wtorek, 1 października 2019

NOWE TERENY

Grudzień 2024 r.
Smoki w trakcie podróży wspominały wilkom o tropikalnym lesie, w którym mogłyby się zatrzymać, bo rzekomo od lat nikt już tam nie mieszka. Nie potrafiły jednak dokładnie określić, czy jest to miejsce odpowiednie dla tak dużej grupy jak Wataha Magicznego Kruka, dlatego pozostawiły im sprawę zbadania terenów. Pewne było jedno – miejsce to jest dostatecznie bezpieczne, aby obyć się już bez dalszej pomocy smoków. Zapewniały one, że zamieszkają po przeciwnej stronie wulkanu i jest to dystans, który zdołałby przelecieć wilk ze skrzydłami.

W końcu nadszedł ten dzień. Dzień ostatecznego przylotu.
Dżungla, plaża oraz malujący się gdzieś w oddali wulkan całkowicie przerósł oczekiwania stada. Wszystko, co dotychczas znali wydało się śmiesznie małe w porównaniu do miejsca, które wedle zapewnień smoczych przyjaciół mogli spokojnie osiedlić. Pojawiły się też pierwsze wątpliwości co do tego, czy rzeczywiście wilk ze skrzydłami zdołałby przelecieć ten dystans. Podróż bez choć jednej przerwy wydała się to niemożliwa. Odsunięto jednak obawy na bok, obiecując sobie, że wyślą kogoś  z oficjalnymi podziękowaniami dopiero, kiedy teren, który musiałby przebyć okaże się dostatecznie bezpieczny do przenocowania.
Miejsce to, choć upalne, szybko wydało się wilkom dostatecznie przytulne, aby rzeczywiście za radą smoków zatrzymać się tam na dłuższy czas. Wiele z nich, czując dreszczyk zbliżającej się przygody, zaczęło zgłaszać się na ochotników do zwiedzania nowych terenów. Hitam nie mając wiele do gadania przystał na tę propozycję.
Następnego ranka wilki żegnały się serdecznie z ich towarzyszami podróży. Miały świadomość, że niewykluczone, iż już nigdy się nie spotkają. Stado machało im jeszcze długo, dopóki ich sylwetki zupełnie nie zniknęły z bezkreśnie błękitnego nieba.
Pierwsze zwiady rozpoczęto już w południe, tuż po pierwszym wspólnym posiłku, który składał się z dań, jakich do tej pory nie mieli nigdy okazji okazji spróbować.

poniedziałek, 30 września 2019

Od Lind "(Nad)zwyczajne dni w podróży" cz. 14

Listopad 2024
Pierwsza dotarłam na dno jaskini. Wówczas moim oczom ukazał się złocistopomarańczowy blask. Znaleźliśmy się w wielkiej pieczarze, którą przecinała świecąca własnym światłem rzeka. Wypływała z zachodniej ściany skalnej i znikała we wschodniej. Po obu jej brzegach rozciągał się dywan ciemnozielonej roślinności. Zafascynowana tym widokiem, podbiegłam bliżej. Po chwili Ting dołączył do mnie nad korytem rzeki. Kiedy ja podziwiałam lśniącą taflę, on przyglądał się uważnie zielsku, w którym staliśmy. 
– To liście Smoczej Róży – oznajmił po chwili. 
Drgnęłam i spojrzałam na rośliny zakrywające nasze łapy. 
– Nie żartuj – Z entuzjazmem przejechałam wzrokiem po otoczeniu, szukając cennych kwiatów. Nie mogłam jednak wypatrzeć nawet jednego – To gdzie są...? 
Odmieniec wskazał ptasią czaszką łodygę zakończoną ciemnozielonym pączkiem. Był szczelnie zamknięty. 
– Jesteśmy za wcześnie – mruknął Strażnik Wichury. – Jeszcze nie zakwitły. 
Westchnęłam zawiedziona. Już myślałam, że mamy okazję zdobyć te niezwykle cenne okazy. Rozłożyłam skrzydła, by przelecieć na drugą stronę świecącej rzeki, ale wtedy po pieczarze rozległ się donośny warkot. Zastygłam. Nie byliśmy tutaj sami. 
Kawałek kamiennej ściany przed nami poruszył się. Po chwili zrozumiałam, że to tak naprawdę wielki stwór, któremu zakłóciliśmy odpoczynek. Podniósł szarą głowę i spojrzał w naszą stronę pomarańczowymi oczami. Kiedy wstał, dostrzegłam w nim podobieństwo do większych smoków, na których podróżowaliśmy. Ten jednak był znacznie mocniejszy w budowie, a jego skrzydła zdecydowanie zbyt małe, by mógł latać. Łuska gada nie lśniła pięknymi kolorami. Przypominała raczej kanciaste skały jaskini, w której mieszkał. Cechą charakterystyczną były także kolce pod żuchwą stwora, które wyglądały jak stalaktyty. 
– Pierzasta – szepnął Ting. – Żadnych gwałtownych... 
Bez namysłu uderzyłam skrzydłami, obróciłam się w powietrzu i poleciałam w stronę wyjścia. 
– Nie! Co ty wyprawiasz?! – krzyknął odmieniec. Zawtórował mu potężny ryk, który zatrząsł całą jaskinią. 
Planowałam po prostu szybko opuścić grotę i wrócić do pozostałych członków watahy i naszych przewoźników. Zapomniałam jednak o pewnym ważnym szczególe - braku światła w większości jaskini. Jama smoka była oświetlona przez tamtą tajemniczą rzekę, ale w pozostałych częściach groty było kompletnie ciemno. Lecąc na pamięć, zdołałam pokonać długość pionowego korytarza, ale niedługo potem spotkałam się z kamienną ścianą. Oszołomiona od uderzenia, spadłam bezwładnie na ziemię. 
– Pierzasta? Pierzasta, obudź się! – usłyszałam po chwili. 
Poczułam, jak chuda łapa uderza mnie lekko w bok pyszczka. Otworzyłam oczy. Ting stał nade mną i poruszał niespokojnie zjeżonym ogonem. Poderwałam się z miejsca. Niewykluczone, że gdyby nie Medalion Nieśmiertelności nie byłoby to teraz takie proste. Słyszałam wyraźnie hałas świadczący, że smok nie jest daleko za nami. Odmieniec, widząc, że jestem w całkiem dobrej formie, wskoczył na mój grzbiet. 
- Wylatujemy stąd. Będę ział ogniem, żeby oświetlić nam drogę. No już, leć! - Poklepał nie parę razy w bok. 
W innej sytuacji zdenerwowałabym się na niego, że traktuje mnie jak konia. Teraz jednak ratowanie skóry było ważniejsze. Rozłożyłam skrzydła z wiatru i znów wystartowałam. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, Ting co chwila przywoływał z ptasich czaszek strumienie ognia, żebym tym razem widziała, gdzie są kamienne ściany i stalaktyty. Lot bez dwóch zdań był szybszym sposobem poruszania się w tej jaskini, niż wspinaczka. Niemniej jednak ze stresu parę razy o mało nie zrzuciłam Tinga z grzbietu na ostrych zakrętach. Poszybowaliśmy nad małym jeziorkiem, nad którym zebrałam wcześniej muchołówki. To pozwoliło mi pozbyć się obawy, że pomyliłam drogę. Z czasem ryki smoka nieco cichły. Zostawiliśmy go w tyle. 
Po jakimś czasie wystrzeliłam z powrotem na powierzchnię. Zmrużyłam oczy, oślepiona przez słońce, ale pomimo tego nadal przyspieszałam. Wkrótce mój wzrok przyzwyczaił się już do światła. Wtedy dostrzegłam, że wyleciałam wysoko w powietrze, ponad korony drzew. Rozejrzałam się po okolicy; "kamiennego" smoka nie było nigdzie widać. 
- Udało się - Odetchnęłam z ulgą. 
- Możesz już lądować. Byle nie pod tą twoją jaskinią - mruknął Ting. Poczułam, że mocno ciągnął moje futro. Wysokie loty na grzbiecie Passera nie robiły już na nim wielkiego wrażenia, ale ze mną sprawa miała się nieco inaczej. 
Zatoczyłam koło i poszybowałam w kierunku obozowiska. Stąd widzieliśmy już co większe smoki. Oczywiście te skrzydlate, zaprzyjaźnione z watahą. Nie zwalniałam aż do samego momentu lądowania. Zaryłam pazurami o ziemię, prawie się przy tym przewracając. Ting natychmiast zeskoczył z mojego grzbietu. 
- Kiedyś mówiłem, że masz szczęście, Pierzasta. Nie wiem, czy czasem nie powinienem tego odwołać - rzucił, potrząsając głową. 
- Skąd mogłam wiedzieć, co czeka na dnie tej jaskini? - mruknęłam, marszcząc czoło. 
Nadal zdyszana po stresującej ucieczce, opadłam na ziemię. Wtedy poczułam, że coś uwierało mnie w klatkę piersiową. Obróciłam się na bok i odgarnęłam miękkie zielsko, by znaleźć ten twardy przedmiot. W źdźbła trawy zaplątało się coś błyszczącego. Złapałam przedmiot zębami i pociągnęłam, wyrywając go z tych roślin. Położyłam znalezisko przed sobą. Okazało się, że to kolejny wisiorek. Gwoli ścisłości, Medalion Upływającego Czasu. Na ogół cieszyły mnie wszelkie rzadkie przedmioty, na które natrafiałam podczas podróży. Niestety po dotarciu do pustych krzaków smoczych róż, była to marna rekompensata. Przynajmniej w moim odczuciu. Używając wiatru, schowałam wisiorek do torby i położyłam głowę z powrotem na trawie. Nagle zachciało mi się spać. 

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Od Asgrima "Ma na imię Morgan"

Listopad 2024
- Jakoś nie jestem przekonana co do tego pomysłu - mruknęła Torance. - Nie przyjmie nic ani ode mnie, ani od ciebie.
Uniosłem wzrok ku górze, błagając o cierpliwość. Samica nie przestawała marudzić, odkąd tylko przedstawiłem jej mój plan. Z jakiegoś powodu nie widziała oczywistego geniuszu, który się w nim krył.
- Jeszcze zobaczymy.
Wilczyca posłała mi niepewne spojrzenie, na co nie potrafiłem powstrzymać ciężkiego westchnięcia.
- Po prostu pomóż mi coś znaleźć - poprosiłem.
Samica nie odpowiedziała. Patrzyła mi się przez kilka chwil w oczy, aż w końcu posłusznie rozpoczęła poszukiwania czegoś wartościowego.
Skupiłem się na węchu, próbując wychwycić woń jakiejś rośliny. Jednocześnie próbowałem wychwycić wąską stróżkę energii, która powiedziałaby mi coś na temat okolicznych kruszców. Nadal byłem w trakcie nauki wyciągania z pomocą swojego żywiołu co ciekawszych skał. Niestety było to znacznie trudniejsze, zwłaszcza, gdy wszystkie zapachy odżywały ze względu na trwającą ulewę.
Szukałem wzrokiem czegoś interesującego, jednak w okolicy były wyłącznie drzewa. Wysokie i wąskie pnie zamieniały się w szerokie korony, chroniąc nasze głowy przed zimnymi kroplami. Latanie w taką pogodę nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń, więc niezmiernie cieszyłem się, że mogłem wykorzystać ten czas na eksplorację i poszukiwania.
Zależało mi na odnalezieniu czegoś, co mógłbym podarować Edel. Samica urodziła zaledwie przed kilkoma dniami i choć wielokrotnie odrzuciła prośby moje oraz Torance o pogodzenie się, zależało mi na niej. Z tego co słyszałem, ze względu na osłabienie po porodzie oraz to związane z chorobą, nie była w ogóle w stanie chodzić. Nie było tajemnicą, że umrze maksymalnie w przeciągu kilku następnych miesięcy. Poza tym martwił mnie los jej szczeniaka. Chociaż wyrażałem chęć pogodzenia się z Cranem, miałem pewne obawy, że nie będzie dobrym ojcem. Zwłaszcza gdy zabraknie jego partnerki... I choć sam jedyne doświadczenia jakie posiadałem i jakie miałem kiedykolwiek posiadać były związane raczej z nauczaniem starszych szczeniaków warzeniem eliksirów, chciałem zaproponować swoją pomoc. Byłem gotów zignorować niechęć między moją partnerką a basiorem, byle pomóc przyjaciółce. Właśnie tym była dla mnie Edel - przyjaciółką i to pomimo tego, że teraz nie chciała mnie widzieć...
Z rozmyślań wybudził mnie nagły ból w głowie. Potrząsnąłem pyskiem, orientując się, że uderzyłem łbem o jedno z drzew.
- Wszystko w porządku? - Gdzieś z oddali nadszedł głos Tor.
- Jasne, że tak - odkrzyknąłem, nawet nie odwracając się w tamtą stronę.
Moją uwagę zwróciło właśnie coś innego. Na jednej z niższych gałęzi wisiał medalion. Wprawiany w ruch przez mocny wiatr, poruszał się w hipnotyzujący sposób. Zacząłem szukać wzrokiem kogoś, kto mógłby go zgubić, jednak nikogo nie zauważyłem. Nie wyczuwałem także żadnego zapachu, który podpowiedziałby mi do kogo mógł należeć naszyjnik. Wobec tego wzruszyłem ramionami i podskoczyłem. Gałąź zakołysała się, jednak medalion nadal na niej wisiał. Ponowiłem kilka razy moje próby, jednak skutek był ciągle ten sam.
Usiadłem pod drzewem i wbiłem spojrzenie w medalion. Zastanawiałem się w jaki sposób, mógłbym go dosięgnąć. Minęło kilka długich chwil nim wpadłem na tak oczywisty pomysł, że miałem ochotę strzelić sobie w łeb. Przymknąłem oczy, zmieniłem postać i faktycznie uderzyłem dłonią o czoło. Ze względu na znacznie dłuższe kończyny nie miałem już najmniejszych problemów z wzięciem medalionu. Ściągnąłem go z gałęzi i przyjrzałem się srebrnej zawieszce z zegarem. Zmrużyłem oczy, przypominając sobie, że był to jeden z medalionów polepszający kondycję wilków. Na swojej szyi nosiłem już takie dwa, więc ten - cokolwiek by nie robił - nie był mi do niczego potrzebny.
- Chyba znalazłem odpowiedni prezent - stwierdziłem, uśmiechając się delikatnie.
Zacisnąłem palce na zimnym metalu i przełożyłem łańcuch przez głowę. Duża zawieszka uderzyła o pierś i pozostałe naszyjniki, wydając przy tym cichy brzdęk. Mimo wszystko szyja była najbezpieczniejszym miejscem do trzymania tego rodzaju rzeczy.
- Mam coś!
Z prawej strony nadszedł krzyk mojej partnerki. Zaciekawiony podszedłem do niej, by zobaczyć, że samica znalazła mroczny płomień. Niepozorny kwiat wyrastał spomiędzy korzeni jednego z drzew.
- Nada się? - spytała.
Skinąłem głową i korzystając z tego, że nadal byłem w postaci ludzkiej, zerwałem roślinkę.
- W takim razie czas iść do Edel... - powiedziałem cicho. - Idziesz ze mną?
Torance uniosła na mnie spojrzenie bladoniebieskich oczu. Uszy położyła po sobie.
- To nie jest dobry pomysł... - mruknęła.
Westchnąłem głośno. Nie zamierzałem jednak ponownie zaczynać dyskusji na temat ich relacji, które już nigdy nie będą takie same. Pożegnałem się z wilczycą i ruszyłem w stronę, gdzie odpoczywała Diligitis a wraz z nią i Edel.
Tak jak się spodziewałem, wadera była właśnie tam. Obok niej czuwał Crane, uważnie przyglądając się na przemian pyskowi swojej partnerki i jej brzuchowi. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie przejawiał zainteresowania tą częścią ciała, a małemu szczeniakowi, który spał wtulony w sierść swojej matki.
- Hej... - wyszeptałem.
Dwie pary oczu podniosły na mnie podejrzliwe spojrzenia.
- Czego chcesz? - spytał Crane.
- Wiem, że nie dogadujemy się najlepiej odkąd... No wiecie...
- Odkąd wziąłeś stronę Tori w Białym Królestwie? - skończyła za mnie Edel. Jej głos był zaskakująco spokojny.
Westchnąłem cicho.
- Tak. Jeszcze raz przepraszam... - mruknąłem.
- Nie potrzebuję twoich przeprosin.
Pokiwałem łbem ze zrozumieniem.
- Jasne. Chciałem tylko coś dać dla tego malucha - Wskazałem łapą na śpiącego szczeniaka.
- Jeśli myślisz, że w ten sposób mnie przekupisz... - zaczęła Edel, jednak szybko wtrąciłem się w jej słowa.
- Nie oczekuję, że będziesz wdzięczna. Chcę tylko żebyś wiedziała... Nie, żebyście oboje wiedzieli, że jestem zawsze gotowy wam pomóc.
Ściągnąłem z szyi zdobyty dzisiaj medalion i wręczyłem go Crane'owi. Natomiast mroczny płomień skończył u łap Edel. Żadne z nich nie marudziło więcej na mój podarek.
- Trzymajcie się - wyszeptałem, odwracając się. Nim jednak zdążyłem odejść, zatrzymał mnie głos Crane'a.
- Dziękujemy. W imieniu Morgana.
Zatrzymałem się wpół kroku. Zerknąłem w ich stronę. Na pysku Edel widniał niepewny uśmiech. Jej partner patrzył na mnie całkowicie beznamiętnie. Skinąłem im łbem. Następnie, bez większych pożegnań, poszedłem w swoją stronę. Po głowie tłukła mi się ciągle jedna myśl. Ma na imię Morgan... Przed oczyma ciągle stawał widok wykończonej do granic możliwości wadery, a przy tym tak szczęśliwej. Nie pamiętałem chwili, gdy wyglądałaby na tak radosną jak teraz. Jakby nie było zawsze marzyła o miłości i założeniu rodziny z prawdziwego zdarzenia.
Nie wzruszałem się łatwo. Wiele rzeczy w końcu widziałem, a przy tym byłem przecież silnym mężczyzną. Jednak prawdą było, że kiedy myślałem o tym, że wilczyca nie będzie długo cieszyć się tym szczęściem, w moich oczach pojawiły się łzy. Było mi jej żal. Gdyby tylko istniał jakiś sposób...
Zatrzymałem się, zdając sobie sprawę z istnienia Medalionu Nieśmiertelności. Tylko on byłby w stanie ją uratować. Nigdy by się na niego nie zgodziła, a ja nigdy bym jej nie zaproponował załatwienia takowego. Wilczyca miała takie same poglądy jak ja oraz Torance. W tej chwili byłem gotów ponownie się nad tym wszystkim zastanowić.
Bez słowa wróciłem do obozowiska i wtuliłem się w posłanie. Tori nie pytała, jak mi poszło i tak chyba było nawet lepiej. Mogłem chociaż w spokoju pomyśleć, a zdecydowanie było nad czym.
Po moim umyśle nieustannie tłukł się obraz Edel i jej rodziny. A już zwłaszcza drobnego ciałka o długiej sierści w kolorze piasku. Ma na imię Morgan. Morgan. Jedyny syn mojej przyjaciółki. 
Och, szczeniaku, ciebie też mi tak bardzo żal...

niedziela, 29 września 2019

Od Lind "(Nad)zwyczajne dni w podróży" cz. 13

Listopad 2024
Pobiegłam z powrotem do miejsca stacjonowania watahy. Co jakiś czas odwracałam się, by jak najlepiej zapamiętać trasę do jaskini, którą dziś znalazłam. Postanowiłam, że chcę ją zwiedzić jeszcze przed wylotem. Jedynym problemem był fakt, że grota ciągnęła się zbyt daleko, żeby iść tam bez źródła światła. Co byłoby idealnym rozwiązaniem tego problemu? "Pochodnie" Tinga. Odnalazłam więc Passera, przy którym widziałam mojego towarzysza po raz ostatni. Niestety Strażnik Wichury okazał się już zmienić miejsce pobytu. W pobliżu naszego przewoźnika siedział teraz tylko Baldor. Strażnik Lasu zajmował się obserwowaniem sroki skaczącej po gałęziach drzew. Smok w międzyczasie spożywał posiłek; dziś przyniesiono mu jednego jelenia i dwie łanie.
– Gdzie jest Ting? – spytałam pośpiesznie. 
– Ja nie wiem – mruknął Passer z pełnym pyskiem. – Poszedł gdzieś.
– Baldor, może ty coś wiesz? – zwróciłam się do odmieńca. 
– Nie – odparł krótko, nie odrywając wzroku od czarno-białego ptaka.
Zaczęłam węszyć. Siarkopodobny swąd Tinga był jeszcze całkiem wyraźny. Idąc za tym tropem, dotarłam nad pobliskie jezioro. Minęłam pijącego wodę Salmo i wtedy moim oczom ukazał się poszukiwany odmieniec. Jak mogłam się spodziewać; łapał komary w wysokiej roślinności. Przy samym brzegu znalazłby ich znacznie więcej, ale znając jego wstręt do wody, nie było to możliwe. Nieopodal Strażnika Wichury siedział Joel w swojej wilczej formie. Rozmawiali.
– Nie, moje banjo ma osiem strun – mruknął Ting. 
– Dziwne, standardowe mają od czterech do sześciu – odparł basior. 
Poczułam zadowolenie, rozumiejąc, co te słowa oznaczają.  Podbiegłam bliżej i odezwałam się, powiadamiając tym samym obu o swojej obecności:
– Cześć Jo. 
Nie witałam w żaden sposób Tinga; ostatnio rzadko kiedy to robiłam. Podczas podróży tyle czasu spędzał siedząc tuż obok, że brałam jego obecność w pobliżu za coś stałego. Tak więc; nie było między nami żadnych powitań i żadnych pożegnań.
– Cześć – Uśmiechnął się basior. – Jak tam u ciebie? 
– Chyba dobrze. Muszę wam przerwać pogawędkę, bo potrzebuję do czegoś Tinga – wyjaśniłam. – A chciałabym zdążyć przed odlotem. 
– Co znowu wymyśliłaś, Pierzasta? – spytał odmieniec, wydłubując sobie z zębów resztki schwytanych owadów. 
– Wyjaśnię ci po drodze. Chodź – Ruszyłam pośpiesznie w kierunku wspomnianej na początku opowiadania groty. 
Strażnik Wichury pobiegł za mną. Świadczyły o tym odgłosy obijających się o siebie przedmiotów w jego plecaku. Dobrze, że ma ten materiał do zabezpieczenia swojego słoika, bo inaczej musiałby cały czas zacierać na nim rysy. 
– Możesz zacząć swoje wyjaśnienia – mruknął Ting.
– Znalazłam sporą jaskinię tu w pobliżu – powiedziałam. – Potrzebuję tylko źródła światła, żeby zejść niżej. 
– Hm. Niech ci będzie, zejdę tam z tobą – odparł. 
Wiedziałam, że jeśli przedstawię mu sytuację, kiedy NIE jest zajęty muzyką, prawdopodobnie się zgodzi. Zawsze przepadał za zamkniętymi przestrzeniami, więc jaskinia będzie idealnym odpoczynkiem po długich dniach lotu i stacjonowania pod gołym niebem. 
W tym tempie dotarliśmy do groty w mgnieniu oka. Wejście częściowo zasłaniały nachylone drzewa z o dziwo, więcej niż garścią liści w koronie. Odgarnęłam wiatrem gałęzie na boki, odkrywając pieczarę w pełnej okazałości. 
– Zapalaj swoją pochodnię – zarządziłam, zerkając na mojego towarzysza. 
Odmieniec wykonał moje polecenie i pierwszy wszedł do tunelu. Ruszyłam za nim sprężystym krokiem. Była to jedna z większych jaskiń, jakie widziałam w życiu. Porównywanie jej rozmiarów z tymi, które zamieszkiwała niegdyś wataha, nie miałoby sensu. Korytarz w skale miał ponad pięć metrów szerokości. Natomiast sklepienie było jeszcze wyższe. Dostrzegłam na nim stalaktyty. Zwróciłam uwagę, że część miała ułamane końce. Zdaje się to miejsce kiedyś odwiedziło coś dużego. 
Odmieniec dmuchnął lekko na ptasią czaszkę na kiju, żeby słup ognia był jeszcze wyższy. Miało to zapewnić nam więcej światła. Zwiedzanie groty bynajmniej nie nudziło. Im głębiej schodziliśmy, tym więcej ciekawych formacji skalnych napotykaliśmy. Od półprzezroczystych stalaktytów po gładkie jak szkło, naturalne kolumny skalne. 
W paru miejscach sklepienia były ubytki, wpuszczające do środka cienkie, samotne snopy światła słonecznego. Jeden z nich sięgał brzegu maleńkiego, podziemnego jeziora. Okazało się, że istnieją rośliny, którym tyle wystarczyło do właściwego wzrostu. Zatrzymałam się nad skupiskiem okazów tego typu. Przypominały muchołówki. Wtedy przypomniałam sobie Asa, który często odnosił się do wypadku Torance z wodną muchołówką. Owa sytuacja skutecznie zniechęciła waderę do dalszych poszukiwań jakichkolwiek magicznych roślin. Doszłam do wniosku, że prawdopodobnie to, nad czym teraz stoję, jest właśnie skupiskiem tych samych wodnych muchołówek.
– Pierzasta, idziesz, czy mam cię tu zostawić? – usłyszałam. 
– Daj mi chwilę – odparłam. – Chcę zebrać ich kilka. 
Odmieniec przysiadł na jakiejś skale i założył ręce. Ja w międzyczasie zerwałam za pomocą wiatru parę wodnych muchołówek i schowałam do torby. Skończywszy, poczułam pragnienie, więc nachyliłam się nad jeziorkiem. Zanim jednak mój pyszczek dotknął wody, oberwałam małym kamyczkiem w głowę. Wyprostowałam się i spojrzałam na jedyną osobę, która mogła być za to odpowiedzialna. 
– Wodę pitną mają w obozowisku. Podobno chcesz zdążyć zwiedzić jaskinię przed odlotem – Po tych słowach wstał z miejsca i ruszył dalej wgłąb groty. 
Chcąc nie chcąc, musiałam pójść za Tingiem; nadal on miał jedyne źródło światła, poza tymi paroma szczelinami w skale. Po jakimś czasie tunel znów się obniżał. Wkrótce spadek był już naprawdę stromy. Nie posiadając szponów idealnych do wspinaczki, postanowiłam wykorzystać swoje skrzydła. Szybując w dół, odniosłam wrażenie, że coś połyskiwało na samym dnie tego odcinka jaskini. 

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Od Crane'a "Życie kołem się toczy” cz. 5 (cd. Edel)

Listopad 2024
Kiedy zbliżał się czas oszacowany na koniec ciąży mojej partnerki, odkryłem w sobie dziwną sprzeczność. Nigdy nie odczuwam faktycznego strachu, ale chyba mogę powiedzieć, iż obawiałem się dnia, w którym Edel urodzi. Po prostu z całych sił nie chciałem, żeby nadszedł. Na samą myśl o nim, niemal coś bolało mnie w trzewiach. Byłem prawie pewien, iż przyjście na świat szczenięcia będzie równoznaczne ze śmiercią E. Ten scenariusz wydawał się być aż nazbyt prawdopodobny. 
Tym bardziej trudne było utrzymywanie postanowienia, że codziennie zostawię Edel na przynajmniej godzinę, by jej nie martwić. W chwilach, kiedy byliśmy razem, mogłem skupić się na teraźniejszości i autentycznie uśmiechać, ale zostając sam, czułem, jakby pożerały mnie moje własne myśli. Posiadając Naszyjnik Pożywienia nie musiałem polować, ale na każdym przystanku i tak to robiłem; w nadziei, że konkretne zajęcie pomoże mi nie myśleć o nieuniknionym. Efekt jednak nie był do końca zadowalający. Dopóki nie wracałem do nadal żywej E, "ból" nie ustępował. Nie mówiłem oczywiście mojej partnerce o tym wszystkim. I tak pewnie już miała dość własnych zmartwień. 
Wreszcie nadszedł ten moment. Edel obudziła mnie w nocy, kiedy wszystko się zaczęło. Od tego momentu cały czas czułem, jakbym zaraz sam miał zdechnąć. Chwila, o której nie chciałem myśleć, stała teraz przed moimi oczami. Nie miałem pojęcia co robić. E w przeciwieństwie do mnie zachowała trzeźwość umysłu do momentu ukazania się malucha. Jednak po fakcie wyglądała jak cień istoty fizycznej. Miałem wrażenie, że lekki podmuch wiatru wystarczy, by złamać ją na pół. Jednak nie opuszczała głowy. Nie zamykała oczu. Nadal żyła. Wyczyściła językiem nowo narodzone szczenię, a potem przysunęła je nosem do swojego brzucha, by szybciej znalazło mleko. 
Tymczasem ja stałem obok, nie mogąc uwierzyć, że to co widzę, jest jawą, a nie pięknym snem. Scena, w której żywa, uśmiechnięta E karmiła naszego szczeniaka, była czymś tak odrealnionym. Podszedłem bliżej i położyłem się naprzeciwko niej. Wątpliwości, czy to co oglądam jest prawdą, w jednej chwili zastąpiło szczęście. Wadera podniosła wzrok na mnie. Wyglądała, jakby czegoś nie rozumiała. 
Drgnąłem. Dopiero wtedy zauważyłem, że w moich oczach stały łzy. To one zdziwiły moją partnerkę. Ale skąd się tam wzięły? Przecież nie byłem smutny; wszyscy przeżyli. Nie rozumiałem swojej własnej reakcji, lecz nie rozmyślałem nad nią zbyt długo. Ważniejsza była Edel i nowy członek... rodziny. To ostatnie słowo wybrzmiało w mojej głowie. Dawno go nie używałem. 
Ucałowałem E w czoło. Wadera uśmiechnęła się jeszcze szerzej i oparła głowę na mojej piersi. Razem spoglądaliśmy teraz na tę przebierającą łapkami, maleńką kuleczkę. Szczenię miało różowy pyszczek, zaciśnięte oczka i oklapnięte uszy. Minie trochę czasu, zanim będzie mogło poznawać świat, samodzielnie chodzić czy też mówić. W tej chwili malec był zupełnie bezbronny. Polegał na starszych wilkach; głównie na swoich rodzicach. Nie wiedzieć czemu, jak dotąd troszczyłem się tylko o E, teraz nagle poczułem potrzebę zaopiekowania się także tą małą istotką. 
Nigdy nie planowałem mieć szczeniąt. Nie widziałem sensu w zakładaniu rodziny. Kiedyś myślałem o ewentualnym małżeństwie tylko w jednej kategorii - zdobycia ważnej pozycji w stadzie. Potem jednak poznałem E. Choć nie miała wówczas wysokiej rangi, coś sprawiło, że chciałem być przy niej. I tak to wszystko sprowadziło się do chwili obecnej; kiedy leżę obok Edel karmiącej nasze szczenię. Bezmiar szczęścia, który czułem, poczucie bezpieczeństwa i dziwne ciepło, rozchodzące się po moim ciele, były nie do opisania. Wszelkie moje obawy zniknęły. 
Po co mi były te wszystkie plany na przyszłość? Żaden z nich nigdy nie uczynił mnie szczęśliwym. To osiągnąłem dopiero z Edel.

<Edel?>

Uwagi: brak.