sobota, 8 sierpnia 2020

Od Firii "Brakuje mi ciepła" cz. 3


Grudzień 2026
Dotarłam do jakiegoś nowego przedmiotu. Był większy ode mnie, ale prawie mniejszy; taki średni. Pachniał bardzo ładnie i śmiesznie odbijał światło. Trąciłam go nosem. Fajnie zaszurał o to sypkie, co pokrywało ziemię.
Zobaczyłam, że miał coś, przez co mogłam przejść. Więc przeszłam. Nadal widziałam świat dookoła, ale teraz jakby rozmazany. Taki bardziej szary, niż zwykle. Przed sobą miałam okrągłą ścianę, a po bokach zakrzywioną, gładką barierę. Widziałam pod swoimi łapkami to sypkie, ale już nie czułam go. Jak to w ogóle możliwe?
Niemniej jednak podobało mi się tu. Ładnie pachniało, nie wiał wiatr... Ułożyłam się wygodnie na gładkim, zakrzywionym podłożu. Nagle cały świat po raz kolejny zadrżał. Co się dzieje?
– Crane, chodź coś zobaczysz – odezwał się mój ulubiony głos. – Chodź, szybko.
– Co, gdzie? Coś nie tak z Firią? – zawtórował mu ten niższy ton. Brzmiał na bardzo przejętego.
– Nie – odparł pierwszy i wydał z siebie serię szczeknięć. Ten dźwięk oznaczał, ze coś mu się podobało. – Patrz na nią.
Nie wiedziałam, skąd to nagłe poruszenie. Znów nadchodziły jakieś obce głosy? Ciekawe czy to miejsce będzie dobrą kryjówką. Nie takie miękkie, jak Biały Puch, ale nie tak zimne i niebezpieczne, jak świat zewnętrzny.
– Kto tu zostawił ten słoik? – zdziwił się niski głos.
– Nie wiem... Ale chyba jej się podoba – oznajmił ten wyższy.
– Nie powinniśmy czegoś zrobić..?
– Po co? Tylko sobie siedzi w tym słoiku. Och, jaka ona przeurocza...
Spróbowałam wdrapać się na pochyłą ścianę tego fajnego miejsca. Niestety, bez powodzenia; moje pazurki nie znajdowały żadnego oparcia i ciągle zjeżdżały. Za to wydawały przy tym śmieszny, wysoki dźwięk.
Zdałam sobie sprawę, że powoli robiłam się głodna. Istniało jednak ryzyko, że ten fantastyczny przedmiot zniknie, jak go zostawię. Jedyną rzeczą, która nigdy nie znikała, był Biały Puch. Dziwne z niego zjawisko... Nieposłuszny, ale tylko na nim mogę naprawdę polegać.
Brzuszek coraz mocniej domagał się pożywienia. Wystawiłam nieśmiało główkę na zewnątrz. Musiałam w końcu podjąć tę ciężką decyzję i opuścić okrągły przedmiot. Może istnieje choć mała szansa, że dam radę go odnaleźć, jak się najem...
– No widzisz, sama wyszła... – mruknął mój ulubiony, wysoki głos. – Może ona skądś wie, co tam było?
– Myślisz, że mogła odziedziczyć coś z tej energii magicznej? – po raz kolejny zawtórował mu ten drugi, niższy.
– Myślę, że to prawdopodobne...
Chyba zgubiłam drogę... Nie pamiętam, w którą stronę skręciłam, zanim znalazłam ten fajny, gładki przedmiot. Wszystko pachniało tutaj tak samo. Którędy do Białego Puchu? Którędy do jedzenia?
Zapiszczałam cicho. Wtedy wróciło ciepłe, mokre coś. Tym razem nie podniosło mnie; jedynie popchnęło w odpowiednim kierunku. Okazało się, że i tak byłam już bardzo blisko celu.
– Chciałbym, żeby nasza córeczka miała jakieś moce wykraczające poza umysł...
– Tak czy inaczej na pewno sobie poradzi – mruknął w odpowiedzi mój ulubiony głos. – Wiele jest nie-magicznych wilków, którym wiedzie się równie dobrze.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 22 czerwonych⎹ 1 pomarańczowych⎹ 1 zielonych⎹ 14 niebieskich⎹ 22 granatowych⎹ 15 fioletowych⎹ 9 różowych odłamków

piątek, 7 sierpnia 2020

Od Yngvi "Zazdrość" cz. 17 (cd. Eterna)


Grudzień 2026
Słyszałam kiedyś, że Klif Roztrzaskanych Fal był niemal niedostępny, gdy byłam jeszcze małym szczeniakiem. Mama opowiadała mi, że to między innymi ona, Kai oraz ciocia Lind wraz z Tingiem szukali jakiejś przystępnej drogi na jego szczyt. Mówiła, że bardzo się poobdzierali. Obecna ścieżka jest dziełem różnych wilków z żywiołem ziemi, a w tym taty. Nie chcieli, żeby ktoś spadł i zrobił sobie krzywdę, co według mnie było świetnym pomysłem. Gdyby wejście tam nadal było AŻ TAK wymagające, nigdy bym tam nie weszła. I nigdy nie zdałabym sobie sprawę jak inspirujące było patrzenie na wszystkich z góry. 
Tamten dzień był wolny od nauki. Miałam zamiar to wykorzystać i może spróbować skończyć układać jakąś piosenkę, którą mogłabym przedstawić na następnych zajęciach kreatywnych. Bardzo frustrowało mnie, że już nie mieliśmy ich normalnie w planie. Starsza grupa zamiast rozwijać się kreatywnie, musiała ślęczeć i uczyć się jakichś głupich rzeczy albo wręcz przeciwnie – walczyć, co też było okropną głupotą. Nienawidziłam nauki, a szkoła wciskała mi ją na siłę. W takim wypadku pozostawało mi jedynie wyrażać się twórczo w wolnym czasie i na zajęciach dodatkowych. A na normalnych lekcjach albo nie uważać, albo z nich uciekać. Ze względu na to, że mój tata był nauczycielem, a mama miała bardzo dobry kontakt z panem Kai'm i ciocią Yuki druga opcja nie wchodziła w grę. A gdyby dodać do tego, że z tego co mówiła mi mama, Navri była moją kuzynką... Lepiej było się nie wychylać.
Westchnęłam i postanowiłam zabrać się w końcu za coś pożytecznego. O ile dobrze pamiętałam, w tej nowej balladzie, którą zaczęłam pisać utknęłam w chwili, gdy musiałam znaleźć odpowiedni rym do "gwiazd". Dosłownie nic mi do tego nie pasowało, a nie chciałam psuć pięknej metafory w poprzednim wersie. 
Wtem dostrzegłam sylwetkę Mortimera, a rymy od razu opuściły moje myśli. Basiorek stał na brzegu klifu i wpatrywał się w wyjątkowo wielkie tego dnia fale. Przez cały dzień było strasznie duszno, więc spodziewałam się kolejnej burzy. W ostatnim czasie te nie opuszczały naszych terenów, co bardzo mnie irytowało. Wolałabym w końcu zobaczyć gwiazdy, które przecież zostały moją inspiracją do ballady.
Przyspieszyłam, żeby szybciej znaleźć się u jego boku. Na moim pysku widniał uśmiech, zresztą jak zwykle, kiedy tylko go widziałam. Pomimo upływu już całych pór roku, nadal nie potrafiłam uwierzyć, że wystarczało jedno jego spojrzenie, żeby mój oddech i serce przyspieszały. 
– Cześć, Morti – powiedziałam łagodnie. Nie chciałam go przestraszyć. Może nie było tego po mnie widać, ale nie byłam już tak odważna i lekkomyślna po tym jak mnie odrzucił. A przynajmniej lubiłam myśleć, że chociaż trochę się zmieniłam. Bo jeśli chodzi o odpuszczanie... Tego nie miałam zamiaru zrobić. Nigdy. – Nie spodziewałam się, że cię tu spotkam.
Basior podskoczył, kiedy mnie dostrzegł. 
– Cz-cześć, Vi. Ja też nie.
– Co tu robisz?
– Nic takiego – odparł szybko i zerknął za siebie. Podążyłam za nim spojrzeniem. Poza nami nie było nikogo. Jedynie jakaś papuga skrzeczała w krzaku, ale obecność zwierząt innych niż wilki nie miała żadnego znaczenia. Uśmiechnęłam się odrobinę szerzej.
– Nie uważasz, że ten klif jest bardzo romantycznym miejscem? Jest z dala od wszystkich z watahy, daje takie przyjemne poczucie prywatności... 
Mortimer przytaknął niepewnie.
– Uwielbiam je, a ty?
– Jest całkiem... Fajne – przyznał samiec.
– Idealne na randkę, prawda? – zaśmiałam się, kręcąc delikatnie łebkiem. Moje włosy zafalowały, delikatnie muskając ciało Mortimera. Podejrzałam ten gest u jednej ze starszych samic. Basior, z którym wtedy była, wyglądał na oszołomionego w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Pomyślałam wtedy, że chciałabym wywołać podobny stan u Mortiego. – Pewnie z dołu wyglądamy jakbyśmy byli na randce.
Basior nagle się cofnął o kilka kroków.
– N-nie powinniśmy – powiedział szybko. Jego głos drżał.
– Dlaczego nie?
Nie odpowiedział, tylko patrzył na mnie tymi swoimi pięknymi, jaskrawozielonymi i teraz dodatkowo szeroko otwartymi oczami. Moje serce biło nienaturalnie szybko. Chciałam znowu go pocałować, ale wiedziałam, że mu się to nie spodoba. Niestety, nie potrafiłam odpuścić. Czasem byłam jeszcze bardziej żałosna od Elanor.
– Morti... Kocham cię.
Patrzyłam na rozbijające się fale. Tumany piały powstawały i rozbijały o ciemną taflę. Miliony raz wyobrażałam sobie tę chwilę. W mojej wyobraźni patrzyliśmy na siebie z miłością, oświetlały nas złote promienie zachodzące słońca, a do uszu dochodził wesoły świergot ptaków siedzących u zielonych bram dżungli. Mój ukochany uśmiechał się i mówił, że czuje to samo... W rzeczywistości jednak odpowiadała mi tylko cisza.
Poczułam łzy, napływające do oczu. Nagle doszedł do tego ból, towarzyszący brutalnemu popchnięciu. Przetoczyłam się po klifie i krzyczałam przerażona. Próbowałam złapać równowagę, ale kolejne popchnięcie mi to uniemożliwiło. Poleciałam dalej do przodu, aż straciłam jakiekolwiek podparcie. W moich uszach syczał wiatr, a krzyk zamarł w piersi, kiedy zdałam sobie sprawę, że lecę w dół. Obracałam się, próbowałam przywołać jakiś żywioł, który mógłby mnie uratować, ale na marne. Czarna tafla wody była coraz bliżej. Zacisnęłam powieki najmocniej jak potrafiłam, napięłam mięśnie i wrzasnęłam po raz ostatni.
Poczułam rwący ból w całym ciele, lodowatą wodę, napływającą do pyska. Następnie nastała przerażająca ciemność i poza nią nie było już nic. Zupełnie nic.

<Eterna?>

Zdobyto: 31 czerwonych⎹ 30 pomarańczowych⎹ 20 zielonych⎹ 24 niebieskich⎹ 42 granatowych⎹ 43 fioletowych⎹ 10 różowych odłamków


>> Następna część >>


Od Firii "Brakuje mi ciepła" cz. 2


Grudzień 2026
Te dwa duże cienie tylko siedzą i buczą. Najpierw jeden, potem drugi. Ciekawe po co i na co...
– Nie miałam ostatnio okazji do treningu z żywiołem, wiesz o tym – oznajmił mój ulubiony głos.
– Nie o to pytam... – mruknął ten niski. – Pytałem, czy m y ś l i s z, że będzie lepiej.
– Nie dowiem się, dopóki nie sprawdzę. Sam mówiłeś mi, że nie lubisz gdybać.
– Dobra, przepraszam... po prostu się martwię... – zadudnił ten drugi.
– Na razie chyba nie ma o co. Nie używam magii i jest okej – Mój ulubiony głos znów brzmiał smutno. Nie tak smutno, jak ostatnio, ale jednak.
Ciekawe, co mogło się stać. Ja na pewno nie miałam na to wpływu; nadal siedziałam pod Białym Puchem. Dzisiaj był bardzo spokojny.
– To takie dziwne, Crane... Całe życie spędziłam z jednym żywiołem. U innych wilków też jest tak, że chociaż chcą użyć jednego, przypadkiem uaktywnia się drugi?
– Różnie to bywa – odparł niski głos. – Ja nie mam tego problemu, ale moje żywioły są bardzo podobne do siebie. Granica między jednym, a drugim trochę się zaciera...
Usłyszałam głośne, podłużne westchnięcie. Przez chwilę myślałam, że zwieje ono ze mnie Biały Puch. Dla pewności postanowiłam złapać jego część w pyszczek. Smakował tak samo, jak to kolorowe coś, ale mniej uwierał. Bardzo ciekawe...
– Na pewno damy sobie radę, moja droga – kontynuował niski głos. – Jak to powiedziała Torance..? "Nie ma problemów zbyt trudnych."
– Heh... Tak... Najgorsze w sumie za nami – odparł mój ulubiony ton. – Jak Firia podrośnie, będę znów ćwiczyć z moimi... dwoma żywiołami – ostatni pomruk brzmiał dość nienaturalnie. Ciekawe dlaczego.
Może jednak powinnam sprawdzić, co się dzieje. Kto wie, może lodowaty wicher zniknął? A może rudy cień znów go zablokuje?
Wysunęłam niepewnie nos spod Białego Puchu. Zapachy te same, co zawsze. Nie zauważałam jednak wiatru; chyba jest bezpiecznie. Wystawiłam powoli całą głowę, potem uszy, w końcu wyszłam cała. Nie powiem, że na zewnątrz było idealnie, ale zdecydowanie lepiej, niż ostatnio. Niepewnie ruszyłam naprzód.
Nagle ziemia się zatrzęsła. Nad moją głową rozległ się przerażający, obcy głos.
– Och, jaka ona śliczna...
Natychmiast zaczęłam się wycofywać. Pod Puch, pod Puch!!!
– Miło cię znów widzieć, Leah. I ciebie, Silee – O dziwo mój ulubiony ton nie brzmiał na przerażonego. Ja jednak wolałam nie ryzykować i wróciłam do bezpiecznej kryjówki. Tutaj mnie nie znajdą!
– Dzień dobry, ciociu... – O nie, jest ich więcej!!!
Co robić, co robić? Złapałam mocno Biały Puch; teraz absolutnie nie mogłam pozwolić mu na ucieczkę. To jedyny ratunek!
– Wybaczcie... Firia jest trochę nieśmiała – mruknął mój ulubiony głos.
Postanowiłam, że najlepszą strategią będzie się w ogóle nie ruszać. Nagle Biały Puch zadrżał. O nie, nie, nie! Masz zostać na swoim miejscu!
– Może lepiej, jak wrócimy trochę później... – znów odezwał się pierwszy z obcych głosów.
– Za parę godzin mała zgłodnieje – odpowiedział dobrze mi znany, niski ton. Może próbował je przegonić? Nie miałabym nic przeciwko.
– Ciekawe, jak Ting by zareagował na fakt, że nazywasz ją "małą", skoro to Morgana zawsze tytułował "Małym" – kontynuował tamten głos. Im dłużej go słuchałam, tym mniej się bałam. Może na dłuższą metę nie jest taki zły...
W tym momencie na chwilę zapanowała cisza. To było podejrzane...
– Jakieś wieści? – dopytał ten sam głos.
– Nadal nic – odparł krótko mój ulubiony.

<C. D. N.>

Uwagi: brak. 

Zdobyto: 29 czerwonych⎹ 25 pomarańczowych⎹ 28 zielonych⎹ 16 niebieskich⎹ 23 granatowych⎹ 8 fioletowych⎹ 1 różowych odłamków

czwartek, 6 sierpnia 2020

Od Lind "Nasza przeszłość, nasze sekrety i lęki" cz. 4


Listopad 2025
Widziałam go wyraźnie. Jego sylwetka sprawiała wrażenie nieco większej, niż zapamiętałam. Wyglądało to, jakby tworzący połowę jego ciała lód stał się grubszy. Na pewno w kilku miejscach wyrastały z niego nowe, ostre sople. Odrobinę przypominały zjeżoną sierść. Freeze trzymał jedną łapę na pobliskim drzewie. Przelewając w nie energię magiczną, sprawiał, że powoli zamarzało od środka. Nie rozumiałam celu tej czynności; jej wykonawca nie wyglądał na kogoś, kto szukałby głupiej rozrywki.
Kawałek dalej siedziała Strażniczka Burzy; cicho zbierała resztki mięsa ze szkieletu jakiegoś zwierzęcia. Nic nie wskazywało na to, iż którekolwiek z nich zauważyło, że są obserwowani.
Zaczęłam uważnie oglądać otoczenie. Wspomniana dwójka zrobiła postój w gęstym lesie; podobnym raczej do tych otaczających mój dawny dom. Nie mogłam jednak rozpoznać żadnego z gatunków rosnących tutaj drzew.
Wizja trwała dosyć długo, ale nie dała oczekiwanego efektu. Kiedy przed moimi oczami znów pojawiła się znajoma plaża, zrozumiałam, na czym polegał mój błąd. Zażyczyłam sobie z o b a c z y ć, gdzie są. Powinnam była powiedzieć, że chcę w i e d z i e ć, gdzie są. Nie chciałam jednak marnować kolejnego życzenia z Wilczego Pazura. Nawet nie wiem, ile ich jeszcze mam. A jeśli okażą się być potrzebne w innej, o wiele gorszej sytuacji?
Zauważyłam, że powoli wstawał już świt. Nie miałam dzisiaj porannego patrolu, ale i tak nie poszłam dalej spać. Wiedziałam, że nie dam już rady zasnąć.
Kolejny dzień przyniósł ze sobą czyste niebo, niewiele wiatru i delikatny szum morza. Crane zostawił u mnie Morgana o tej samej porze, co zwykle. Pewnie zauważył, że jestem dziś wyjątkowo zmęczona, ale w żaden sposób tego nie skomentował. Jedynie Morgan posyłał mi zatroskane spojrzenia.
Tego dnia odkryłam, że w falującym morzu było coś wyjątkowo uspokajającego. Spędziłam na śledzeniu pojawiających się i znikających słupów piany więcej czasu, niż bym się po sobie spodziewała. Niestety to nadal nie wymazywało to z mojej głowy wszystkich obaw. Wrażenie spokoju był tylko tymczasowe.
– Mamo? – usłyszałam nagle.
Odwróciłam głowę w stronę siedzącego nieopodal Morgana.
– Pytałem, co myślisz. – Maluch wskazał łapką swoje dzieło. Było to kilka nierówności usypanych z mokrego piasku. Mój podopieczny przyozdobił je kamykami i patyczkami. – Robiliśmy dziś takie na lekcjach. To płaskorzeźba – pochwalił się nowym słowem.
– Ładna... bardzo ładna.
– Źle się czujesz, mamo? – spytał wreszcie Morgan. Mój wyjątkowy brak entuzjazmu odnośnie jego artystycznych osiągnięć zaniepokoił go jeszcze bardziej.
– Nie jestem chora, jeśli o to się martwisz – Wygięłam kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
– Ale... wyglądasz, jakbyś się czymś martwiła – mruknął nieśmiało szczeniak.
Westchnęłam. Męczyły mnie już te ciągłe pytania, co ze mną, co mnie boli, co mnie dręczy. Miałam przecież powody by niczego nie tłumaczyć. Od jakiegoś czasu zaczęłam się naprawdę obawiać, co mogłyby podyktować Tingowi Zasady Strażnika. Nie miał ich spisanych w żadnej książce; podobno niektórych reguł sam nie był w stanie ponazywać, a co dopiero wymienić. Pewnie byłoby to podobne do wymienienia z pamięci wszystkich swoich czynności życiowych. Robisz to wszystko od małego, a jednak nazwy poznajesz później albo wcale. A podobno dla Tinga obrona Wichury, to odruchy bezwarunkowe.
– Mamo? Możesz mi powiedzieć, nikomu nic nie powiem – zapewnił Morgan, jakby czytał mi w myślach.
– To trudne, mój drogi...
– Tak jak twoja wczorajsza kłótnia z tatą..? – Szczeniak opuścił uszka.
– Nie, to nie ma związku z tatą – Pokręciłam głową. – Z tatą się pogodziłam już wczoraj wieczorem.
– Naprawdę? Super! Więc dlatego tata był dziś taki wesoły.
– Na to wychodzi – mruknęłam.
– To może... pójdziemy coś zjeść, mamo? – Morgan nagle zmienił temat.
Wtedy przypomniałam sobie, że zwykle o tej porze jedliśmy coś na kształt drugiego śniadania. Wiedziałam, że jestem dziś zmęczona i rozkojarzona, ale nie sądziłam, że aż tak. Od razu wstałam z miejsca i przedstawiłam Morganowi dostępne opcje:
– Chciałbyś kokosa, banana? Może rybę albo małże?
Morgan skrzywił się lekko. Nigdy nie uważał tych ostatnich za apetyczne. Ja jednak wierzyłam, że gdyby nauczył się nie zwracać uwagi na wygląd tych stworzonek, mógłby naprawdę polubić ich smak.
– No to jaka będzie decyzja?
– A gdybyśmy... – wilczek zawahał się. – Znów pożyczyli od taty ten naszyjnik na pożywienie?
– Nie. Dziś nie. – Westchnęłam.
Chyba nie chciałam wiedzieć, co jeszcze mogę znaleźć w koszu z manatkami Crane'a. Wszystko przecież zaczęło się od tej jednej butelki. Liczyłam, że mój znajomy nie ma więcej sekretów tego typu, ale wolałam na razie nie kusić losu i oszczędzić sobie kolejnych potencjalnych zmartwień.
– To co z... zająciem?
– Zającem – poprawiłam Morgana. – Spróbujesz go innym razem. Na pewno będzie okazja.
Szczeniak mruknął coś pod nosem zawiedziony. W międzyczasie zauważył, że jeden z patyczków spadł z jego płaskorzeźby i uszkodził jej inny element. Tak więc Morgan przysiadł znów nad swoim dziełem, by je naprawić. Dopiero stojąc zrozumiałam, że przedstawiało to wilka goniącego rybę. Pewnie Morgan usłyszał na lekcji opowieść o polowaniach na dużą zwierzynę, ale nie znał niczego, co mogłoby być celem pościgu, więc umieścił w tym miejscu rybę. Sprytne i w sumie oczywiste rozwiązanie. Przynajmniej z perspektywy szczenięcia, które pamięta tylko te tereny.
Kiedy Morgan skończył naprawiać swoją płaskorzeźbę, zdecydowaliśmy, że pójdziemy na kokosy. Bo czemu miałabym odmawiać szczeniakowi jego ulubionego przysmaku? Pewnie byłoby mi wygodniej, gdybym mogła w międzyczasie znaleźć coś do jedzenia dla samej siebie, ale potrzeby Morgana są ważniejsze. Też warto mieć na uwadze, że tego dnia nie miałam zbyt wielkiego apetytu. Myślami wciąż wracałam do widoku, który pokazał mi Wilczy Pazur.
Żałowałam, że Medalion Wizji nie dawał bardziej pewnych obrazów. Wtedy bym się nie martwiła o zużywanie życzeń i zadawanie sobie pytania, czy to co widziałam jest prawdą, a nie tylko jakąś możliwą wersją przyszłości. Szkoda, że nie ma sposobu, by użyć na Medalionie Wizji Naszyjnika Prawdy.
– Mamo, masz jeszcze jakieś historie o dawnych terenach watahy? – zapytał Morgan, kiedy skończył jeść swojego kokosa. Chyba długo trzymał to pytanie w głowie; podejrzewam, że nie chciał odzywać się z pełnym pyszczkiem.
– Myślisz, że jestem w stanie powiedzieć ci o nich więcej niż nauczyciele? – Użyłam mocy wiatru, by odgarnąć gdzieś w gąszcz zielone łupiny kokosów.
– Nie wiem... ale niektóre ich lekcje są strasznie nudne... – mruknął mój podopieczny. – Tylko nikomu nie mów, że tak powiedziałem – dodał szybko.
– Obiecuję, nic nie powiem – Ceremonialnie położyłam łapę na piersi. Morganowi spodobał się ten gest.
Jestem pewna, że obecność tego malca bardzo mi pomogła przejść przez większość dzisiejszego dnia. Opieka nad nim zapewniała mi konkretne zajęcia, jak choćby zdobycie tego kokosa. Morgan też często zagadywał mnie, jeszcze skuteczniej odciągając moje myśli od Freeze'a, Zasad Strażników, czy sekretów Crane'a.

Koniec listopada 2025
– Cześć tata! – zawołał Morgan, dopadając swojego rodzica. Crane starym zwyczajem sprawdził, czy maluch nadal ma wszystkie cztery łapy. Dziś jednak robił to spokojniej, niż parę miesięcy temu.
– Pójdziemy na występy, prawda? – spytał maluch, spoglądając raz na mnie, raz na swojego tatę.
– O ile mi wiadomo, nasze plany się nie zmieniły – mruknął Crane. – Prawda? – Też skierował wzrok w moją stronę.
Uśmiechnęłam się i pokręciłam głową. Dziś pierwszy raz od dawna artyści z naszej watahy organizują koncert. Podobno niektórzy z muzyków wykorzystają wykonane tu na miejscu instrumenty. Jednak najbardziej interesowało mnie, jak zaśpiewa Misty; podobno chciała zaprezentować swoją nową piosenkę. Miałam szczerą nadzieję, że występ ubogacą jakieś efekty świetlne; pięknie prezentowałyby się na tle ciemniejącego nieba.
Słyszałam, jak kilka wilków mówiło, że trzeba będzie wszystko odwołać, bo na pewno przyjdzie burza. Jednak artyści i wytęskniona publika nie słuchała tych paranoików.
Już chciałam ruszyć z Crane'm i Morganem w kierunku klifu, ale nagle usłyszałam głos Tinga:
– Plany uległy zmianie. Muszę pogadać z Pierzastą.
Wspomniana dwójka zatrzymała się wpół kroku. Odwróciłam głowę w stronę odmieńca.
– Przepraszam? Nie możesz z tym poczekać?
– Nie mogę – rzucił Ting.
– Jakbyś nie zauważył, chcę zdążyć na koncert.
Kątem oka zobaczyłam, jak Crane pokazał Morganowi, że ma iść dalej. Wyglądało na to, iż już uznał tę dyskusję za przegraną. Maluch nie wyglądał na pocieszonego, ale nie chciał głośno protestować.
– Pierzasta... – Ton Tinga nie łagodniał.
Zmarszczyłam czoło.
– Idę z nimi. Porozmawiamy później – Odwróciłam się od odmieńca.
Strażnik Wichury wyskoczył przede mnie.
– Mam dość czekania, Pierzasta.
Spróbowałam go wyminąć, ale on skutecznie zachodził mi drogę.
– Przestań! – warknęłam.
– Naprawdę musimy pomówić – powtórzył z naciskiem Ting.
Wypuściłam głośno powietrze. Strasznie mnie zdenerwowało jego natręctwo. Zrozumiałam, że tylko tracę czas.
– Dobra, wygrałeś. O czym chcesz rozmawiać? – rzuciłam.
– Kim jest wilk o połowie ciała z lodu?
Zesztywniałam. Po raz kolejny poczułam, jak po moim grzbiecie przebiega nieprzyjemny chłód.
D...dowiedział się. Dowiedział się!
Wykonałam parę kroków w tył.
– Pierzasta?
Natychmiast uformowałam skrzydła i odbiłam się od ziemi. Szybko nabierałam prędkości, również wysokości. Po chwili jednak zauważyłam, że niosę ze sobą jakiś dodatkowy ciężar. Strażnik zdołał uczepić się mojej torby tuż przed startem. Coś krzyczał, ale nie mogłam zrozumieć przekazu. Wykonałam pełen obrót, by zrzucić odmieńca. Nic mi to nie dało; jego pazury zbyt mocno trzymały się materiału. Niewiele myśląc, sięgnęłam do paska utrzymującego torbę przy moim boku. Jednym szarpnięciem wyciągnęłam go z klamry. Skórzany worek poleciał bezwładnie w stronę ziemi. Niestety do tego czasu szpony odmieńca schwyciły moją sierść. Zaczęłam znów szaleńczo wirować w powietrzu. Nie skontrolowałam, że wciąż wzlatywałam coraz wyżej.
Nic nie przynosiło oczekiwanych efektów. Odmieniec nadal trzymał się blisko mnie. Spróbowałam przywołać więcej wichru, by schwycić nim Strażnika. Bez skutku. Stres nie był moim sprzymierzeńcem, jeśli w grę wchodziła magia. W akcie desperacji zaczęłam lecieć pionowo w górę. Liczyłam, że wkrótce grawitacja uwolni mnie od szponów odmieńca. Wciąż nie zwalniałam.
Nagle świat dookoła zaczął znikać. Jakby nagle zakryła go gęsta, bura mgła. Nie zastanawiałam się nad tym; zbyt przerażał mnie fakt, że nadal miałam na grzbiecie śmiertelnie niebezpieczne stworzenie. Wtem gdzieś w oddali zaszumiał grzmot. Zbyt późno zrozumiałam, gdzie się znaleźliśmy.
Oślepiło mnie jasne światło. Nie minęła sekunda, nim dołączył do niego straszliwy huk. Zupełnie jakby tuż przede mną wybuchł wulkan. Ten dźwięk przeszył mnie całą; rozerwał bębenki w uszach i unieruchomił wszystkie członki. Usłyszałam podłużny pisk, a potem była tylko cisza i ciemność.
A potem wicher. Nie taki, nad którym miałabym kontrolę. Wicher wiejący od dołu. Jakby sam z siebie próbował unieść ciało spadającego bezwładnie wilka.
To naprawdę miło z jego strony...
Uchyliłam oczy. W uszach nadal mi dzwoniło, a po ciele rozchodziło się nieprzyjemne mrowienie. Zamrugałam. Spod moich powiek uciekło kilka łez. Poleciały ku górze.
Nade mną była tylko bura mgła. Natomiast pode mną zaczynała jawić się granatowa toń morza. Dopiero wtedy zrozumiałam, że spadam. Pamiętam, jak długo leciałam w dniu, w którym zostałam zrzucona ze szczytu góry. Tym razem byłam jeszcze wyżej. Usłyszałam nerwowe kołatanie własnego serca. Spróbowałam przywołać wicher, by uformować z niego skrzydła. Bez powodzenia.
Bura mgła z chmur zaczęła się przerzedzać. Wtedy dostrzegłam, że parę metrów ode mnie był Ting. On także leciał bezwładnie w kierunku morza. Jednak mój towarzysz nie miał na sobie Medalionu Nieśmiertelności i nie odzyskiwał przytomności. Co ja narobiłam...
Skupiłam wszystkie siły na tym, by użyć swojego żywiołu. Chciałam za wszelką cenę znaleźć się bliżej Tinga.
Jak mogłam być tak głupia? Jak mogłam dopuścić do tej sytuacji? Tak niewiele wystarczyło, bym założyła, że przyszedł ze mną walczyć. Że przyszedł, żeby...
Wyciągnęłam głowę w stronę odmieńca. Udało mi się złapać w zęby jego pióropusz. Przyciągnęłam Tinga do siebie i objęłam łapami. Spod mgły pod nami wyłaniał się coraz intensywniejszy kolor wody. Zacisnęłam oczy, by znów użyć magii i sprowadzić wicher. Chciałam uformować skrzydła, ale nic z tego nie wyszło. Postanowiłam więc nakierować wiatr tak, by chociaż odrobinę nas spowolnić. Nie wiem na ile to pomogło. Po prostu nie chciałam sobie pozwolić na bezczynność.
Kiedy woda była już niebezpiecznie blisko, obróciłam się, by osłonić Tinga przed uderzeniem w morskie fale. Przynajmniej tyle mogłam jeszcze zrobić.
Nie pamiętam momentu zetknięcia się z wodą. Pamiętam mrok przed oczami.
***
– Co się stało? Widziałeś coś? – odezwał się Pierwszy Głos.
– Widziałem tylko jak spadają – odparł mu Drugi.
– Ona w ogóle żyje? – przestraszył się Pierwszy.
– Odsunąć się, Ellamaria przyszła! – syknęła Cess.
Szelest łap na piasku. Szmer pazurów ocierających się o metal wisiorka.
– Jej nie mogę już bardziej pomóc. Ma Medalion Nieśmiertelności. Wkrótce sama się obudzi.
– A co z tym jej towarzyszem? – spytał Pierwszy.
– Nie wiem. Nie znam się na odmieńcach.
– Jemu też musisz jakoś pomóc! – jęknął.
– Z drogi! – wybrzmiał nowy, niski głos.
– Hej, uważaj z tymi kolcami!
– Powiedziałem z drogi, Granatowy! – warknął Baldor.
Kolejne szmery i szelesty. Potem wszystko stopniowo cichło.
***
Kolejną rzeczą, którą pamiętam było jasne światło słoneczne. Było to dość dziwne, skoro ostatnią rzeczą, którą pamiętałam, były ciemne chmury. Ujrzałam leżącą przy sobie torbę. Jej klapa była niedomknięta, a jeden koniec paska był odpięty.
Czyżbym znów miała zły sen?
Nagle poczułam jakiś znajomy zapach. Coś, co pachniało prawie jak dom. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to rumianek. Zamrugałam oczami. Przede mną stał kubek ozdobiony psimi łapkami i napisem "I wuff coffee". Cokolwiek ta fraza oznaczała.
Podniosłam głowę. Zobaczyłam przed sobą Baldora.
– S...skąd wziąłeś rumianek? – Nie pytałam o samo naczynie, jego pochodzenie pamiętałam.
– Podobno dała go wam Kawiarka.
– Kto..? – zmrużyłam oczy. Nadal nie mogłam zebrać myśli. Huczało mi w głowie i brzęczało w uszach.
– Wadera, która opiekowała się twoją Babcią.
Zacisnęłam powieki. Jak ona miała na imię... jak ona miała...
– Haslaye? Ona... nie jest kawiarką... – mruknęłam, przysuwając się do kubka.
– Ale podobno spełniła rolę podobną do kawiarki, jak tam byliście...
Pociągnęłam nieśmiało łyk z kubka. Powoli przypominałam sobie, co się stało. Mieliśmy iść na koncerty, a potem przyszedł do nas...
– Ting! – zerwałam się z miejsca. Wszystko wirowało mi przed oczami, ale utrzymałam się na nogach. – Baldor, gdzie jest Ting? Co z nim?!
– Jest cały... – odparł spokojnie kolczasty odmieniec. – Okazało się, że miał jeszcze dość swojego eliksiru... – Wyciągnął spod zbroi pustą fiolkę.
Przypomniałam sobie, o tych eliksirach, które mieli Strażnicy. Natychmiast działały na różne obrażenia; złamania i nie tylko. Zrobiło mi się nieco lżej na sercu, ale tylko przez chwilę. Przysiadłam na ziemi.
– Gdzie on jest teraz?
– Nie wiem... Powiedział mi tylko, że będzie ci łatwiej, jeśli zobaczysz po przebudzeniu kogoś innego.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 152 czerwonych⎹ 266 pomarańczowych⎹ 293 zielonych⎹ 228 niebieskich⎹ 209 granatowych⎹ 281 fioletowych⎹ 88 różowych odłamków

środa, 5 sierpnia 2020

Od Violi "Wspaniałe podróże wspaniałego podróżnika" cz. 1

Grudzień 2026
„Głęboko, wśród mroku gęstej dżungli, przedzierałam się ja - Wielka Podróżniczka z Rodu Podróżników, Poszukiwaczka Przygód nad Poszukiwaczami Przygód. Nie straszny mi chód czy gorąca, wielkie potwory czy dzikie zwierzęta. W pogoni za sławą i bogactwem dotarłam na nieznane mi dotąd tereny. Szum drzew i śpiew ptaków dawały złudne poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Doskonale znam te sztuczki, iluzje za którymi kryje się szczerząca kły i szpony, iście zabójcza Natura. Taki zaprawiony w bojach łowca jak ja nie da się tak szybko nastraszyć...”
Nagły trzask suchej gałęzi wytrącił mnie z mojego podniosłego monologu. Rozejrzałam się nerwowo dookoła, pewna, że zaraz zginę. Serce zaczęło mi bić mocniej. Zapadła cisza, jedynie co słyszałam to dudnienie w uszach od przyspieszonego tętna. Ruszyłam dalej, oglądając się za siebie. „ Nie da... nie da... em... nastraszyć. Tak, nieustraszona Viola nie da się tak łatwo pokonać dziwnym, nieznanym odgłosom... w nieznanym miejscu. Żadne niebezpieczeństwo nie jest mi... straszne.”
Poczułam, jak coś pociągnęło mnie za ogon. Poskoczyłam z wrzaskiem i w panice pobiegłam na oślep przed siebie. Coś mnie goniło. Wielkie, ogromne bydle. Czułam jego oddech na swoim karku, nawet nie próbowałam odwracać się. Ze strachu serce prawie wyskoczyło mi z piersi.
Zaczęłam potykać się o własne pióra. Zaraz, pióra? Nawet nie zauważyłam, kiedy zmieniłam formę. Wymachując skrzydłami, biegłam dalej; w końcu na szali było moje życie. Gnałabym tak jeszcze długo, gdybym nie wpadła do wielkiego rowu. Desperacko próbowałam wydostać się z niego, ale drobne ptasie pazurki i skrzydełka nie pomagały. To już koniec. Przycupnęłam za drobnym kamieniem. Zamknęłam oczy, wtulając się w zimna ścianę skały.
- Proszę niech ten potwor będzie ślepy. 

<C. D. N.>

Uwagi: Jak mówiłam, mam wrażenie, że momentami używałaś entera zamiast spacji. Kiedy coś wymieniasz według wzoru "coś czy coś", przecinek jest zbędny.