką. Hitam znowu zwrócił swoją uwagę na Exana.
– Więc? Co byś zrobił?
– To, że nie mam przewagi o niczym nie świadczy. Zawsze jest jakaś szansa wygranej.
Hitam ze świstem wypuścił powietrze.
– Musisz spróbować rozstrzygnąć ten konflikt dyplomatycznie. Na tym polegają te lekcje. Aby zrozumieć, że siła mięśni to nie wszystko...
– Dyplomatycznie? W sensie za pomocą dyplomu? – wtrącił Mortimer.
Eterna z trudem powstrzymała parsknięcie śmiechem. Hitam zwiesił głowę.
– Nie... dyplomatycznie to pokojowo. Nie chodzi o pokój jako pomieszczenie, tylko... – zastanowił się – Stan bez wojen i kłótni.
Mortimer patrzył na niego w głębokim skupieniu, starając się poskładać jego wypowiedź w logiczną całość.
– Chyba rozumiem.
– To dobrze – odetchnął Hitam.
– Solidny wycisk jest skuteczniejszy – mruknął Exan, odwracając swoje duże, jasnoniebieskie ślepia.
– Za pomocą siły daleko nie zajdziesz, Exan – powiedział z powagą nauczyciel. Basiorek wywrócił oczami.
– Jak nie będziesz się bić to będą cię też bardziej lubić – wtrącił Mortimer. Na jego pyszczku zajaśniał uroczy uśmieszek.
– To, że wydaje ci się, że cię lubią nie oznacza, że tak jest – parsknął Exan. Mortimer otworzył pyszczek w oburzeniu.
– Ja go lubię – dorzuciła Eterna pospiesznie.
– Ja też! – wykrzyknął Theodore.
– W takim razie mamy przewagę – podsumował Hitam – Jak będziesz dla innych tak niemiły to ciebie nie będą lubić, Exan.
Basiorek furknął obrażony.
– Dzieciak – mruknęła pod nosem Eterna.
– Słyszałem – powiedział znudzony Hitam – Jesteście chyba najbardziej kłótliwą grupą, jaką do tej pory miałem.
– To przez Exana! – wykrzyknął Theo.
– Lepiej nie zrzucać winy na innych. Zawsze leży gdzieś pośrodku i należy o tym pamiętać.
Eterna patrzyła na Exana w milczeniu. Długa grzywka przysłaniała mu pyszczek tak, że nie widziała dokładnie jego miny. Garbił się.
– Sugeruję powrót do tematu zajęć... Co zatem trzeba zrobić, aby dogadać się ze złodziejem?
– Zgłosić do Alfy kradzież...? – zapytał niepewnie Mortimer. Stukał nerwowo czubkiem pazurka o wystający kamień.
– To już jest jakiś pomysł – Pokiwał głową Hitam – Jakieś jeszcze alternatywy?
– Powiedzieć mu, że nie chciałby, żeby ktoś okradł jego.
Nauczyciel skinął głową. Eterna znużona grzejącym słońcem postanowiła się położyć. Zajęcia już i tak dobiegały końca, więc Hitam tylko przeleciał po niej wzrokiem bez większego zainteresowania. Z tej perspektywy wydał się jej strasznie wysoki.
– Co jeżeli upierałby się, że to zbieg okoliczności, a jagody są tak naprawdę jego?
– Podać jakieś dowody...? – zawahał się znowu Mortimer. Theodore żywo pokiwał głową.
– Dowody na co?
– Że jagody nie należą do niego.
– Jakie dokładnie dowody? – dopytywał Hitam.
Mortimer był zbity z tropu. Wytrzeszczał na niego ślepia tak bardzo, że Eterna nawet spod przymrużonych oczu widziała dokładnie przejaśnienia na jego już i tak jasnozielonych tęczówkach. Alfa jednak niczego mu nie zamierzał podpowiadać. Spokojnie czekał na odpowiedź.
– No... cechy szczególne naczynia, w którym były trzymane chyba.
– Na przykład jakie?
– Ryski na słoiku...? – zasugerował, a widząc, że nauczyciel go nie karci, postanowił kontynuować – Albo jeszcze kurz osiadły na półce i czyste kółko idealnie pasujący do rozmiaru słoika. Jeśli nie jest złodziejem, to nie powinien mieć problemu ze sprawdzeniem tego.
Eterna patrzyła na niego z drobnym podziwem. Nie była pewna, w jakim był wieku. Wiedziała jednak tyle, że wyglądał i zachowywał się na znacznie młodszego od niej. Przymknęła oczy, wyobrażając sobie, jak odgarnia jego puszystą grzywkę i całuje w nosek. Była pewna, że na jego pyszczku pojawiłby się wtedy szeroki uśmiech. Miał najsłodszy ze wszystkich wilków, jakie kiedykolwiek poznała. Nie wiedziała jeszcze, co do dokładnie oznacza. Chyba tylko tyle, że chciała mu ten uśmiech ukraść. Jej wyglądał bardziej jak krzywienie się po zjedzeniu czegoś kwaśnego.
– Co racja, to racja... – Hitam już zbierał się, aby powiedzieć coś jeszcze, ale zaraz potem odpuścił. Poczuła na sobie jego wzrok. Otworzyła ślepia. Uśmiechał się do niej. – Elanor chyba już zasypia. Sądzę, że to już tyle z lekcji na dziś... Nie zapomnijcie przyjść na zajęcia kreatywności po przerwie!
Mortimer uradowany zaczął odchodzić wraz z Theo u boku. Zaraz potem dołączył do nich Exan, przekazując coś na ucho Theo. Eterna podążyła za nimi wzrokiem. Niedługo potem Exan i Theo zboczyli z wydeptanej przez ich watahę ścieżki, zostawiając Mortimera samego na łące. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że jeszcze nigdy nie widziała ich oddzielnie. To właśnie dlatego nie miała do tej pory najmniejszej okazji, by do niego zagadać. Poczuła, jakby właśnie jakieś bóstwa wysłuchały jej cichych próśb i zdarzył się cud.
Pod wpływem impulsu postanowiła za nim pobiec. Niemal nie przewróciła po drodze Hitama i kilku szczeniaków z Watahy Czarnego Kruka, które powoli zaczynały się zbierać na kolejne zajęcia. Źdźbła trawy smagały ją po smukłych łapach. Czuła, że mogła mieć od nich później jakieś skaleczenia, ale nie miała zamiaru stracić Mortimera z oczu. Dystans, jaki ich dzielił był większy, niż początkowo sądziła. Przyspieszyła jeszcze bardziej, mimo że łapy zaczynały ją piec.

<C.D.N.>

Od Crane'a "To nie był błąd" cz. 1 (Cd. Edel)


Czerwiec 2024
Podjąłem ostateczną decyzję w sprawie związku z Edel. Po bezsennej nocy i godzinach rozmyślania, wreszcie zrozumiałem, jakie jest moje stanowisko. Naprawdę chcę, żeby każdego dnia ta wadera była u mojego boku; chcę byśmy sobie nawzajem przysięgli wierność. Fakt, narażałem w ten sposób swój plan na bycie partnerem samicy o wysokiej randze, ale pozostałe pozytywne strony związku wyciszyły ten jeden głos przeciw. Dlatego kiedy tylko słońce wstało, pobiegłem do Edel. 
Po sekundzie stanąłem pod jej drzwiami. Uniosłem łapę, ale wtem w mojej głowie pojawiało się pytanie: "Co z moimi sekretami?". Na to jednak odpowiedź była prosta - "Dotychczas zdołałem je ukryć przed wszystkimi w watasze, więc i teraz podołam zadaniu".
Zastukałem parę razy i sam otworzyłem sobie drzwi, by moja ukochana nie musiała wstawać. 

Wrzesień 2024
Po wielu sporach pośród członków watahy, wreszcie podjęto decyzję o opuszczeniu Białego Miasta. Niewykluczone, że raz na zawsze. Pobyt ostatecznie przedłużył się o całe pół roku. Z początku myślałem, że miało to jakiś związek z terminami wypuszczenia Lind i Suzanny, jednak nie udało mi się potwierdzić tej teorii. Koniec końców tylko jedna z nich wyszła z więzienia przed odlotem stada. 
Był jednak jeden powód, dla którego nie byłem całkowicie zachwycony wiadomością, że już wyruszamy. Tym powodem była moja ukochana Edel. Z upływem czasu słabła w oczach. Miałem absolutną pewność, że męcząca droga nie jest wskazana komuś tak ciężko choremu. Ale co nam pozostało? Alfa miałby zgodzić się na odwlekanie podróży ze względu na jednego członka stada? Nie trzeba było czegoś takiego proponować, żeby znać odpowiedź. Do tego coraz mniej wierzyłem że stan mojej partnerki ulegnie poprawie na tyle, by miała dość sił. 
Pozostanie na miejscu jednak też nie było opcją. Prawda, nadal miałem Naszyjnik Pożywienia, więc nie musielibyśmy się martwić o ceny jedzenia. Jednak nadal pozostawały koszty noclegu. Po tym, jak wydałem wszystkie Bellos na wykup Lind (z perspektywy czasu może nie był to aż tak dobry strategicznie ruch), nie miałbym z czego płacić. Zresztą... im dłużej przebywałem w Białym Mieście, tym bardziej się martwiłem, że w końcu każdego z nas wsadzą do więzienia pod byle jakim zarzutem. Od jakiegoś czasu na ulicach pojawiało się coraz więcej straży. Stosunkowo często trzymali jakiegoś wierzgającego obywatela. 
Tak więc, nastał dzień w którym po raz ostatni przeszliśmy przez wielką, białą bramę. Edel szła tuż obok mnie. Czasem potykała się, ale za każdym razem zdążyłem ją złapać. Dotarliśmy na polanę, gdzie czekały smoki. Diligitis ze względu na swoje niewielkie rozmiary z łatwością przecisnęła się między swoimi pobratymcami, by wyjść nam na spotkanie. Prawie zapiała z radości, jak dowiedziała się, że jesteśmy małżeństwem.
- Wiedziałam, wiedziałam! - zakrzyknęła, unosząc pysk ku górze. Z jej nozdrzy wyleciały kłęby pary. - Wiedziałam, że tak będzie!
Smoczyca chwilę tańczyła w miejscu. Potem przypomniała sobie o swoim zadaniu jako przewoźnika i położyła się na brzuchu, żeby łatwiej było nam wsiąść. Tak jak dawniej, pozwoliłem swojej ukochanej wejść po mnie. Następnie i ja wskoczyłem na grzbiet Diligitis. Smoczyca rozłożyła skrzydła i po krótkim rozbiegu, zaczęła zbliżać się do swoich krewniaków, już kołujących nad polaną. Nachylenie lotu sprawiło, że nasza dwójka była przyciśnięta do spakowanego kosza, znajdującego się za nami. Diligitis nadal była w doskonałym humorze, więc leciała naprawdę szybko. Nigdy nie spodziewałbym się po niej takich prędkości. To jednak sprawiło, że zimny wiatr był jeszcze bardziej dokuczliwy. Edel przysunęła się nieco bliżej mnie. Niestety nie miałem niczego, czym dałoby się ją szczelnie okryć. Postanowiłem, że już na pierwszym postoju znajdę kogoś, kto mógłby nam coś pożyczyć.
- Hej! Crane! - usłyszałem nagle. 
Rozejrzałem się za źródłem tego głosu. Dostrzegłem, że całkiem blisko Diligitis szybował Passer. Pośród wilków znajdujących się na jego grzbiecie, jedna wadera stała prosto. Była to Lind. Spoglądała teraz w naszą stronę. Po chwili przeskoczyła nad głowami swoich przyjaciół, pobiegła po naprężonej błonie długich skrzydeł Passera i wzleciała w powietrze na własnych, powstałych z wiatru. Wkrótce wadera dotarła bliżej do naszego przewoźnika. Kiedy szybowała już tuż nad Diligitis, znów się odezwała:
- Nie miałam okazji ci podziękować, Crane - Utworzyła barierę od silnego wichru między sobą, a grzbietem smoka, na którym siedzieliśmy. Miało to ułatwić nam rozmowę na tej wysokości. - Dopiero teraz dowiedziałam się, ile Bellos wydałeś na mój wykup. 
- Nie ma sprawy - odparłem z uśmiechem. - Czego się nie robi dla przyjaciół.
- Jestem twoim dłużnikiem - wyszczerzyła zęby Lind. 
Trzymam za słowo, trzymam za słowo. Dobrze, że mamy świadków tej rozmowy. 
Biała wadera zakręciła się w locie parę razy wokół własnej osi, po czym zaczęła pikować w dół. Następnie zahamowała i wróciła bliżej Passera. Pewnie jak skończymy kołować w oczekiwaniu na pozostałe smoki, nie będzie jej tak łatwo dotrzymać kroku naszym przewoźnikom. 
Pomyślałem, że w przyszłości względy samicy Beta mogą być bardzo, ale to bardzo przydatne. Nie wiem, jakim cudem Lind tak często przyjmuje ten tytuł. Wtedy przypomniało mi się, iż obok mnie siedzi ktoś z niewiele mniej ważnym stanowiskiem. Niedawno okazało się, że moja najcudowniejsza Edel została Gammą. Co za tym szło, JA zostałem samcem Gamma. Pamiętam swoją wielką radość, kiedy się o tym dowiedziałem. Wtedy miałem już absolutną pewność, że ten ślub nie był błędem. Do teraz nie zmieniłem zdania. 
Zbliżyłem pysk do Edel i polizałem ją w policzek. Samica zachichotała. 
- Aż taka słodka jestem, że musisz mnie całować przynajmniej raz na godzinę? 
- Jeszcze słodsza - odparłem. - Ale niestety muszę być oszczędny. 
Wadera zaśmiała się jeszcze głośniej. Diligitis już zwolniła, więc wiatr już trochę mniej nam doskwierał.

<Edel?> 


Uwagi: Piszemy "zresztą", nie "z resztą".

czwartek, 5 września 2019

Od Lind "Prawa i obowiązki Strażnika"

Lipiec 2024
Przez następne dni nie wychodziłam z zajazdu. Nawet nie wystawiałam nosa za drzwi swojego pokoju. Trudno było mi w ogóle wstać z posłania. Byłam już wolna, z dala od tamtej strasznej celi, ale nie czułam się tak samo, jak przed paroma miesiącami. Teraz ogarniało mnie poczucie beznadziei, przygnębienia i obojętności. Nie miałam na nic siły. Jadłam niewiele więcej niż w więzieniu, zmuszałam się do picia. 
Moi przyjaciele przychodzili czasem zobaczyć, jak się trzymam. (Raz przyszedł Crane wraz z Edel. Później dowiedziałam się, że kiedy mnie nie było, zostali małżeństwem.) Ja jednak nadal nie miałam ochoty na odwiedziny, ani na rozmowy. Odpowiadałam na wszystko krótkimi pomrukami albo wcale. W ten sposób upłynął pierwszy tydzień od mojego powrotu. Przynajmniej czas między wschodem, a zachodem nareszcie płynął szybciej. 
Pewnego dnia Ting postanowił sprawdzić, czy może tym razem uda mu się mnie czymś zainteresować. Podszedł do mojego posłania i zaczął rozmowę:
- Pierzasta, może chciałabyś coś przeczytać? - zaproponował. - Pewnie ci tego brakowało. 
Nie ruszając głową, spojrzałam w stronę Odmieńca. 
- Co masz? - spytałam po chwili. 
- Trafiłem w Królewskiej Bibliotece na... 
- Nigdzie nie pójdę - westchnęłam cicho, przymykając oczy. Moje nikłe zainteresowanie tematem zarzuconym przez Strażnika Wichury, zniknęło zupełnie. Nie było mowy, bym wyszła na miasto. 
- Spodziewałem się tego - oznajmił Ting. - Dlatego przyniosłem ci kopię. 
Otworzyłam z powrotem oczy i przekręciłam głowę w jego stronę. Skąd on mógł wziąć kopię czegoś, co znajdowało się w Bibliotece pałacu? Przecież wszystkie moje Bellos zostały przekazane straży, w zamian za wczesne zwolnienie z więzienia.
Odmieniec położył obok mnie na łóżku stertę kartek. Każda miała z lewej strony arkusza dwie dziury, przez które poprowadzono sznurek. W ten sposób wszystkie były połączone w jeden, nieco wygnieciony tom. 
- Jak to zdobyłeś? - przejechałam wzrokiem po stercie papieru. 
- Z Królewskiej Biblioteki nie można niczego wynosić, więc po prostu przepisałem całą książkę - odparł Ting. 
- Specjalnie dla mnie...? - Otworzyłam pyszczek ze zdziwienia. 
Podniósłszy głowę, dostrzegłam, że na pierwszej stronie istotnie widniało pismo Tinga. Tymczasem Odmieniec zerknął w bok, a następnie z powrotem na mnie. 
- Chciałem ci to przynieść wcześniej, Pierzasta... - mruknął. - Ale nawet mnie nie wpuścili do ciebie - przyznał, nieco ciszej. 
Opuściłam nieznacznie uszy. Więc istotnie chciał mnie odwiedzić. Nie powinnam była w to w ogóle wątpić. 
- Przeczytaj. Treść jest naprawdę ciekawa - Podsunął stos kartek bliżej mnie.
Skinęłam głową. Powoli wstałam do pozycji siedzącej. 
- Ja pójdę znaleźć ci coś do jedzenia - oznajmił Odmieniec, idąc w stronę drzwi. - A, właśnie - zatrzymał się. - Przy czwartym rozdziale jest coś, co może cię zainteresować. Tylko zapoznaj się z resztą, bo nic nie zrozumiesz. 
Potem zniknął w korytarzu. Chwilę patrzyłam w szparę między framugą, a drzwiami. Zostałam sama w pokoju. Warto wspomnieć, że od niedawna Baldor przenosił się czasem na parter zajazdu; tak samo było i dzisiaj. 
Przejechałam wzrokiem po pomieszczeniu Zauważyłam, że szafka nocna była przysunięta bliżej łóżka, niż zanim zniknęłam. Dostrzegłam też w kącie jakiś nowy przedmiot - małe, błyszczące pudełeczko. Prawdopodobnie kolejne trofeum Odmieńców z gry w pokera. 
Sięgnęłam wiatrem po wspomniany przedmiot. Kiedy wylądował obok mnie, obróciłam go parę razy w łapach. Pudełko nie miało zamka, jedynie małą blokadę, którą wystarczyło nacisnąć. Kiedy ją zwolniłam, nagle rozległa się przepiękna cicha muzyka. Wsłuchana z zachwytem, zaczęłam się zastanawiać, czy gdzieś już nie spotkałam się z takim "grającym pudełkiem". Brzmienie urządzenia tego typu było bardzo charakterystyczne. 
Po chwili zamknęłam małą, błyszczącą szkatułkę; tym samym przerywając muzykę. Odłożyłam przedmiot na szafkę. Obiecałam sobie, że jeszcze do niego wrócę, jeśli żaden Odmieniec nie będzie miał pretensji, że w ogóle ruszałam ich zdobycz. 
Zwróciłam oczy z powrotem na "książkę". Przewróciłam nieco rozmazaną, prowizoryczną kartę tytułową i zaczęłam czytać. Ting wrócił parę minut później, zanim w ogóle skończył się poemat na wstępie. Odmieniec niósł w łapach kawał mięsa. Kiedy tylko przekroczył próg, poczułam, że to sarnina. Odłożyłam gruby tom na bok i zeszłam bez pośpiechu z posłania. Nie byłam głodna, ale z rozsądku zaczęłam jeść. Odmieniec przycupnął nieopodal, przyglądając się mi. Już po paru kęsach poczułam się syta. Wtedy podniosłam głowę i spytałam mojego towarzysza:
- Dlaczego strażnicy nie wpuścili cię do więzienia? 
- Powiedzieli, że muszę zostawić plecak, naszyjnik i czaszkę. Nie mogłem tego zrobić - odparł, patrząc w jakiś nieokreślony punkt w przestrzeni. 
Zrobiło mi się przykro. Ewidentnie moja mowa ciała zdradziła to, bo po chwili Odmieniec znów się odezwał:
- Nie możesz mieć do mnie żalu, Pierzasta. Są decyzje, których jako Strażnik Wichury nie mogę podjąć.

Uwagi: brak.

środa, 4 września 2019

Od Magnusa "Groźba pamięci" cz. 1

Wrzesień 2024 r.
Obudziło mnie poruszenie w ciszy.
Uniosłem łeb z łap i rozejrzałem się. Zdecydowana większość wilków i smoków już dawno odpłynęła w sen. Tych, którzy jeszcze nie posnęli wyczułem gdzieś dalej, błądzących albo rozmawiających ze sobą półgłosem. Miałem jednak wrażenie, że to nie oni mnie zbudzili. Wysoko ponad śniącym stadem wisiał łuk klifu, rozświetlany nikłą poświatą księżyca. Dół masywnego wzgórza na którym się zatrzymaliśmy porastał gęstniejący las, stygnące powietrze rozpraszał ciepły wiatr, napływający z południa. Nic poza nierównymi oddechami nie zakłócało spokoju tego miejsca.
Dźwignąłem się na łapy, nie bez trudu. Od jakiegoś czasu gdy tylko z nieba znikały chmury, nie czułem się najlepiej. Jakby na przekór moim przeczuciom, że gdy ponownie ujrzymy słońce, trochę odetchnę. Odszukałem wzrokiem Cess i młodego basiora na okresie próbnym, również lecącego na Illae, z którym nie miałem jeszcze okazji porozmawiać. Wadera drzemała w najlepsze w pobliżu niebieskiego smoka, a wilk (Alexander?) spoglądał w nocne niebo. Nie zwrócił na mnie większej uwagi. Nie chciałem go zaczepiać, nie wyglądał na zainteresowanego rozmową. Nawet mi to odpowiadało, bo o moje uszy znowu obiło się to samo wrażenie na pograniczu dźwięku i przeczucia. Wolałem to sprawdzić. Najlepiej sam.
Z uszami postawionymi na sztorc ruszyłem w dół zbocza, niemal się nie zsuwając. Było tak stromo, że co jakiś czas musiałem przystanąć przy jakimś nieugiętym wystąpieniu terenu, jak skała czy drzewo. Wtedy jeszcze nie zastanawiałem się nad tym jak w ogóle wrócę i co w zasadzie strzeliło mi do łba, by pakować się na dół.
Poruszenie to znikało, to wracało, raz gdzieś przede mną, a raz niemal u szczytu wzgórza. Gdy schodziłem coraz niżej, wrażenie też się przemieszczało, zupełnie tak, jakby to ono podążało za mną. Na tą myśl dreszcz przebiegł mi po plecach. Niemal ślizgałem się po trawie, by zachować w miarę szybkie tempo, nie przystawałem już. Coś albo śledziło mnie, albo na odwrót. Może nawet nawzajem deptaliśmy sobie po piętach, ale w takiej sytuacji raczej tajemniczy prześladowca miałby przewagę. Zerknąłem za siebie. Skarpa narosła do rozmiaru góry, teren powoli opadał, a drzewa gęstniały. Nie ma mowy bym teraz zawrócił. Niepokojący byt przemieszczał się znacznie sprawniej ode mnie, a wolałbym nie stawiać mu czoła w miejscu z którego może mnie zepchnąć z łatwością zabrania dziecku lizaka.
W pewnym momencie przystanąłem, nieco skołowany. Pojawiło się coś jeszcze – dzika, ostra woń, od której w głowie mi zawirowało. Dziwne wrażenie drżenia w głębi piersi, rozchodzące się po łapach i wzdłuż kręgosłupa, jakby mnie otumaniło. Postawiłem jeden, dwa kroki i niemal upadłem. Ten zapach... niebezpieczny, przytłaczający i stary jak cała moja pamięć. Nagle tak bardzo go zapragnąłem, pomimo rozpaczy jaką zaczął mną szarpać. Nie rozumiałem go, nie wiedziałem skąd pochodził, gdzie było jego wytęsknione źródło. Poczułem się jakbym wpadł do wody, powoli stracił oddech i osunął się w mrok. Gdzie to jest?
Zjeżyłem się, zmiażdżony przez falę strachu z okrytej mgłą przeszłości, a cały świat przez moimi oczami zapadł się w sobie, w czymś, czego nie widać, bo doskonale wiedziałem skąd znam tę woń.
– Hej, dlaczego za każdym razem jak cię widzę, to odlatujesz?
Mignęło ogniste futro, a potem rozbawione zielone spojrzenie. Zanim dotarło do mnie jak bardzo nie na miejscu jest obecność Einara, już stałem o własnych siłach i wychodziłem z szoku, gdy rudzielec, w swojej ludzkiej postaci, przypatrywał mi się wesoło. Dziwne wrażenie sprzed paru chwil zamazało się, a niepokojący zapach zniknął, zastąpiony przez swojską, zalatującą dymem woń mojego starego przyjaciela.
Zniknęło.
– Skąd ty tutaj…
– Ma się swoje sposoby, a obiecałem ci przecież, że pogadamy. – Einar zachwycony jak dziecko, które po raz pierwszy zobaczyło spadające gwiazdy, zmierzwił moje futro, na co fuknąłem niechętnie. – I tak się składa, że kogoś jeszcze szukam, ty byłeś drugi w kolejności, ale plany trochę się zmieniły.
– Kogo? – odsunąłem się od Rudego, gdy znowu spróbował mnie pogłaskać.
– A pamiętasz tę laskę, co świrowała na twoim oddziale?
– Coś mi świta. – przyjrzałem mu się sceptycznie, szukając na jego twarzy jakichś oznak tego, że zaraz zniknie, a ja się obudzę. – Jej imię zaczynało się na A.
– Ta, no, głupia sprawa – zaśmiał się. – A wtedy cię okłamałem, nazywa się Nora.
– Chyba nie rozumiem.
– Postrzeliła cię, stary.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.