piątek, 20 września 2019

Od Torance "Czasem cuda się zdarzają" cz. 1

Listopad 2024
Ohydny posmak rozchodził się po języku. Spróbowałam wypluć ślinę, jednak ta była zbyt gęsta i opadła na mój pysk. Przeklęłam pod nosem i otarłam łapą brodę. Ciałem wstrząsnął dreszcz obrzydzenia. Paskudztwo.
Zmarszczyłam nos i ruszyłam w stronę Asa, który rozglądał się z niepokojem. Uciekłam w chwili, gdy tylko poczułam charakterystyczne mdłości, więc pewnie nawet nie zauważył, w którą stronę pobiegłam. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, wbiłam wzrok w ziemię.
Mimowolnie poruszyłam uszami, gdy dotarł do nich dźwięk szybkich kroków.
- Znowu? - spytał mój partner.
Skinęłam ponuro głową.
- Tor, naprawdę powinnaś iść z tym do...
- Nic mi nie jest - wtrąciłam, jednak samiec w ogóle nie zwrócił na to uwagi.
- ...Lekarza. To może być coś poważnego.
Prychnęłam głośno.
- Ale nie musi. Chodźmy coś zjeść - mruknęłam i nie czekając na basiora, poszłam w odpowiednią stronę.
Kilka głośnych susów i Asgrim był tuż przy moim boku. Kątem oka zobaczyłam, jak otwiera pysk, by kontynuować dręczenie mnie. Zatrzymałam się i wbiłam zirytowane spojrzenie prosto w niego. Nie odwrócił wzroku.
- Co ci tak zależy? - warknęłam.
Wzruszył ramionami.
- Martwię się o ciebie.
Jego głos był zaskakująco łagodny. Nie wyczuwałam ani drobinki zirytowania. Przymrużyłam oczy, skupiając się na aurze emocji, która go otaczała. Szczera troska była wręcz namacalna. Wycofałam się pod jej naporem. Zrobiło mi się wstyd na myśl, że znowu zachowuję się okropnie, kiedy on tak o mnie dba...
Mimowolnie przekierowałam spojrzenie na ziemię.
- Przepraszam. Pójdę do tego twojego medyka, dobrze? - powiedziałam.
- Iść z tobą?
Pokręciłam łbem.
- Dam radę sama. Spokojnie.
Dalej czułam na sobie jego zmartwione spojrzenie. Uratowało mnie dopiero głośne burknięcie, które nadeszło z mojego żołądka.

Po śniadaniu grzecznie poszłam odszukać jednego z medyków. Pomijając wieczny głód oraz poranne mdłości nic mi nie było, więc nie spodziewałam się usłyszeć czegoś niesamowitego. Pewnie po prostu dostałam jakiejś dziwnej alergii. Chyba czasem się tak dzieje. To nie mogło być nic poważnego.
Jako pierwszego znalazłam Volgę. Niestety samiec rozmawiał akurat z jakąś wilczycą. Zdawało mi się, że była to jego siostra, aczkolwiek nie miałam pewności. Zatrzymałam się w półkroku, szybko analizując w jaki sposób odwrócić się, żeby nie wyglądało to dziwnie. Jednak ledwo zdążyłam unieść łapę, a medyk mnie zauważył i zawołał do siebie.
- Przepraszam, że przeszkadzam - mruknęłam, posłusznie podchodząc do pary wilków.
Wilczyca uśmiechnęła się uspokajająco.
- I tak miałam już iść - powiedziała. - Do potem, Volga.
Lekarz skinął jej na pożegnanie łbem.
- Do zobaczenia.
Posławszy ostatni delikatny uśmiech, samica odeszła w swoją stronę. Basior natychmiastowo skierował całą swoją uwagę na mnie. Zmierzył moją sylwetkę spojrzeniem.
- Coś się stało?
- Moim zdaniem nie, ale As, mój partner, uważa co innego - wyjaśniłam.
Volga pokiwał łbem ze zrozumieniem i grzecznie czekał, aż rozwinę swoją myśl. Westchnęłam głośno.
- Od jakiegoś czasu dostaję mdłości. Głównie są one rano, jednak zdarzają się wyjątki. Pomimo tego jestem ciągle głodna... Trochę mi się przez to utyło.
Skrzywiłam się, zerkając na swój brzuch. Zawsze dobrze było trochę przytyć przed zimą, ale w tym roku to była aż przesada.
Lekarz wskazał mi łapą, żebym się położyła. Posłusznie wykonałam jego polecenie. Ten rozpoczął jakieś swoje badania. Nie zwracałam na to zbytniej uwagi, przeświadczona, że to i tak nie ma sensu.
W końcu Volga mnie zostawił. Wpatrywał się we mnie, mrużąc delikatnie oczy. Odpowiedziałam mu tym samym. Czekałam na wyrok.
- Gratuluję.
Zmarszczyłam brwi.
- Czego?
- Jesteś w ciąży.
Poczułam, że ziemia się pode mną zapada. Jednocześnie wszystkie moje kończyny zesztywniały w czystym szoku.
- Słucham?
- Ty oraz twój partner zostaniecie za jakiś czas rodzicami.
Przyjrzałam się jego pyskowi. Szukałam jakiejś oznaki, że to żart. To nie mogła być prawda. Nie było na to najmniejszych szans. Basior był jednak w pełni poważny. Nie wyczuwałam od niego ani grama rozbawienia czy złośliwości. 
- Przykro mi, ale to musi być pomyłka. U Asa stwierdzono bezpłodność już bardzo dawno temu.
Volga uniósł brwi.
- Kocham go i nigdy bym go nie zdradziła - powiedziałam, zauważając, że już otwierał pysk. Mój głos był lodowaty.
Nie wyglądał na przekonanego, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Zamiast tego wzruszył ramionami.
- Cóż, czasem cuda się zdarzają - stwierdził w końcu.

<c.d.n.>

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 4

Październik 2024
Błony na skrzydłach Passera delikatnie falowały na wietrze. Co chwila odnosiłam wrażenie, że kolejne podmuchy stawały się odrobinę cieplejsze. Nie pierwszy raz spotykało nas już takie zjawisko. Parę dni temu Magnus wyjaśnił to twierdząc, że „Pewnie trafiliśmy w jakiś front atmosferyczny”. Niestety ja nadal nie znałam ludzkiego nazewnictwa na tyle dobrze, by zrozumieć, co to do diaska oznaczało.
Dziś z jakiegoś tajemniczego powodu nasz przewoźnik nie miał ochoty ani na popisy, ani nawet na piosenki. Oba Odmieńce wielokrotnie się dopominały o to drugie, ale smok pozostawał nieugięty. (Co za ulga, chociaż jeden lot bez banjo i jembe!) Tak więc, lot był nad wyraz spokojny. Dało się nawet prowadzić w miarę swobodne rozmowy z siedzącymi obok.
– Ting, wy dwaj jesteście nieśmiertelni? – spytała Torance, korzystając z okazji.
– Ja i Baldor? Nie, oczywiście, że nie – odparł mój towarzysz. – Jednym z dwóch sposobów na zdobycie artefaktu jest zabicie Strażnika. Robienie z nas nieśmiertelnych byłoby nielogiczne. Nie uważasz, Ruda?
– A... Tak, w sumie racja – Wadera zmarszczyła odrobinę nos. – A co by było gdyby przyszedł do któregoś z was nieśmiertelny wilk? - Na chwilę jej wzrok powędrował na mnie. Było w nim coś przyprawionego niechęcią. Coś zrobiłam nie tak? Czy może chodziło jej o Medalion?
– Zależy od formy nieśmiertelności – mruknął Ting. – Na wrodzoną raczej nic nie moglibyśmy poradzić – pokiwał głową. – Jednak gdyby w grę wchodził na przykład Medalion taki, jak Pierzastej, mogłoby być różnie – Uniósł łapę. Trzymał w niej wisiorek, o którym właśnie mówił.
Spojrzałam na swoją pierś. Magiczny medalion zniknął stamtąd.
– Hej! Oddawaj natychmiast! – rzuciłam, chwytając swoją własność w zęby. Strażnik wichury oddał mi to bez walki.
– Nie ma potrzeby się denerwować, Pierzasta. Chciałem tylko coś zademonstrować - oznajmił, jak gdyby nigdy nic. 
***
Wylądowaliśmy pod wieczór; kiedy chmury nabierały pięknego, różowawego koloru. Passer wraz z innymi smokami opadł na ziemię przy rozgałęzieniu szerokiej rzeki. Wilki, których przewoźnicy zatrzymali się jako pierwsi, już dawno zeszły na ziemię. My tego dnia byliśmy jednymi z ostatnich. W międzyczasie Hitam już zarządził kilka rutynowych czynności; wyznaczył wilki do sprawdzenia najbliższej okolicy, kazał zbadać jakość wody oraz rozkazał myśliwym podzielić się na grupy, a jak wrócą zwiadowcy, szukać tropów zwierzyny.
Mnie dzisiaj nie przypadło żadne konkretne zadanie. Tak samo było z Asgrimem; tego dnia nie miał zajęć z żadną grupą szczeniąt. Wspominał coś, że podczas przeprowadzki czasem zachodzą jakieś drobne zmiany w planie.
– Skoro mamy wolne, może poszukamy jakiś roślin tu, przy obozowisku? – zaproponowałam. Było to jedno z ciekawszych zajęć dostępnych w podróży.
– Skoro nalegasz – Skinął głową basior. – Pewnie moja pomoc będzie niezbędna. Ty też wyglądasz na kogoś, kto mógłby trafić na Wodną Muchołówkę – zachichotał.
– Sama też potrafię sobie poradzić – Podniosłam dumnie głowę.
– Tak, oczywiście – Basior ruszył przed siebie. - Oczywiście.
Pociągnęłam go wiatrem za ucho i wyprzedziłam. Po jakimś czasie marszu ja pierwsza zauważyłam coś ciekawego. Mianowicie krzak, z którego wyrastało parę czarno-białych kwiatów. Dosyć wyróżniały się na zielonym tle pozostałej roślinności. Podeszłam do wspomnianego krzewu i obwąchałam nietypowe kielichy. Z kształtu przypominały pospolite róże, ale z zapachu już nie.
– To coś przydatnego? – spytałam eksperta, który mi towarzyszył.
– Róża sprawiedliwości – wyrecytował As z miną znawcy. – Składnik Eliksiru Zmiany Stosunków, Eliksiru Miłości, Błękitnego Napoju, Kryształków...
– Rozumiem, biorę je ze sobą – powstrzymałam Asgrima przed dalszym wymienianiem.
Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Łodygi były co prawda usiane drobnymi kolcami, ale dla posiadacza Medalionu Nieśmiertelności nie była to żadna przeszkoda. Kiedy już schowałam swoją zdobycz do torby, coś pod liśćmi krzewów rzuciło mi się w oczy. Dostrzegłam tam jakiś połyskujący, niebieskawy przedmiot. Rozgarnęłam gałązki na bok, by móc w ogóle określić, co to było.

<C. D. N.>

Uwagi: Nie jestem pewna, co do tej zieleni roślin. 

czwartek, 19 września 2019

Od Edel "Życie kołem się toczy" cz. 3

Październik 2024
Kroki roznosiły się echem po mojej głowie. Niemal czułam, jak skronie mi pulsują. Zacisnęłam mocniej powieki, starając odizolować się od wszystkich dźwięków. Pyszczek opuścił cichy pisk bólu. W umyśle formułowały się modlitwy do nikogo, by zbliżający się wilk odszedł. Nie chciałam rozmawiać. Nie miałam na to sił.
Moje prośby nie zostały wysłuchane.
- Edel? Możemy porozmawiać?
Ciche i niepewne słowa zawisły w powietrzu. Do uszu dochodził irytująco głośny oddech. Uniosłam powieki, by zobaczyć Tori. Patrzyła na mnie z wyczekiwaniem. Językiem nerwowo oblizywała nos. Typowo psi zwyczaj, którego nadal się nie wyzbyła w całości.
Zmarszczyłam brwi. Wilczyca nie rozmawiała ze mną od chwili, kiedy dotarła do niej wieść, że ja i Crane zostaliśmy parą. Przed oczyma stanęła mi nasza ostatnia sprzeczka. Torance stwierdziła wówczas, że dałam mu się całkiem omotać i nie rozumie, co w nim widzę. Z perspektywy czasu widzę, że obie powiedziałyśmy o kilka słów za dużo, niemniej... Nie miałam zamiaru przepraszać. To ona okazała się okropną przyjaciółką, nie ja. To ona nie potrafiła zaakceptować mojego partnera i dla własnego widzimisię kazała zrezygnować mi z własnego szczęścia.
A teraz... Przyszła sama. Po co?
- O czym? Z tego co kojarzę, nie chciałaś widzieć ani mnie, ani Crane'a.
Słysząc ton mojego głosu (oraz zapewne wyczuwając ode mnie dość negatywne emocje), samica opuściła uszy.
- Ja... - powiedziała i zamilkła. Wbiłam w nią wyczekujące spojrzenie, starając się zignorować ból głowy. Torance jednak uparcie go unikała, wpatrując się na przemian w ziemię i coś za mną.
- Tak, ty. Czego chcesz? - warknęłam.
- Przeprosić - mruknęła, nadal nie patrząc mi w oczy.
- Ach tak? - Uniosłam brwi. - Co tak nagle?
- Dowiedziałam się, że jesteś w ciąży i...
Och, czyli to tak...
Z mojego gardła wydobył się niekontrolowany warkot. Serce biło jak szalone. Ból odszedł w zapomnienie. Wściekłość dodawała mi sił. Wstałam, nieznacznie się chwiejąc i zmniejszyłam dystans. Górowałam nad niską wilczycą, posyłając jej groźne spojrzenia.
- I co? Sumienie cię ruszyło? Zdałaś sobie sprawę, że warto byłoby mnie przeprosić zanim umrę?
Wilczyca skuliła się, jednak nie odeszła. Pozwalała się zlinczować, co jeszcze bardziej mnie irytowało.
- A może chciałaś przy okazji znowu obrazić Crane'a za to, że miał czelność zrobić mi szczeniaka? Albo ponarzekać jakim to fatalnym ojcem nie będzie? No dawaj, nie krępuj się. Jesteś przecież taka dobra w wyzywaniu go bez powodu.
Słowa wylewały się ze mnie szybko. Nie kontrolowałam ich. Wiedziałam, że za jakiś czas będę ich żałować, jednak teraz... Nie miałam najmniejszego zamiaru zamilknąć.
- Nie chcę go wyzywać - wtrąciła cicho wilczyca. - Myliłam się co do niego... 
- Och, serio? Już nie uważasz, że chce mnie jedynie wykorzystać?
Uniosła niepewnie wzrok. Kiedy tylko nasze spojrzenia się skrzyżowały, odwróciła pysk.
- On cię naprawdę kocha - mruknęła.
Roześmiałam się.
- Jak do tego doszłaś? Niech zgadnę... As zdołał cię w końcu przekonać?
Drgnęła. Kolejny punkt dla mnie.
- Edel, przepra... - zaczęła, jednak ja nie zamierzałam jej słuchać.
- Odejdź. Jesteś żałosna. Zwyczajnie żałosna.
Nie odpowiedziała od razu. Podniosła łeb. Zdawało mi się, czy w jej oczach zabłyszczały łzy? Nie, niemożliwe. 
- Jak sobie życzysz - powiedziała smutno.
Odsunęła się ode mnie i bezszelestnie zniknęła w półmroku lasu, w którym się zatrzymaliśmy. Westchnęłam głośno. Emocje zaczynały opadać. Ból głowy wrócił, a łapy ponownie stawały się słabe. Adrenalina odchodząc, zabierała ze sobą wszystkie swoje dary. Pospiesznie wróciłam na swoje miejsce i wtuliłam się w koc, który przytargał jakiś czas temu Crane. Zaciągnęłam się jego zapachem. Dawał poczucie bezpieczeństwa i miłości. Kochałam go.

<c.d.n.>

środa, 18 września 2019

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 3

Wrzesień 2024
Wreszcie powstało odpowiednio duże przejście, byśmy zdołali wejść do jaskini. Pierwsza wskoczyłam do nowo odkrytego miejsca. Powitała mnie tam tylko ciemność. Po odgłosach rozpoznałam, że Ting wskoczył do groty zaraz po mnie. Baldor dostał się tu ostatni. Strażnik Wichury użył swojej ptasiej czaszki na kiju, by rozświetlić to tajemnicze miejsce ogniem.
Okazało się, że jaskinia nie była aż taka wielka. Pomimo wysokiego sklepienia, nie zmieściłyby się w niej nawet dwa średnie smoki. Co innego, gdyby każdy był wielkości Diligitis. Czarne ściany groty w wielu miejscach przecinały białe smugi. Dodawało to temu miejscu nieco charakteru. Po chwili rozglądania się, dostrzegłam, że coś na skałach połyskiwało w złocistym świetle płomieni. Ting pierwszy podszedł bliżej, by zbadać to zjawisko. Ja byłam tuż za nim. Z bliska dało się dostrzec, że ściany jaskini były w wielu miejscach obłupane. Wnętrze tych skał wyglądało trochę jak krzemień. Strażnik Wichury podrapał pazurem jeden głaz, potem polizał łapę. Nie rozumiałam, co to miało na celu, dopóki nie oznajmił:
- To sól.
- Prawdziwa? - Popatrzyłam po ścianach i sklepieniu. - Ale jak to?
- Nie wiesz, skąd się bierze sól, Pierzasta? - Odmieniec spojrzał na mnie.
- E... -  zawahałam się. Już chyba za późno, żeby udawać, że nie miał racji.
- Sól kamienną wydobywa się z ziemi. Jak kamienie szlachetne – powiedział Ting. - Już rozumiesz?
- Ta... - westchnęłam. 
- Zamierzacie zabrać trochę ze sobą? - odezwał się nagle Baldor.
- W sumie, czemu nie – mruknęłam.
Uderzyłam pazurami miejsce, które wcześniej podrapał Ting. Spod mojej łapy sypnęły się maleńkie odłamki. Sól raczej nigdy nie należała do najtwardszych materiałów na świecie. Dziwnie się czułam zdobywając ją w ten sposób. W życiu bym nie pomyślała, że coś, co się je, wykuwane jest ze skał. 
Strażnik Lasu także podszedł do ściany jaskini i bez większego zamachu uderzył w nią młotem. Zdobył w ten sposób kilka znacznie większych kryształów solnych. 
Ting spojrzał na swoją płonącą ptasią czaszkę na kiju. Zastygł w tej pozycji trochę długo, po czym sięgnął do plecaka po drugą, by użyć jej do wydobycia garści soli ze ścian. 
- Co się z nimi tak właściwie stało? - spytał nagle Baldor, także patrząc na płonącą broń drugiego Odmieńca.
- Złamały się. Ja je złamałem. Oba – odparł Ting cicho. Przerwał pracę i znów smętnie zwrócił oczy na "pochodnię".
- Wolno mi spytać o czym wy teraz mówicie? - wtrąciłam, nie rozumiejąc kompletnie kontekstu wypowiedzi.
Strażnicy obrócili się w moją stronę. 
- Zwróciłaś kiedyś uwagę, że Baldor nosi zwykłą broń połączoną z czaszką jakiegoś zwierzęcia, a ja mam tylko te czaszki ptaków? - spytał Strażnik Wichury.
Przejechałam wzrokiem po wspomnianych przedmiotach. Prawda, pod tym względem się różniły.  
- Co to oznacza? - kontynuowałam.
- Bronią Baldora jest młot, moją były... dwa kilofy. A tak właściwie oskardy - wytłumaczył Strażnik Wichury. - Idealne do przebijania skóry, kości, czasem nawet zbroi – Ting w dalszym ciągu melancholijnie oglądał płonący ptasi dziób. - Byłem pewien, że uderzenie obu naraz zawsze będzie kończyć walkę. W końcu to nie był zwyczajny metal. 
- I co się wtedy stało? - usiadłam na ziemi, wpatrując się w Odmieńca. Byłam naprawdę zainteresowana tą historią.
- Raz uderzyłem nimi w zaklętą tarczę. Ostrza złamały się, jak zapałki – posumował.
Wbił płonący kij w ziemię. Kucnął nad ogniem i podniósł odrobinę czaszkę przywiązaną do drugiego kija. Istotnie była pod nią metalowa obręcz z paroma odstającymi resztkami ostrzy. 
- Ale ostatecznie wygrałem ten pojedynek. Tarcza uratowała go raz, ale za drugim zabrakło mu odpowiednich umiejętności – Ting spuścił wzrok na swoje pazury.
Nie komentowałam tej historii w żaden sposób. To, jak Ting przedstawił ją przedstawił, sprawiło, iż zrobiło mi się autentycznie przykro. Zerknęłam na broń Baldora. Dopiero wtedy zwróciłam uwagę, że i na niej była dosyć głęboka rysa. Ciekawe, jaka historia kryje się za tym... Albo za łańcuchem na łapie Strażnika Lasu. Nie widziałam, żeby inni strażnicy też byli tak przywiązani do swojego rynsztunku.
- Mam ochotę na kawę – mruknął Ting.
- Wracajmy do obozowiska. Może jakiś wilkołak ma parę ziaren – odparłam.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Od Crane'a „Życie kołem się toczy” cz. 2 (cd. Edel)

Lipiec 2024
Słyszałem, co powiedział medyk. Każde słowo. Stałem z boku i nawet nie drgnąłem. Wiedziałem jednak, że wolałbym nie słyszeć tej diagnozy. Już dużo wcześniej zdawałem sobie sprawę, że Edel niedługo umrze, ale odkąd zostaliśmy parą... Nie wróciłem myślami do tematu nawet raz. Zamiast tego chłonąłem każdą chwilę, w której byliśmy razem. Tak skupiałem się na teraźniejszości, że wszelkie rozważania o przyszłości nie dawały nawet o sobie znać. Dziś jednak świadomość, że E umrze wcześniej, niż ja, wróciła. Nie wiedziałem, jak mam zareagować. Mam mówić, że jest mi przykro? Rozpłakać się? Kazać Edel przerwać ciążę? Każda opcja wyglądała na równie bezcelową. Nieważne co bym zrobił, moja partnerka umrze. Umrze.
Nigdy dotąd to słowo nie uderzyło mnie tak mocno. Śmiertelność w mojej watasze była co roku stosunkowo duża, więc przyzwyczaiłem się do tego określenia. Wilki umierają cały czas. Każda wieść tego typu, nawet ta dotycząca Fermitate'a, spływała po mnie. Nigdy nie zostawiła żadnego trwałego efektu. Jedynie wraz z innymi machinalnie spuszczałem głowę nad grobem. Udawałem, że i ja jestem w żałobie, bo umarł członek watahy. Tymczasem tak naprawdę żaden z nich nic dla mnie nie znaczył. Byli to tylko kolejni potencjalni wrogowie, którzy sami posłusznie usunęli się w cień i nie wrócili.
Teraz na szali było życie Edel. Powtórzę; Edel. Jedynej osoby, o której dobro kiedykolwiek się martwiłem. (Do dzisiaj nie wiem skąd to się tak naprawdę brało.) Chciałem zachować ją przy sobie na zawsze. Niestety to wszystko, co usłyszeliśmy, było prawdą. Miała odejść. Prawdopodobnie maksymalnie za parę miesięcy. To nie jest wcale dużo. Ten czas przeleci, zanim zdążę powiedzieć „Smocza Róża”. 
Volga pożegnał nas i opuścił pokój. Dalej stałem jak słup soli w tym samym miejscu, obserwując jak basior powoli zamyka za sobą drzwi. Miałem nieuzasadnioną ochotę coś rozszarpać. Przynajmniej do czasu, aż Edel szepnęła:
– Jesteś zły..?
– Nie wiem – odparłem. - Wiem, że nie na ciebie - Podszedłem do posłania i położyłem się obok niej na brzuchu. Położyłem pysk na poduszce i zająłem obserwowaniem ściany.
– Co teraz zrobimy?
– Tego też nie wiem – mruknąłem. 
– Crane, ja... – zaczęła, ale przerwałem jej gestem.
– Jeśli chcesz przepraszać, przestań – mruknąłem.
Znów to zrobiłem; pozwoliłem, by odezwały się we mnie skrajne emocje. Tym razem; wściekłość i smutek. To drugie zdecydowanie przeważało. Nie potrafiłem za nic zdusić uczuć. Nie miałem już siły z nimi walczyć. 
Co będzie z tym szczenięciem? Jest moje, ale nie czułem się jak rodzic. Malec pojawił się z próżni tak nagle. Jak duże były szanse, że chora matka zdoła go donosić? Jakie były szanse, że istotnie będzie zdrowy? Że sam nie padnie kilka dni po porodzie?
Jedno było pewne; nie mogę go winić za rychłą śmierć E. „Ona i tak umrze”...
Przekręciłem się na bok. Poczułem, jak Medalion Nieśmiertelności opierał się o moją szyję. W teorii... on mógłby rozwiązać ten problem. Niestety teraz przeszkodą byłoby nastawienie Edel. Znam już bardzo dobrze jej nastawienie do kwestii nieśmiertelności: Prędzej sama odgryzłaby sobie uszy, niż zgodziła się osobiście nosić ten wisiorek. Skoro już teraz znam jej odpowiedź, nadal zachowam go w tajemnicy.
Ach, Edel... Czemu jesteś taka głupia?
A może to ja jestem tym głupim, bo przywiązałem się do ciebie? Teraz już nie zdołam się wycofać. Pragnienie twojej obecności obok jest zbyt mocne. A pewnego dnia się obudzę, a ciebie tutaj nie będzie.
Co wtedy?
CO WTEDY?!
Nie chcę myśleć o tym, że ona ma odejść. Nie mam żadnego planu, co wtedy zrobię.

<Edel?>

Uwagi: brak