piątek, 25 października 2019

Od Lind „Jak można spędzać czas na plaży” cz. 3

Luty 2025
Ktokolwiek czytał poprzednią część tej serii, zapewne już wie, że zbieranie kokosów nie pozwoliło Lind zaspokoić głodu. Tak więc, zdecydowała poszukać lepszego źródła pożywienia nad wodą. Ting już wiele razy dawał jej do zrozumienia, że nie podejdzie do brzegu, więc w tym momencie się rozdzielili. Odmieniec zabrał ze sobą oba kokosy (jednego całego i jednego w kawałkach), po czym poszedł odszukać Baldora. Zapewne nie sprawiło mu to problemów, skoro jego „kuzyn” nie miał w zwyczaju często włóczyć się po okolicy.
W tak zwanym międzyczasie, Lind wybrała sobie miejsce, gdzie zacznie połów ryb. Przejrzystość wody po raz kolejny pozwoliła wilczycy szybko namierzyć wzrokiem kilku przedstawicieli tego gatunku. Próbowała się zbliżyć, ale fale powstałe z każdego kolejnego kroku, skutecznie odstraszały łuskowate stworzenia. Za każdym razem instynkt podpowiadał rybom ucieczkę, zanim Lind znalazła się dostatecznie blisko, by faktycznie zaatakować.
Wadera zatrzymała się, kiedy woda sięgnęła jej brzucha. Po raz kolejny nie wiedziała, jak powinna wyglądać jej strategia. Największe doświadczenie miała w łapaniu ryb w potokach. Warto jednak wspomnieć, że wówczas siedziała na brzegu. Nie pamiętała, kiedy ostatnio próbowała podejść zdobycz w wodzie. Podawała w wątpliwość, czy kiedykolwiek miało to w ogóle miejsce.
Mam tutaj stać aż ryba sama do mnie podpłynie? - pomyślała Lind.
Nie można powiedzieć, że wilczycy bardzo podobała się taka perspektywa. Jednak po krótkim namyśle, uznała, że na razie to jedyna opcja. Westchnęła i postawiła jeszcze kilka kroków ku głębszej wodzie. Odczekała jedną minutę, potem drugą. Wreszcie dostrzegła parę metrów od siebie kilka większych ryb. Zaczęła prosić je w myślach, by podpłynęły nieco bliżej. Łuskowate stworzenia nie paliły się jednak do spełniania żądań Lind. Przynajmniej nie od razu. Tymczasem wadera czuła, jak jej żołądek coraz bardziej uciążliwie domagał się pożywienia.
Wilczyca czekała kolejne minuty. Nareszcie jedna ryba popłynęła w tę stronę. Lind miała już absolutną pewność, że lada chwila będzie mogła zaatakować.
Wtem czułych uszu wadery dobiegły miarowe pluśnięcia. Ich właścicielka ze zgrozą zauważyła, że kolejne uderzenia o taflę były coraz głośniejsze. Chwilę później, pod wodą niedaleko od Lind śmignęła Cess. Pół-wilk z szerokim uśmiechem raz po raz wynurzał się, po czym nurkował z powrotem. Sama obecność tej wadery nie byłaby wielkim problemem. To znaczy, nie byłaby, gdyby każde wystawienie rogatej głowy nad wzburzoną taflę, nie skutkowało rozchlapywaniem wody na wszystkie strony. To zamieszanie ostatecznie wypłoszyło z okolicy wszystkie ryby, które chciała upolować Lind.
Opierzona wadera myślała, że zaraz wybuchnie ze złości. Zaszurała zębami i zawróciła w kierunku brzegu. Chociaż nie miała tego w zwyczaju; odpuściła. Tę sytuację uznała za wystarczający wyjątek. Była zbyt głodna, by tracić kolejne minuty na wyczekiwanie w wodzie. Zdecydowała poszukać czegoś innego do zaspokojenia głodu.
Zobaczyła, jak dwie grupki szczeniąt ganiały coś po plaży. Dostrzegła, że w obu przypadkach maluchy próbowały schwytać stworzenie, które wyglądało, jak jakiś czerwonawy owad. Lind przez chwilę pomyślała o poszukaniu innego osobnika tego dziwnego gatunku. Potem jednak uznała, że nie jest na tyle zdesperowana. Sam wygląd stworzenia dostatecznie ją odpychał.
Wilczyca skierowała wzrok na pogranicze plaży z lasem. Dokładnie naprzeciwko niej, wyrastały inne odmiany „plam” (tak Lind zapamiętała podaną przez Tinga nazwę); nie-kokosowe.
Co ciekawsze, przy jednym z tych drzew, wadera wypatrzyła Magnusa w formie ludzkiej. Wilkołak akurat sięgał do jednej z niżej zawieszonych, żółtych kiści owoców. Lind rozpoznała, że jej kolega zbierał te żółte, zakrzywione przedmioty; one również zaliczały się do przysmaków, które ekipa polowań zaserwowała watasze pierwszego dnia. Wilczyca podbiegła bliżej.
– Cześć Magnus – zaczęła. – Czy to są te... te jadalne? – nieudolnie ułożyła pytanie odnośnie interesującego jej pożywienia. Zbyt cieszyła się wizją zaspokojenia tego długotrwałego głodu, by skupić myśli.
Wilkołak spojrzał na znajomą wilczycę. Potem, zerknął na trzymany w dłoni owoc, następnie znów na koleżankę.
– Masz na myśli banany, tak...?
– Um... tak myślę – odparła Lind. – To jest to samo, co przyniosła nam niegdyś ekipa polowań, tak? – powtórzyła pytanie, licząc, że tym razem zabrzmiało zrozumiale.
– Mhm – przytaknął Magnus. Złapał długimi palcami czubek banana i zaczął obierać go ze skórki.
W międzyczasie Lind wspięła się na tylne łapy i spróbowała dosięgnąć owoców. Niestety w formie wilczej była na to za niska. Opadła z powrotem na cztery nogi, po czym odsunęła się odrobinę od pnia. Następnie, podskoczyła, pomagając sobie wichrem. W ten sposób zdołała złapać w zęby jeden owoc i oderwać go od kiści. Rzuciła zdobycz na ziemię i spróbowała rozerwać zębami. Udała jej się ta sztuka, chociaż efektem ubocznym takiej taktyki, było zmiażdżenie większości słodkiego wnętrza na papkę. Lind jednak nie zraziła się tym i zaczęła jeść.
Magnus przyglądał się wszystkiemu z boku. Po chwili mruknął:
– Byłoby ci łatwiej, gdybyś zmieniła formę na ludzką. Słyszałem, że to potrafisz.
Lind zastygła w bezruchu. Miesiącami nie wykorzystywała tej umiejętności. Pamiętając, jak straszny ból jej to sprawiało, po prostu zrezygnowała. Co więcej, nie myślała już nawet o wykorzystaniu owej zdolności. To jest, do teraz.
– Lind? – odezwał się znów Magnus, widząc, że jego koleżanka nie odpowiada.
– Bardzo to smaczne... – oznajmiła, kiwając na skórkę po bananie.
– Coś nie tak? – spytał wilkołak.
– Nie, skądże. Co mogłoby być nie tak? – mruknęła wadera.
Po tych słowach, zerwała w ten sam sposób, jak poprzednio, kolejny owoc. Powtórzyła to jeszcze parę razy, dopóki nie poczuła, że w miarę zaspokoiła dokuczający jej od jakiegoś czasu głód.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

czwartek, 24 października 2019

Od Glücka "Nie taka nudna szkoła" cz. 1

Styczeń 2025 r.
Glück przyszedł na lekcję polowania. Obok niego usiadła Naida.
- Skoro wiecie już jak polować na kraby, to podzielcie się na dwójki. Każda para ma upolować co najmniej jednego kraba - powiedziała Yuki.
Co to są kraby? Zastanowił się Glück. Po chwili przypomniał sobie, że Naida mówiła mu coś o krabach. Nie mógł sobie przypomnieć co, więc postanowił zapytać Sticky'ego. Może on pamięta.
- Co to są kraby, Sticky?
Patyk nie odpowiedział.
- No to mi pomogłeś - powiedział z sarkazmem.
- Kraby to małe opancerzone stworzenia ze szczypcami - wtrąciła Nadia.
- Aha.
Glück zobaczył jak Nadia się oddala i idzie w kierunku jakiegoś wilka. Chwilę później do waderki podeszła różowo-fioletowa wilczyca.
- Ja idę z Mortim - powiedziała Naida.
- Ja byłam pierwsza, możesz iść z kimś innym - odpowiedziała druga.
Basior ominął kłócące się wilki i podszedł do Glücka.
- Cześć, jestem Morti.
- Cześć, ja jestem Glück.
- Po co ci ten patyk?
- To jest mój najlepszy przyjaciel - Sticky. Chcesz iść ze mną polować na kraby?
- Okej.
Glück zobaczył zawiedzione spojrzenia dwóch waderek. Wilki poszły polować na kraby. W trakcie poszukiwań basior dowiedział się od Mortiego jak dokładnie wyglądają kraby i jak je zabić. Po dłuższej chwili Morti zapytał:
- Dlaczego ten patyk to twój przyjaciel?
- To jest Sticky! - oburzył się. - Kiedy byłem mały, musiałem uciekać z watahy. Byłem sam przez kilka tygodni... może nawet miesięcy, aż znalazłem Sticky'ego. Od tej pory to mój jedyny przyjaciel...
Basiory szły dalej. W końcu zobaczyli poruszenie za wydmą. Morti skoczył, jednak zamiast kraba złapał Naidę.
- Uważaj!
- Przepraszam, myślałem że jesteś krabem - powiedział basior.
Wtedy Glück zobaczył prawdziwego kraba. Pobiegł do niego i nie mając wyboru, wbił Stickyego prosto w sam środek głowy kraba. Glück wyjął ze zwierzęcia swojego przyjaciela. Następnie wziął trupa i zaniósł go do Mortiego i Naidy.
- Brawo! - pochwalił go Morti.
- Z kim jesteś w parze? - zapytał Naidę.
- Jestem sama.
- Czemu? - spytał Morti.
- Bo została mi tylko Elanor.
- To czemu nie poszłaś z nią? - zapytał Glück.
- Bo jej nie lubię!
- Możemy ci pomóc... - zaproponował Morti.
- Dzięki!
Trzy szczeniaki poszły dalej szukać krabów. Po drodze spotkali parę wilków, które wracały już z krabem do Yuki.
- Cześć - powiedzieli.
- Łał, wy też złapaliście kraba! - krzyknęła Naida.
Szli dalej przez plażę. Po krótkim czasie nareszcie zobaczyli swoją kolejną ofiarę. Glück odłożył Sticky'ego i trupa, a Naida pobiegła po patyk. Morti i Glück rzucili się na kraba, jednak ten zrobił unik. Zaczęli go gonić. Po chwili Naida wróciła z patykiem i chcąc zabić kraba trafiła Glücka w nos. Kij wbił się głęboko w piasek. Glückowi łzy pociekły z bólu. Morti gonił kraba jeszcze przez chwilę, ale ten umknął.
- Jak on mógł nam uciec - powiedziała sfrustrowana.
Wilki zabrały patyki i trupa. Zawiedzeni ostatnią porażką poszli dalej. Szukali ich przez długi czas. Po kilku minutach zobaczyli kraba, Morti wziął patyk i trafił w zwierzę. Kiedy basior wyjął patyk, poruszając przy tym lekko krabem, Naida wyrwała mu go i dźgnęła go jeszcze raz.
- Zabiłam go!
- Nie, ja go zabiłem! - zirytował się Morti.
- Jeszcze się ruszał - odpowiedziała.
- Ta, na pewno - burknął.
Szczeniaki wzięły swój łup i ruszyli w drogę powrotną. Szli przez chwilę, aż dotarli do watahy. Zanieśli trupy do Yuki i skończyli lekcję.

<c.d.n.>

Uwagi: Jeśli od kogoś nie ma odpowiedzi, nie zapisujemy tego z pomocą kropek. Zamiast tego mówimy o tym w narracji. Powtórzenia.

Od Lind „Jak można spędzać czas na plaży” cz. 2

Luty 2025
Lind spoglądała na owoce wiszące u podstawy „korony” paprocio-drzewa. Rosły ściśnięte razem w kilku kiściach. Patrząc na nie z tej perspektywy, wadera nabierała wątpliwości, czy w ogóle chce próbować je zdobyć. Szczególnie zniechęcał zielony kolor; Lind kojarzył się tylko i wyłącznie z niedojrzałymi owocami. Wadera przypomniała sobie jednak, że ekipa polowań przyniosła watasze ów przysmak we właśnie takiej formie. Wszystko wskazywało, że są gotowe do zbiorów już teraz.
Pierwszą myślą wadery, było rzucenie czymś w „koronę” drzewa. Kiedy była szczenięciem, tak samo podchodziła do kwestii zbierania jabłek i gruszek, które czasem można było znaleźć niedaleko jej rodzinnego domu. Rozejrzała się dookoła, ale pogranicze lasu i plaży nie obfitowało w nic, co mogłoby być odegrać rolę pocisku.
Wtedy wilczycy przyszło do głowy, że może wystarczy zwykłe uderzenie wiatru. Sama się sobie dziwiła, że nie pomyślała od razu o tak prostym rozwiązaniu, Przywołała energię magiczną i wycelowała nią w podstawę paprocio-podobnych liści. Nieproporcjonalne drzewo od razu wygięło się pod naporem wichru. Kiedy chudy pień odzyskiwał swój pierwotny kształt, z jego czubka spadły dwa owoce, na których zależało Lind. Wadera w ostatnim momencie uskoczyła z trajektorii lotu jednego z nich.
Obie zdobycze wylądowały na piasku. Wilczyca wzięła jeden z owoców w łapy i obróciła. Zaczęła się zastanawiać, jaki jest następny krok. Nie pamiętała już, jak inni się zabierali się do zjedzenia czegoś takiego. Owoc był stanowczo zbyt duży, żeby tak po prostu go rozgryźć.
Lind poskrobała pazurem powierzchnię owocu. Skorupa wydawała się być bardzo twarda. Wadera pomyślała, że może dałoby się to czymś przeciąć na mniejsze kawałki. Ewentualnie, rozbić.
Z pewnej odległości jej poczynaniom przyglądał się Ting. Nadal co prawda dostrajał banjo, ale kolejne akrobacje Właścicielki Wichury z czasem odciągały uwagę odmieńca od instrumentu. Przyglądał się z zainteresowaniem, jak Lind uderzała kokosy łapami. Niezbyt wiedziała, co robi, także jedyne, co udało jej się w ten sposób osiągnąć, to zakopać swoją zdobycz głębiej w piasku. Ting pokręcił głową i zawołał do niej:
– Pierzasta, znajdź lepiej jakiś głaz. Tak to spędzisz nad tym kokosem jeszcze parę godzin.
– Po co mi głaz? – zdziwiła się Lind. Potrzebowała kilku sekund, żeby zrozumieć, o co chodziło jej towarzyszowi.
Na jej szczęście „paprotko-drzewo”, które obrała wcześniej na cel, znajdowało się niedaleko ledwie wystającej z ziemi, szerokiej skały. Lind podeszła do niego, turlając kokos ze sobą. Dotarłszy na miejsce, wzięła owoc w łapy i zaczęła uderzać nim o powierzchnię głazu. Musiała użyć całkiem dużo siły, żeby wreszcie dostrzec jakieś efekty. W zielonej skorupie powstały głębokie pęknięcia. Wystarczyły, żeby Lind mogła ich się uczepić zębami i już samodzielnie rozerwać tę część owocu na pół.
W ten sposób odsłoniła coś, co wyglądało raczej jak włochaty, przerośnięty orzech, a nie owoc. Wilczyca wyglądała na bardzo zdziwioną, że to jeszcze nie koniec walki o przekąskę.
Ta skorupa wygląda na jeszcze twardszą od poprzedniej. Wtedy Lind wpadła na lepszy pomysł, jak można rozbić orzech. Położyła go na szczycie skały, potem ponownie skumulowała energię magiczną w jednym miejscu i uderzyła w skorupę wichrem od góry.
Ta strategia okazała się oszczędzić jej naprawdę wiele czasu. Cel roztrzaskał się na kilka części, odsłaniając białe wnętrze. Lind obwąchała uważnie swoje dzieło. Zdaje się wreszcie dotarła do tego, co było jadalne.
Złapała zębami kawałek białej warstwy i z łatwością oderwała od skorupy. Zaczęła przeżuwać zdobyty przysmak. Wkrótce jednak zrozumiała, że nie będzie nawet w stanie przełknąć tego czegoś. Smak skojarzył jej się z przesiąkniętym wodą sianem i niczym więcej. Wypluła odgryziony kawałek i potrząsnęła głową, wykrzywiając pyszczek.
– Jest niedojrzały? – spytał Ting, podchodząc bliżej. Wskoczył na skałę i wziął w łapy największy kawałek rozłupanego orzecha.
– Nie wiem – parsknęła z niesmakiem wadera. – Jest paskudny.
Odmieniec powąchał wnętrze brązowej skorupy. Zauważył w niej jeszcze resztki wody, która znajdowała się w środku. Wychłeptał jej trochę swoim cienkim językiem. 
– Według mnie wszystko jest z nim w porządku, Pierzasta – Oblizał kły.
– To życzę smacznego – mruknęła Lind. Na jej pyszczku malowało się szczere niezadowolenie. W swoim mniemaniu, zmarnowała tylko czas i energię. Była najzwyczajniej w świecie zawiedziona.
Ting nie miał jednak w planach jeść wnętrza rozbitego orzecha. Wyglądał teraz, jakby zastanawiał się nad jego innymi możliwymi wykorzystaniami. Tymczasem Lind trąciła od niechcenia łapą drugi, jeszcze ukryty w zielonej skorupie. Westchnęła głośno.
– Ciekawe, czy ktoś zechce to kupić – mruknęła, próbując pocieszyć samą siebie.
– Z całą pewnością. Zwłaszcza jak zaproponujesz dobrą cenę – rzucił Ting. – Widziałaś, że pozyskanie ich nie jest trudne. Do tego na tej plaży jest tyle palm, ze starczyłoby kokosów dla całej watahy – Machnął niedbale łapą. – Przez cały okrągły rok.
– Czekaj, co mówiłeś? – Wadera spojrzała na swojego towarzysza. – Czego jest tyle na tej plaży?
– Palm – powtórzył Odmieniec. – Palma; takie drzewo, co rośnie tuż za tobą, Pierzasta.
<C. D. N.>

Uwagi: brak.

środa, 23 października 2019

Od Glücka "Nie chcę do watahy!"

Styczeń 2025 r.
Glück zatrzymał się zdyszany. Nie wiedział gdzie jest. Wczoraj w nocy szedł przez jakiś las, aż doszedł do plaży, na której postanowił się przespać. Spał sobie, aż uszczypnęło go dziwne sześcionogie stworzenie. Zaczął przed nim uciekać i nagle wpadł na niego jakiś wilk.
- Au! - powiedziała czarno-biała waderka. - Przepraszam, kim jesteś? - spytała.
- Cz-cześć, jestem Glück - odpowiedział.
- Co tu robisz?
- Sam nie wiem.
- Po co ci ten patyk? - zapytała, wskazując na patyk w ustach Glücka.
- To jest Sticky. Jak się nazywasz? - powiedział zawstydzony.
- Jestem Naida. Jesteś stąd?
- Nie - odpowiedział.
- Proszę pani! - krzyknęła niespodziewanie.
Glück wymienił zakłopotane spojrzenie ze Sticky'm.
- Czego znowu chcesz? - krzyknęła jakaś waderka.
- Znalazłam nowego!
Glück przeraził się wizją, że znowu będzie należał do watahy. Chwycił mocno Sticky'ego i zaczął uciekać.
- Wracaj! - krzyknęła Naida.
Basior uciekał ile sił w łapach. Słyszał za sobą odgłosy pościgu. Wilczyca rzuciła się na niego. Chwilę później leżał przygwożdżony na ziemi.
- Uciekaj, Sticky! - krzyknął Glück, rzucając patyk metr dalej. - Uciekaj! - krzyczał wilk, jednak Sticky ani drgnął.
- Nie chcemy ci zrobić krzywdy - powiedziała Naida.
Krzaki obok zadrżały i wyszła z nich ciemnoszara wilczyca.
- Czego uciekasz? Ona nie jest taka straszna - powiedziała.
- Aaaa! Chcą mnie zabić! - krzyknął Glück.
- Może do nas dołączyć? - zapytała podekscytowana Naida.
- No niech ci będzie - odpowiedziała druga wilczyca.
- Ale ja nie chcę! - krzyknął.
- Czemu? - zapytała Naida.
- Bo nie chcę - odpowiedział basior.
- Chodź już - rzuciła waderka.
Naida zeszła z niego. Glück wstał i podniósł Sticky'ego.
- Czemu mam iść z wami?
- Bo jak nie, to ona nie da mi spokoju - powiedziała starsza wilczyca.
- Nie jestem jedyna, nie jestem jedyna... - cieszyła się Naida.
- W czym nie jesteś jedyna? - zapytał.
- Ja też nie jestem stąd. A przy okazji to jest Yuki, moja nauczycielka.
Glück poszedł za Naidą i Yuki. Szli, a w tym czasie Naida opowiadała mu o latających krabach, kłótniach z pewną wilczycą i topieniu się jakiegoś Mortiego. Ale Glücka to nie interesowało. Był zbyt zestresowany, aby się na czymś skupić.

Uwagi: Kiedy odmieniasz imię Sticky'ego raczej powinieneś robić to z apostrofem. Kiedy każemy komuś iść, mówimy "chodź", nie "choć".

wtorek, 22 października 2019

Od Lind „Jak można spędzać czas na plaży” cz. 1


Luty 2025
Lind znów zajmowała się przeszukiwaniem wyrzuconych na brzeg, jak to określił Magnus, „odpadków organicznych”. Pośród kawałków rozpadającego się drewna, otoczaków i fragmentów pancerzyków małży, wypatrywała bursztynów. Ta sterta odrzuconych przez morze śmieci znajdowała się dostatecznie daleko od wody, by wilczycy towarzyszył Ting. Odmieniec siedział na ziemi i stroił banjo, raz po raz zerkając na poczynania Lind. Widząc, że pozyskiwanie obłupanych odłamków bursztynu nie idzie jej zbyt dobrze, postanowił zaoferować swoją poradę:
– Już przekopałaś te miejsce wzdłuż i wszerz, Pierzasta – mruknął, naciągając mocniej jedną strunę. – Po prostu ktoś cię uprzedził. Idź gdzieś dalej.
– Ostatnim razem jeden był zakopany naprawdę głęboko – odparła Lind. – Mam przeczucie, że i tym razem tak będzie.
– Jasne, przeczucie – odparł Odmieniec, przeciągając samogłoski. – Twoje przeczucia nigdy nie mylą – dodał ironicznie.
Wadera podniosła wzrok znad sterty patyków i kamieni. Spróbowała dać rozmówcy do zrozumienia swoim wyrazem pyska, że nie spodobały jej się te słowa. Jednakże Ting już na nią nie spojrzał, tak więc odpuściła po paru sekundach i wróciła do poszukiwań. Chwilę jeszcze kontynuowała w milczeniu, ale wkrótce znów zatęskniła za rozmową. Zaczęła nowy temat:
– Po czym poznałeś, że ten konkretny naszyjnik to Klucz? – spytała, kiwając głową w stronę przedmiotu obijającego się o pierś Tinga. – Co by było, gdyby ktoś chciał ci wcisnąć inny bursztyn na sznurku?
– Hm... Pierwszy raz od dawna zadałaś jakieś mądrzejsze pytanie – mruknął Odmieniec. – Mam wrażenie, że ma to związek z jakimś zablokowanym wspomnieniem – Naciągnął mocniej kolejną strunę w banjo. – Jak tylko zobaczyłem Klucz, od razu wiedziałem, że to to.
– Ciekawe... – podsumowała Lind. – A może te przedmioty są zaklęte? – zastanowiła się na głos.
– Nie sądzę... Ktoś z watahy już by zwrócił na to uwagę.
– Może... Chyba że, przekazane Strażnikowi, tracą moc – Lind spojrzała na swojego towarzysza.
– Hm... To brzmi nawet prawdopodobnie – pokiwał głową Ting.
Wilczyca podniosła wzrok ku niebu. Wtedy przypomniał jej się pierścień, który widziała na palcu Strażniczki Burzy. Zdała sobie sprawę, że jedynym ze znanych jej opiekunów artefaktów, który jeszcze nie otrzymał Klucza, był Baldor.
– Ciekawe, co powinien otrzymać od dziedzica „twój kuzyn” - mruknęła.
– Dziedzica? – zdziwił się Ting.
Tak zaintrygowało go użyte przez waderę słowo, że na chwilę odstawił banjo na kolana. Tymczasem Lind zrozumiała, że nie powinna była się tak wyrażać. Serce podeszło jej do gardła. To Freeze określał siebie dziedzicem i mówił jej o zasadzie, że tylko członkowie TEJ rodziny mogą przekazać Strażnikowi Klucz. A przecież miała absolutnie nie rozmawiać z odmieńcami na temat Freeze'a!
Lind zaczęła nerwowo rozgarniać łapami wyrzucone przez morze śmieci. Jednocześnie gorączkowo szukała w głowie pretekstu do zmiany tematu. Wówczas jeden prawie dosłownie spadł jej z nieba. Pod warstwą przegniłego drewna znalazła duży bursztyn.
– Aha! Jednak coś tutaj było!– zawołała wilczyca, podnosząc z triumfem swoje znalezisko.
Odmieniec chwilę przyglądał się jej zdobyczy, po czym wrócił do strojenia instrumentu. Lind odetchnęła z ulgą, widząc, że tyle wystarczyło, by jej towarzysz zignorował tamto potknięcie. Ze spokojem wróciła do poszukiwań. Od tej pory szły jej o wiele, wiele lepiej. Wkrótce znalazła dwa następne kawałki bursztynu. Jeden podłużny; bardzo podobny do poprzedniego i jeden okrągły. Wszystkie okazały się być niemal identycznego koloru. Wilczyca zaczęła podejrzewać, że może niegdyś były jednym kawałkiem.
Lind pokazała i te nabytki odmieńcowi. On oczywiście obejrzał każdy z nich, ale nie wyrażał aż tak wielkiego podziwu, jak niegdyś przy okazji innych kruszców. Zdaje się wisiorek, który zawsze nosił, zbyt przyzwyczaił go do widoku bursztynu.
– Przydałaby ci się większa torba – stwierdził po chwili Ting.
Wadera rzuciła okiem na swój skórzany worek. Fakt faktem, było w nim coraz mniej miejsca. Zaczęła się zastanawiać, czy noszenie wszystkiego przy sobie istotnie jest dobrym rozwiązaniem, skoro stale powiększała swoją kolekcję o nowe przedmioty. Pojawiała się jednak zagwozdka, gdzie w takim razie można by zorganizować sobie mały magazyn na to wszystko? Wataha mieszka pod gołym niebem, nikt już nie ma własnej jaskini.
– To może teraz przeniesiesz się z tym poszukiwaniem? – odmieniec wyrwał Lind z zadumy.
– W sumie mogę – odparła.
Wstała z miejsca i przeciągnęła się. Spędzili w tym jednym miejscu prawie pół godziny. Wtem wilczyca poczuła nagłe łaknięcie.
– Zjadłabym coś... – mruknęła.
– Znów małże? – Zapytał bez wyrazu Ting.
– Wiesz... Chyba nie. Spróbowałabym tych owoców z... – Lind na chwilę zacięła się. Zabrakło jej odpowiedniego słowa. – Tych drzew – dokończyła.
Wadera pamiętała, że wspomniany przysmak podano członkom watahy podczas pierwszego posiłku w nowym domu. Ona jednak do dziś nie spróbowała tego. Czas to zmienić.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.