poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Od Lind "Nasza przeszłość, nasze sekrety i lęki" cz. 6


Koniec listopada 2025
– Lind?
Podniosłam uszy i odwróciłam głowę. Parę metrów dalej ujrzałam znajomą sylwetkę Crane'a. Zaczęłam się zastanawiać, jak długo czekał z zasygnalizowaniem swojej obecności.
– Um... dobry... – mruknęłam.
Wilk przejechał wzrokiem po okolicy, po czym podszedł bliżej.
– Jak się czujesz? – spytał. – Słyszałem, że...
– Jest okej – Nie pozwoliłam mu dokończyć. – Gdzie jest Morgan? – Rozejrzałam się w poszukiwaniu naszego szczenięcia.
– Jeszcze ma lekcje.
Zamrugałam oczami i spojrzałam znów na Crane'a. Przyszedł sam?
– Masz jakąś... sprawę do mnie?
– Tylko chciałem sprawdzić jak się miewasz... Nie widziałem cię odkąd przyszedł do nas Ting, a potem usłyszałem, że mieliście wypadek...
Dostrzegłam na jego pysku oznaki szczerego zmartwienia. Przypomniałam sobie, że mieliśmy wczoraj iść na występ artystów z watahy; ja, Crane i Morgan... A potem zjawił się Ting, by spytać o "wilka o połowie ciała z lodu". Przełknęłam ślinę. Przez to wszystko nawet nie pomyślałam, że tamci dwaj mogli nie otrzymać żadnego wyjaśnienia. Albo co gorsza; że dotrze do nich tylko informacja o wypadku.
– Więc mówisz... jest okej?
Pokiwałam głową. Zapragnęłam uwierzyć, że basior przyszedł tutaj sam z siebie. Bez nacisku ze strony Morgana lub kogokolwiek innego.
Przypomniałam sobie inny moment, w którym nagle uciekłam, niczego nie tłumacząc. Było to jakoś tydzień temu, jak poprosiłam Crane'a, by odczytał moje lęki. Pożegnałam się, jak zapytał o Freeze'a; o wilka o połowie ciała z lodu...
Wtedy zrozumiałam, jak Ting dowiedział się o tym osobniku. Poczułam gorąco na policzkach. Moje łapy zadrżały; były gotowe po raz kolejny uderzyć pysk Crane'a.
Podniosłam wzrok na rozmówcę. Wtedy mój zapał do ataku zaczął znikać. Po raz kolejny zobaczyłam zatroskane spojrzenie wilka. Crane po prostu się martwił. Nie dotrzymał obietnicy, ale... zrobił to, bo się martwił.
Wzięłam głęboki wdech i znów spuściłam wzrok. Pomyślałam o tym, co było dalej. To wszystko mogło się skończyć tragicznie, jednak teraz... teraz wiem, że Ting wciąż jest po mojej stronie. Ta informacja była nieoceniona. Gdyby Crane nie poszedł do mojego towarzysza, nie miałabym jej.
Wspomniany wilk w milczeniu usiadł obok. Kątem oka dostrzegłam, że chciał położyć łapę na moim ramieniu, ale szybko z tego zrezygnował. Upłynęło kilka minut wypełnionych tylko ciszą. Nie wiedziałam, czy chcę patrzeć na Crane'a, czy gdzieś indziej. Horyzont nie był już taki piękny przez to, jak straszna wczoraj wydawała się toń morza.
– Na pewno dajesz sobie radę? – usłyszałam.
– Jest lepiej, niż było wcześniej – wyznałam szczerze. – Po prostu... zrobiłam kilka głupot...
– Aha... – Crane brzmiał trochę nieswojo. Teraz zaczynałam podejrzewać, że było to wywołane poczuciem winy po niedotrzymanej obietnicy.
– Mamy ze sobą jednak coś wspólnego... – Spojrzałam na niego spode łba. – Oboje mamy problemy z zaufaniem.
Crane odwrócił pysk w moją stronę. Zmrużyłam oczy, wpatrując się w jego barwne tęczówki. Basior opuścił uszy; zrozumiał, że domyśliłam się wszystkiego.
– Widać czasem powód jest uzasadniony – westchnął ciężko.
– No... tak czasem jest... – Zdecydowałam się jednak spojrzeć w dal. Odkryłam, że stąd niebo zdawało się być znacznie większe od morza. Po chwili uznałam, że stąd żadne z nich nie wyglądało aż tak groźnie. Po prostu... były tam, gdzie zwykle. I to tyle.
– Lind, chciałbym coś zrobić, żeby to naprawić... Żeby było jak dawniej.
Poczułam w sercu zimne ukłucie. Nie odpowiedziałam nic, nie odwróciłam nawet głowy. Nie potrafiłam. Co mogłam mu powiedzieć, czego już nie wiedział?
– Chciałbym żebyś znów mi ufała.
– Mówisz, jakby to było takie proste...
– A gdybyś.... Wiesz... masz Naszyjnik Prawdy i... – Crane przysunął bliżej moją torbę.
Drgnęłam. Przyciągnęłam skórzany worek do siebie i otworzyłam klapę. Spomiędzy różnego rodzaju śmieci błysnął wspomniany wisiorek. Wyciągnęłam łapę w jego stronę, ale po chwili ją cofnęłam. 
– Chcesz tego? – spytałam, spoglądając na Crane'a. Nie mogłam uwierzyć, że sam zaproponował takie rozwiązanie.
Basior chwilę się wahał, ale w końcu skinął głową. Przełknęłam ślinę i znów zaczęłam przyglądać się wisiorkowi. Wizja zarzucenia Crane'owi tego Naszyjnika raz na zawsze nie wyglądała już tak pięknie. Teraz czułam, że to nie jest rozwiązanie, którego poszukuję.
– Nie. Ja tego nie chcę – mruknęłam, zamykając torbę. – Po prostu... – Nie umiałam ubrać swoich uczuć w słowa. Naszyjnik Prawdy zdawał się być ostatecznością; zbyt brutalną i niebezpieczną.
Crane spuścił wzrok. Wtedy w mojej głowie pojawił się nowy pomysł. Całkiem inny; bardziej ryzykowny, ale jedyny logiczny. Zacisnęłam łapy na torbie. Usłyszałam głośne bicie własnego serca.
– Zróbmy tak... Dam ci jeszcze jedną szansę.
Wilk natychmiast odwrócił głowę w moją stronę. Widać było, że nie wierzył własnym uszom.
– Ale jeśli okłamiesz mnie choć jeden raz, choćby w dobrej wierze... – Podniosłam łapę. Znów zabrakło mi odpowiedniego zwrotu. Ponownie poczułam ścisk w gardle. Z jakiegoś powodu w moich oczach stanęły łzy.
Crane wyglądał, jakby sam nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Widziałam na jego pysku wyraźny szok, ale towarzyszyło mu coś jeszcze.
Nagle wilk zbliżył się do mnie, objął i mocno przytulił. Ze zdziwienia wstrzymałam oddech. Odruchowo zaczęłam przywoływać wiatr. Chyba chciałam go użyć, by się uwolnić. Po chwili jednak to pragnienie ucieczki zniknęło. Poczułam... ciepło. Uścisk Crane'a nie był jak te udawane, które wymienialiśmy lata temu. Był szczery; przepełniony... czymś wyjątkowo przyjaznym.
– Dziękuję ci, Lind – wydusił wilk.
Nie powiedziałam już nic. W moich oczach zbierało się coraz więcej łez. Jakoś tak wyszło, że zdecydowałam również opleść łapy dookoła sylwetki Crane'a.
– Boisz się...
– No... – westchnęłam. – Na to wygląda...

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Od Yvara "Broń się" cz. 11


Grudzień 2025
Yvar był zły. Miał ochotę drapać pazurami po piasku, skórze, drzewach. Mięśnie kusiły, żeby przestał słuchać rodziców i zagłębił w zieloną dzicz dżungli. Mama co rusz wyciągała w jego stronę łapę, ale uciekał spod niej. Nie chciał magicznego uspokojenia. Był wściekły i miał zamiar rozkoszować się płynącymi w jego krwi uczuciami. Było to lepsze niż pustka, którą odczuwał, kiedy czekał aż ktoś przyjdzie powiedzieć jego rodzicom. Bo nie miał wątpliwości, że ktoś przyjdzie; przewrażliwiony ojciec Morgana nie puściłby mu tego płazem.
Próbował ignorować łagodne słowa mamy i cichą wściekłość ojca. Jednak nie potrafił tego znieść. Żadne z nich nie było sobą, a jakąś wypaczoną, odwróconą wersją swojego charakteru. Szczególnie zachowanie Asgrima go wstrząsnęło. Jednocześnie wprawiało w furię i poruszało jego serce.
Drżał przez całą rozmowę, a kiedy wszystko uległo zakończeniu, odszedł kawałek dalej z bólem w każdej swojej cząstce. Czekał na łzy, patrząc na zachodzące słońce, jednak te nie nadchodziły. Łapy nadal błagały go ucieczkę. Wiedział jednak, że nie byłby to najlepszy pomysł na świecie. Musiał być grzeczny. Nie mógł podpadać. Nie chciał widzieć zimnej burzy w szaroniebieskich oczach ojca. Nie był na to gotów. Jeszcze nie.
Yngvi próbowała do niego podejść i zapytać o wydarzenia tego popołudnia. Słyszał jej wesołą paplaninę i zmęczony głos Torance, gdy ta ją powstrzymała. Był jednocześnie wdzięczny i niezadowolony. Sam już nie wiedział, co czuł wyraźniej.
W końcu niebo pokryło się czernią, a skrząca droga gwiazd znalazła odbicie w jego oczach. Yvar zatracił się w tym widoku i gamie emocji, która wypełniła jego umysł. Stracił poczucie czasu; był tylko on, gwiazdy, uczucia i cichy oddech śpiącej kawałek dalej siostry. Nic więcej nie miało znaczenia.
***
Yvar siedział przed Adorą, zamiatając piasek ogonem. Yngvi już dawno odeszła, żeby porozmawiać z Silee. Oprócz nich była tylko Nikaella, ale ona trzymała się jak zwykle na uboczu. Yvar nawet ją lubił, chociaż nigdy nie zamienili nawet słowa. A może właśnie dlatego.
Oblizał nerwowo pysk, gdy jego myśli wróciły do wczorajszego starcia. 
Bał się spotkania z Morganem. 
Bał się szeptanych plotek i nieprzyjaznych spojrzeń innych.
Bał się pogardy, wściekłości i nienawiści.
Ale nie żałował. Nadal, pomimo tego wszystkiego, nie żałował tych kilku chwil satysfakcji, kiedy walczył z basiorkiem. Kiedy adrenalina wypełniła jego żyły. Kiedy górował i patrzył w przerażone brązowe ślepia. 
Adora patrzyła w niebo, a Yvar na jej ciemne futro. Piaszczysty brzeg zbyt przypominał sierść Morgana; kiedy na niego spoglądał, miał ochotę rzygać. Gwar szczenięcych rozmów narastał wraz z ilością uczniów. Obok niego wylądowało trochę śliny. Yv zignorował to oraz ostre słowa Kaiju. Jego serce biło jak szalone.
Nauczycielka przeszła do lekcji. Opowiadała coś o słońcu i planetach, czasem przerywając na mówienie wartościowych rzeczy lub milczenie. To ostatnie podobało się Yvarowi - i, jak przypuszczał, nie tylko jemu - najbardziej.
Adora mówiła coś o problemach związanych z wchodzeniem na nieznane terytorium. Ciągły monolog, którego nie zdołał przerwać żaden szczeniak; wilczyca ignorowała wszystkie pytania i kontynuowała monotonnym tonem, co jakiś czas porównując taką sytuację do kosmosu. Żaden szczeniak nie wiedział, o co chodzi, a ona nie tłumaczyła. Yvarowi ten układ wyjątkowo pasował. Wokół nauczycielki i ucznia rozchodziła się aura zrezygnowania i zmęczenia. Nikt jednak nie zapytał. Ani teraz, ani później.
Miał wrażenie, że nie istnieje. A jeśli już istniał, chciał przestać. Przynajmniej na chwilę.

niedziela, 16 sierpnia 2020

Od Lind "Broń się" cz. 10 (cd. Yvar)


Grudzień 2025
Postanowiliśmy nie zabierać ze sobą Morgana na tę trudną rozmowę. Zgodnie uznaliśmy z Crane'm, że szczeniak dość ma już stresu na jeden dzień. Jeśli dojdzie do publicznych przeprosin ze strony Yvara, będzie na to kolejny dzień. Zostawiliśmy naszego podopiecznego z Leah, po czym udaliśmy się w stronę miejsca, gdzie zwykle spędzała czas rodzina Tori i Asa. Zdawało mi się, że już po drodze wyłapałam ich wesołe rozmowy gdzieś pośród szumu głosów. Wkrótce znaleźliśmy źródło tych dźwięków. Yngvi śpiewała jakąś piosenkę ze swoim tatą, Tori śmiała się wesoło. Tylko Yvar nie uczestniczył w zabawie; siedział z boku, pogrążony we własnych myślach.
– Yv, mamo, chodźcie też! – zawołała Vi, próbując zaciągnąć pozostałych krewnych na zbudowaną z piasku scenę.
– Dzień dobry! – Zakomunikowałam naszą obecność.
Vi przestała śpiewać. Na pyszczku małej waderki pojawił się szeroki uśmiech. Doskoczyła do mnie z głośnym:
– Cześć, ciociu!
As zszedł ze "sceny". On i Tori również podeszli, żeby się przywitać. Torance mierzyła podejrzliwym wzrokiem Crane'a (nie żeby kogokolwiek to zdziwiło), ale nie skomentowała niczego głośno. Oby nie była to cisza przed burzą. Tymczasem Asgrim utrzymywał na pysku przyjazny uśmiech. Wiedziałam, że wolałby pogodzić się już z Crane'm. Chociaż zwykle to Tori sprawiała wrażenie rozsądniejszej, tutaj tą cechą wykazywał się As.
– Ciociu, ciociu, gdzie jest Morgan? – spytała Vi, ciągnąc mnie za łapę.
– Widzisz... Morgan... – Przełknęłam ślinę.
– My właśnie przyszliśmy w sprawie Morgana – oznajmił poważnym tonem Crane.
– Do nas w sprawie Morgana? – zdziwił się As.
– Myślałam, że to wy jesteście jego rodzicami – rzuciła Torance, spoglądając krzywo na towarzyszącego mi wilka. – Czego chcesz od nas? – Nie wiem, czy to było zamierzone, ale ostatnie zdanie zabrzmiało naprawdę agresywnie.
– Hej, Torance... To normalna sprawa... – Wyszłam jej naprzeciw, starając się utrzymać na pysku uśmiech. Sama byłam zła na to, co się stało, ale w tej sytuacji musiałam być stroną, która zapobiegnie pogłębieniu konfliktu.
– Co z Morganem? Gdzie on? – Yngvi zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu przyjaciela.
– Morganowi nic nie jest... – zapewnił waderkę Crane.
– Otóż... – Niepewnie zerknęłam na swoich przyjaciół. Oczy obojga z nich zwrócone były na mnie. Poczułam w gardle lekki ścisk. – Wasz syn pobił dziś Morgana – dokończyłam jednym tchem.
Spojrzenia Asa i Tori jak na komendę powędrowały na Yvara. Basiorek zamarł, słysząc koniec mojej wypowiedzi. Na tym etapie był już całkiem odwrócony tyłem, niewątpliwie zamierzał uciec.
– To niemożliwe! Yvar nigdy by tego nie zrobił! – zawołała jego siostrzyczka.
– Vi, kochanie, możesz zostawić nas na chwilę samych? – spytała Tori.
– Co? Czemu? Ale ja chcę posłuchać!
– Yngvi, słuchaj mamy, proszę – wtrącił As, po czym wskazał w jakimś kierunku – Spójrz, tam jest wujek Jo, Theo, Morti, Gwidon i... – urwał; wygląda na to, że on też nie pamięta imion ich wszystkich – ... i reszta. Pobaw się chwilę z nimi, dobrze?
– Morti? – Waderka odwróciła się, podnosząc uszy. – No dobra, do potem! – Pobiegła w stronę Mortiego.
– To było mądre – stwierdziła Tori.
– Wiem – As uśmiechnął się szeroko, ale nie utrzymał tego wyrazu zbyt długo.
Basior spojrzał w stronę swojego syna i westchnął ciężko. Szczeniak siedział sztywno niczym posąg.
– Yvar, podejdź proszę i opowiedz, co się stało.
Wilczek ruszył w stronę swoich rodziców ze zwieszoną głową i ogonem. Powoli, krok za krokiem; bez krzty pośpiechu i entuzjazmu. Zerknęłam na Crane'a. Po towarzyszącym mi basiorze nie było widać zbyt wiele emocji; z resztą jak zawsze. Chociaż nadal bolało mnie to, co się wydarzyło, próbowałam go naśladować, Chyba po raz pierwszy wychodziło mi całkiem nieźle.
– Czy to prawda? – Spytała surowo Tori, kiedy jej podopieczny wreszcie do nich dotarł.
Yvar nie odpowiadał. Nie podniósł nawet wzroku.
– Pobiłeś Morgana?
Szczeniak dalej uparcie ignorował pytania. Tori zmrużyła oczy. As położył łapę na jej grzbiecie.
– Yvar... – mruknęła nieco łagodniej wadera. – Możesz przecież nam powiedzieć.
To również nie podziałało na szczeniaka. Asgrim podszedł do syna i spojrzał mu prosto w oczy. Szczeniak natychmiast odwrócił wzrok.
– M u s i s z nam powiedzieć, Yv – westchnął wilk. – Sprawa może być poważna.
– Nie chcę.
Kolejne westchnięcie; powoli nabrzmiewające irytacją. As zerknął w stronę Tori, po czym zamknął oczy.
– Zrobiłeś to – oznajmił po chwili. Teraz już nie miałam wątpliwości, że użył magii. – Yvar, dlaczego?
Szczeniak znów przestał reagować na pytania.
– Czy mam wyciągnąć to z twoich myśli?
Yvar zadrżał.
– To będzie jedyne wyjście, jeśli nam nie powiesz – powiedziała Tori swojemu synkowi. Dotknęła jego łapy, żeby go uspokoić. To jednak nie nakłoniło Yvara do kontynuowania rozmowy.
Dostrzegłam, że w tym samym czasie Crane spojrzał na swój Medalion Aratrisa. Jakiś czas temu dowiedziałam się, że ten przedmiot chronił go przed działaniem żywiołów powiązanych z umysłem. Podobno tych basior obawiał się najbardziej.
– Dobrze wiesz, że nienawidzę tego robić – mruknął As do Yvara. – To byłoby naruszanie twojej prywatności...
– Więc tego nie rób – rzucił szczeniak. – Nikt cię zmusza.
– Ty mnie zmuszasz, Yv! Nie dajesz mi wyboru! – Zdziwiłam się, słysząc podniesiony głos Asa.
Yvar westchnął; tak samo, jak wcześniej jego tata.
– Pobiłem go, ale nie chciałem zrobić mu krzywdy – oznajmił wreszcie.
Pokręciłam głową. Mimo wszystko zawsze uważałam tego malucha za dobrego wilczka. Nie oczekiwałabym przecież, że naprawdę chciałby tak zranić Morgana...
– To nie jest usprawiedliwienie – odezwał się nagle Crane. Nigdy nie widziałam na jego pysku tak wyraźnie zarysowanej złości.
Położyłam mu łapę na ramieniu na znak, że powinien się powstrzymać od takich komentarzy. Sytuacja już jest napięta; mogłoby to zostać źle odebrane.
– Crane ma rację – powiedziała cicho Tori. Co, jak co, ale nie spodziewałabym się usłyszeć od niej takiego zdania.
Spojrzałam na nią. Wyglądała jakby miała się zaraz popłakać.
– Yvar, dlaczego to zrobiłeś?
– Irytował mnie.
– To nie jest powód – wtrącił As. Ten twardy głos wcale do niego nie pasował.
– Owszem, jest – odparł Yvar, podobnym tonem, co jego tata.
Tori postanowiła to przerwać, zanim dojdzie do kolejnej kłótni. Spytała nas o Morgana:
– Wszystko z nim w porządku? Co mu się stało?
– Podczas walki ostry małż rozerwał mu skórę na nodze – odparł Crane. Nadal widać było po nim złość, ale teraz dołączyło do niej zmartwienie. Ewidentnie wilka dręczyło, co jeszcze mogło się tam stać podczas walki.
– Ale wszystko będzie dobrze – dodałam. – Pożyczyłam mu na chwilę Medalion.
Tak jak przewidziałam, przez pyski Asa i Tori przebiegły charakterystyczne grymasy. Jednak zniknęły tak szybko, jak się pojawiły.
– To... Dobrze – oznajmiła cicho Tor.
– Powiedział wam coś? – spytał As. Jednocześnie zmierzył swojego syna spojrzeniem. Yvar próbował odpowiedzieć tym samym, ale szybko przegrał pojedynek i odwrócił pyszczek.
– Opowiedział co mniej-więcej się stało – odparł Crane.
Prześledziłam pobieżnie w głowie wcześniejszą relację Morgana. Znalazłam tam jeden szczególny element, o którym warto wspomnieć. 
– Podobno Yvarowi chodziło też o... Yngvi – uzupełniłam.
Szczeniak skrzywił się i zacisnął zęby.
– Yngvi? Co w tej sprawie robi Yngvi? – As patrzył na mnie skołowany.
– Yvar zarzucił Morganowi, że podoba mu się Yngvi. Chyba rozzłościło go to, że Yngvi wcześniej przytuliła Morgana – wyjaśnił Crane.
As i Torance spojrzeli na siebie. Żadne z nich nie spodziewało się czegoś takiego. Nie wiedzieli, co powiedzieć. Tymczasem Yvar spiął się jeszcze bardziej.
– Cóż... nietypowa sytuacja – mruknęłam, żeby rozbić ciszę, która zapadła. – Niemniej jednak musimy zadbać żeby to się nie powtórzyło.
– Z pewnością – odparła Tori. – Dopilnujemy, żeby taka sytuacja więcej nie miała miejsca. Ani żadna podobna do niej – Zerknęła na Yvara. Szczeniak patrzył tylko na piasek i własne łapy. Nie trzeba było mieć żywiołu umysłu, by wyczuć jego złość.
– Bardzo przepraszamy za... – As urwał. Chyba po raz pierwszy miał problem ze znalezieniem słów. – ...sami wiecie.
– Mhm... – mruknęłam.
– Morganowi należą się przeprosiny od Yvara – dodał Crane.
– Zadbamy o to – zapewniła Torance. – Przykro mi, że w ogóle do tego doszło. Morgan to świetny szczeniak. Vi go bardzo lubi.
– I w tym jest problem – mruknął Yv. Zrobił to tak cicho, że nawet ja ledwo zrozumiałam treść jego słów.
– Dziękujemy – Crane skinął głową. Powtórzyłam po nim ten sam gest.
– To my już idziemy.
– Jeszcze raz przepraszamy... - powiedziała Tor.
As spojrzał groźnie na Yvara.
– Tak, przepraszam – burknął samczyk.

<Yvar?>

sobota, 15 sierpnia 2020

Od Crane'a "Broń się" cz. 9


Grudzień 2025
– Morgan?!
Ruszyłem przed siebie. Ivalio krzyknął za mną:
– A ty nie masz czasem teraz patrolu?
– Pies drapał mój patrol – wycedziłem przez zęby.
Z własnej woli przyspieszyłem do biegu; pierwszy raz od bardzo dawna. Parę razy obiłem się bokiem o przesiadujące na plaży wilki. Pewnie jeszcze parę lat temu przepraszałbym każdego z nich z osobna; dziś nawet nie docierały do mnie ich oburzone głosy. Sto razy ważniejszy był Morgan.
Ivalio zapewniał, że mój podopieczny nie został mocno poturbowany, ale to mnie nie uspokoiło. Musiałem sam dotrzeć na miejsce i zobaczyć to na własne oczy. Poczułem gorąco w swoich łapach i przyspieszone bicie własnego serca. Wkrótce zobaczyłem wracające ze skończonej lekcji szczenięta. Już zapomniałem, jak szybko mogę się poruszać biegiem.
***
Morgan ściskał mnie za łapę, kiedy Ellamaria oczyszczała jego ranę. Niestety trochę musiała posiedzieć nad rozerwaną skórą na nodze szczeniaka. Przede wszystkim, do rany dostało się wiele piasku. Z pyszczka Morgana wydobyło się kilka cichych syknięć, a w jego oczach nadal lśniły łzy. Posłałem mu pokrzepiający uśmiech na znak, że i tak jest bardzo dzielny.
– No dobrze, to by było na tyle – oznajmiła Ellamaria, skończywszy zawiązywać bandaż na nodze Morgana. – Jeszcze trochę i musiałabym to szyć.
Szczeniak spiął się i zadrżał. Poczułem, jak bardzo wystraszyła go ta wizja. Położyłem łapę na jego głowie i przytuliłem jeszcze mocniej.
– Spokojnie, już po wszystkim.
Przynajmniej dla niego było po wszystkim. Mnie jeszcze czekało spotkanie z Torance i Asgrimem. Rozmowa z nimi wyglądała na jedyne słuszne działanie w tej sprawie; kto może mieć większy wpływ na Yvara, niż jego opiekunowie? Nie było nawet mowy o odwlekaniu tej konfrontacji; kolejnego dnia znów były lekcje. 
Już teraz wiedziałem, że spotkanie z tamtą dwójką nie będzie łatwe, ani przyjemne. Żadne z nich nigdy za mną nie przepadało. Do tego nie rozmawiałem z nimi od czasu... śmierci E. A nawet jeszcze dłużej.
Pożegnaliśmy Ellamarię. Morgan niepewnie szedł naprzód, starając się jak najmniej ruszać zabandażowaną nogą. Nie poganiałem go oczywiście.
Jakiś czas później trafiliśmy na Lind. Właściwie, to ona postanowiła wylądować tuż obok nas. Wyglądała na bardzo zaniepokojoną; zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że nie znalazła Morgana tam, gdzie wcześniej miał lekcje. Zabandażowana noga naszego szczenięcia jeszcze bardziej ją zmartwiła. Nachyliła się nad nim i szepnęła:
– Co się stało, skarbie?
Morgan tylko pociągnął parę razy nosem, po czym przytulił się do wadery. Tylko na tyle pozwalały mu emocje. Lind przytuliła szczeniaka i parę razy polizała po główce. Wiedziałem, że mimo wszystko nadal chciała wiedzieć, co się stało, więc postanowiłem sam wyjaśnić:
– Yvar go pobił.
Lind spojrzała na mnie okrągłymi oczami. Otworzyła pyszczek. W jej oczach mignęła złość. Pokręciła głową, spoglądając gdzieś w dal.
– A to... Ugh...
– Trzeba pomówić o tym z Asgrimem i Torance – oznajmiłem. – Nie uważasz?
Lind poruszyła uszami i zmrużyła oczy.
– Uważam...
Morgan znów cicho chlipnął. Wadera przytuliła go mocniej do siebie. 
– Ciii... Już dobrze skarbie. Zajmiemy się wszystkim.
Spojrzałem na waderę. Odgarnęła grzywkę i również skierowała oczy w moją stronę.
– Nie powinieneś iść sam. Znając życie... No wiesz, jacy oni są.
– Ta... – pokiwałem głową.
Miała rację. Faktycznie najlepszym wyjściem byłoby, gdybyśmy porozmawiali z nimi oboje. Może i kiedyś uważałem siebie za całkiem dobrego negocjatora, ale dziś mógłbym nie mieć szans z dwójką, która mnie nie znosi. Zwłaszcza, gdybym powiedział im, że ich synek rzucił się na moją pociechę jak jakiś dzikus. To jest otwarta droga do nieporozumień i górowania emocji nad zdrowym rozsądkiem. Przyda się ktoś, kto będzie "łącznikiem" między stronami konfliktów.
– Więc... mama pójdzie z tobą? – wyszeptał Morgan.
– Tak.
Znów spojrzałem na Lind. Wadera oglądała ze zmartwieniem na pysku obrażenia Morgana.
– Bardzo cię boli, kochanie?
Morgan mruknął coś niezrozumiale. Wygląda na to, że chciał zgrywać twardziela.
– Chcesz, żeby przestało boleć?
– Uhum... – odparł cicho szczeniak. Podniósł niepewnie wzrok na swoją mamę. Wtedy Lind zdjęła ze swojej szyi Medalion Nieśmiertelności i założyła naszemu podopiecznemu.
– I jak? Trochę lepiej?
Morgan przyjrzał się wisiorkowi, a potem spojrzał na waderę.
– Lepiej... – Niepewnie się uśmiechnął.
– Za parę minut po ranie nie będzie ani śladu – Lind jeszcze raz go ucałowała.
– Naprawdę?
– Słowo honoru – Położyła ceremonialnie łapę na piersi, szczerząc zęby.
Morgan cicho się zaśmiał. Widząc jego radość, sam lekko wygiąłem kąciki ust w uśmiechu. Lind szybko to dostrzegła.
– Sam nie miałbym odwagi cię o to poprosić... – Skinąłem głową na Morgana oglądającego z uwagą pożyczony wisiorek.
– Przecież tu chodziło o Morgana... – westchnęła. – Ellamaria chyba nie będzie zadowolona, że jej praca poszła na marne – Podniosła brwi.
– Skąd wiesz, że byliśmy u Ellamarii?
– To obecnie jedyna lekarka w watsze.
Co? Jak mogłem tego nie zauważyć? Myślałem, że na bieżąco kontroluję jakie wilki zajmują konkretne stanowiska... Jak mogłem nie zauważyć, że została nam tylko jednak lekarka?
Więc o czym ostatnio tyle myślałem? Na pewno o Morganie... ale nie tylko o nim.
– Dobrze... Więc musimy pomyśleć, jak przedstawić Tori i Asowi tę sytuację – mruknęła Lind, wyrywając mnie z zadumy.
– Słusznie... Morgan, proszę wyjaśnij nam ostatni raz jak to było. Żeby mama dobrze rozumiała sytuację. Nie będziemy cię potem już więcej męczyć. 

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Od Morgana "Broń się" cz. 8 (cd. Crane)


Grudzień 2025 
Nie spodziewałem się, że Yngvi mnie przytuli. Wilczyca od zawsze była bezpośrednia, więc nie był to pierwszy raz, kiedy mnie obejmowała, jednak za każdym razem uznawałem to za bardzo dziwne uczucie i nigdy nie wiedziałem, że zamierza to zrobić do ostatniej chwili. Naprawdę, mogłaby zacząć mnie ostrzegać czy coś! Zresztą, zwykle przytulałem się jedynie z mamą i tatą... Przytulanie Vi było czymś całkiem innym, głównie przez to, że była ode mnie trochę mniejsza, kiedy to rodzice nade mną całkowicie górowali. Poza tym była spoza rodziny, a jej brat gromił mnie wzrokiem potem przez resztę dnia. Yvar był naprawdę niemożliwy!
Tak też było tego dnia. Nawet kiedy już wszyscy dali sobie spokój i wrócili na swoje miejsca, szczeniak patrzył na mnie, mrużąc oczy i powarkując. Chyba myślał, że nie było tego słychać, ale ja już dawno zauważyłem, że robił to zawsze, ilekroć ktoś, a najczęściej ja, zbliżył się za bardzo do Yngvi. Nie byłem w końcu ślepy! W końcu nawet mama i tata zawsze mówili, że jestem bardzo spostrzegawczy i mądry jak na swój wiek!
– To dlaczego nie może być wojen na tulenie? – Yngvi spojrzała na panią Navri.
– Cóż, sądzę, iż problemem byłoby samo wytypowanie zwycięzcy. Jednak pomijając rzeczy związane stricte z tym, ważna jest natura stworzeń, która mówi, że rzeczy najłatwiej zdobyć siłą. Kompromisy, choć dyplomatycznie najlepsze, są trudne do osiągnięcia ze względu na to, że zwykle nikt nie chce ustąpić. Wiele stworzeń chce jak najlepiej dla siebie. Tak jest również z wami.
– Nieprawda! – krzyknął od razu Kaiju.
– Czy byłbyś skłonny oddać swój największy skarb obcej osobie? – zapytała wilczyca, patrząc prosto na niego. Szczeniak przeniósł ciężar ciała z prawych łap na lewe.
– No nie...
– Mogliby podzielić się nim na pół – zaproponowała Silee. – Jeden z nich wziąłby jedną połówkę, drugi drugą.
– Co jeśli skarb jest niepodzielny? – kontynuowała niezrażona Navri.
– Wtedy... Wtedy mogliby go sobie pożyczać! 
Kaiju pokręcił głową. 
– Ale skoro to jest mój skarb, to ja nie chcę, żeby obcy wilk go miał. On jest mój.
– Psujesz cały mój pomysł!
Uśmiechnąłem się. Silee bywała naprawdę zabawna... Pasowała do tej nieco chaotycznej grupy.
– Rozumiem, że nie chciałbyś iść na żaden kompromis? – zapytała Navri. Wyglądała jakby zaraz miała się uśmiechnąć i już wstrzymywałem oddech, żeby to ujrzeć, ale nie doszło do tego. Na jej pysku nadal widniała kamienna maska. 
– W życiu!
– Czy teraz rozumiesz?
Mój przyjaciel przytaknął. Otworzyłem pyszczek w niemym zdziwieniu. Pani Navri naprawdę potrafiła nas zagiąć! Nic dziwnego, że była Alfą i nauczycielką! Według mnie powinna nauczać logiki, a nie obrony. Z pewnością byłaby lepsza od pani Adory. Rozważałem jeszcze przez chwilę ten pomysł, trochę nie słuchając dalszych słów nauczycielki. Dopiero po chwili rozbudziły mnie jej słowa:
– Dobrze. Z przykrością stwierdzam, że nasze zajęcia dobiegają końca. Możecie się rozejść – oznajmiła i od razu poszła gdzieś w swoją stronę.
Uśmiechnąłem się i podszedłem do Kaiju i Eunice. Od razu zaczęliśmy rozmawiać o dzisiejszych zajęciach.
– A ja to chciałbym być takim szpiegiem. Wadery z pewnością by za mną szalały! – stwierdził Kaijiu.
– Żeby jeszcze było za czym – zaśmiała się Eunice i szturchnęła go w bok. – Ja nie wiem, co chciałabym robić w przyszłości.
Położyłem jej łapę na grzbiecie.
– Nie martw się. Mamy jeszcze duuużo czasu – powiedziałem, uśmiechając się łagodnie.
– Nie martwię się – zaprzeczyła. Na jej pysku również widniał szeroki uśmiech. – A ty, Morgan? Masz już jakiś plan?
– Możemy porozmawiać? – Usłyszałem za sobą głos Yvara oraz poczułem ciężar jego łapy na swoim barku. Obróciłem się, żeby zobaczyć jak samiec mierzy wzrokiem moich przyjaciół. – Na osobności.
– Jasne. Idźcie, dogonię was – powiedziałem i machnąłem łapą w bliżej nieokreślonym kierunku. Kaiju ociągał się przez chwilę, ale Eunice na szczęście szybko go zabrała. Rozejrzałem się. Wszyscy zdążyli już sobie pójść. Zostałem tylko ja i Yvar. – O co chodzi?
– Podoba ci się Vi?
Otworzyłem pyszczek, przekrzywiłem głowę i spojrzałem na niego zaskoczony. Niemal zakrztusiłem się powietrzem. Nie spodziewałem się takiego pytania! Skąd w ogóle przyszło mu to do głowy?!
– Ja... Nie – powiedziałem w końcu. Przełknąłem głośno ślinę, widząc, że basiorek nie wyglądał na przekonanego. – Jesteśmy szczeniakami! Jesteśmy za młodzi, żeby się sobie podobać!
– Kłamiesz! Przytulałeś ją!
– To ona mnie przytulała... – rzekłem ostrożnie. Zaczynałem odnosić dziwne wrażenie, że samiec oszalał.
– Poza tym... Myślisz, że jesteś fajny, skoro chodzisz na te wszystkie dodatkowe lekcje i wymądrzasz się na normalnych?
Yvar warknął. Przybrał jedną z pozycji, które pokazywała nam na ostatnich zajęciach pani Yuki. Przez chwilę myślałem, że może chciał coś upolować, jednak ciężar jego ciała na moim uświadomił mi, że to ja zostałem jego ofiarą. Przetoczyliśmy się po piasku. Próbowałem uciec, ale samiec był ode mnie silniejszy i mocno przyparł mnie do ziemi. Kilkukrotnie próbowałem się wyrwać i już mi się udawało, gdy poczułem piekący ból w łapie. Stłumiłem krzyk, jednak z mojego gardła i tak wydobył się syk. Nie zdołałem tego opanować.
– Co ty robisz?! Zostaw go! – wrzasnął ktoś. Nie zwróciłem większej uwagi kto. Byłem zbyt skupiony na próbach wyrwania spod łap Yvara. Na szczęście ten szybko poluźnił uścisk. Szybko wstałem i odskoczyłem na bok. Prawe udo bolało, a kiedy zerknąłem w stronę, gdzie przed momentem leżałem, dostrzegłem zakopaną w piachu czarną małże. Wystawało z niej kilka jasnych włosów. Wykrzywiłem głowę i dostrzegłem zabarwioną krwią sierść. Zrobiło m się niedobrze.
– Co tu się stało? – zapytał ktoś inny.
– Yvar się na niego rzucił! A teraz Morgan przez niego krwawi! – odparł od razu pierwszy.
Krwawi, krwawi, krwawi...
Tata mnie zabije! Mnie i Yvara! Nie może się dowiedzieć, że coś mi się stało! On przecież będzie odchodzić od zmysłów!
Chciałem uciekać, ale nie mogłem wykonać kroku. Cały czas stałem i patrzyłem na moją ranę. Nie była zbyt duża, ale tata tak się o mnie martwił... Nie mogłem wrócić ranny! Po prostu nie mogłem!
– Morgan, wszystko w porządku? – Pierwszy ktoś pomachał mi łapką przed pyszczkiem. Spojrzałem zaskoczony na Eunice. – Yvar cię pobił?
– Niech ja go tylko... Pożałuje, że się urodził! – zawołał Kaiju. – Tylko gdzie on jest?
– Uciekł, kiedy tylko mu się wyrwałeś – westchnęła samiczka.
Rozejrzałem się. W miejscu, w którym się biliśmy, w piachu wyżłobione były drobne obniżenia. Ta paskudna małża nadal widniała na piasku. Kaiju chyba dostrzegł, jak gromię ją spojrzeniem, bo podszedł do niej i uważnie ją obwąchał.
– Rzucił cię na tę małże! Co za okropny typ!
– To chyba było przez przypadek... – powiedziałem cicho. – Raczej nie chciał mi coś zrobić.
Basiorek pokręcił stanowczo głową.
– Zaatakował cię! Widzieliśmy to!
– Kaiju ma rację. Gdyby nie chciał nic ci zrobić, nie rzuciłby się na ciebie – dodała Eunice.
– Gdzie ten drugi głos? Znaczy... Ta druga osoba? – zapytałem, próbując zmienić temat. Nie chciałem nawet myśleć o tym, że Yvar mógł chcieć mi coś zrobić, bo to prowadziło do myślenia o tacie. A o tym już całkowicie nie chciałem myśleć...
– Masz na myśli tatę Emeralda? Po zobaczeniu, że twoja rana nie jest zbyt głęboka, poszedł po twojego tatę.
Nie, nie, nie! Tylko nie to!
Nim zdołałem cokolwiek powiedzieć, zauważyłem pędzącego w moją stronę ojca. Moje oczy zapiekły na jego widok. Wyszedłem mu na przeciw, próbując powstrzymać syknięcia towarzyszące każdemu kroku.
– Morgan, wszystko w porządku? Podobno krwawisz. Co się stało? – zapytał, doskakując do mnie i oglądając mnie ze wszystkich stron. Pozwoliłem mu na to, ignorując zbierające się w oczach łzy.
– Yvar go pobił i Morgan wpadł na małże – odpowiedział za mnie Kaiju.
Tata odwrócił pysk od rany i spojrzał we wskazanym przez mojego przyjaciela kierunku. Szybko jednak znowu skupił się na mnie.
– Czego on od ciebie chciał?
Zerknąłem w stronę moich przyjaciół. Eunice od razu pociągnęła Kaiju z dala od nas. Będę musiał jej za to bardzo podziękować.
– Mówił coś o tym, że jestem przemądrzały i pewnie podoba mi się Vi.
Tata wciągnął głośno powietrze. Wyglądał na złego. Skuliłem się i przyparłem do jego piersi. Basior przyciągnął mnie bliżej i mocno przytulił. Dopiero teraz dotarł do mnie cały strach związany z bójką z Yvarem. Płakałem, słuchając bicia serca mojego taty. Biło szybciej, o wiele szybciej niż zwykle.
– Martwiłem się – oznajmił nagle tata.
– Bałem się, ze będziesz zły... Ja naprawdę nie chciałem się z nim bić. Nie lubię walk...
Chciałem się odsunąć, ale tata mi na to nie pozwolił. Przytulił mnie mocniej, a kolejna fala łez zaczęła spływać z moich oczu.
– Jak mógłbym być na ciebie zły, Morgan? Ćśś... To nie twoja wina – powiedział łagodnie. Nie zdołałem opanować szlochu. Tata delikatnie pogładził łapą mój grzbiet. – Będziemy musieli zdezynfekować twoją ranę, a potem pójdę do Asgrima i Torance.
– Po co?
– Będę musiał z nimi porozmawiać na temat Yvara. Taka sytuacja nie może się więcej powtórzyć.
Zadrżałem, słysząc jego stanowczy ton. Chyba nigdy nie brzmiał aż tak strasznie jak teraz... Przytuliłem go najmocniej jak potrafiłem i nie wypuściłem, póki mój oddech się nie wyrównał, a łzy przestały płynąć. Tata był najlepszy na świecie.

<Crane?>

Zdobyto: 114 czerwonych⎹ 62 pomarańczowych⎹ 97 zielonych⎹ 93 niebieskich⎹ 101 granatowych⎹ 104 fioletowych⎹ 24 różowych odłamków