poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Od Lind "Powrót do Białego Miasta"

Maj 2026
Odmieniec cofnął się. Jego ogon zadrżał, a sierść stanęła dęba.
– Nie żartuj nawet, Pierzasta...
Odwróciłam na chwilę wzrok, opuszczając nieco powieki. Zatopiłam łapy w piasku plaży. Próbowałam zignorować zimno rozchodzące się od klatki piersiowej do wszystkich kończyn. Niestety, bezskutecznie.
– To jedyny sposób na dowiedzenie się czegoś więcej.
Ting spoglądał na mnie w oszołomieniu. Nie wiedział jak zareagować, nie spodziewał się takiej propozycji z mojej strony. Jeszcze dziś rano ja też bym nie oczekiwała takiej decyzji. Obiecałam sobie nigdy tam nie wracać, ale... jeśli to miałoby nam pomóc w starciu z Freeze'm...
– Mamy jedno pocieszenie. Jego tam już nie będzie. Widziałam, że wyruszył.
– Wiesz, Pierzasta, że nie martwi mnie tylko Władca Burzy – Ting przykucnął naprzeciwko mnie.
Wyciągnęłam łapy spod piachu. Nabrałam w płuca więcej powietrza.
– Nie jestem już poszukiwanym przestępcą. Postaramy się nie wychylać.
Ting zmrużył oczy. Odniosłam wrażenie, że moje argumenty wciąż go nie przekonywały.
– Skupimy się na Bibliotece – zaznaczyłam. – Znalezienie tam więcej informacji jest tylko kwestią czasu i odrobiny cierpliwości z naszej strony. Przecież tylko tam znaleźliśmy coś, co na pewno odnosiło się do artefaktów.
– Ja to znalazłem, Pierzasta. I zajęło mi to dwa miesiące – Dla podkreślenia swoich słów Ting pomachał przed moim nosem dwoma pazurami.
– Ale szukałeś sam – Odtrąciłam jego łapę. – Teraz będzie nas więcej. Crane z Morganem już postanowili, że lecą, więc pewnie będą mogli nam pomóc...
– Jednooki ledwo składa zdania; gorzej niż niejeden szczeniak! – oponował dalej Ting.
– Douczę go na miejscu.
Strażnik Wichury westchnął ciężko.
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że decyzja tamtych wilków nie wpłynęła na moją. Bałam się o naszego podopiecznego, ale też o samego Crane'a. Na początku myślałam o przekonaniu ich do zostania, jednak podejrzewałam, że zabrzmię jak wariatka i paranoiczka. Potem pojawił się w mojej głowie inny pomysł; pojechać z nimi i faktycznie wykorzystać tę okazję do odwiedzenia Królewskiej Biblioteki.
– W takim razie bierzemy ze sobą też Baldora – burknął Ting. – Nie można go zostawić samego.
– Zgadzasz się? – Na moim pysku pojawił się słaby uśmiech.
Odmieniec podniósł z ziemi swoje manatki.
– Nawet gdybym się nie zgodził, nie posłuchałabyś. Przynajmniej mogę polecieć z tobą i cię przypilnować.
Wstałam z miejsca.
– Zaufaj mi.
– A chociaż raz wyjdę na tym dobrze, Pierzasta? – Ting narzucił plecak i ruszył przed siebie. Wracał do miejsca, gdzie zostawiliśmy Baldora.
Potarłam nos, próbując od razu zapomnieć o wbitej przez Strażnika szpilce. Potem, poszłam jego śladem. Może nie będzie tak źle... jeśli będę ostrożna... i nie będę myśleć o więzieniu... może...

Czerwiec 2026
Podróż trwała o wiele krócej, niż ostatnim razem. Prawdopodobnie miało to związek z łatwiejszą organizacją ruchu; smoki nie przewoziły tym razem całej watahy i znaliśmy już drogę. Chyba że tylko odniosłam takie wrażenie, bo obawiałam się miejsca docelowego. Crane, z którym tym razem dzieliłam smoka, wyczuł mój narastający lęk. Pytał, czy może coś zrobić, czy chcę, żeby mi jakoś pomógł, ale za każdym razem odpowiadałam przecząco.
Decyzja zapadła, teraz muszę dźwignąć jej ciężar. A na odwrót już za późno.
Od pierwszego wyjścia na brukowane ulice Białego Miasta, cały czas rozglądałam się za strażą. Miałam wrażenie, że w każdej chwili zza rogu może wyłonić się patrol. To jednak nigdy nie nastąpiło. Chociaż powinno mnie to uspokoić, osiągało całkiem odwrotny efekt. A kiedy nie szukałam wzrokiem uzbrojonych wilków, rozglądałam się za szarym futrem i odbijającym światło lodem.
Crane spytał mnie o te ciągłe zamyślenie i wypatrywanie czegoś w uliczkach. Kazałam mu udawać, że tego nie widzi. Nie chciałam, żeby Morgan zwrócił uwagę na moje zachowanie.
Po co go niepotrzebnie martwić? W końcu.... nie jestem już przestępcą. Na żadnym z nas nie ciążą na razie żadne oskarżenia. A Freeze'a już tu nie ma.
Na razie wszystko jest dobrze...
Nasz podopieczny był zachwycony Białym Miastem; widokami, o których wychowujący się w dziczy wilk nawet nie śnił. Trochę przypominało mi to moją reakcję, kiedy odwiedziłam to miejsce po raz pierwszy. Jednak cieszyłam się, że zwiedzaniem zajmiemy się dopiero jutro. Przez chwilę rozważałam, czy nie znaleźć jakiejś wymówki, przeczekać to w pokoju i iść prosto do biblioteki. Potem jednak odrzuciłam ten pomysł. Postanowiłam walczyć z tym lękiem.
Było do przewidzenia, że nie będę spać dobrze tej nocy. Z tego powodu, opuściłam pokój o wiele później, niż inni. Kiedy wreszcie zeszłam do karczmy, przy jednym ze stolików czekał na mnie Crane.
– Morgan już poszedł na lekcje?
– Już dawno. Chcesz żebym coś ci postawił? – zaproponował wilk.
– Nie... Nie jestem głodna...
– Ani spragniona?
Pokręciłam głową i odgarnęłam grzywkę. Crane nadal patrzył na mnie z zatroskaniem w oczach. Postanowiłam uprzedzić jego pytanie i powiedzieć trochę o tym, jak minęła noc:
– Jak byłam na tej dziwnej granicy snu i przytomności... miałam wrażenie, że jestem znów w celi...
– Wyczułem to... – odparł.
– To po prostu... męczące – Spuściłam głowę.
Crane położył łapę na mojej. Podniosłam wzrok z powrotem na niego.
– Chyba byłbym w stanie ci z tym pomóc... tylko musiałbym wiedzieć, czy się zgadzasz.
Zamrugałam oczami. Nie byłam pewna co ma na myśli.
– Mam w końcu żywioł snu i strachu.
– Muszę się zastanowić – westchnęłam. – Na razie... mamy przed sobą cały dzień.
– Słuchaj, rozmawiałem z innymi wilkami, też z Elvinem... W Białym Królestwie zaszły pewne zmiany – usłyszałam w jego głosie pozytywną nutę.

niedziela, 23 sierpnia 2020

Od Morgana "Ofensywa"

Wrzesień 2026
Wdech, wydech, wdech i wydech. Gorące powietrze wysuszało mnie od środka. Łapy paliły i nawoływały do ucieczki. Nie chciałem tu być. Tak bardzo nie chciałem.
Kaiju rzucił mi przepraszające spojrzenie w chwili, gdy jego długie łapy uderzyły w moje ciało. Upadłem na piasek, wzbijając chmurę pyłu. Zakaszlałem i przetoczyłem się po ziemi. Głuchy dźwięk zębów uderzających o zęby rozbił powietrze. Zagryzłem wargę, odskakując jeszcze dalej. Musiałem jak najbardziej zwiększyć dystans między mną i przyjacielem. Musiałem...
– Nie możesz ciągle uciekać. W ten sposób niczego się nauczysz. – odezwał się pan Dannan. – Musisz przejść do ofensywy. 
– Dasz radę, Morgan.
Uśmiech na pysku Kaiju był dziwny. Wynaturzony. Miałem ochotę wyć, kiedy samiec przebiegł dzielącą nas odległość z ognistym błyskiem na futrze. Mój przyjaciel płonął żywcem, uśmiechając się i skacząc w moją stronę z wyciągniętymi pazurami. 
Sytuacja robiła się gorąca. Niebezpieczna.
Stałem sparaliżowany. Myśli pędziły jak szalone. Musiałem znaleźć sposób. Natychmiast!
Nagle moje spojrzenie padło na błękitny bezkres wody. Odskoczyłem w bok i popędziłem do morza. Wiedziałem, że w nim nie będzie mógł używać żywiołu. Gdzieś w głowie wypełzła myśl, że to było niesprawiedliwe; ja nie miałem żadnych użytecznych magicznych zdolności, a tymczasem Kaiju to najbardziej uzdolniony szczeniak z całej grupy! Może moje rany goiły się szybciej i potrafiłem wykryć kilka drobnych zmian w organizmie, ale teraz, w samej walce... To było całkiem bezużyteczne. 
Woda rozbryzgiwała się i spowalniała moje ruchy. Nie miało to jednak większego znaczenia, bo Kaiju nie dotknął jej nawet jedną poduszeczką. Stał na samym brzegu, uskakiwał przed falami, a jego pysk rozświetlał uśmiech.
– Sprytne.
– O f e n s y w a, Morgan – Dannan nie opuszczał. Podszedł bliżej nas, a wraz z nim grupa szczeniaków. Wyglądali na znudzonych. Chyba wszyscy chcieli już końca tej walki. Włącznie ze mną. – Będziecie walczyć, dopóki nie wyjdziesz z inicjatywą. Jeżeli dobrze pamiętam, po tej lekcji nie macie już żadnych zajęć.
– Nie masz wyjścia. Po prostu to zrób. Nie będę zły. Przecież to tylko lekcja, nie prawdziwa walka – wtrącił Kaiju. Nie wyglądał już tak strasznie, kiedy mnie nie gonił. Teraz znowu był moim najlepszym przyjacielem.
Zamknąłem oczy i odetchnąłem głośno. Czy byłem gotów? W żadnym wypadku. Basiorek miał jednak rację – musiałem to skończyć. Minuty mijały, a ja nie chciałem tracić wieczora na dalsze uciekanie.
Otworzyłem oczy. Czas przejść do prawdziwej walki.
Zacząłem machać łapami, wzbijając wodę w powietrze. Kaiju próbował robić uniki, ale ja dopiero zaczynałem. Byłem dobry jeśli chodzi o zabawę w wodzie; nierzadko przychodziłem pobawić się w niej z mamą. Z czasem nawet tata, choć początkowo niechętnie, do nas dołączył i pokazał mi sztuczki, które pozwalały na lepsze chlapanie. 
Uśmiechnąłem się słabo, przypominając sobie jak mnie wtedy nazwali. Świetny uczeń, najlepszy chlapacz. 
Ogień na futrze Kaiju zgasł w chwili, gdy krople zwilżyły jego sierść. Zawsze był wtedy oszołomiony przez chwilę, co postanowiłem teraz wykorzystać. Wyskoczyłem z wody i przyparłem go do ciemnego piasku. Basiorek potrząsnął pyskiem i spróbował wyczarować kolejne płomienie. Fala uderzająca w jego ciało uniemożliwiła to.
– Bardzo dobrze.
Pochwała przyjaciela i nauczyciela zlała się w jedno, gdy walka nabrała na intensywności. Kaiju odgiął pysk. Jego ząb zahaczył o mój nos. Odskoczyłem, piszcząc zaskoczony. To nie był ruch, którego bym się spodziewał.
Samiec od razu przyparł mnie do piasku, ale nie na długo. Uciekłem spod jego łap. Przetaczaliśmy się po ziemi, robiąc uniki, gryząc i drapiąc powietrze. Powarkiwania opuszczały nasze gardła. Nie byłem wtedy sobą. Adrenalina krążyła w moich żyłach. Uniki stały się szybsze, a dziabnięcia skuteczniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
W końcu zacisnąłem zęby na łapie Kaiju. W pyszczku czułem dziwny, metaliczny smak. Moje płuca i serce zaczęły szaleć z nerwów, gdy zdałem sobie sprawę, co to było. 
Krew. Krew mojego najlepszego przyjaciela.
Odskoczyłem i potknąłem się o własne łapy. Upadłem na grzbiet i przetoczyłem się na brzuch. Ciągła mantra opuszczała mój pysk, chociaż nie czułem, żebym go otwierał. Był zbyt skażony, żebym potrafił to poczuć.
– Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Nie chciałem. Tak bardzo nie chciałem. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. 
Kaiju i Dannan mnie uspokajali. Nic się nie stało. Rana nie była głęboka. To nic takiego. 
Mylili się. To było o wiele więcej, niż mogliby kiedykolwiek pomyśleć. Skaziłem swój pysk. Skaziłem łapę Kaiju. Skaziłem siebie i mojego przyjaciela.
Nigdy nie powiedziałem nikomu o tych chwilach, gdy adrenalina i instynkt przejęły nade mną kontrolę. Nie chciałem usłyszeć, że to normalne. Nie chciałem, żeby to b y ł o normalne. A jeszcze bardziej nie chciałem dowiedzieć się, że to ze mną był problem. Że to ja byłem niebezpieczny.
Na następną lekcję walki nie przyszedłem. 

Od Crane'a "Nasza przeszłość, nasze sekrety i lęki" cz. 7



Luty 2026
Szedłem z Lind po plaży; bez celu, za sprawą inicjatywy obu stron. I powiem... było miło. Bardzo miło. Naprawdę polubiłem spędzać więcej czasu z Lind sam na sam. Oczywiście, nie mówię, że obecność Morgana jakkolwiek pogarszała sytuację; nic z tych rzeczy. Jednak czas spędzony tylko z tą waderą był całkiem odmienny. Inaczej rozmawialiśmy, czas też jakby płynął inaczej.
Lind zwykle mówiła o wiele więcej, niż ja. Kiedy pojawiała się okazja, żebym poprowadził własny wątek, jakoś zbyt szybko wyczerpywałem temat. Wkrótce zrozumiałem, iż brało się to z tego, że nie sięgałem już po niezliczone, zmyślone historie. Postanowiłem więc ją o to spytać.
– Nie, jest w porządku – odparła. – Wystarczy mi, że jesteś dobrym słuchaczem... Są rzeczy, o których rzadko mam możliwość mówić.
– Naprawdę? Dlaczego?
– Ting już o wszystkim wie, więc nie chcę się powtarzać... – westchnęła. – Z Baldorem nie zaczynam wielu tematów, bo wiem, że go nie zainteresują.
– To twoi towarzysze... A co z twoimi przyjaciółmi?
Wilczyca odgarnęła na bok potarganą grzywkę. Chwilę myślała, zanim udzieliła mi odpowiedzi.
– Z Torance i Asgrimem rozmawiam ostatnio coraz rzadziej. A jak już trafimy na siebie w ciągu dnia, to tylko na krótką chwilę. Z Leah i Arkanem też tak jakoś... Oddaliliśmy się.
– Aha... – mruknąłem.
– A z Magnusem zwykle rozmawiamy tylko o żywiołach i... fi.. fizyce – z trudem przytoczyła to trudne określenie.
– Hm, wilkołaki z naszych watah bardzo lubią te słowo – zauważyłem.
– Co nie? "Fizyka to, fizyka tamto"...
– Chwila, jak on to powiedział... "To przeczy prawom fizyki" – przytoczyłem inny iście wilkołaczy tekst.
Lind zaśmiała się cicho. Nie przypominało to jej głośnego chichotu sprzed lat, ale zachowało dawne znaczenie. Lubiłem być przyczyną takich reakcji z jej strony.  Nie sądziłem, że będzie to znów możliwe.
– Wiesz, że wychowywałam się w rodzinie wilkołaków, nie?
– Mhm.
– Jak byłam mała, jeden z naszych sąsiadów zmienił formę, żeby ściągnąć mnie z drzewa – kontynuowała Lind. – O mało nie umarłam ze strachu; nigdy wcześniej nie widziałam człowieka.
– Ojej... To niezły początek znajomości z rasą ludzką – Przed moimi oczami stanęła opisywana scena.
– Babcia biegała potem po okolicznych norach i przypominała wszystkim, że mają mi się nie pokazywać jako ludzie...
– Hm... Mówiłem ci kiedyś, że też potrafię zmieniać formę na ludzką?
Lind przystanęła.
– Nie... Kiedy się nauczyłeś?
– Dawno temu... Miałem... – wysiliłem umysł, żeby dobrze oszacować czas. – Dwa, trzy lata.
– Czemu nigdy nie powiedziałeś? – Zdziwiła się wadera. – Chodziłeś do pracy w mieście, jak inni?
– Właśnie... ukryłem to, żeby nie musieć tam iść. – Spojrzałem na waderę, żeby upewnić się, że jest zainteresowana tematem. – Trochę odwiedzałem miasto samopas i... narobiłem sobie kłopotów.
– Jak to było?
Zmarszczyłem czoło. Nie wiedziałem, jak mogę to opisać, żeby uniknąć wspominania niektórych naprawdę głupich błędów z mojej strony. A zamierzałem dotrzymać obietnicy danej Lind, więc kłamstwo nie wchodziło w grę.
– Chyba że... nie chcesz zdradzać szczegółów – dodała wadera.
Spojrzałem znów na nią. Z tego wszystkiego zapomniałem, że to również była opcja. Skinąłem głową.
–Tak więc... – chrząknąłem. –  Jak Alfy zadecydowały o obowiązku podjęcia pracy przez wszystkich, którzy mogą stawać się ludźmi, nie przyznałem się do niczego. Wiem, było to samolubne...
– Chyba jestem w stanie zrozumieć – odparła Lind. – Po prostu chciałeś uniknąć kłopotów – Posłała mi pokrzepiający uśmiech.
Pokiwałem głową i odpowiedziałem jej tym samym. Poczułem prawdziwą ulgę widząc, że nie zniechęciła jej do mnie ta opowiastka.
– A ty... umiesz zmieniać formę? – ośmieliłem się spytać.
– Tak... Ale nie robię tego – Lind opuściła nieznacznie uszy. – Nawet pomimo Medalionu Nieśmiertelności towarzyszy temu straszny ból. Mówili mi, że to z czasem przechodzi, ale przy kolejnych próbach nie było różnicy.
– Och... przykro mi.
Wadera odwróciła wzrok. Wyciągnąłem łapę i położyłem na  jej ramieniu. Lind drgnęła i spojrzała znów w moja stronę. Odpowiedziała kolejnym ciepłym uśmiechem. Nie jestem w stanie opisać, jak bardzo cieszyłem się, że nie odtrąciła mnie.
Nawet nie wiem, czemu było to tak dla mnie ważne.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

>> Następna część >>


sobota, 22 sierpnia 2020

Od Torance "Nie jestem jedynakiem" cz. 2


Luty 2027
Morgan wyglądał jak męska kopia Edel. Przypominał mi ją, ale za czasów nim wyrosła na taką dumną i upartą samicę... Chociaż chyba nie powinnam jej oceniać; sama nie byłam od niej lepsza w tych kwestiach. W każdym razie, kiedy tylko na niego patrzyłam, czułam wielki żal. Chciałabym, żeby ją poznał. Chciałabym wrócić do czasów, gdy byliśmy razem jako grono najlepszych przyjaciół. Do czasów, nim...
Wilk przycisnął mocniej łapkę do mojego brzucha, po czym zabrał ją. 
– To basiorek – stwierdził na głos. Potrząsnęłam głową. Obraz Edel zniknął i teraz widziałam tylko jej syna oraz łagodny uśmiech na jego pyszczku.
– Oby odziedziczył urodę po ojcu.
Odchrząknęłam wymownie. Asgrim spojrzał na mnie i wyszczerzył zęby.
– Albo po matce. Ona też jest wyjątkowo piękna – poprawił się szybko. Pokiwałam głową rozbawiona, w chwili, gdy samiec dodał teatralnym szeptem: – Ale nie tak bardzo jak ja.
Morgan parsknął, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Pomyślałam, że był już przyzwyczajony po miesiącach lekcji z Asem. Czasem nie wiedziałam jak oni z nim wytrzymują. Ba, czasem nie wiedziałam jak JA z nim wytrzymuje od tylu długich lat. 
– Dziękujemy ci, Morgan.
Szczeniak speszył się, słysząc moje podziękowania.
– Nic nawet nie zrobiłem... Jedynie wyczułem jego płeć.
Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, podeszła do nas Ellamaria. Uśmiechnęła się łagodnie, przepraszając za tak późne przybycie. Nikt nie zapytał o szczegóły. Wilczyca była chyba najstarszą ze wszystkich wilków w naszej watasze. Chociażby ze względu na to budziła respekt.
– Proszę pani, czy mógłbym panią prosić na chwilę? – Morgan przestąpił z łapy na łapę, dostrzegając ją.
– Oczywiście, Morganie.
Młody uczeń i stara lekarka odeszli na tyle daleko, żebyśmy nie mogli podsłuchiwać. Zresztą, nawet gdybym chciała to zrobić, nie miałabym ku temu okazji... As bardzo dobrze mi w tym przeszkadzał.
– A więc kolejny samczyk... Będzie z niego piękny As Drugi.
– Słucham? – Zamrugałam szybciej. Miałam nadzieję, że się przesłyszałam.
– Z Yvarem mi nie pozwoliłaś... Teraz mamy drugą szansę.
Westchnęłam. Nie chciałam wracać do tego tematu. Pomimo jakichś dwóch lat, które od tego czasu minęły, nadal nie miałam pewności, czy basior żartuje. I nie wiedziałam, czy chcę znać odpowiedź.
– Nie, nie mamy. Damy mu jakieś normalne imię.
– Psujesz całą zabawę – burknął niezadowolony As. Dobrze jednak wyczuwałam emanujące z niego rozbawienie. Szkoda, że ono mi nic nie mówiło.
– Szczeniak to nie zabawka – zauważyłam, mrużąc surowo oczy. 
– Wiem. Zwłaszcza jak piszczy w środku nocy.
– Jesteś...
– Cudowny? Tak, wiem.
– Raczej strasznym idiotą – burknęłam, podchodząc bliżej. Pacnęłam go żartobliwie łapą. Samiec wyszczerzył jeszcze bardziej zęby.
– Za to mnie kochasz – stwierdził bardzo z siebie zadowolony.
– Nie bądź taki pewny.
– Muszę. Tylko dzięki tej pewności z tobą wytrzymuje. Zbyt dobrze wiem, że nie potrafiłabyś beze mnie żyć.
Parsknęłam głośnym śmiechem. Szczeniak w moim brzuchu uderzył mnie w żebra. Zgięłam się pod tym niespodziewanym atakiem. As od razu do mnie dopadł, upewniając się, czy wszystko w porządku. Mimo wszystko był wspaniałym partnerem...
Ledwo skończyłam uspokajać go, że nic mi nie jest, a przyszła Ellamaria. Nie uśmiechała się, a z jej ciała emanowało zmartwienie. Moje serce zabiło znacznie szybciej. Nie wyglądało na to, że niosła dobre wieści.
Bez słowa mnie osłuchała i zbadała. Emocje nasilały się, coraz bardziej przejmując władzę nade mną i Asem. W końcu samiec nie wytrzymał tych pełnych napięcia chwil:
– Powiedz wreszcie o co chodzi. To milczenie jest jedynie irytujące!
Samica odsunęła się ode mnie i westchnęła głośno.
– Morgan wyczuł narastające problemy w twoim ciele, Torance. Ty...
Urwała. Słyszałam, jak przełyka głośno ślinę. Moje serce biło jak szalone. Czułam zbierające się w oczach łzy. Spodziewałam się kolejnych słów.
– Ona co?! Skończ wreszcie! – krzyknął Asgrim. Jego głos był spanikowany, płaczliwy.
– Któreś z was może umrzeć. Albo ty, albo szczeniak.

<c.d.n.>

piątek, 21 sierpnia 2020

Od Wilata "Wspaniałe podróże wspaniałego podróżnika" cz. 3 (C.D. Viola)


Grudzień 2026
Mrugałem nieprzytomnie, wyrwany ze snu. Próbowałem zorientować się, co tak właściwie się stało. Słyszałem tylko kroki, jakieś głosy, sapanie i drugi głos, i... Zerknąłem w dół. Nikogo nie ma. Nikogo, oprócz fioletowego ogona i równie fioletowych łap wystających spod drzewa, na którym uciąłem sobie drzemkę. Chwila, co? Wykonałem długi, zakończony niezbyt udanym lądowaniem skok i niepewnym krokiem podszedłem do fioletowego delikwenta.
- Halo? Jest tam kto?
Nikt się nie odezwał. Ktokolwiek był właścicielem ogona i łap, najwyraźniej robił wszystko, aby ukryć się przed światem.
- Halo..? - ponowiłem próbę, przekrzywiając głowę.
- Nie jedz mnie, ty potworze! - usłyszałem żeński głos.
Odsunąłem się zdziwiony. Potworze?
- Jaki potworze?
- Ty! Odejdź ode mnie, ty... ty...
- Ja..? O co chodzi? Kim jesteś?
Wilczyca milczała przez chwilę, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią.
- A ty? Kim jesteś, co?
- Wilat.
- Wilk?
- No... Nie do końca.
- To czym w końcu jesteś?
- No dobra, niech już będzie ten wilk.
- Aha.
- Mhm.
- No cóż.
- Wyjdziesz spod tego drzewa, czy nie? - zniecierpliwiłem się. Rozmowa z kimś, gdy widzisz ogon i tylne łapy, może być nieco dziwna.
- Mam pewność, że mogę ci zaufać? Nie rozszarpiesz mnie na strzępy? Nie zawołasz tej wielkiej gromady wilków, która jest w okolicy?
- Dlaczego miałbym to robić? Nie mam zamiaru cię krzywdzić ani powiadamiać innych - Bujną ma ta wilczyca wyobraźnię. Nieco zbyt bujną.
- No... dobrze. Ale obiecujesz, prawda?
- Obiecuję.
- A jak złamiesz tę obietnicę, czeka cię więzienie. - Na jej pysku pojawił się szaleńczy uśmiech.
Więzienie? Chyba próbuje mnie nastraszyć.
- Gdzie?
- U moich wilków. Mam swoją watahę, ogromną watahę krwiożerczych wilków gotowych więzić cię przez całe lata!
Ona chyba ma coś z głową.
- Mówiłem, że nie mam zamiaru nikogo zawiadamiać.
- W takim razie... dobrze.
Wilczyca niezdarnie wycofała się ze swojej kryjówki, brudząc i zmierzwiając swoje fioletowe futro.
Z początku wyglądała naprawdę komicznie, ale wystarczyła chwila, aby przywróciła się do porządku. A przynajmniej do stanu futra właściwego dla szaleńca.
Ku mojej uciesze, nie była zbyt wysoka jak na wilka. Cała w fiolecie, w tajemniczo wyglądającymi dodatkami na szyi i ogonie.
Odsunąłem się jeszcze dalej, dając nowej nieco swobody. Bała się mnie.
- Jak masz na imię? - zapytałem łagodnym głosem. Nie chciałem jej jeszcze bardziej przestraszyć, choć biorąc pod uwagę mój śmieszny wzrost, to ja powinienem się jej bać.
- Viola.
- Skąd tu się wzięłaś?
- Podróżuję. Przeżywam wspaniałe przygody, jestem wspaniałą podróżniczką!
- No to... wspaniale.
- A ty..? Kim dokładnie jesteś..? - Violka po raz pierwszy mi się przyjrzała. Przyzwyczajony już do takich scenek i min innych wilków, westchnąłem tylko.
- Jestem hybrydą. Pół kotem, pół wilkiem.
Viola ponownie się na mnie spojrzała, z mieszanką przerażenia i ciekawości wypisaną w jej oczach. Niepewny jej reakcji, usiadłem i zacząłem wylizywać sobie łapy, co chwila rzucając na nią okiem. Wspaniała podróżniczka, przywódczyni watahy krwiożerczych wilków, strachajła z głową w chmurach. Ciekawie się ta znajomość zaczyna, ciekawie...

<Violka?>

Uwagi: Brak.