środa, 9 października 2019

Od Dante "Tydzień lub dwa w dziczy" cz. 1 (cd. Asgrim lub Leah)

Grudzień 2024 r.
– Wszyscy są? – zapytał Gayle, patrząc na korony drzew.
Dante obejrzał się za siebie. Kiedy jego wzrok napotkał wzrok Janey, uśmiechnął się.
– Tak. Wygląda na to, że tak – odpowiedział.
Gayle skinął głową ze zrozumieniem i wkroczył w dżunglę. Część watahy przyglądała im się z drobnym zainteresowaniem, jednak zdecydowana większość zbyt pochłonięta innymi zadaniami zupełnie zignorowała to, że zaraz potem zniknęli im z oczu.
Dana przeszedł dreszczyk emocji. Jeszcze nikt nie zapuszczał się w dżunglę głębiej. Byli pierwsi.
– Jak się czujesz? – zapytała Janey.
– Nieźle – zaśmiał się cicho – Jest trochę duszno, ale dam radę.
– Myślisz, że to zadziała na twoje kości? – zmartwiła się.
– Daj spokój. Co ma być, to będzie. Najwyżej mnie poniesiesz.
– Bardzo śmieszne – prychnęła, ale nie mogła ukryć uśmiechu. Dan szturchnął ją swoim bokiem.
– Patrz tam – wskazał głową kierunek. Na jednym z drzew siedział bardzo kolorowy ptak, który patrzył na nich z zainteresowaniem. Zaraz potem wypatrzył jeszcze jednego, i kolejnego, i kolejnego. Z początku brał je za kwiaty, ale właśnie wtedy zaczęły poruszać główkami. Janey uchyliła pysk w zaskoczeniu.
– To papugi – objaśnił Dan. Kilka wilków z ich ekipy również przykuło swoją uwagę na nie.
– Na co patrzycie?! – rzucił basior o nietoperzych skrzydłach. Papugi z łoskotem skrzydeł zerwały się do lotu.
– Zgłupiałeś? – warknął Gayle.
– Gapiły się! – próbował się usprawiedliwić basior.
Dan wywrócił oczami i schylił się do pobliskiego krzaka. Za pomocą zębów ostrożnie zerwał intensywnie czerwonego kwiata i delikatnie wpiął we włosy Janey. Uśmiechnęła się uroczo.
– Dziękuję.
– Proszę bardzo – odwzajemnił uśmiech.
– Będziecie się tak migdalić przez całą drogę? – skomentowała idąca za nimi Raura.
– Nie wiem, może – Dan wzruszył ramionami.
– Daj im spokój, przeżywają drugą młodość – dodała rozbawiona Jasmine.
– Dokładnie – potaknął Dan – Nie mamy ze sobą Sino, więc trzeba się sobą nacieszyć.
– A, własnie. Gdzie jest Sino? – wtrącił Joel.
– Zostawiliśmy ją u Navri – odpowiedziała ostrożnie Janey. Z Dana uleciało powietrze. Już umiał przewidzieć, jakie komentarze ich spotkają.
– Nie pobije się czasem znowu z Ismanise? – pytał dalej Joel. Brzmiał na zmartwionego.
– Chłopcy ci mówili, co? – westchnął Dan.
– Trudno było tego nie słyszeć... Maluchy rzadko kiedy się biją. Ismanise i Sino są jakieś wyjątkowe pod tym względem. Podobno wyrywały sobie futro zębami.
Zapanowała niezręczna cisza.
– Następnym razem ktoś powinien z nią zostać... – dorzucił Joel.
Dan odwrócił wzrok. Wolał o tym nie myśleć. Nie miał nigdy takich problemów z Navri, a Janey nie miała nigdy wcześniej potomstwa. Nie chciał przyznać się do tego, że nie mają pojęcia, co poradzić na zaistniałą sytuację.
Przez kolejne kilka minut szli przez dzicz w zupełnej ciszy. Wszystko wyglądało jednakowo, lecz jako że bez przerwy przesuwali się naprzód, Dan wiedział, że na pewno się nie zgubili, a dżungla tylko sprawiała takie wrażenie. Ścieżka wyglądała na niewydeptaną od lat i w dodatku tak wąską, że ledwo mieściły się na niej dwa wilki. Raz na jakiś czas trafiali jakieś drobne żyjątka, których zwykle nie umieli nawet dobrze zauważyć, a już zbiegały wystraszone przybyszami.
– Jak możecie wytrzymywać z bachorami? – wypalił w końcu Zev.
Joel odpowiedział mu śmiechem.
– Ma to swoje uroki. Dostałeś kiedyś od szczeniaka kamień w prezencie?
– Nie.
– A kwiatki? – wtrąciła Janey.
– A po co mi kwiatki?
– Kardia jest w ciąży – powiedział nagle Gayle.
Wszyscy ucichli, nie licząc nierównego kroku grupy zwiadowczej. Janey otworzyła pysk i z lśniącymi z radości ślepiami spojrzała na Dana.
– Gratuluję!
– Właśnie, gratulacje – dorzuciła Raura, tak że ostatnie słowo zlało się z gratulacjami Jasmine.
– A ja nie. Dzieci to chłam i...
– Zev, słownictwo – syknął Gayle.
– Moja partnerka też jest w ciąży, więc lepiej trzymaj język za zębami – dorzucił Asgrim. Tego dnia był wyjątkowo małomówny. Wyglądało na to, jakby był dość rozkojarzony. Dan był pewien, że odpływał gdzieś daleko myślami.
Zev westchnął i zwolnił kroku. Teraz znajdował się już za Danem.
– A ty? Chciałabyś mieć szczeniaki?
Kiedy Dan obejrzał się przez ramię zobaczył, że Zev truchtał tuż przy Leah. Tak blisko, że stykali się niemal bokami. Nachylał się teraz do niej, oczekując odpowiedzi.

<Leah? Asgrim?>

wtorek, 8 października 2019

Od Mortimera "Pierwsze polowania" cz. 1 (cd. Naida)

Styczeń 2025 r.
Morti siedział wpatrzony w falujący spokojnie ocean. Słońce dopiero wschodziło, więc niebo było nadzwyczaj barwne. Oddychał niespiesznie. Cały czas nadsłuchiwał nadejścia Naidii, jednak jedyny bodziec jaki dochodził do jego uszu był szum fal. Przymknął ślepia, relaksując się. Cisza. Spokój. Podobało mu się tutaj. Całkowicie zamknął oczy, dając się pochłonąć tej chwili. Uchylił wargi, chłonąc słone powietrze w płuca. Wdech, wydech. Po jakimś czasie przestał w ogóle słyszeć fale. Wszystko zlewało się w jeden szum i... melodię...?
Nagle coś chlupnęło tak mocno, że obryzgało jego futro. Chcąc się ratować odskoczył do tyłu, lecz upadł na chłodny piasek. Podczas gdy kopał na oślep tylnymi łapami, do jego uszu dobiegł znajomy głos:
– Cześć, Morti!
Jego głowa opadła z ulgą na piasek. Z wody wytruchtała Naida.
– Ha! Przestraszyłeś się?
– Tak nie wolnoo... – jęknął. Przeturlał się na bok i wstawszy otrzepał futro.
– Ach, tak? A co mi zrobisz? – zakpiła waderka, gotując się do ucieczki – Dziewczyn nie wolno bić!
Kłapnął w jej kierunku zębami, lecz wystarczająco wolno, aby zdołała odskoczyć. Ku jego zaskoczeniu upadła na ziemię.
– Ała! – pisnęła, mimo że nawet jej nie drasnął – Nie bij mnie!
Rozbawiony skoczył kilka razy na boki, a ona siląc się z trudem na powagę, powstała i spróbowała oddać mu łapą. Udał, że próbuje ją ugryźć, warcząc ostrzegawczo.
– Zaraz będziesz... E... – zająknął się – Pięciołapą Naidą!
– Pięciołapą? Liczyć nie umiesz! Nie pięco, ale dwułapą! – krzyknęła, rzucając się do ucieczki w kierunku wody. Morti popędził tuż za nią. Miał wrażenie, Naida że poruszała się tak szybko i zgrabnie, jakby w ogóle nie była w wodzie. On zaś niemiłosiernie chlapiąc, szedł coraz wolniej i wolniej.
– Nie chlap tak! – zawyła teatralnie – Zachowujesz się jakbyś nie umiał pływać!
Podniósł wzrok. Teraz tylko głowa Naidy wystawała ponad powierzchnię wody.
– Bo jeszcze mam dno! – odgryzł się, śmiejąc się złowrogo. W głębi jednak czuł, że nie ma z nią szans we wodzie.
– I tak nie powinieneś tak chlapać! Chodzisz jak ranna kaczka! – krzyczała, pływając sprawnie w jedną i w drugą stronę.
Morti już przygotował plan. Rzucił się w wodę, wiedząc doskonale, że na tamtym odcinku była zapaść, na której teoretycznie nie powinien się nigdy pojawiać. Przebierał łapkami, lecz okazało się to dla niego znacznie trudniejsze, niż początkowo sądził. Jeszcze nigdy nie pływał. W momencie, kiedy powoli zaczynał łapać rytm, zalała go fala wody. Kiedy tylko zdołał, wynurzył się i zaczął głośno kaszleć. Woda była wszędzie. Oczy piekły, ledwo widział. Szumiało mu w uszach, czuł też jak zimna ciecz przepływa do jego brzuszka. Ogarnęła go panika.
– Topisz się? Mam jakoś zareagować? – pytała szybko, niczym z karabinu, Naida.
Zakaszlnął jeszcze kilka razy, przebierając coraz szybciej łapkami. Wtedy wadera poklepała go po głowie.
– Oddychaj! – krzyknęła.
Nim zdołał jej powiedzieć, że nic mu to nie dało, ponownie zalała go fala wody. Tym razem była znacznie wyższa, a przed jego pyskiem przemknęła żółta ryba. Chciał krzyknąć, ale tylko wciągnął więcej wody. Kiedy ponownie wybił się na powierzchnię, słyszał tylko skrawek wypowiedzi Naidy. "Dorosłego" - to było jedyne, co zarejestrował, kiedy przez uszy przebiegł kolejny strumyk morskiej wody.
Naida uderzyła w jego pierś własną głową, lecz nie mocno. Wystarczająco, aby go popchnąć. Nie był pewien, jaki wybrała kierunek. Stracił całkowicie jego poczucie. Wiedział jednak, że mimo drobnej budowy ciała waderki, kryła się w niej zaskakująca siła. Po raz kolejny odniósł wrażenie, jakby ona wcale nie była pod wodą. Jakby wcale nie sprawiała jej oporu.
Cały czas kaszlał i krztusił się. Na szczęście zdołał wyrzucić z siebie wystarczająco dużo wody, by odzyskać spokój na tyle duży, by iść o własnych siłach na płyciźnie. Było mu słono i chłodno. Ledwo widział. Oczy go szczypały. Tata mawiał, żeby się w takich momentach wypłakać, ale czuł, jakby mu zupełnie zaschły.
– Przestań się topić! Jak umrzesz to oberwę! – krzyknęła Naida. Dopiero wtedy zwrócił uwagę, że ta cały czas biegała wokoło niego. Nie był pewien, czy wrzeszczała coś wcześniej. Nadal w jego uszach się przelewało. Odkaszlnął jeszcze kilka razy, i odpowiedział jej zachrypniętym głosem:
– Topię się...?!
Naida zwolniła.
– Nie wiem, ale jak umrzesz to będę wiedziała.
– Nie chcę umrz... – urwał, ponownie zanosząc się kaszlem. Po jego brodzie spłynął kolejny strumyk wody. 
– Kiedyś słyszałam, że jak ktoś się topi powinien pozbyć się wody z... siebie? – Zrobiła pauzę – Pluj, to może ci przejdzie.
Potrząsnął głową, próbując wylać wodę również z uszu. Zaraz potem zgodnie za jej radą zaczął nieszczególnie elegancko pluć. Nie czuł jednak najmniejszej różnicy.
Naida ruszyła biegiem przed siebie.
– O, cześć! – krzyknęła.
Morti podniósł głowę, a zauważając brata, uśmiechnął się nieco nerwowo. Exan patrzył na niego krytycznym wzrokiem. Jak zwykle.
– Brat ci się topi... Ale to nie moja wina! Sam chciał! – próbowała się wytłumaczyć Naida.
Morti zauważył jeszcze człapiącą w ich kierunku mamę z Theo u boku. Choć nie wyglądała na zachwyconą, to w duchu ucieszył się na jej widok.
– Gdzie się topi? – warknęła. Theo wskazał w jego kierunku łapką. Morti uśmiechnął się koślawo, mrugając nieregularnie puchnącymi oczami.
– Właśnie widzę... – mruknęła ze znużeniem mama.
– E... dzień dobry! – przywitała się Naida, z przestrachem wskazując na Mortiego – Uratowałam mu życie!
Morti chcąc dodać wiarygodności jej słowom, wysilił się na jeszcze szerszy uśmiech. Mama jednak nadal mierzyła ich wzrokiem. Nie wyglądało na to, aby planowała cokolwiek zrobić. W tamtym momencie jego ciche nadzieje na przytulenie w ramach pocieszenia zupełnie wyparowały.
Wtedy zza krzaków wybiegła dość duża gromadka szczeniaków, które Morti doskonale znał. To była reszta ich grupy. Morti przyspieszył kroku, Naida zaś na ich widok wydała się zdumiona.
– Co tak stoisz? Jazda na zajęcia – warknęła mama.
Morti nabrał ochoty, by ją obronić, ale tylko zacisnął mocniej zęby. Z mamą nie było warto się kłócić.
– T-tak jest, proszę pani! – wydukała, biegnąć tuż za Mortim – Przepraszam, jeśli źle go ratowałam... Ale pozbył się wody.
Morti nie widział miny koleżanki, jednak minę mamy już owszem. Patrzyła na nią z góry, niepochlebnie. Jej wzrok bez większego zainteresowania przeniósł się na zbierającą się grupę. Morti zakaszlnął po raz kolejny. Najchętniej by się otrząsnął z wody, ale miał świadomość, że obryzgałby wtedy resztę uczniów. Mama mówiła mu, że tak nie wolno robić.
– Wszyscy są? – zapytała chłodno wadera.
Odpowiedziała jej cisza. Nie trwała ona na szczęście długo, bo inaczej mogłoby to się źle dla nich wszystkich skończyć.
– Tak! – pisnął ktoś.
Morti dopiero widząc wzrok Isy siedzącej nieopodal, domyślił się, że musiała to być Sinope. Przeszły go dreszcze na wspomnienie ich bójki na lekcji.
– No dobrze... – mówiła już spokojniej mama – Dzisiaj będziemy polować na kraby.
Łapka Sino powędrowała w górę.
– A co to kraby?
– Zobaczysz jak przyjdzie – odparła mama.

<Naida?>

Od Morgana "Życie kołem się toczy" cz. 6 (cd. Crane)

Listopad 2024
Otaczające mnie ze wszystkich stron ciepło znikło. Do moich uszek dotarł świst. Pierś niepewnie się podniosła. Poczułem gdzieś w środku coś chłodnego. Chciałem przestać to wdychać, jednak nie potrafiłem. Pisnąłem zdezorientowany.
Co się działo?
Jakaś mokra i wielka rzecz przejechała po moim łebku. Uniosłem główkę, nic z tego nie rozumiejąc. Rzecz odsunęła się, a ja ponownie pisnąłem. Chciałem, żeby wróciła. Była taka cieplutka!
Poruszyłem łapkami i chyba udało mi się przesunąć. Spróbowałem ponownie i faktycznie w podłożu zachodziły delikatnie zmiany. Byłem gotów wyruszyć na poszukiwania tej cieplutkiej i mokrej rzeczy.
Uderzyłem nosem w jakieś wąskie niteczki. Kichnąłem i potrząsnąłem łebkiem. Do nozdrzy dotarł przyjemny zapach. Kiedy tylko go wyczułem, coś zaczęło dziwnie ssać w moim brzuszku. Popiskując cichutko próbowałem odnaleźć źródło tej smakowitej woni.
W pewnej chwili wilgotne - ale nie mokre! - coś popchnęło mnie. Z mojego pyszczka wydobył się przerażony pisk, gdy upadłem. A już szło mi tak dobrze.
Nagle zauważyłem, że woń nabrała intensywności. Bez trudu znalazłem jej źródło i zacząłem ssać. Cieplutkie jedzonko było takie pyszne!
Kiedy już napełniłem swój brzuszek, poczułem prawdziwą błogość. Przymknąłem oczy i wtuliłem się w niteczki, od których biło przyjemne ciepło.

Grudzień 2024
Dzień, w którym otworzyłem oczka był... Dziwny. Światło natychmiastowo mnie poraziło, zmuszając do zaciśnięcia powiek. Minęło naprawdę wiele długich chwil nim zdołałem się do niego przyzwyczaić. Najtrudniejsze było powiązanie rzeczy, które poznałem z pomocą innych zmysłów do ich wyglądu. Nieustannie czułem na sobie badawcze spojrzenia jakichś wielkich stworzeń, które podobnie jak ja miały łapki, uszka, ogonki i... wszystko. Poza tym futerko postaci, która nigdy mnie nie zostawiała, było identyczne co moje. Kiedy się w nie wtulałem, miałem problem z odróżnieniem, gdzie kończyło się jej, a gdzie zaczynało moje. A przecież nie mogły się ze sobą łączyć w tych chwilach! To nie byłoby możliwe. Chyba...
Zauważyłem, że czasem wokół było ciemno, nawet jeśli miałem otwarte oczka. Za pierwszym razem wystraszony zapadającą ciemnością zacząłem skowyczeć. Nie chciałem stracić niedawno zdobytego zmysłu, a na to się zanosiło. Otwierałem mocno ślepia i szukałem pociechy w ciepłym futerku. Stworzenie, do którego ono należało, zaczęło coś mówić. Dziwne i skomplikowane wyrazy mieszały się ze sobą. Jedyne, co było w tym zrozumiałe to kojący głos. Odgonił przerażenie i dał poczucie, że jestem bezpieczny. Kochałem ten głos. Nawet jeśli nie zawsze był tak przyjazny.
Któregoś wieczora ciemniejsze stworzenie (ale bardziej puszyste i milutkie!) było dziwnie... Zdenerwowane. Skuliłem się i wtopiłem w ciało jaśniejszego. Czekałem na te dziwne dźwięki pocieszenia, jednak zamiast nich nadszedł skowyt bólu. Pisnąłem zdezorientowany i odskoczyłem. Nie wiedziałem, co się działo. Czemu wszyscy byli tak niespokojni?
Wycofałem się na drugi koniec posłania i z przerażeniem obserwowałem, co robiły wilki. Jasny cicho popiskiwał, jednocześnie próbując coś powiedzieć. Ciemny nachylał się nad tamtym. Z głosu dawało się wyczytać taki smutek, że aż zamilkłem skołowany. Nigdy nie słyszałem takiej rozpaczy...
Z moich oczu zaczęły płynąć łezki. Zamazywały i tak trudny do zrozumienia obraz. Jeden z wilków szamotał się z materiałową chustą. W serce uderzyła iskierka zazdrości. Ja nigdy nie mogłem się nią bawić...
Obserwowałem jak materiał upada. Czekałem na wznowienie zabawy, jednak ciemny stracił już nią zainteresowanie. Teraz bawił się tymi wisiorami o niedobrym, metalicznym smaku. Parsknąłem cicho na samo wspomnienie.
Trąc brzuchem o posłanie, ruszyłem w stronę chusty. Może w końcu uda mi się nią pobawić!
Niestety, nie udało mi się do niej zbytnio zbliżyć. Wilk zdjął jeden z ohydnych medalionów i zarzucił na szyję tamtego. Przyglądałem się im, szukając dobrego momentu, by wznowić moje próby, jednak ten nie nadchodził. Jasny co prawda się nie poruszał, ale ciemny (który był o wiele straszniejszy) wszystko utrudniał.
Minęło kilka niewyobrażalnie długich chwil. Z pyska właściciela chusty wydobył się głośny skowyt smutku. Nie wiedziałem, co było nie tak, ale podszedłem do jasnej postaci. Liczyłem, że zdoła ona pocieszyć zarówno mnie, jak i tamtego wilka. Kiedy jednak wtuliłem się w jej futerko cicho popiskując, ta nie zareagowała.
Spróbowałem jeszcze raz. Tym razem przycisnąłem łebek do miejsca, gdzie sierści było mniej. Zawsze było tym najcieplejszym ze wszystkich.
Ciemny nieustannie płakał. Chciałem go jakoś pocieszyć, ale bałem się podejść. Wobec tego po prostu leżałem, czekając na jakiś ruch jasnego. Jednak ten nie nadchodził. W końcu ciało wilka stało się nienaturalnie zimne... Było to tak dziwne, że również zacząłem płakać i piszczeć.
Co się działo...? 

<Crane?>

poniedziałek, 7 października 2019

Od Naidy "Cześć, przyleciałam tu na smoku"

Grudzień 2024 r.
Naida otworzyła niepewnie oczy i rozejrzała się dookoła. Stała pośrodku niewielkiej polanki, gdzieś na skraju dżungli. Niedaleko niej kręciła się wataha wilków. Nie znała ich, więc wolała się do nich nie zbliżać. Chwiejnym krokiem wycofała się w stronę drzew. Wilki zdawały się być bardziej zainteresowane smokami odlatującymi w stronę jakiejś góry, niż wypatrywaniem obcych. Miała więc nadzieję, iż nikt nie zdążył jej jeszcze zauważyć. Na skraju dżungli znalazła parę paproci i krzewów, które razem tworzyły dobrą kryjówkę dla młodej waderki. Najciszej jak tylko mogła przecisnęła się przez liście i położyła na ziemi. Drżała na całym ciele. Jeszcze przed chwilą leciała na prawdziwym smoku! Co prawda, podczas podróży zdarzyło jej się kilkukrotnie stracić przytomność, ale i tak była szczęśliwa. Ciekawe co by powiedzieli rodzice, gdyby widzieli ją tak wysoko na niebie... Szybko wyrzuciła z głowy te myśli i skupiła się na nieznajomych. Nawet nie zauważyła, kiedy podzielili się na mniejsze grupki rozmawiając z ożywieniem o podróży i smokach. Było ich naprawdę wiele. Naida zauważyła wśród nich parę szczeniaków w jej wieku. Przyglądała się z zaciekawieniem jak dwójka uczniów biega wokół reszty goniąc się nawzajem. Mimowolnie uśmiechnęła się. W jej starym domu nie było żadnego wilka w jej wieku z którym mogłaby się tak bawić. Zazdrościła szczeniakom tak dużej ilości przyjaciół... Niedaleko niej przebiegło parę wilków. Naida wstrzymała oddech podążając za nimi wzrokiem. Skuliła się na ziemi i nastawiła uszu. Już prawie zapomniała, że powinna się ukrywać! Nie zna ich, a oni nie znają jej. Lepiej będzie jak na razie tu poczeka. Może sobie pójdą? Z tą myślą położyła się wygodniej wśród liści paproci. Nawet nie zauważyła, kiedy zapadła w sen.
Obudziło ją uderzenie w głowę po którym nastąpiło głuche łupnięcie. Szybko podniosła się na cztery łapy i zdezorientowana rozejrzała dookoła. Obok niej, na ziemi leżał szczeniak o kolorowej sierści i rudoczerwonych włosach. Wyglądało na to, że młoda waderka chciała uciec, ale potknęła się o wystający korzeń. Naida domyśliła się, że to ona stoi za wcześniejszym uderzeniem w głowę. Zerknęła w stronę watahy, upewniając się, czy nikt jej jeszcze nie zauważył, ani nie usłyszał.
- Nic Ci nie jest? - zapytała szeptem Naida.
- Wszystko w porządku! - warknęła.
Waderka wstała powoli i otrzepała się z kurzu i liści. Zerknęła na korzeń mamrocząc coś pod nosem, po czym spojrzała prosto na Naidę, która szybko spuściła wzrok na swoje łapy.
- Kim jesteś? Co tutaj robisz? Mieszkasz tutaj? - zapytał szczeniak.
- Em... J-ja przyleciałam tu na smoku... - zaczęła niepewnie Naida. Zdziwiła ją taka nagła zmiana w zachowaniu waderki. Jeszcze przed chwilą wyglądała na złą, a teraz zasypywała przestraszoną wilczycę pytaniami.
- Nazywam się Naida, a ty?
- Sinope - odpowiedziała krótko.
Przez chwilę nic nie mówiły, po czym młoda waderka odezwała się z lekkim wyrzutem.
- Nie należysz do naszej watahy! Dlaczego miałabyś przylecieć na smoku, skoro tylko my nimi lecieliśmy?
Już zamierzała odpowiedzieć na jej pytanie, kiedy z krzewów wyłoniła się nowa postać. Był to rudy szczeniak o ciemniejszych włosach.
- Sino, twoja mama Cię szuka. Dlaczego tu... - nie dokończył.
Spojrzał pytająco na obcego szczeniaka.
- To jest Naida - powiedziała Sinope.
- Cześć... przyleciałam tu na smoku i... - zaczęła niepewnie wilczyca.
- Co? Na smoku? Naprawdę?
- T-tak. Jeden z tych, którymi lecieliście wziął mnie za jedną z was i postanowił zabrać ze sobą...
- A gdzie twoi rodzice? Gdzie twoja wataha? - wtrącił się młody basior.
- Uciekłam od nich! Nie mam już watahy i rodziców! Sama sobie doskonale bez nich radzę!
Nastąpiła chwila ciszy. Naida najchętniej by stamtąd uciekła. Bała się i nie chciała, aby któryś z tej dwójki to zauważył. Tak na prawdę to nie radziła sobie za dobrze przez ten ostatni miesiąc... Często głodowała i marzła po nocach. Ale nie zamierzała wrócić do swojej starej watahy. Nie chciała ich już nigdy spotkać.
- Sama nie wytrzymasz długo - odezwał się nieznajomy. - Może zgodzą się, abyś dołączyła do nas? Chciałabyś do nas dołączyć?
- No nie wiem... Nie polubią mnie...
- Morti ma rację! Idę powiedzieć reszcie, że do nas dołączasz!
- Co? Ale ja nie... - nie zdążyła nawet dokończyć zdania, a Sinope już biegła w stronę reszty wilków.
- Czyli nie masz wyboru! - zaśmiał się szczeniak. - A tak przy okazji, to jestem Mortimer, ale możesz mi mówić po prostu Morti.
Naida uśmiechnęła się lekko i wstała. Słyszała już jak rozemocjonowane szczeniaki wypytują Sino o wszystkie szczegóły ich spotkania. Parę starszych wilków przysłuchiwało się temu z zainteresowaniem.
- Chodź - odezwał się Morti - poznasz swoją nową watahę!
Wyszli z paproci i skierowali się do już nie tak małego zbiorowiska wilków wsłuchujących się w słowa młodej waderki. Naida pomyślała, że ich wataha nie wygląda na taką złą... Może ta będzie lepsza od tej poprzedniej? Uśmiechnęła się i przyspieszyła kroku. Ciekawe co by powiedzieli rodzice, gdyby ją teraz widzieli.
Uwagi: Kilka literówek.

niedziela, 6 października 2019

Od Magnusa "Groźba pamięci" cz. 3

Wrzesień 2024 r.
– Ma jakieś imię? – spytał Rudy, jakby od niechcenia.
Falkhest postanowił wybrać się z nami, a ściślej mówiąc, ze mną. Trzymał się jak najdalej od Einara, a gdy ten posyłał mu zaciekawione spojrzenie, odwzajemniał je z kamienną złością.
– Falkhest – rzuciłem, na co hipogryf zastrzygł uszami.
– Serio? – parsknął mój rozmówca.
To rzeczywiście niezbyt odkrywczy wybór, a dla kogoś, kto zna nasz ojczysty język, wręcz prześmiewczy. „Falk" i „hest" to po prostu sokół i koń.
– Tak.
– Nie no, gratuluję, nie spodziewałbym się po tobie takiej kreatywności. Szacun.
Jedynie przewróciłem oczami.
– A dużo u was takich?
– Nie widziałem żadnych innych.
– Hej, widziałeś to? – Einar nagle zmienił temat i wskazał coś na wzgórzu.
Spojrzałem w tamtą stronę. Jakieś drobne stworzenie w szaleńczym tempie zbiegało ze zbocza. Zmrużyłem oczy, ale w dalszym ciągu pozostało zlewającą się z tłem szarą plamą. Nie byłem w stanie określić co to dokładnie jest.
– Szop? – zasugerował rudy.
Wzruszyłem ramionami, bo nie miałem pojęcia. W pewnym momencie stworzenie musiało się poślizgnąć, bo po krótkiej walce z grawitacją, uderzyło bezwładnie w drzewo. Skrzywiłem się, mimowolnie wyobrażając sobie nieprzyjemne, głuche łupnięcie.
– A na wprost drugi. Co one tak pędzą? – mój przyjaciel fuknął z rozbawieniem, ale w jego głosie wyczułem źle skrywany niepokój.
Druga szara istotka pędziła w naszą stronę z naprzeciwka. Biegła bardzo niezgrabnie, potykała się o własne łapki. Powoli zaczynała nabierać kształtów. Zdecydowanie za smukła na szopa, chód też jakiś inny. Mały, młody psowaty...
Szczeniak.
– Ktoś od nas. – rzuciłem szybko, ale sądząc po zmarszczonym pysku Einara, już sam to stwierdził. – Ale co tu robi o tej porze?
– Ni cholery, nie mam pojęcia.
Mały znalazł się na granicy słyszalności, coś pokrzykiwał piskliwie. Nie widziałem jego pyszczka, ale w głosie doskonale słyszałem panikę. Gdy tylko przyspieszyliśmy w stronę małego, coś wystrzeliło nagle w jego stronę i zwaliło go z nóg. Przeturlał się z boku na bok i zatrzymał, ryjąc pyszczkiem gęstą trawę. Spojrzeliśmy po sobie z Einarem i momentalnie rzuciliśmy się do biegu. Nie zdążyliśmy do niego dobiec, ale dotarliśmy na tyle blisko, by zidentyfikować przedmiot którym dostał jako kamień.
Niemal w tym samym momencie coś wyłoniło się zza wzniesienia, sądząc po kącie lotu pocisku, strzelec. Światło opływało od tyłu jego ciemną, wyprostowaną sylwetkę, przez co musiałem skupić wzrok, by wyodrębnić kończyny od ciała. To coś miało ponad dwa metry wzrostu i stało na dwóch nogach, z kształtu przypominających nieco łapy. Przygarbione ramiona sięgały zdecydowanie za długo, zwisały luźno po obu bokach ciała. Postać opinał jakiś obszarpany materiał, a twarz okrywała kurtyna osrebrzonych światłem księżyca, potarganych włosów. Z tej odległości widać było na niej tylko pionowe, podłużne twory na wysokości ust, niebezpiecznie przypominające niemieszczące się na swoich miejscach kły.
Miałem wrażenie, że coś nieprzyjemnie skręca mi się w żołądku, gdy wiatr przywiódł do nas ten sam zapach, który sprowadził mnie na dół. Teraz, gdy jego źródło było tak blisko, rozpoznałem bezkształtną masę kwiatowych woni, przekształconych w karykaturalne, zaciskające się w gardle wersje siebie. Dzikie i ostre, ale w przerażający sposób dalej przypominające kwiaty.
– Co to jest? – wymamrotałem.
– No cóż... Eee, poznaj Norę. – uśmiechnął się nerwowo, jakby cała jego zwyczajowa pewność siebie nagle zniknęła. – Spotkanie po latach, chyba się za tobą stęskniła.
Istota jak dotąd tylko przyglądała nam się ze wzgórza, ale gdy tylko na dłuższą chwilę zatrzymała na mnie wzrok, syknęła. Opadła na cztery kończyny, wyminęła nieruchomego szczeniaka i znowu przystanęła, gdy Falkhest prychnął na nią ostrzegawczo. Bałem się poruszyć pod jej spojrzeniem, przeszywało na wylot, rozsadzało myśli i niewypowiedziane słowa, okrutne i zwierzęce, niesamowite...
Rudy coś mówił, ale nie słyszałem go. Atmosfera gęstniała, hipogryf zaczął niemal tańczyć w miejscu i wymieniać prowokacyjne porykiwania z tym czymś. Zauważyłem jak coś podchodzi do powalonego szczenięcia, chyba drugi maluch, ten, który wpadł na drzewo. Spróbował odciągnąć nieprzytomnego na bok, ale strzelec, to niepojęte stworzenie, toczące z pyska kwiecistą pianę, prężące się ku niebu jakby do skoku, zauważyło go. Skowyt przeraźliwy i piskliwy jak wrzask kocura wypełnił stopniowo przestrzeń, a ja miałem wrażenie, że właśnie usłyszałem samą śmierć.
Wtedy Falkhest zerwał się z miejsca i z głuchym stukotem kopyt skoczył ku Norze. Przeciął jej drogę do szczeniąt i zaatakował szponami. Natarła na niego niesłychanie szybko. Agresywnie odpowiedziała na atak i w mgnieniu oka przeszła do morderczej ofensywy, zmuszając towarzysza do gwałtownego wycofania o kilka kroków. Einar otrząsnął się szybciej niż ja, zaczął ciskać ognistymi pociskami z bezpiecznej odległości. Bestia z gracją uskoczyła przed wszystkimi, ale przez chwilę przestała atakować gryfa, co Falkhest natychmiast wykorzystał.
Jeszcze przez parę chwil patrzyłem bezradnie na ich zmagania. Kuliłem się w sobie, gdy tylko Nora posyłała mi oszalałe ze złości spojrzenie. Nie mogłem pozwolić, by walczyli z nią sami. To była moja potyczka, to ze mną miała rachunki do wyrównania. I choć nigdy nie potrafiłbym jej skrzywdzić, nigdy nie byłbym w stanie zabić, postąpiłem ten jeden krok, który przypieczętował mój los.


<C.D.N.>


Uwagi: brak.