środa, 1 maja 2019

Od Asgrima "Władca małej grudki ziemi to nadal władca" cz. 5

Lipiec 2023
Po całym dniu poszukiwań wzbogaciłem się jeszcze o kilka dodatkowych jaj. Jednak miejsce, w które chciał od początku zaprowadzić mnie kociak, okazało się puste. Widocznie ktoś inny natrafił na nie wcześniej. Po zapachu obstawiałem kogoś z Watahy Magicznych Wilków, jednak nie byłem pewny kto to był. Zresztą, czy to było ważne? Liczyło się, że jaja zostały zabrane przez kogoś innego.
Ruszyliśmy dalej, a ja co jakiś czas testowałem moją nową moc. Niewątpliwie była ona związana z ziemią, bo unoszenie kolorowych jajeczek czy też mojego kociego towarzysza ani trochę mi nie wychodziło. I to niezależnie od ilości prób.
Czas mijał bardzo szybko i dopiero gdy zaczęło burczeć mi w brzuchu, zdałem sobie sprawę, że musieliśmy chodzić przez wiele godzin. Szczęśliwie okazało się, że Redian znał całkiem milutki skrót, z którego mogliśmy skorzystać. Przy okazji znajdując kilka kolejnych jaj.
Nie znalazłem może wystarczająco dużo jaj, by musieć korzystać z bluzy złożonej w prowizoryczny koszyk lub kieszeni moich ludzkich spodni. Niemniej byłem bardzo zadowolony. Łupów było więcej, niż mógłbym się tego spodziewać.
Kiedy dotarliśmy na tereny zajmowane przez watahę, ponownie przyszło mi przez myśl, by spróbować zdobyć kilka kawałków kory nieznanego mi drzewa. Skoro miałem jakieś nowe znajomości, to może miałem jakieś szanse. Chociaż minimalne!
Próbowałem wyobrazić sobie, że ta odchodzi od drzewa. Atakować ją grudkami ziemi, nad którymi miałem władzę czy też z pomocą moich zębów lub pazurów. Nadaremnie. Nie umiałem i tyle. Może gdybym poćwiczył magię, to za kilka miesięcy byłbym do tego zdolny, jednak teraz... Teraz nie miałem szans.
Postanowiłem się poddać i zwrócić do pomoc jakiegoś wilka z odpowiednim żywiołem. Na całą watahę powinien być w końcu chociaż jeden, który zgodziłby mi się pomóc... Prawda?
Najpierw jednak zdecydowałem się oddać znalezione jaja Aratrisowi. Przerośnięty królik-malarz był jak zwykle niezmiernie miły. Naprawdę w niczym nie przypominał swoich niewychowanych krewnych, których tak swoją drogą zjadaliśmy... Swoją drogą, ciekawiło mnie, czy Aratris miał coś przeciwko temu, że nie byliśmy na diecie wegetariańskiej. Stwierdziłem, że raczej nie, bo w końcu nie zachowywał się względem nas nieufnie czy coś w tym stylu. Możliwe, że nawet nie skojarzył faktów. Kto go tam wiedział...?
Po oddaniu wszystkich znalezisk, wyruszyłem na poszukiwania wilka z odpowiednią umiejętnością. Kai, chyba najstarszy wilk z Watahy Magicznych Wilków, doradził mi, bym poprosił o pomoc Dante. Basior chyba był jednym z techników, jeszcze podczas festynu, ale nie byłem pewien.
W każdym razie znałem go, więc samiec nie miał większych oporów przed wykorzystaniem swoich zdolności. Oderwał kilka kawałków kory i podarował mi je z uśmiechem na pysku. To było bardzo miłe z jego strony.
Po wszystkim zapakowałem moje znaleziska do skrzyni, którą dzieliłem z Tori. Było tego sporo. Nigdy bym się nie spodziewał, że możemy zebrać tyle różnych rzeczy podczas jednego postoju. Dłuższego niż zwykle, ale i tak...
- As...? - usłyszałem nagle głos mojej partnerki tuż obok.
- Tak?

<C.D.N.>

Wygrana: 5 jaj

Od Asgrima "Władca małej grudki ziemi to nadal władca" cz. 4

Lipiec 2023
Kiedy przybyłem na miejsce, kota nie było. Zostawił na pastwę losu mnie i moje biedne jajeczka. Westchnąłem poirytowany i delikatnie dodałem świetliki do powoli rosnącej kolekcji znalezisk na tych terenach.
Zastanawiałem się, czy powinienem zostać w formie ludzkiej, jednak szybko się okazało, że jako człowiek nie widziałem tak dokładnie tego, co znajdowało się na ziemi. Oczywiście zdałem sobie z tego sprawę dopiero, gdy rozdeptałem jedno niewinne jajo. Chociaż tyle, że obok było inne, nienaruszone.
Chodziłem w kółko, licząc, że wypatrzę gdzieś jakąś kolorową skorupkę lub inne interesujące znalezisko. Wyglądało jednak na to, że moje szczęście się skończyło, bo nie widziałem nic godnego mojego zainteresowania.
W którymś momencie usłyszałem znajomy pisk, niewątpliwie należący do Rediana. Na początku chciałem go zignorować, tak jak on zignorował moje polecenia. W końcu nie wymagałem od niego zbyt wiele! Tylko siedzenia przez moment na pupie i zawołania mnie w odpowiedniej chwili. Jednak szybko włączyło się moje szlachetne sumienie i rozkazało ruszyć na pomoc niesfornemu kocurkowi. Westchnąłem głośno, kiedy zostawiłem koszyk, by ruszyć z odsieczą. 
Szedłem w stronę, z której - jak sądziłem - dobiegł wcześniej przestraszony pisk. Poruszałem się najszybciej jak mogłem, licząc, że się nie myliłem. I na moje nieszczęście, moje umiejętności tropienia znacznie się poprawiły przez ostatnie lata.
Tuż obok mnie wybrzmiał pisk Rediana:
- Mo-mogę już iść? Pro-proszę...
Wybiegłem na spotkanie temu, co tak przeraziło towarzysza mojej przyjaciółki i niemal wpadłem na nietypowe połączenie konia z jakimś gatunkiem ptaka. Gdzieś z tyłu mojej głowy miniaturowy Asgrim próbował wydobyć z pamięci nazwę tego stworzenia. Byłem pewny, że widziałem je jeszcze na festynie, podczas pamiętnych zawodów z Valkoinenem.
- Em... Cześć - powiedziałem, cofając się odrobinę.
Wielkie zwierzę zmierzyło mnie nieufnym spojrzeniem.
- Mógłbyś może zostawić mojego kociego kolegę? Jest irytujący, ale nie groźny. Byłbym ci baaardzo wdzięczny.
- Nie - odparł ptako-koń. Jego głos był donośny i niski, niewątpliwie męski.
Zebrałem całą swoją odwagę, by mówić wyluzowanym tonem.
- Oj no przestań. Redian z pewnością nie zrobił nic złego. Czym zasłużył na twoją złość, kolego?
- Próbował właśnie naskoczyć na moje młode, kolego - Ostatnie słowo zaakcentował, dając mi zrozumienia, że n i e  b y l i ś m y kolegami.
Posłałem groźne spojrzenie kociakowi, który schował się między moimi nogami.
- Myślałem, że to zwykły ptak... Nic mu nie zrobiłem, naprawdę - usprawiedliwił się.
Postanowiłem zagrać w tym momencie surowego rodzica na tyle, ile mogłem to zrobić, będąc mną i pomijając różnicę gatunkową.
- Ile razy mam ci powtarzać, że nie można polować na wszystko, co się rusza?! Redian, w tej chwili przeproś pana... - zawahałem się, nie wiedząc, jak powinienem nazwać nieznajomego, by nie zdenerwować go jeszcze bardziej. - Już ci Edel znajdzie odpowiednią karę!
- Edel? - kotek zmarszczył brwi, jednak pod wpływem mojego spojrzenia zamilkł i włączył się w nasze małe przedstawienie - Tylko nie ona! Zawsze wymyśla najgorsze możliwe kary... Rany, proszę pana, przepraszam. Bardzo, bardzo przepraszam! Niech pan nie każe mi iść i przyznawać się Edel, co zrobiłem!
Hipogryf (przypomniałem sobie!) przyjrzał nam się, próbując domyślić się, czy scenka była wymyślona na potrzeby uratowania skóry kociaka czy też nie. W końcu, po zdecydowanie zbyt długim czasie, burknął coś pod... dziobem.
- Możecie iść do tej całej Edel, ale nie chcę was tu więcej widzieć. Obu.
Szybkim ruchem odwrócił się i odbiegł. Jego kopyta zahaczyły o jakiś kwiat i wyrwały go razem z ziemią, która poleciała prosto w moją stronę. Roślina leciała zbyt szybko, bym mógł się uchylić, więc niemal automatycznie skrzywiłem się, spodziewając się mocnego uderzenia. Te jednak nie nastąpiło.
Otworzyłem oczy i spostrzegłem, że rumianek (który właśnie był wyrwanym kwiatem) wisiał w powietrzu tuż przed moim pyskiem. Zdziwiony zerknąłem na Rediana, który przyglądał się temu z otwartym pyszczkiem.
- Nie mówiłeś, że umiesz unosić rzeczy w powietrzu.
- Bo sam nie wiedziałem... - odparłem, wróciwszy spojrzeniem do kwiatka, który lewitował z korzeniami wyciągniętymi ku górze.
Nadal zszokowany wyobraziłem sobie, że kwiatek się porusza w prawo. Ten jednak nie miał zamiaru spełniać moich próśb i upadł na ziemię. W innej sytuacji parsknąłbym niezadowolony, wiedząc, że nie wyszła mi nowa magiczna sztuczka, lecz tym razem... Nie mogłem powiedzieć, że mi się nie udało, bo obok mnie nadal wisiały w powietrzu grudki ziemi.
- Co się właśnie...? - zacząłem, jednak w tej samej chwili poczułem typowe dla Rediana pacnięcie w łapę. - Hmm?
- Nie to, że coś, ale... Tu jest jajko - powiedział kotek i wskazał na pisankę tuż obok mojej tylnej łapy. Jedynie cudem jej nie zniszczyłem... - I... Te kwiatki są przydatne?
Wskazał łapą na rumianek, który nadal leżał u moich łap. Pokiwałem pyskiem, na co kotek wskazał mi kilkadziesiąt takich samych, rosnących nieopodal. Z uśmiechem przystąpiłem do ich zrywania.

<C.D.N>

Wygrana: 8 jaj

Od Lind "Poszukiwań ciąg dalszy" cz. 10

Lipiec 2023
Po dwukrotnym przeszukaniu Polany Sopli zyskałam jeszcze dwa jajka. Stwierdziłam, że chyba mogę już iść dalej. Skierowałam się do miejsca stacjonowania watahy, aczkolwiek wybrałam najbardziej okrężną drogę z możliwych. Poszukując kolejnych podopiecznych Aratrisa, zaczęłam rozmyślać, nad znalezionym pośród lodowych szpikulców przedmiotem. Najpierw zadałam sobie pytanie, kto mógł odpowiadać, za tak precyzyjne oszlifowanie tego kamienia. W grę mogły wchodzić wszelkie rasy potrafiące korzystać z odpowiednich narzędzi, ale też stworzenia władające żywiołami takimi jak na przykład ziemia. Zastanowiłam się też, czy jakiś gargulec byłby w stanie panować zarówno nad lodem, jak i kryształem.
Przywołałam skrzydła z wiatru, po czym przeleciałam nad rzeką. Zajrzałam jeszcze pod kilka wyższych i niższych krzewów, by znaleźć następne jajko. Wielkość i kształt sugerowały, że wykluje się z niego jakiś gad. Pamiętając o powtarzającej się sytuacji, w której Ting ratował barwne zguby Aratrisa przed rozdeptaniem przez mnie, szłam dosyć powoli. Ostrożnie stawiałam łapy, obawiając się, że poczuję pod nimi gładką skorupkę. Tym razem jednak na mojej drodze nic takiego już nie leżało. Kolejne jajko znalazłam dopiero później, u wejścia do mysiej nory. 
Dotarłam z powrotem do miejsca, gdzie było najwięcej członków naszej watahy wraz ze smokami. Moje uszy wyłapały śpiew i to nie pierwszy lepszy. Rozpoznałam głos Tinga i Passera. Interesujące, jednak te wkurzające przyśpiewki mogą się raz do czegoś przydać. Kto wie, ile bym ich szukała, gdyby siedzieli cicho. Kiedy do nich przyszłam, nawet nie zauważyli mojej osoby. Byli zbyt zajęci "muzyką". Zawołałam donośnym głosem, żeby zwrócili na mnie uwagę. Pierwszy zamilkł smok. 
- Dzień dobry, Lind! Jak się miewasz? - spytał i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Obyś miała dobry powód, żeby nam przeszkadzać, Pierzasta - mruknął Ting, nie pozwalając mi odpowiedzieć. Nie krył swojego niezadowolenia. 
- Mogę mieć - odparłam sucho.
Otworzyłam torbę. Kątem oka dostrzegłam, że Passer wyciągnął szyję, by podejrzeć, co tam mam. Odgarnęłam ostrożnie znalezione jajka i wyjęłam ze skórzanego worka drogi kamień, który dziś znalazłam. Odmieniec przechylił głowę, nie mogąc dostrzec z daleka, co trzymam w łapach. Nadal siedział obok smoka, trzymając swoje banjo. 
- Ting, podejdź tutaj - mruknęłam. 
Strażnik Wichury odłożył swój instrument na bok i wykonał moje polecenie. Wyglądał na wyjątkowo niezainteresowanego sytuacją. Przynajmniej do o momentu zobaczenia, co przyniosłam. Wręczyłam mu wspomniany przedmiot. Odmieniec wziął go w łapy i bardzo, bardzo dokładnie obejrzał. Zajęło mu to prawie minutę. Spojrzałam na niego wyczekująco.
- Przypomina ci to coś? - spytałam.
- Tak - odparł. Nie ulegało wątpliwości, że jest pewien swoich słów. 
Zaczął szukać czegoś przy swoim pasie. Po chwili wyciągnął przed siebie łapę, by pokazać nam (a tak właściwie mi, lecz Passer siłą rzeczy też to zobaczył) szlifowany rubin. Zmrużyłam oczy. Te dwa drogie kamienie były prawie identyczne, jeśli chodzi o kształt. Tylko w kilku miejscach można było dostrzec subtelne różnice. 
- Też to widzisz, prawda? - usłyszałam od Odmieńca.
- Tak... Znaczy... Tak myślę... - odpowiedziałam. Nie miałam pewności, czy dobrze rozumiem o co mu chodziło. 
- Ten rubin... To on pozwalał mi otworzyć skrytkę, w której była Wichura - wyjaśnił Ting. - Pamiętasz, Pierzasta? 
Kiwnęłam głową. 
- Czy to znaczy, że... 
- Ten cyrkon też jest kluczem do pewnego zamka, ale znajdującego się gdzieś indziej! 
Otworzyłam pyszczek w zdumieniu. Kolejna poszlaka!
- Gdzie go znalazłaś, Pierzasta? - Odmieniec spojrzał na oba kamienie, jakby je znów porównywał. 
- Leżał pośród tych wielkich sopli, które znaleźliśmy wczoraj. Trafiłam dziś w tamto miejsce zupełnie przypadkiem. 
- Jeśli wolno mi się odezwać... - wtrącił Passer. - Wyjaśnilibyście mi, o czym mówicie, czy to wszystko sprawa poufna, przeznaczona tylko dla wtajemniczonych?
- Może innym razem ci to wytłumaczę - odpowiedziałam. - Na razie sami musimy dopasować elementy tej dziwnej układanki. 
- Układanka ma ponad pięćdziesiąt tysięcy kawałków - mruknął Ting. - My mamy na razie tylko dwa. Nic z nich nie ułożymy - westchnął smętnie. 

Wygrana: 4 jaja

Uwagi: brak.

Od Lind "Poszukiwań ciąg dalszy" cz. 9

Lipiec 2023
Tej nocy spałam bardzo niespokojnie. Nie potrafiłam wyciszyć myśli szalejących od natłoku wydarzeń z poprzedniego dnia. Nietopniejący lód, poszukiwanie informacji o nim i słowa Surrexerunt... Do tego walka z (tę nazwę poznałam już po fakcie) Dwellingiem. 
Nadszedł trzeci dzień postoju. Zaczynało już świtać. Obudzona przez pierwsze uderzenia cudzych łap o ziemię, zerwałam się jak oparzona. Spróbowałam odszukać wzrokiem mojego towarzysza, lecz bez skutku. Zaczęłam węszyć, ale znalazłam jedynie zapach wilków z naszej watahy. Zamruczałam niezadowolona i podjęłam decyzję, że w takim razie dziś będę szukać jajek sama. Uganianie się teraz za Tingiem, byłoby tylko stratą czasu. Ruszyłam przed siebie, kiwając parę razy na przywitanie znajomym, których mijałam. Wkrótce oddaliłam się od stada i smoków. Zaczęłam krążyć po okolicy, rozglądając się uważnie za zgubami Aratrisa. Niestety długo nie znalazłam niczego. Bardzo długo. Można było się w sumie spodziewać, że w pobliżu miejsca naszego postoju wszystko będzie wyzbierane, ale bez przesady! 
Nie zamierzałam jednak przegrać walkowerem, więc szłam dalej przed siebie. Wkrótce zaczęło to przypominać poszukiwania kości do gry podczas festynu. Zaglądałam w każde możliwe miejsce, pod każdy zwiędły chwast, pod każdy uschnięty krzak, w każdą stertę liści. Czas mijał, a ja dalej nie znalazłam absolutnie nic. Zaczęło mnie to denerwować. Poszłam dalej w las, nie zmieniając taktyki nawet na chwilę. 
***
Ile to już trwało? Godzinę? Pół? A może tak naprawdę tylko piętnaście minut? Nie byłam w stanie określić. Nad moją głową widziałam tylko szerokie liście drzew. Stały szum uderzających o nie kropel deszczu wskazywał, że nawet gdybym wzleciała nad las, dostrzegłabym na niebie tylko bure chmury. 
Bez entuzjazmu szłam dalej przed siebie. Sama już wątpiłam, że los się do mnie jeszcze uśmiechnie. Machinalnie rozglądałam się dookoła i węszyłam w zaroślach. Byłam zmęczona po ciężkiej nocy, rozkojarzona i sfrustrowana faktem, że nie mogłam już niczego znaleźć. Nawet jednego jajka! Jednego! Zebranie przez watahę już wszystkich zgub Aratrisa wydało mi się nieprawdopodobne, a jednak... fakty zaczynały mówić same za siebie. 
Po jakimś czasie trafiłam jeszcze raz w miejsce, gdzie z ziemi wyrastały olbrzymie sople. W pierwszej chwili chciałam od razu odejść, ale zawahałam się. Po krótkim namyśle podeszłam do nich i tym razem obejrzałam je nieco dokładniej. Dostrzegłam kilka rys, głębszych, lub płytszych. Zauważyłam też, że jeden sopel był ułamany. Z ciekawości sprawdziłam, czy zdołam rozbić ten lód. Kiedy zwykłe uderzenie łapami, albo zębami nie poskutkowało, spróbowałam zaatakować z rozbiegu. To także nie przyniosło żadnego efektu. Użyłam jeszcze na różne sposoby swojego żywiołu, lecz nic nie zostawiło śladu na soplach. Zupełnie, jakby były zabezpieczone jakimś potężnym zaklęciem. 
Oparłam się o jeden ze szpikulców. Wtedy moją uwagę zwrócił jakiś połyskujący przedmiot, leżący pomiędzy nimi. Chciałam go dosięgnąć, lecz bloki lodu uniemożliwiły mi to. Użyłam więc wiatru, by wydostać spośród niech obiekt mojego zainteresowania. Przez chwilę stawiał opór (widocznie przymarzł do podłoża), ale w końcu trafił w moje łapy. Otarłam zdobyty przedmiot ze szronu. Wyglądał na idealnie oszlifowany, prawie zupełnie przezroczysty kamień szlachetny. Podniosłam go pod światło. A może to był tylko kawałek szkła? 
Pomyślałam, że powinnam pokazać go Tingowi. Miałam wrażenie, iż nie przypadkiem znalazłam to pośród tych nietopniejących sopli. Już zamierzałam pędzić z powrotem, żeby szukać mojego towarzysza, lecz nagle dostrzegłam pod jednym z pobliskich drzew jakąś plamę koloru. Podbiegłam bliżej. Leżało tam kilka jajek! Ucieszona zebrałam je wszystkie do torby. Przypomniałam sobie, że przecież wczoraj po zobaczeniu wielkich sopli zapomnieliśmy sprawdzić, czy nie ma gdzieś tutaj także kilku zgub Aratrisa. Jak dobrze, że trafiłam w te miejsce z powrotem! 
Obeszłam inne drzewa w okolicy oraz dokładnie sprawdziłam, czy nic się nie kryje w tych kilku krzewach rosnących nieopodal. Co ciekawe, w jednym z nich rozpoznałam jeżynę. Zdecydowałam, że skoro już tu jestem, mogę zebrać trochę owoców. Nie są tak dobre, jak jagody, czy poziomki, ale nie zawsze ma się je na wyciągniecie łapy. Jeśli nie będę chciała ich zjeść sama, może zdołam komuś odsprzedać tę garstkę, choćby za kilka Srebrnych Gwiazdek. Skończywszy zbierać jeżyny, dostrzegłam kawałek dalej jeszcze jedno, pomalowane jajko. Podniosłam je, po czym ruszyłam przed siebie. Chciałam jeszcze raz okrążyć Polanę Sopli dla pewności, że tym razem niczego nie przegapię.

<C.D.N.>

Wygrana: 6 jaj

Uwagi: brak.

Od Asgrima "Władca małej grudki ziemi to nadal władca" cz. 3

Lipiec 2023
Kolejne jajko znalazłem sam w drodze do miejsca, do którego prowadził mnie Redian. Tym razem było ono jasnoróżowe w żółte, białe i błękitne paski. Motyw był znacznie prostszy od większości, które już widziałem, ale wiedząc, że sam nie umiałbym zrobić tego lepiej, dalej byłem pod podziwem. Zresztą, prosty nie znaczy gorszy, prawda?
Szczęśliwie maleństwo nie było duże, więc na spokojnie zmieściło się do koszyczka, w którym powoli zaczynało brakować miejsca. Dzięki niech będą Ey... Komuś, że zawsze miałem jeszcze spodnie, bluzę i moje ludzkie dłonie. Oczywiście po zmianie w człowieka.
Redian zaprowadził mnie do drzewa, które miało tuż przy ziemi niewielką dziuplę. Bury kocur zapewnił mnie, że w środku jest znacznie więcej miejsca, niż na to wygląda. No i są tam jaja. Szybko jednak się okazało, że miejsce to nie było dla mnie zbytnio osiągalne. Kolorowe pisanki były zbyt daleko, by mógłbym je wyciągnąć z pomocą mojej wilczej łapy, a ludzka klinowała się w pewnym miejscu i jakbym się nie starał, nie miałem szans na wydobycie drobnych zgub.
- Redian, a może ty byś spróbował? - spytałem w którymś momencie, kiedy byłem już całkiem sfrustrowany moją niemocą.
Kocurek przerwał na chwilę zabawę źdźbłem trawy i spojrzał na mnie zaskoczony.
- Ja?
- Mógłbyś się tam wślizgnąć i poturlać jajka w moją stronę. Jesteś znacznie mniejszy ode mnie.
- Dobra. Daj mi moment. Muszę jeszcze coś zrobić - powiedział.
Redian wrócił spojrzeniem do źdźbła i przybrał myśliwską postawę. Następnie skoczył na niewinną roślinkę i zatopił w niej ząbki. Poszarpał się z nią przez kilka chwil, dopóki nie udało mu się jej odgryźć. Wydał z siebie wtedy radosne miauknięcie i posławszy ostatnie groźne spojrzenie na źdźbło, jak gdyby nigdy nic wszedł do dziury. Tak, jak się spodziewałem, nora była idealna dla młodego kota. 
Jednak co kocia umiejętność wślizgania się w drobne dziuple, to... No, zdecydowanie budząca podziw i niezaprzeczalnie kocia umiejętność.
Kilka chwil później z norki wypadło kilka jajek, a zaraz za nimi wyszedł Redian, uśmiechając się przy tym dumnie.
- Nieźle, co? - spytał.
- Bardzo. Jesteś niezastąpiony.
Potargałem kociaka po uszach, co ten skomentował prychnięciem. Szybko wyswobodził się spod mojej łapy i przystąpił do czyszczenia futerka. Nawet on dbał (w swój dziwaczny sposób) o higienę.
On i jego gatunek chyba zmywa w ten sposób zapach, no nie? My się brudzimy, a oni czyszczą, by móc polować... - pomyślałem, przyglądając się Redianowi spod zmarszczonych brwi.
Kiedy skończyłem pakować jajka do koszyka, kotek nadal się mył. Wobec tego postanowiłem odejść kawałek dalej na samodzielne poszukiwania. Uprzednio jednak rozkazałem mu pilnować dotychczas zebranych zdobyczy i zawołać mnie, kiedy tylko skończy pozbywać się piasku i mojego zapachu z łebka. Redian obiecał, że będzie grzeczny, ale akurat w tej sprawie niespecjalnie mu ufałem i wolałem trzymać się blisko miejsca, w którym go zostawiłem.
Samotnie nie miałem takiego szczęścia. Nie znalazłem nic oprócz roślin pozbawionych jakichkolwiek interesujących właściwości i zwyczajnych kamieni. Jedyną interesującą rzeczą, były konwaliopodobne kwiaty, które rozświetlały teren. To właśnie one były naszym słońcem w ostatnim czasie.
Nigdy wcześniej ich nie widziałem, więc siłą rzeczy nie miałem pojęcia o ich zastosowaniu. Oczywiście oprócz świecenia. Wiedząc, że mogę ich już więcej nie spotkać. zdecydowałem się kilka zebrać. Kto wie? Może okażą się przydatne.
Już chciałem złapać jedną z konwalii w pysk, gdy przyszło mi do głowy, że mogą być trujące. Czym prędzej zmieniłem formę na ludzką i z pomocą mojej niezastąpionej, czerwonej bluzy zerwałem kilka z nich.
Spodziewałem się, że w chwili oderwania ich od drzewa, przestaną świecić, jednak to nie nastąpiło. Błękitne światło ciągle padało od płatków konwaliopodobnych kwiatów.
Zerwawszy je przyjrzałem się jeszcze korze, do której były przyczepione rośliny. Przejechałem po niej swoimi ludzkimi palcami, żałując, że nie miałem nic, co mogłoby mi pomóc w odcięciu kilku jej kawałków. Czasem nawet kora była podobna, a ta akurat z pewnością miała magiczne właściwości. W końcu biło od niej ciepło, którego nie można było porównać do jakiegokolwiek innego drzewa.
Może ktoś mógłby mi pomóc w zdobyciu chociaż jednego kawałka?
Westchnąłem i postanowiłem wrócić do miejsca, w którym zostawiłem kociaka. W dłoniach trzymałem bluzę z moją nową zdobyczą.

<C.D.N>

Wygrana: 9 jaj