sobota, 31 sierpnia 2019

Od Eterny "Małe-duże śledztwo" cz. 2

Sierpień 2024 r.
Eterna skulona czekała w zaułku przed kamienicą zamieszkiwaną przez Urthię. Powoli zapadał zmrok. Obserwowała niebo, które stopniowo przechodziło z chłodnego odcienia błękitu aż do różu, pomarańczu, a na końcu fioletu i granatu. Na końcu zaskrzyły się gwiazdy przypominające jej sztylety. Nadal na niebie zostały czerwone smugi. Zaczęła sobie wyobrażać, że to gwiazdy zabiły słońce, a teraz krwawi. Przymrużyła oczy.
Nagle usłyszała szelest, a następnie szmer zbliżających się kroków. Ostrożnie wychyliła się zza progu i dostrzegła nie za wysoką sylwetkę wilka. Na jego futrze jaśniały złote runy. To musiał być on. Znowu się schowała.
– Ktoś tam jest? – zakrzyknął. Eterna wciągnęła powietrze z nadzieją, że odpuści.
On jednak się zatrzymał. Ta chwila dłużyła się jej w nieskończoność. Basior postąpił jeszcze kilka kroków w tamtym kierunku, ale zaraz potem znowu zapanowała cisza. W jej kierunku powiał wiatr. Czuła wyraźnie jego zapach. Śmierdział błotem, śmieciami i krwią. Był jeszcze czwarty aromat, którego jednak nie umiała doprecyzować. Podejrzewała połączenie dymu z jakimiś ziołami... Bądź narkotykami.
– Lene, to ty?
– Alva – rzuciła Eterna z nadzieją, że w czymś to jej pomoże.
– Alva? – powtórzył. Brzmiał na zagubionego.
– Nowa dilerka. Miałam się z tobą spotkać.
Zapanowała cisza. Przygryzła wargę.
– Ach – westchnął nieco ciszej. Zaczął się zbliżać. Eterna otworzyła szerzej oczy, nie wierząc w to, co się właśnie działo. Kiedy obróciła głowę, niemal zerknęła się nosami z Kashielem. Mimo niemal całkowitej ciemności prócz blado błyszczących run na jego ciele dostrzegła, że miał pomarańczowe oczy.
– Przyjdę po towar za chwilę. Przyniosę kasę.
Eterna starając się zachować spokój, skinęła głową. Basior się oddalił. Odetchnęła dopiero słysząc trzask zamykanych drzwi. Wtedy zaczęła intensywnie myśleć, co dalej robić. Czy Kai wspominał jej o jakichś roślinach mających działanie narkotyzujące? Wyszła na uliczkę, starając się coś naprędce wymyślić. Póki co było tam zupełnie pusto. Przeszło jej przez myśl, aby zerwać z czyjejś doniczki losową roślinę i mieć nadzieję, że Kashiel nie zdąży jej zapalić i się jakimś sposobem zatruć. Rzuciła się galopem przed siebie. Usiłowała w biegu dostrzec jakieś znajome rośliny, ale nie było to proste. Wtedy przed oczami pojawił się jej nikły obraz rośliny o postrzępionych krawędziach liści.
Po co ci roślina o takim działaniu?
Otworzyła szerzej oczy. Kai znowu się włamał do jej głowy bez jej pozwolenia.
To dłuższa historia – wytłumaczyła się.
Dlaczego jeszcze nie wróciłaś? Co się dzieje?
Będę później. Nic mi nie jest. Dostałam zadanie.
Jakie zadanie?
Później ci wytłumaczę.
W tamtym momencie wypatrzyła jedną z pokazanych przez Kai'ego roślin. Stała na czyichś schodkach w jednym z zaułków. Ktoś najwyraźniej starał się ją ukryć. Skręciła w tamtym kierunku. Dopiero będąc tuż przy schodkach zauważyła, że stała ona za magiczną tarczą. Nie przedostanie się. Przeklęła.
Nie używaj takich brzydkich słów. Użyj zaklęcia piscountius, a później cofnij zaklęciem piscountius non. Masz pięć sekund na zerwanie liścia, bo inaczej cofnięcie czaru nie będzie możliwe.
Uśmiechnęła się, choć wiedziała, że Kai tego nie zauważy.
Dzięki.
Zrobiła to co kazał. Zerwała jeden z liści, a później czym prędzej się ulotniła. Potrzebowała dobrej chwili, aby odnaleźć kamienicę należącą do Urthii. Podejrzewała, że ma jeszcze trochę czasu na odetchnięcie. Wspominała, że Kashiel wracał na jedzenie do domu.
Usiadła na swoim poprzednim miejscu i stopniowo uspokajając oddech, na nowo obserwowała niebo. Czerwone smugi już zniknęło. Słońce się wykrwawiło. Za kilka godzin ktoś będzie musiał je wskrzesić, aby znowu zapanował dzień.
– Jestem – wyszeptał do jej ucha. Spojrzała na niego. Szczerzył się.
– Dwadzieścia Bellos – rzuciła kompletnie losową kwotą.
Basior bez chwili zastanowienia dał jej woreczek z monetami. Przeszło jej przez myśl, że jest lepsza w improwizacji niż zawsze sądziła. Kashiel wziął od niej listek i zaczął odchodzić.
– Czekaj!
Przystanął. Eterna go dogoniła.
– Zawsze chciałam zobaczyć to miejsce, do którego pewnie idziesz... mógłbyś mnie zaprowadzić? Nikt nigdy nie chciał...
– Masz pozwolenie? – przerwał jej.
– Pozwolenie? – zapytała zdezorientowana.
Patrzył na nią morderczym wzrokiem pomarańczowych oczu. Po jej skórze przeszły dreszcze. Niespodziewanie wybuchnął śmiechem.
– Nastraszyłem cię!
Wypuściła powietrze.
– Nie rób tak więcej, bo jeszcze zejdę przez ciebie na zawał! – prychnęła. Wtedy zauważyła, że basior niespiesznie przeżuwa listek, który mu dała. Przełknęła ślinę, przypominając sobie coraz więcej informacji na temat narkomanów, jakie przekazał jej kiedyś Kai.
– Nie stresuj się tak... Wszystko będzie dobrze. Jestem pewien, że chętnie cię poznają. Masz towar, to masz znajomości.
Minął ich jakiś dorosły basior. Rzucił im niezbyt pochlebne spojrzenie, ale poszedł. Z pyska Eterny zszedł uśmiech. Obejrzała się za siebie, ale wilka już nie było. To zaniepokoiło ją jeszcze bardziej. Musiał zauważyć, że krok Kashiela zrobił się dość nierówny, a oczy... Spojrzała na nie. Były krwistoczerwone. Zaczęła mieć wielką nadzieję, że basior nie przewróci się po drodze. Teoretycznie mogła już iść do jego mamy z informacją, co robi nocami, ale chciała doprowadzić to śledztwo do końca, czyli trafić do samego źródła problemów.
– Rodzice cię nie ganiają za bycie dilerem? – zapytał nagle. Jego głos zrobił się bardzo leniwy.
– Jesteśmy w dość... luźnej relacji – odpowiedziała ostrożnie – A twoi nie denerwują się, że bierzesz?
Zaśmiał się złośliwie.
– Sami mnie w to wkręcili.
Zrobiło się jej zimno.
– Co?
– To był ich pomysł.
– Jak to...? – jej głos zadrżał.
– Genialni rodzice, co nie? Teraz nie mogę żyć bez zioła... Może to i nawet lepiej.
Obejrzała się za siebie. Tym razem ujrzała na ulicy dwie sylwetki. Jedną wcześniej mijanego basiora, drugą znacznie niższą od niej. Pojawiła się mgła, przez co nie była pewna szczegółów. Przeczucie jej mówiło, że się do niej uśmiechają. Obserwowali ich.
– Ja na twoim miejscu chyba bym od nich uciekła.
– Dlaczego? – zapytał słodko.
– Sprowadzą cię na dno – pospiesznie obróciła głowę. Miała nadzieję, że się przewidziała.
– Powiedziała dilerka zioła – zakpił.
To zamknęło jej usta. Wtedy dostrzegła w jednym z ciemnych zaułków kolejną wpatrującą się w nich postać. Jej mięśnie zaczęły drętwieć z paraliżującego strachu. Zaczęła się obawiać, czy jest ich tu więcej. Zbyt obawiała się efektów ucieczki. Mogli ją rozszarpać. Przełknęła ślinę.
– Bycie na haju nie jest takie złe, jak się wydaje... brałaś kiedyś?
– N-nie...
– Typowe – Wyglądał na rozbawionego. Słowa zaczęły mu się plątać – Jak cię rozpoznają to pewnie chętnie poczęstują. To będzie twój... wielki pierwszy raz!
– Wiesz, ja chyba podziękuję...
– Daj spokój. Jest super.
– Zmusicie mnie?
Basior się cicho zaśmiał. Zahaczył o kamień łapą i niemal upadł, ale wyglądało na to, że kompletnie nie zwrócił na to uwagi.
– Śmiejesz się, bo się ze mną zgadzasz, czy dlatego, że nie chcesz żeby się wydało, że nie dosłyszałeś pytania?
– Może.
Westchnęła. Dostrzegła kolejne przyczajone w ciemności ślepia.
Kai. Chyba mam problem. Jakieś stado ćpunów mnie przechytrzyło i chce, żebym poszła z nimi do ich siedziby. Boję się, że jeśli zboczę z kursu to mnie rozszarpią. Jestem w bogatej dzielnicy na północy miasta. Główna uliczka – przesłała wiadomość. Pozostało jej tylko mieć nadzieję, że basior jeszcze nie zasnął... ani że nikt nie zablokował jej mocy.

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz, co się wydarzy" cz. 9

Koniec marca 2024 r.
Elvin nasunął mocniej kaptur na głowę, przechodząc obok swojej podobizny na plakatach z listami gończymi. Ten wieczór był wyjątkowo deszczowy, zatem miał dobry powód dla noszenia płaszcza. Wychodził w zasadzie tylko wtedy, aby móc się orzeźwić i nie ściągając niczyjej uwagi przemieścić do innej kryjówki. Jak zwykle patrzył pod nogi, z nadzieją, że nikt nie spojrzy na jego twarz, ani że rudy kosmyk wysunie mu się zza ucha.
Nagle usłyszał głośny chlupot kałuży za sobą i dźwięk rozbryzgującego się błota. Zaraz potem nastąpił drugi. Ktokolwiek to był, musiał mieć ciężkie obuwie. Zupełnie jak straż. Elvin nieznacznie przyspieszył kroku, modląc się o to, żeby żaden z nich nie miał zdolności wyczuwania aury. Zalatywało od niego najostrzejszą z nich – strachem. Kiedyś jego mistrz powiedział mu, że trudno taką przegapić.
Wtedy coś owinęło się wokół jego talii i szarpnęło nim do tyłu. Wylądował w błocie. Spróbował się obrócić, ale cokolwiek to było, owinęło go jeszcze ciaśniej i mocniej. Zaczynało mu się robić jaśniej przed oczami z lęku. Kiedy już myślał, że niewidzialne pęta go zostawiły, szarpnęło nim w górę. Niemal wrzasnął.
Dopiero wtedy zobaczył swoich napastników. Szóstka w pełni uzbrojonych strażników i generał Patrick. To właśnie on unosił go nad ziemią za pomocą czaru. Jego wzrok mroził krew w żyłach. Niektórzy mawiali, że dosłownie. Starał się nie patrzeć mu w oczy. Elvin fiknął nogą, ale nie napotkał żadnego gruntu. Był dobre kilka metrów nad ziemią. Patrick zacisnął dłoń niemal w pięść, a on poczuł jeszcze mocniejszy ścisk. Zacisnął zęby.
– Ładnie było tak się przed nami ukrywać, co? – warknął generał. Elvin przelotnie na niego spojrzał. W jego oczach błysnęła szczera nienawiść. Patrick się uśmiechnął i wykonał gest ręką w bok. Cisnął mężczyzną w ścianę budynku. Strażnicy wydali z siebie okrzyk zaskoczenia.
Elvin zaś zobaczył najpierw blask, a później ciemność. Dopiero leżąc w błocie zaczynał odzyskiwać widzenie. Nie czuł bólu, nie słyszał nic. Dyszał niespokojnie z nadzieją, że zaraz to wróci, ale tak się nie działo. Z każdą sekundą napierała na niego coraz większa desperacja. Wtedy zobaczył zbliżające się wojskowe buty Patricka. Podniósł twarz z błota. Nadal nie mógł uwolnić rąk, ani tym bardziej uciekać. Wtedy jego oko zalała jakaś ciecz. Czerwona. Dopiero po chwili do niego dotarło, że krwawi.
Patrick ukucnął tuż obok.
– Opłacało się? – dopytał. Elvin usłyszał to jakby przez szybę. Znowu spróbował na niego spojrzeć, ale było to zbyt trudne. Znowu robiło mu się jaśniej. Oparł czoło o warstwę błota. Powoli docierał do niego palący ból.
Patrick wydał z siebie jakiś dźwięk, ale Elvin nie był pewien jaki. Zbyt niewyraźny. Zaraz potem generał wstał i oddalił się o kilka kroków. Wydedukował, że wydawał rozkazy, ale mógł się tylko domyślać, jakie. Dla niego to był tylko niewyraźny szmer.

piątek, 30 sierpnia 2019

Od Edel "Czuję tylko zagubienie" cz. 10 (cd. Crane)

Styczeń 2024
Niespiesznie przemierzaliśmy ulice Białego Miasta. Powoli zapadał zmrok. Wilki ognia sprawnymi ruchami zapalały wysokie latarnie. Był to jeden wielki spektakl światła, który miał mi się nigdy nie znudzić. Uwielbiałam obserwować, jak lampy rozbłyskały jedna po drugiej. Teraz na dodatek mogłam obserwować, jak pomarańczowe płomyki padają na futro Crane'a oraz odbijają się od jego oczu. Mimowolnie pomyślałam, że wyglądał w tamtej chwili naprawdę dobrze. Szybko jednak odrzuciłam tą myśl od siebie nieco zawstydzona.
Teatr imienia bogów, których imion nie potrafiłam nawet wymówić, nie znajdował się zbyt daleko. Bez przeszkód dotarliśmy do niego i zajęliśmy swoje miejsca. Nie znajdowały się one może w samym centrum, bo po mojej prawej była już jedynie wysoka ściana, ale było w nich coś urokliwego. Nadal widzieliśmy scenę, jednocześnie będąc z dala od największej grupy, która wyglądała na naprawdę zapalonych miłośników muzyki. Słowem, były po prostu idealne.
- Czego to jest właściwie koncert? - spytałam szeptem.
- Jazzu. Podobno bardzo dobrze grają - odparł Crane, wskazując na kilku muzyków, którzy właśnie weszli na scenę. Różnego rodzaju człekopodobne stworzenia zajęły swoje miejsca przy wielkich instrumentach. Były gotowe w każdej chwili zacząć grę.
- Nigdy nie słyszałam tego słowa...
Basior obrócił pysk w moją stronę. W półmroku zauważyłam, że lekko zmarszczył brwi.
- Jakiego? "Jazz"?
Przytaknęłam.
- Jazz to... - zaczął Crane, jednak ktoś za nami mu przerwał.
- Wspaniały gatunek muzyczny. Zamknijcie się.
Zerknęłam za siebie i natychmiast napotkałam zirytowane spojrzenie jakiegoś lisa w średnim wieku.
- Przepraszamy - mruknęłam, szybko się odwracając.
Przez resztę koncertu żadne z nas nie wyrzekło już żadnego słowa. Crane z zainteresowaniem słuchał tego całego jazzu, który okazał się być całkiem przyjemny dla ucha. W którymś momencie mój pysk wylądował na szyi basiora. Wtuliłam się w jego sierść i wsłuchiwałam w kojącą muzykę. Zamknęłam oczy i... Zasnęłam.
Obudziło mnie dopiero delikatne szturchnięcie. Zdezorientowana rozejrzałam się po sali. Lampy ponownie rozświetliły widownię, niewątpliwie mając w ten sposób wspomóc ją przy opuszczeniu teatru. Muzycy pakowali swoje ogromne instrumenty do jeszcze większych futerałów. Koncert się skończył.
- Jak długo spałam?
- Dość krótko. Tak mi się wydaje.
Skinęłam głową. Miałam wrażenie, że basior kłamał, jednak nie byłam w stanie w żaden sposób poznać prawdy. Ani w ogóle dowiedzieć się, czy faktycznie łgał.
- Musiałaś być bardzo zmęczona. Jesteś pewna, że nadal chcesz iść coś zjeść? Możemy przełożyć to na inny wieczór.
- Nie ma mowy. Idziemy - zarządziłam i zsunęłam się z fotela.
Crane pokręcił głową z niedowierzaniem.

Zdecydowaliśmy, że kolację zjemy po prostu w karczmie należącej do Elvina. Ceny nie były w niej zbyt wysokie, a jedzenie zawsze niezwykle smaczne. Poza tym żadne z nas, pomimo upływającego czasu, nie znało zbyt wielu innych karczm. Nie tak dobrych i jednocześnie położonych tuż obok naszych pokoi.
Kiedy przemierzaliśmy targ, coś błysnęło na jednym z kamieni. Zbliżyłam się do tego, jednak Crane, który musiał również zauważyć ten drobny błysk, mnie uprzedził. Nachylił się i wziął do pyska monetę.
- Ktoś musiał ją zgubić - stwierdził.
- Jego strata.
Crane uśmiechnął się delikatnie i odwrócił łeb w stronę drobnych straganów. Ich właściciele zaczynali powoli zbierać swoje towary, by zakończyć wypełniony pracą dzień. Samiec bez słowa podszedł do jednego stoiska z kwiatami. Patrzyłam na to całkiem skołowana.
- Dobry wieczór. Czy można nadal kupić kwiaty?
Młoda kobieta stojąca za kontuarem, odwróciła się w jego stronę. Podczas ruchu złote łuski, które pokrywało jej ciało, zalśniły.
- Oczywiście. Czego pan sobie życzy?
Crane położył na ladzie znalezioną przed momentem monetę.
- Poproszę jakieś piękne kwiaty - powiedział, zerkając na mnie. Na jego pysku widniał uśmiech.
Sprzedawczyni podążyła za jego spojrzeniem i bez słowa zabrała kilka kwiatów, które wprawnymi ruchami ludzkich dłoni zamieniła w schludny bukiecik.
- Proszę bardzo. Miłego wieczoru - powiedziała, podając go Crane'owi.
- Dziękuję. Wzajemnie.
Basior zabrał bukiet i wrócił do mnie. W dalszym ciągu się uśmiechając, podał mi kwiaty. Przyjrzałam im się nadal zaskoczona. Czarno-białe płatki układały się w niewątpliwie różany sposób.
- To dla ciebie.
Prawdopodobnie gdybym była w formie ludzkiej, moja twarz przybrałaby w tamtej chwili czerwoną barwę.
- Dziękuję... Wiesz, że nie musiałeś?
Basior skinął łbem.
- Ale chciałem.
Serce biło mi jak szalone. Podeszłam do niego niepewnie i polizałam w bok pyska. Crane zesztywniał, nie spodziewając się po mnie takiej wylewności. Szybkim ruchem przejęłam bukiet i odsunęłam się od niego. Liczyłam, że basior chociaż zerknie w moją stronę, jednak on uparcie patrzył w ziemię. Czyżbym go zawstydziła?
Ruszyliśmy dalej. Crane nadal nic nie mówił, więc zaczynałam się obawiać, czy nie byłam przypadkiem zbyt bezpośrednia. Już otwierałam pyszczek, żeby go przeprosić, jednak w tej chwili samiec uniósł łapę. Podążyłam wzrokiem w kierunku, który wskazywał. Na środek rynku wyszedł wielki wilk. Wystrzelił w górę płomieniami, prosząc w ten sposób o atencję wszystkich, którzy byli w okolicy. 
- Jutro z samego rana odbędzie się egzekucja - zaczął. Miał potężny głos, który roznosił się echem po całym targu. Przypominał mi trochę burzowe grzmoty. 
- Chodźmy stąd - poprosił Crane.
Skinęłam głową, jednak mimowolnie zerknęłam na łapy. Nie byłam pewna, czy dam radę poruszać się szybciej. Basior podążył za moim wzrokiem i przysunął się do mnie w taki sposób, bym mogła się o niego oprzeć. 
- Dzięki - mruknęłam, korzystając z pomocy.
Prędko opuściliśmy targ. Nie udało nam się jednak uciec przed kolejnymi słowami samca.
- Wyrok zostanie przeprowadzony na Custalu, młodym lisie, który wielokrotnie złamał reguły panujące w Białym Królestwie.
Spuściłam łeb. Znałam Custala z widzenia, jeszcze sprzed aresztowania. Był to pocieszny młodzieniec, który niósł uśmiech wszędzie, gdzie tylko się pojawiał. Owszem, nie wszystko co robił, było zgodne z prawem, ale nie zasługiwał na śmierć.
- Publiczne egzekucje. Paskudna sprawa - mruknął Crane, kiedy oddaliliśmy się od targu.
Przytaknęłam.
- Żeby chociaż mieli jakieś dobre powody dla zabicia innej osoby - westchnęłam głośno. - Czasem mam wrażenie, że skazują mieszkańców dla zabawy...
- I dla rozrywki gawiedzi - skończył za mnie basior.
- Właśnie. Swoją drogą nie rozumiem, kim trzeba być, żeby iść i obserwować... to.
Ktoś pojawił się w zasięgu naszego głosu. Zamilkliśmy, obawiając się, jak zostanie zinterpretowana nasza rozmowa. Szpiedzy mogli być wcześniej, a biorąc pod uwagę surowe reguły... Baliśmy się mówić otwarcie to, co myśleliśmy.
Nie poruszyliśmy tego tematu ponownie nawet, kiedy wilk nas wyminął. Milczenie jednak nie było zbyt długie; karczma Elvina była na wyciągnięcie łapy. Weszliśmy do środka. Grupa, która wcześniej zajmowała duży stolik na szczęście już się rozeszła. Wskazałam łapą Crane'owi urocze miejsce tuż przy oknie. 

<Crane?>

czwartek, 29 sierpnia 2019

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz, co się wydarzy" cz. 8

Początek marca 2024 r.
Patrick zmiótł ręką ostatnie leżące na blacie kawałki papieru. Przesunął je nogą na bok tak, aby nie przeszkadzały mu w swobodnym przechodzeniu obok biurka. Na powstałe na środku miejsce położył nową kartkę, a następnie począł po niej kreślić węglem. Reszta dowództwa straży pochylała się nad nim i obserwowała jego poczynania.
– Elvin musi być jakoś zamieszany w to wszystko – powtórzył po raz enty – Istnieje duże prawdopodobieństwo, że to właśnie on doprowadzi nas do rozwiązania.
– Co jeśli już nie żyje? – zasugerował jeden z mężczyzn.
– Widziano go ostatnio wczoraj wieczorem. Przesłuchiwaliście tę hybrydę?
– Kas Ceres II?
– Dokładniej Cess. Znacie powód dla którego podaje nieprawidłowe dane osobowe?
Milczeli. Patrick nakreślił kolejne słowo na planie – Cess.
– Trzeba sprawdzić, dlaczego ukrywa się pod pseudonimem – rzucił takim tonem, jakby tak naprawdę nie był tym zainteresowany – Co wam powiedziała?
– Że widziała go tylko ten jeden raz i chciał jej powiedzieć, że nic mu nie jest. Później uciekł, a jej nie udało się go dogonić – odpowiedział dowódca straży patrolującej na południu Białego Miasta.
– Co ich łączy?
– Prawdopodobnie romans.
– Kiedy jej wataha wylatuje?
– Podobno za trzy dni...
– Zatrzymajcie ich na dłużej. Nie ma takiej opcji, żeby zniknęli tak szybko. Nie ufam im. Dopóki nie udzielę na to pozwolenia, nie ma w ogóle takiej opcji.
– Jak mamy szukać ich przywódcy...?
– Zameldowani są jako Wataha Magicznego Kruka. Obecny przywódca ma na imię Hitam.
Potaknęli, a Patrick zanotował na papierze również nakaz zatrzymania. Rzadko kiedy jego notatki bywały tak chaotyczne jak teraz. Zwykle korzystał z kartek wielkości biurka tylko do wykonywania projektów technicznych i rysunków...
– Mamy do czynienia z grupą zorganizowaną, prawdopodobnie spoza Białego Królestwa. Zdajecie sobie z tego sprawę? – zapytał.
Potaknęli.
– Jednak kontakt z Elvinem może sugerować, że któryś z nich nawiązał kontakt z osobami z wewnątrz. Macie spis wszystkich uciekinierów oraz byłych mieszkańców?
Ktoś z hukiem rzucił opasłą teczkę na biurko. Trick bez chwili zastanowienia zgarnął ją i zaczął przeglądać. Wszędzie roiło się od imion, krótkiej charakteryzacji oraz biografii w skrócie zanotowanej drobnym druczkiem.
– Cudownie – skomentował ze szczerym zadowoleniem. W milczeniu przeglądał, notując poszczególne imiona potencjalnych spiskowców. Szło mu sprawnie. Już za dzieciaka opanował sztukę szybkiego czytania.
Zwolnił dopiero widząc dobrze znane mu imię. Na jego ustach pojawił się kwaśny uśmiech. Powoli zapisał również i to imię na kartce.
Carlo.

środa, 28 sierpnia 2019

Białe Królestwo: "Nigdy nie wiesz, co się wydarzy" cz. 7

Początek marca 2024 r.
Patrick zmierzał żwawo w kierunku areny. Willcan stąpał kilka kroków za nim. Nerwowo wyginał palce u dłoni, patrząc ukradkiem na umięśnione plecy blondyna. Niemal czuł, jak kropelki potu spływają po jego własnych plecach.
– Wybacz, że nie mieliśmy zajęć tyle czasu, jednak miałem dużo pracy na głowie... – zaczął jego nauczyciel – Nauczyłeś się może czegoś ciekawego w tym czasie?
Przystanął i stanął przodem do Willcana. Chwycił za jego nadgarstek i pociągnął w dół. Nie miał zamiaru nastawiać mu wyłamanych palców.
– Ja... – zająknął się chłopak – To ja rozpuściłem tę plotkę.
– Plotkę? – Patrick zmarszczył brwi.
– O... o zamachu. Ja... – głos mu się łamał. Znowu próbował zacząć wyginać palce, ale ponownie Patrick mu w tym przeszkodził.
– Powiedz to wprost – rozkazał lodowatym tonem.
– Sądzę, że... że coś widziałem. Ale nie jestem pewien. Chyba... to chyba była moja moc. Albo kolejne widzenia... – ostatnie słowa wymówił już przez łzy. Patrick tym razem go pocieszająco  nie uścisnął. Patrzył na księcia z niedowierzaniem.
– Widziałeś?
– Nie pamiętam twarzy... Pamiętam słowa... – próbował się tłumaczyć. Wstrząsnęły nim kolejne konwulsje, a łkanie zacieśniało gardło tylko mocniej, i mocniej.
– Jakie słowa?
– Że tutaj jest Białe Królestwo... że włada nad nim zły władca i trzeba go zniszczyć... Przejąć władzę, bo obecna jest zbyt okrutna...
Patrick położył dłoń na jego ramieniu. Zacisnął palce tak mocno, że chłopak aż krzyknął.
– A więc to ktoś z zewnątrz? – jego głos zabrzmiał aż boleśnie lodowato. Zniknęły w nim choćby resztki współczucia.
– Nie wiem... to może były tylko kolejne urojenia... – wykrztusił. Kolana mu się ugięły, ale nie mógł uciekać. Strach go już do reszty sparaliżował.
– Jak wyjaśnisz to, że Elvin Lestrange zaczął uciekać przed moimi ludźmi?
– N-nie wiem...
Patrick potrząsnął jego ramieniem. Willcan wydał z siebie żałosne piśnięcie. Bał się spojrzeć na twarz Patricka.
– Powiedz wszystko co wiesz. Wszystko.
– Słyszałem głosy mężczyzn... – Ponownie zaniósł się mocniejszym szlochem. Gdy nie odpowiadał, Patrick znowu wzmocnił uścisk. Palący ból dotarł aż do jego kości. Ręka zaczynała się robić nieco zimna i odrętwiała.
– Jakich mężczyzn?
– Jeden głos był niższy... Obaj musieli być dorośli... Nie wiem, czy był tam ktoś jeszcze... Siedzieli przy ognisku i rozmawiali... To tyle...
Patrick przeklął i puścił jego ramię.
– Dlaczego do kurwy nędzy nie mówiłeś o tym wcześniej?
Willcan się skulił, jakby przygotowywał się do przyjęcia ciosu.
– Dlaczego?!
– B-bałem się...
– Ale wszystkim innym powiedziałeś, tak? – Zrobił jeden krok w kierunku nastolatka. Willcan nawet z takiej odległości mógł czuć bijący od niego gniew.
– N-nie pamiętam tego, jak mówiłem... Chyba musiałem być znowu nieświadom...
Patrick uderzył go z otwartej dłoni w tył głowy. Willcan osunął się na ziemię, lecz bardziej z powodu przeszywającego strachu, niźli bólu. Patrick prychnął raz jeszcze i przeszedł się po arenie. Willcan pod zasłoną własnych ciemnych włosów widział wyłącznie jego ciężkie wojskowe buty.
– To pewnie znowu ci skurwiele... – mamrotał do siebie.
Willcan kuląc się jeszcze bardziej na ziemi, zatkał uszy. Znowu zaczął słyszeć głosy. Dochodziły ze wszystkich stron. Obraz zaczął migotać przed jego oczami. Przez ułamek sekundy widział jakąś bladą, strasznie wykrzywioną gębę. Zacisnął powieki, ale to tylko pogorszyło sprawę.
Nawet trącanie go w ramię przez Patricka nic nie dało. Stracił kontakt z rzeczywistością.