czwartek, 3 października 2019

Od Crane'a "Kłamstwo nie mogło trwać wiecznie" cz. 1 (cd. Edel)

Listopad 2024
Otworzyłem oczy. Cały świat dookoła był spowity poranną szarówką. Szarobiałe chmury zasłaniały całe niebo. Nie dało się słyszeć nic poza powolnymi oddechami smoków i wilków. E spała tuż obok mnie, a przy jej piersi leżała mała kuleczka, której nadaliśmy imię Morgan. Oboje byli tak spokojni. Absolutnie pewni, że są tu przy mnie bezpieczni. Podniosłem się i przeciągnąłem. Zacząłem zachodzić w głowę, dlaczego ja odzyskałem świadomość tak wcześnie. Czy to przez Edel? 
Edel... Edel... 
– Nie, to imię nie jest wcale aż takie ładne. Trudno było je w ogóle zapamiętać – oznajmiłem nagle. 
Edel otworzyła oczy i podniosła głowę. Spojrzała na mnie zdezorientowanym wzrokiem. Nie wiem, kto bardziej nie rozumiał sytuacji; czy ja czy ona. Czy ja naprawdę właśnie to powiedziałem? Wyraz malujący się na pysku mojej partnerki wskazywał, iż istotnie słyszała ten komentarz.
– Co...? – Otworzyła odrobinę pyszczek ze zdziwienia. 
– Mówię o twoim imieniu – odparłem. 
Czułem, jakbym nie miał kontroli nad własnym językiem. Jakby ktoś inny wyrzucał przez mój pysk coś, co planowałem ukryć przed waderą. Sam bym w życiu tego nie zdradził! Mówiąc coś takiego, brzmiałem jak głupi cham. A to był dopiero początek prawdziwej tragedii. 
– Mój ojciec nie miał nigdy Posłańca Mroku – powiedziałem jednym tchem. – Przed wyruszeniem watahy w podróż nigdy nie byłem tak blisko smoka.
– O... okłamałeś mnie? – rzuciła wadera. 
– Tak – odparłem krótko. 
Nie miałem kontroli nawet nad tonem głosu. Po prostu recytowałem wszystko, co powinno było zostać tajemnicą. Nie potrafiłem nic zrobić, by przestać. Nie było też mowy o ucieczce; łapy miałem jak z waty. W mojej głowie huczało jedno pytanie: „Co się ze mną dzieje?”.
– A te... inne historie? – wyraz pyszczka E nabrał stanowczości. – Je też zmyśliłeś?
– Wszystkie – przyznałem bez namysłu. – Nigdy nie zbliżyłem się do Mostu Nieskończoności, nie zadałem pytania Drzewu Wiedzy, nie uratowałem mojej siostry przed dwellingiem. Nie pamiętam żadnego epizodu związanego z moją rodziną. 
– Crane... – wydusiła Edel. Po tych słowach na chwilę zamilkła i spojrzała mi prosto w oczy. Widziałem w jej wzroku setki skonfliktowanych uczuć. – A to, co mówiłeś... kiedy...
– Chciałem być tylko dla ciebie miły. Chciałem, żebyś zapamiętała mnie jako tego miłego, bo dobra opinia zawsze jest przydatna – wymamrotałem.
To, co wydobywało się z mojego pyska było tylko i wyłącznie prawdą. Bolesną, bolesną prawdą. Widziałem w oczach E, jak bardzo ją to ukuło.
– Ale potem sam zacząłem szczerze cię lubić. Naprawdę. Okazałaś się inna, niż wszyscy – wyznałem. – Zaczęło mi na tobie zależeć. 
Edel opuściła nieznacznie uszy. Nie odpowiadała już nic. Widać, że poczuła się zraniona do krwi; zdradzona przez własnego partnera. Czułem, jakby rosnący smutek wadery przygniatał i mnie. Zrozumiałem, że jestem potworem. Cały ten czas budowałem związek na kłamstwie. Nawet jeśli moje uczucia są autentyczne. Kto, jak kto, ale Edel - najwspanialsza istota chodząca po tej ziemi - nie powinna być tak potraktowana. 
– P-proszę, wybacz mi – wydusiłem, chociaż szczerze wątpiłem, że to w ogóle możliwe.
Wszystko, co zbudowałem, w obliczu prawdy zdawało się kruche jak kość zająca. Czułem znów ten niefizyczny ból. Spojrzałem na E, ale ona milczała. Przynajmniej do czasu. 
– Ja... Nie wiem co powiedzieć, Crane – odparła wreszcie. – Choćbym chciała cię znienawidzić... nie potrafię – Podniosła wzrok na mnie i westchnęła ciężko. – Przynajmniej teraz mam pewność, że nie kłamiesz – powiedziała. Jej spojrzenie zatrzymało się na mojej piersi.
Spojrzałem w dół. To był Naszyjnik Prawdy. Podskoczyłem, jak oparzony i zrzuciłem go szybkim ruchem głowy. Ona mi założyła ten wisiorek? Niemożliwe. Nie zrobiłaby tego. Zacząłem się rozglądać dookoła w poszukiwaniu chociaż śladów winowajcy. Mój wzrok zatrzymał się na sylwetce burego kota – Rediana. Siedział parę metrów dalej i patrzył na nas w osłupieniu. Jeśli to jego sprawka, ewidentnie nie spodziewał się takich efektów. 
Tymczasem ja właśnie straciłem wszystko. Wszystko. 

<Edel?>

Uwagi: brak.

środa, 2 października 2019

Od Ismanise "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 6

Listopad 2024 r.
Ismanise tej nocy po kłótni z mamą znowu spała w zupełnie innym miejscu, niż ona. Wyglądając spod liścia krzaków, obserwowała wschód słońca. Nadal była senna, ale wolała czuwać aż do pory wstawania. Tego dnia miała mieć pierwszą lekcję polowania w życiu. Z jednej strony się ekscytowała, ale z drugiej miała świadomość, że to przyniesie mamie tylko kolejną falę rozczarowań.
Im dłużej tak leżała, tym bardziej kleiły się jej oczy. Dziadek powtarzał, że w takich sytuacjach lepiej się rozruszać... Chciałaby iść do niego, ale razem z nim spała Sinope. Nie przepadały za sobą. Nie umiały się dogadać. Isa miała wrażenie, że z miesiąca na miesiąc w dodatku ich relacje się tylko pogarszają.
– Śpisz?
Isa z przestrachem obróciła głowę. Widząc postać wilka w zbliżonym do niej wieku, o dużych, błękitnych oczach i jasnym nosku, od którego dzieliła ich odległość tak niewielka, że czuła jego oddech, nagle się rozbudziła.
– Coś się stało? – zapytała ostrożnie.
– Nie mogę usnąć. Dzisiaj mam pierwsze lekcje. Ty też? Powiedz, że też.
Uśmiechnęła się z politowaniem.
– Tak.
– To może posiedzimy razem do rana?
– Czemu nie – Wzruszyła ramionami – Byle cicho, żeby innych nie obudzić.
– Jasne, jasne – odpowiedział pospiesznie, po czym usadowił się tuż obok Isy.
Ich boki stykały się ze sobą. Basiorek miał jasne futro poprzecinane czerwonymi i czarnymi smugami. Z początku myślała, że to węgiel, ale gdy się przyjrzała zauważyła, że takie po prostu ma umaszczenie.
– Boję się trochę pani Yuki – powiedział szeptem.
– Kim jest pani Yuki?
– No... Ta od polowań!
Isa przywołała wspomnienie wysokiej wadery o ciemnym futrze i naprawdę groźnym spojrzeniu. Była pewno, że na spokojnie mogłaby ich wszystkich pozabijać.
– No.... Może troszkę. Ale ma nas uczyć – odpowiedziała cicho.
– I co z tego?
– To, że jakby robiła szczeniakom krzywdę na pewno nie byłaby już nauczycielką. Dziadek mówił kiedyś, że Yuki uczyła też moją mamę.
– A kto jest twoją mamą?
– Navri – jej wzrok powędrował gdzieś w bok. Po tej informacji zwykle wszyscy zaczynali ją oceniać i porównywać.
– Nie znam żadnej Navri – Basior zmarszczył nosek.
– Uczy obrony... – dodała cicho.
– Nadal nic – Potrząsnął głową z zrezygnowaniem.
– Trudno. Może nawet lepiej – powiedziała odrobinkę zbyt głośno. Jeden wilk, którego nie znała z imienia, poruszył uchem.
– Czemu?
Nie odpowiedziała. Położyła głowę na łapy i przymknęła oczy.
– Może jednak się zdrzemniemy...? – zapytała.
– Tak w ogóle to się nie przedstawiliśmy – przypomniał sobie nagle basiorek – Jestem Infinite. A ty?
– Ismanise. Możesz mówić Isa jak chcesz – mruknęła.
– Isa – powtórzył dumnie.
– A teraz śpimy?
– Co jeśli zaśpimy? – zmartwił się.
– To ty nie śpij i mnie obudź, jak będzie pora.
Westchnął, a brak odpowiedzi Isa odczytała jako przyzwolenie na taki scenariusz.
***
– Wstawaj, bo się spóźnimy!
Isa podniosła się, otrzepała i przeciągnęła. Nie myślała nawet, że była tak zmęczona. Nim ruszyli, przetarła jeszcze pyszczek łapką.
– Jak dalej będziesz tak zamulać, to prędzej te tłuste sarny upolują ciebie, a nie ty je – zażartował Infinite. Isa wywróciła ślepiami.
Nim na dobre ruszyli w głąb zagajnika, w którym czekała na nich Yuki, Inifinite jeszcze pożegnał się z mamą. O ile krok Isy był dość powolny i smętny, tak basiorek radośnie truchtał z uniesionym wysoko ogonem. Miała ochotę rzucić jakąś ciętą uwagą, ale nic nie przychodziło jej niestety do głowy.
– Czyli się przyjaźnimy? – zapytała nagle.
– Chyba tak – odpowiedział wesoło.
Pokiwała głową ze zrozumieniem. Uśmiechnęła się nawet do siebie. Do tej pory nie miała nikogo, kogo mogłaby tak nazwać. Jej znajomości kończyły się na mamie, dziadkach i Sinope, na myśl o której przechodziły ją dreszcze.
– Ruchy, ruchy! – krzyknął ktoś z oddali – Jesteście spóźnieni!
Isa zacisnęła mocno szczęki, z trudem powstrzymując rzucenie przekleństwa, którego nauczyła ją babcia.
– To przez moją mamę – furknął Infinite – Za długo mnie tuliła.
Chciałabym, żeby moja mama w ogóle mnie tuliła – pomyślała Isa. Jej wzrok powędrował ku koronie drzew. Straciła resztki chęci na zjawianie się na zajęciach. Wolała uciec. Pierwszy dzień, pierwsze wagary.
– Za karę obiegniecie cały zagajnik po zajęciach – powiedziała lodowatym głosem Yuki, kiedy już zjawili się na miejscu. Szczeniaki ich wyśmiewały. Infinite spuścił uszy i zgarbił się, lecz Isa wciąż pozostawała dumna i wyprostowana.
– Zrozumiano? – syknęła Yuki do Isy.
Waderka zmrużyła groźnie oczy, a następnie wyszczerzyła się złowieszczo.
– Tak, proszę pani.
Yuki uniosła brew nieco zbita z tropu, ale zostawiła ten temat bez rzucania zbędnych uwag.
– Na dzisiejszej lekcji zajmiemy się polowaniem na gryzonie...
– Znowuuu? – jęknęło kilka szczeniaków.
– Tak, znowu. Mamy w grupie młodsze szczeniaki – warknęła ostrzegawczo Yuki – Przypomnijcie nowej koleżance i koledze jak się poluje.
– Należy ustawić się w przeciwnym kierunku do wiatru, aby nie zawiało naszego zapachu do gryzonia. Zastosować bezszelestne skradanie, a kiedy jest się już wystarczająco blisko zaatakować. W razie konieczności wszcząć pościg – mówił znużonym głosem jakiś nieco starszy od Isy basior.
Słuchała go z maksymalnym skupieniem, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów.

<C.D.N.>

Od Eterny "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 5

Październik 2024 r.
Eterna zmierzała na kolejne zajęcia ze smętną myślą, że spodziewała się po Mortimerze więcej. Jego wiedza historyczna była niemal zerowa. Wszystkie zadania wykonała właściwie w pojedynkę. Nie zdołali również dobrze porozmawiać, bo zaraz po lekcji pobiegł z powrotem do Theo i Exana. Odeszli, śmiejąc się głośno i opowiadając o tym, jak przebiegała ich praca w grupach.
Eterna zaś znowu została sama.
Miała jeszcze dużo czasu, zatem zboczyła ze ścieżki. Tym razem mieli przystanek w dziczy, w której przeważały odcienie bladej żółci oraz... pudrowego różu. Kai pierwszego dnia snuł przy niej jakieś dziwaczne teorie, ale żadna nie miała dość sensu, aby wytłumaczyć taki stan rzeczy. Rośliny miały taki kolor i basta. Nie widziała sensu dalszego analizowania tego. Zatrzymali się tu i tak tylko na jeden dzień. Nie było okazji do dalszych badań.
Nagle coś przykuło jej spojrzenie. Jakiś błysk w krzakach, dość niespotykany jak na takie okoliczności. Zmarszczyła brwi. Zaczęła przepychać się przez okazałe liście. Każde drgnięcie rozsypywały tumany puchu, jaki na nich zasiadł. Krztusiła się, ale wciąż starała się przebić aż do błyskotki, którą zaobserwowała wcześniej. Oczy zaszły jej łzami. Była już niemal na końcu. Miała tylko nadzieję, że nie ów pył nie miał działania podobnego do ziół Kashiela i jego szajki.
Jej łapa w końcu nastąpiła na coś twardego. W pierwszej chwili poczuła się tak, jakby miała zaraz przebić sobie poduszkę, jednak kiedy ją uniosła ból natychmiast ustał. Nic jej nie było. Nachyliła się nad błyszczącym złotem przedmiotem. Był to medalion. Nie była pewna jaki. Miał złoty wisiorek ozdobiony doczepionymi na króciutkich łańcuszkach perłami. Sam medalion zaś przedstawiał dwa złote smoki zawijające się nad różowo-granatowym oczkiem. Im dłużej na niego patrzyła, tym pewniejsza była, że coś w nim faluje. Że kamień tak naprawdę miał działanie magiczne. Dostrzegła również na nim srebrny pył.
Przygryzła wargę. Powinna go zostawić? Kai wspominał o jakichś rzadkich przedmiotach porzuconych w losowych miejscach. Nie wiedziała czy tutaj również można takie znaleźć, i czy dobrym pomysłem było zakładanie takowego. Uderzyła kilka razy łapą o ziemię, zastanawiając się co powinna zrobić. Wzięłaby go i pokazała Kai'emu, lecz nie miała żadnego rogu, który zdołałby zneutralizować jego moc. Medaliony działają tylko wtedy, kiedy są powieszone na szyi.
Nagle coś się ruszyło w krzakach. Znieruchomiała, wpatrzona w tamten punkt. Prócz cichego śpiewu ptaków u góry, do jej uszu nie docierał żaden inny dźwięk. Zmrużyła ślepia. Właśnie wtedy szuranie się powtórzyło. Królik. To musiał być królik. Rzuciła się przed siebie. Ten jeden sus wystarczył, aby przy dusić gryzonia do ziemi i wbić w niego zęby. Nie było to szczególnie eleganckie, ale i tak zaczęła się śmiać do siebie, zagryzając szczęki coraz bardziej i bardziej. Królik wciąż popiskiwał, kiedy usłyszała dźwięk łamanych kruchych kosteczek, a na końcu kręgosłupa. Przestał się ruszać. Dopiero wtedy go puściła. Odsunęła się na pół kroku i wybuchnęła śmiechem. Zabiła go, nie będąc wcale głodna. 
Zostawiła jego zwłoki w krzakach, skupiając ponownie swoją uwagę na medalionie. Czas uciekał, nie mogła tam zostać zbyt długo, bo spóźni się na zajęcia. W końcu wpadła na jakiś pomysł. Założyła medalion na ucho. Nie czując żadnej różnicy, uspokoiła się nieco. Wtedy też wymyśliła, co zrobić z tym nieszczęsnym królikiem. Kai powtarzał, że nie wolno marnować jedzenia, więc powinna go komuś dać. Miała już nawet pomysł komu.
***
– Morti, patrz. Upolowałam dla ciebie królika - powiedziała z dumą.
Basiorek patrzył na nią zbity z tropu.
– Dla mnie...?
– Jedzenia nigdy nie za wiele, czyż nie?
Exan i Theo nieufnie łypali na nią wzrokiem, ale udawała, że tego nie widzi.
– Możesz się z kimś podzielić, jeśli chcesz.
– Um... No to... Dziękuję za prezent – powiedział, a na jego pyszczku pojawił się uśmiech, na który tak bardzo czekała.
– Nie można wnosić jedzenia na lekcje – upomniał ich Hitam nieco znużonym głosem.  Włosy miał rozwichrzone, a oczy podkrążone. Wyglądał jakby nie spał tej nocy.
– Nie może tutaj po prostu leżeć? Nie będziemy go jeść – odparła Eterna. Hitam patrzył na nią przez chwilę bez wyrazu, po czym powoli odpowiedział:
– Niech będzie. Jeśli zbiorą się muchy, macie to gdzieś odłożyć.
Pokiwała głową na znak zrozumienia. Jej wzrok powędrował do Mortiego, obok którego w końcu zdołała usiąść. Niestety nie wyglądało na to, aby był zachwycony jej uratowaniem mu tyłka. Westchnęła cichutko z rozczarowaniem. Może innym razem.
– Na dzisiejszych zajęciach zajmiemy się zagadnieniem dochodzenia do pewnych wniosków drogą kalkulacji. Może i brzmi to skomplikowanie, lecz nie do końca jest tak w rzeczywistości. Na ostatnich zajęciach uczyłem was liczb od jeden do dziesięciu. Elanor, możesz je wymienić?
Skinęła głową i zaczęła wymieniać. Nie pomyliła się ani razu, bo Hitam na końcu potaknął jej głową.
– Zakładam, że wszyscy już to umiecie. Jeśli nie, możecie przygotować sobie ściągi.
Kilka szczeniaków za pomocą swojej mocy wyczarowało mieniący się obraz w języku, którego Eterna nie znała.
– Skoro tak, mam dla was pewną zagadkę logiczną. Jun zjadł w piątek dwa zające, w niedzielę dwa więcej, w sobotę zaś o trzy mniej niż w niedzielę. W poniedziałek zjadł o cztery więcej, niż w sobotę. Ile zająców zjadł Jun w poniedziałek?
Eterna wytrzeszczyła oczy. Zresztą nie ona jedyna.
– Trzy...? – zapytał ktoś niepewnie.
Hitam pokręcił głową.
– Jeśli nie wiecie jak to zrobić, możemy to zrobić wszyscy razem, po kolei, dzień po dniu.
– Pięć – wtrącił Exan.
Hitam uniósł nieznacznie brwi.
– Tak, zgadza się. Odpowiedzią jest pięć. Exan, zechciałbyś wytłumaczyć, jak do tego doszedłeś?

<C.D.N.>

wtorek, 1 października 2019

NOWE TERENY

Grudzień 2024 r.
Smoki w trakcie podróży wspominały wilkom o tropikalnym lesie, w którym mogłyby się zatrzymać, bo rzekomo od lat nikt już tam nie mieszka. Nie potrafiły jednak dokładnie określić, czy jest to miejsce odpowiednie dla tak dużej grupy jak Wataha Magicznego Kruka, dlatego pozostawiły im sprawę zbadania terenów. Pewne było jedno – miejsce to jest dostatecznie bezpieczne, aby obyć się już bez dalszej pomocy smoków. Zapewniały one, że zamieszkają po przeciwnej stronie wulkanu i jest to dystans, który zdołałby przelecieć wilk ze skrzydłami.

W końcu nadszedł ten dzień. Dzień ostatecznego przylotu.
Dżungla, plaża oraz malujący się gdzieś w oddali wulkan całkowicie przerósł oczekiwania stada. Wszystko, co dotychczas znali wydało się śmiesznie małe w porównaniu do miejsca, które wedle zapewnień smoczych przyjaciół mogli spokojnie osiedlić. Pojawiły się też pierwsze wątpliwości co do tego, czy rzeczywiście wilk ze skrzydłami zdołałby przelecieć ten dystans. Podróż bez choć jednej przerwy wydała się to niemożliwa. Odsunięto jednak obawy na bok, obiecując sobie, że wyślą kogoś  z oficjalnymi podziękowaniami dopiero, kiedy teren, który musiałby przebyć okaże się dostatecznie bezpieczny do przenocowania.
Miejsce to, choć upalne, szybko wydało się wilkom dostatecznie przytulne, aby rzeczywiście za radą smoków zatrzymać się tam na dłuższy czas. Wiele z nich, czując dreszczyk zbliżającej się przygody, zaczęło zgłaszać się na ochotników do zwiedzania nowych terenów. Hitam nie mając wiele do gadania przystał na tę propozycję.
Następnego ranka wilki żegnały się serdecznie z ich towarzyszami podróży. Miały świadomość, że niewykluczone, iż już nigdy się nie spotkają. Stado machało im jeszcze długo, dopóki ich sylwetki zupełnie nie zniknęły z bezkreśnie błękitnego nieba.
Pierwsze zwiady rozpoczęto już w południe, tuż po pierwszym wspólnym posiłku, który składał się z dań, jakich do tej pory nie mieli nigdy okazji okazji spróbować.

poniedziałek, 30 września 2019

Od Lind "(Nad)zwyczajne dni w podróży" cz. 14

Listopad 2024
Pierwsza dotarłam na dno jaskini. Wówczas moim oczom ukazał się złocistopomarańczowy blask. Znaleźliśmy się w wielkiej pieczarze, którą przecinała świecąca własnym światłem rzeka. Wypływała z zachodniej ściany skalnej i znikała we wschodniej. Po obu jej brzegach rozciągał się dywan ciemnozielonej roślinności. Zafascynowana tym widokiem, podbiegłam bliżej. Po chwili Ting dołączył do mnie nad korytem rzeki. Kiedy ja podziwiałam lśniącą taflę, on przyglądał się uważnie zielsku, w którym staliśmy. 
– To liście Smoczej Róży – oznajmił po chwili. 
Drgnęłam i spojrzałam na rośliny zakrywające nasze łapy. 
– Nie żartuj – Z entuzjazmem przejechałam wzrokiem po otoczeniu, szukając cennych kwiatów. Nie mogłam jednak wypatrzeć nawet jednego – To gdzie są...? 
Odmieniec wskazał ptasią czaszką łodygę zakończoną ciemnozielonym pączkiem. Był szczelnie zamknięty. 
– Jesteśmy za wcześnie – mruknął Strażnik Wichury. – Jeszcze nie zakwitły. 
Westchnęłam zawiedziona. Już myślałam, że mamy okazję zdobyć te niezwykle cenne okazy. Rozłożyłam skrzydła, by przelecieć na drugą stronę świecącej rzeki, ale wtedy po pieczarze rozległ się donośny warkot. Zastygłam. Nie byliśmy tutaj sami. 
Kawałek kamiennej ściany przed nami poruszył się. Po chwili zrozumiałam, że to tak naprawdę wielki stwór, któremu zakłóciliśmy odpoczynek. Podniósł szarą głowę i spojrzał w naszą stronę pomarańczowymi oczami. Kiedy wstał, dostrzegłam w nim podobieństwo do większych smoków, na których podróżowaliśmy. Ten jednak był znacznie mocniejszy w budowie, a jego skrzydła zdecydowanie zbyt małe, by mógł latać. Łuska gada nie lśniła pięknymi kolorami. Przypominała raczej kanciaste skały jaskini, w której mieszkał. Cechą charakterystyczną były także kolce pod żuchwą stwora, które wyglądały jak stalaktyty. 
– Pierzasta – szepnął Ting. – Żadnych gwałtownych... 
Bez namysłu uderzyłam skrzydłami, obróciłam się w powietrzu i poleciałam w stronę wyjścia. 
– Nie! Co ty wyprawiasz?! – krzyknął odmieniec. Zawtórował mu potężny ryk, który zatrząsł całą jaskinią. 
Planowałam po prostu szybko opuścić grotę i wrócić do pozostałych członków watahy i naszych przewoźników. Zapomniałam jednak o pewnym ważnym szczególe - braku światła w większości jaskini. Jama smoka była oświetlona przez tamtą tajemniczą rzekę, ale w pozostałych częściach groty było kompletnie ciemno. Lecąc na pamięć, zdołałam pokonać długość pionowego korytarza, ale niedługo potem spotkałam się z kamienną ścianą. Oszołomiona od uderzenia, spadłam bezwładnie na ziemię. 
– Pierzasta? Pierzasta, obudź się! – usłyszałam po chwili. 
Poczułam, jak chuda łapa uderza mnie lekko w bok pyszczka. Otworzyłam oczy. Ting stał nade mną i poruszał niespokojnie zjeżonym ogonem. Poderwałam się z miejsca. Niewykluczone, że gdyby nie Medalion Nieśmiertelności nie byłoby to teraz takie proste. Słyszałam wyraźnie hałas świadczący, że smok nie jest daleko za nami. Odmieniec, widząc, że jestem w całkiem dobrej formie, wskoczył na mój grzbiet. 
- Wylatujemy stąd. Będę ział ogniem, żeby oświetlić nam drogę. No już, leć! - Poklepał nie parę razy w bok. 
W innej sytuacji zdenerwowałabym się na niego, że traktuje mnie jak konia. Teraz jednak ratowanie skóry było ważniejsze. Rozłożyłam skrzydła z wiatru i znów wystartowałam. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, Ting co chwila przywoływał z ptasich czaszek strumienie ognia, żebym tym razem widziała, gdzie są kamienne ściany i stalaktyty. Lot bez dwóch zdań był szybszym sposobem poruszania się w tej jaskini, niż wspinaczka. Niemniej jednak ze stresu parę razy o mało nie zrzuciłam Tinga z grzbietu na ostrych zakrętach. Poszybowaliśmy nad małym jeziorkiem, nad którym zebrałam wcześniej muchołówki. To pozwoliło mi pozbyć się obawy, że pomyliłam drogę. Z czasem ryki smoka nieco cichły. Zostawiliśmy go w tyle. 
Po jakimś czasie wystrzeliłam z powrotem na powierzchnię. Zmrużyłam oczy, oślepiona przez słońce, ale pomimo tego nadal przyspieszałam. Wkrótce mój wzrok przyzwyczaił się już do światła. Wtedy dostrzegłam, że wyleciałam wysoko w powietrze, ponad korony drzew. Rozejrzałam się po okolicy; "kamiennego" smoka nie było nigdzie widać. 
- Udało się - Odetchnęłam z ulgą. 
- Możesz już lądować. Byle nie pod tą twoją jaskinią - mruknął Ting. Poczułam, że mocno ciągnął moje futro. Wysokie loty na grzbiecie Passera nie robiły już na nim wielkiego wrażenia, ale ze mną sprawa miała się nieco inaczej. 
Zatoczyłam koło i poszybowałam w kierunku obozowiska. Stąd widzieliśmy już co większe smoki. Oczywiście te skrzydlate, zaprzyjaźnione z watahą. Nie zwalniałam aż do samego momentu lądowania. Zaryłam pazurami o ziemię, prawie się przy tym przewracając. Ting natychmiast zeskoczył z mojego grzbietu. 
- Kiedyś mówiłem, że masz szczęście, Pierzasta. Nie wiem, czy czasem nie powinienem tego odwołać - rzucił, potrząsając głową. 
- Skąd mogłam wiedzieć, co czeka na dnie tej jaskini? - mruknęłam, marszcząc czoło. 
Nadal zdyszana po stresującej ucieczce, opadłam na ziemię. Wtedy poczułam, że coś uwierało mnie w klatkę piersiową. Obróciłam się na bok i odgarnęłam miękkie zielsko, by znaleźć ten twardy przedmiot. W źdźbła trawy zaplątało się coś błyszczącego. Złapałam przedmiot zębami i pociągnęłam, wyrywając go z tych roślin. Położyłam znalezisko przed sobą. Okazało się, że to kolejny wisiorek. Gwoli ścisłości, Medalion Upływającego Czasu. Na ogół cieszyły mnie wszelkie rzadkie przedmioty, na które natrafiałam podczas podróży. Niestety po dotarciu do pustych krzaków smoczych róż, była to marna rekompensata. Przynajmniej w moim odczuciu. Używając wiatru, schowałam wisiorek do torby i położyłam głowę z powrotem na trawie. Nagle zachciało mi się spać. 

<C. D. N.>

Uwagi: brak.